Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zmyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zmyślenia. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 sierpnia 2020

O tym, dlaczego czytam mniej fantastyki

Od kilku lat obserwuję u siebie pewną tendencję. Mianowicie odchodzę od czytania fantastyki na rzecz literatury faktu i popularnonaukowej. W sumie nic w tym dziwnego, gusta się zmieniają i tak dalej, ale jest pewien problem. Otóż ja za fantastyką tęsknię. Chciałabym czytać jej więcej. Problem polega na tym, że znacznie zmniejszyła się podaż książek fantastycznych, które dają mi czytelniczą satysfakcję.
 
Ostatnio sporo myślałam nad tym, dlaczego gatunek, który jeszcze kilka lat temu stanowił miażdżącą większość czytanych pozycji, teraz jest jakby mniej satysfakcjonujący. I dlaczego odeszłam od niego w kierunku czegoś, co zupełnie fikcja nie jest. Odpowiedź na to drugie pytanie jest prosta: paradoksalnie literatura faktu bywa bardziej zaskakująca. Fikcja ma rzeczywistość naśladować, w związku z czym musi ograniczać się do tych fabuł, które czytelnik uzna za prawdopodobne. Rzeczywistość nie musi, stąd czytając reportaż nie możemy sarkać, że jacy nieprawdopodobni ci bohaterowie, bo no cóż, oni byli, istnieli i raczej zrobili to, o czym napisano, choćby nie wiem jak głupie, niezwykłe czy nielogiczne było. A ja lubię być zaskakiwana. Odpowiedź na pierwsze pytanie wymaga jednak nieco dłuższych wyjaśnień.

Luby za to ciągle czyta praktycznie wyłacznie fantastykę (a tak naprawdę to po prostu lubię to zdjęcie, więc każda okazja jest dobra, żeby się nim podzielić :P )
 

sobota, 14 grudnia 2019

Legimi, Kindle i ja

Dawno obiecywałam już, że napiszę notkę o tym, jak mi się korzystało z Legimi na moim Kindle (pięcioletnim już Touch 7). A że grudzień i każdy rozgląda się za jakimiś prezentami pod choinkę, to może i abonament w Legimi będzie rozważany. Pomyślałam więc, że jeszcze jedna opinia się przyda, choćby i mocno subiektywna. Będzie to raczej zbiór luźnych refleksji, ale starałam się przynajmniej pogrupować je tematycznie.

Abonament kupiłam sobie sama (żeby nie było, że recenzja sponsorowana), w wersji na trzy miesiące.


Dlaczego w ogóle się zdecydowałam? Bo kupuję zbyt dużo książek. Co gorsza po przeczytaniu okazuje się, że mimo iż nieźle się bawiłam, to do większości wracać nie chcę i teraz tylko w domu zalegają. Doszłam do wniosku, że zapewnienie sobie wirtualnej alternatywy zawsze pod ręką pomoże mi stawiać twardy opór promocjom i spontanicznym zakupom. Plan się całkiem dobrze sprawdził.

wtorek, 21 maja 2019

Zmyślenia #41: Oda do opowiadań

Każdy, kto choć trochę śledzi literackie trendy, z pewnością dostrzegł trwający od kilku lat renesans opowiadania. Temat roztrząsały poważne literackie pisma, poważne wydawnictwa wracają do wydawania zbiorów krótkich tekstów, ogólnie jest ciekawie.

W fantastyce, mam wrażenie, sytuacja jest jakby odwrotna. Choć może bardziej adekwatnym słowem byłoby „oddolna”. Widzicie, kiedy główny nurt opowiadania sobie odpuszczał, w naszym fantastycznym getcie trzymały się całkiem nieźle. Solaris wydawał swoje coroczne „Kroki w nieznane”, zbiory autorskie różnego kalibru i wartości artystycznej też się pojawiały (był taki czas, że jeśli chciało się napisać cykl fantastyczny, to trzeba było zaczynać od zbiorów opowiadań), ukazywało się kilka pism branżowych, gdzie młody autor mógł zadebiutować.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Zmyślenia #40: Irytujące praktyki wydawnictw, edycja marketingowa

Dawno nie było żadnych nowych Zmyśleń na blogu (pewnie większość zapomniała, że takie coś w ogóle istniało), ale czasem mam wenę żeby jakieś nowe napisać. O irytujących praktykach wydawców już kiedyś pisałam, niemniej wtedy skupiłam się na tych, które drażnią Moreni jako czytelniczkę. Dziś będzie kulka słów o tym, co drażni Moreni jako klientkę. Albowiem wydawcy często i gęsto mówią o tym, jak to są firmami, a nie instytucjami charytatywnymi i liczy się dla nich bilans finansowy (zwłaszcza, jeśli ktoś dopytuje o kontynuację średnio popularnej serii albo wydanie ambitniejszego tytułu), co nie przeszkadza im jednak często traktować swoich klientów jak idiotów lub zbędny balast. 


Brak strony internetowej

Może jestem staroświecka, ale kompletnie mnie nie przekonuje coraz popularniejsza praktyka porzucania stabilnych stron internetowych na rzecz efemerycznego fanpagu na fejsiku. Z kilku powodów.

Po pierwsze, dogrzebanie się do jakiejkolwiek konkretnej informacji na Facebooku (zwłaszcza, od kiedy Cukieras stwierdził, że kompletność i chronologia feedu z pewnością nie jest tym, czego jego użytkowcy oczekują) jest trudne. Nie istnieje na nim coś takiego, jak stała informacja. W związku z czym o ile jeszcze czasem udaje się wyłapać informację o tej czy innej premierze, to dowiedzenie się choćby co będzie ogólnie w danym miesiącu wydawane graniczy z cudem. A klient, który o towarze nie wie, nie może go kupić, proste.

Zapewne wszystko byłoby znacznie prostsze, gdyby chociaż te fanpagi były prowadzone regularnie, sumiennie i kompleksowo. Ale często zdarza się, że ostatni post dodano kilka tygodni temu i od tamtej pory nikogo z adminów na stronce nie było. Albo z drugiej mańki – akurat prowadzona jest kampania jakiegoś konkretnego tytułu, więc w zalewie materiałów o nim znalezienie informacji o czymkolwiek innym to orka na ugorze.

Serio, nie każdy ma ochotę przegrzebywać się przez działy zapowiedzi w księgarniach czy portalach branżowych, bo jeśli nie jest totalnym czytelniczym nerdem, to po prostu z nich nie korzysta. A fajnie jest wiedzieć, na co i ile w danym miesiącu pójdzie kasy.

Nagła zmiana tytułu

Znacie tę sytuację, kiedy pojawia się nagle informacja o wydaniu kolejnej książki autora którego lubicie, idziecie więc do księgarni i chcecie nabyć do kolekcji. Sięgacie po wolumin stojący na półce, ale zanim przyjdziecie do kasy postanawiacie przyjrzeć się blurbowi... Dziwne, kiedyś autor napisał już książkę o podobnej tematyce. Zaglądacie więc do środka, czytacie kilka stron i... zonk. To dokładnie ta sama książka. Tylko tytuł inny.

Dla mnie to jest najwyższy poziom traktowania czytelnika jak idioty. Bo wiecie, często jest tak, że w wypadku takiej zmiany wydawca nie piśnie słówkiem w materiałach promocyjnych, że książka kiedyś już była wydana (względnie daje taką informację drobnym druczkiem na skrzydełku okładki albo w stopce redakcyjnej). Więc ktoś, kto zamówi ją sobie przez internet nie ma szans dowiedzieć się, czy aby książki nie ma już na półce. Czysty przykład januszowego marketingu – a nuż się nie zorientuje i kupi, głupi czytelnik.

I ja nawet rozumiem, że kiedy zmienia się wydawca i ewentualnie tłumaczenie to powieść wychodzi ze zmienionym tytułem (czasem nawet bardziej sensownym, jak w przypadku zapowiadanej zmiany „Diamentowego wieku” na „Epokę Diamentu”), ale czysta przyzwoitość nakazuje jednak poinformować potencjalnych nabywców, co właściwie kupują. Pomijając już przypadek, gdzie ten sam wydawca wydając to samo tłumaczenie nawet nie zająknął się, że promowany właśnie tytuł już raz wydał...


Wielcy przedstawiacze

Przypadek bardzo podobny do opisywanego wyżej, tylko tym razem zmyłką ma być popularne nazwisko, zajmujące eksponowane miejsce na okładce, ale najczęściej mające niewiele wspólnego z treścią. Kolejne działanie na zasadzie „Może ten durny czytelnik nie zauważy”.

Stosunkowo niedawnym i dość szeroko dyskutowanym przykładem takiego zagrania jest antologia „Szpony i kły”. Krótkie wprowadzenie dla tych, których cała afera ominęła: jest to zbiór opowiadań nagrodzonych w konkursie mającym być uczczeniem trzydziestych urodzin wiedźmina. Więc wydawca wielkimi bukwami na okładce napisał „Andrzej Sapkowski”, a poniżej dużo mniejsze i ciemniejsze (czyli bardziej wtapiające się w tło ciemnej ilustracji na okładce) „przedstawia”. Wszystko fajnie, tylko że AS nie miał z tą antologią nic wspólnego – ani nie był redaktorem, ani w jury konkursu nie zasiadał, ani nawet przedmowy nie napisał. Natomiast jego nazwisko jest dominującym elementem okładki (informacji, że to antologia w ogóle tam nie ma).

Nietrudno wyobrazić sobie, że jakiś nieśledzący życia fandomu fan wiedźmina weźmie tak ubraną książkę za nówki sztuki opowiadania ASa. I gorzko się rozczaruje.

Drugim ulubieńcem do tego typu praktyk jest G. R. R. Martin. Zanim serial rozsławił „Grę o tron”, Martin był znany (głównie na zachodzie) jako świetny redaktor antologii, w dalszej kolejności autor opowiadań i dopiero potem powieściopisarz. W powstawaniu bardzo wielu zbiorów maczał palce i teraz na okładkach większości z tych, które ukazały się w Polsce największym (i często jedynym) nazwiskiem jest właśnie jego nazwisko (i tu już nawet wrzuconego drobnym druczkiem „pod redakcją” czy „przedstawia” brak). Nawet jeśli był tylko jednym z redaktorów. Znowu wydawcy liczą, że damy się oszukać.

Przy czym do tej kategorii nie zaliczam blurbów (choć pewnie kiedyś powstanie notka w stylu „co mnie drażni w blurbach”, macie to jak w banku), bo ich chyba nikt nie traktuje poważnie.

Trzy punkty, trzy wkurzające praktyki pokazujące, że świadomy klient generalnie nie jest tym, na czym wydawnictwom zależy. Trochę przykro, bo mam wrażenie, że rocznie zostawiam w kieszeniach wydawców więcej kasy niż kilkunastu przypadkowych klientów razem wziętych. Niestety, (pop)kultura nie jest dziedziną, w której można sobie pozwolić na substytuty (bo, parafrazując, skoro chce oglądać Star Wars, to przecież nie pójdę na „Faustynę”, bo to też film), więc nawet kiepsko traktowany czytelnik swój wyczekany tytuł nabędzie. Ale od kilku lat widzę światełko w tunelu – jakieś programy lojalnościowe i przynajmniej pozory utrzymywania kontaktu z klientem. Może idzie ku lepszemu.

czwartek, 11 stycznia 2018

Zmyślenia #39: Książki, na które czekam w 2018 roku

Wypisywanie listy tytułów, na które w danym roku czekam stało się już pewna taką tradycją, choć zaiste przypomina bardziej wróżenie z fusów niż jakiekolwiek rzetelne informacje. Tak będzie i tym razem - trochę wróżenia na zasadzie "chciałabym i prawdopodobieństwo jest istotnie różne od zera" połączonego z informacjami od wydawców, zarówno tych z konkretnymi datami, jak i tych na zasadzie "no, chcielibyśmy wydać, ale ogólnie to się zobaczy". Jednak zanim przejdziemy do tego, co tygryski lubią najbardziej...

Weryfikacja

... sprawdźmy jak na chwilę obecną wygląda status pozycji wymienionych w poprzednich tego typu notkach.

"Szepty pod ziemią" Aaronovitcha, o których pierwszy raz wspominałam w 2015 roku wreszcie wyszły (już je nawet przeczytałam, notka będzie na dniach). Takoż wydawca zapowiada kontynuowanie cyklu w tym roku.

O "The Thorn of Emberlain" Scotta Lyncha ciągle ani widu, ani słychu, ale wszyscy mają nadzieję.
Jeśli chodzi o "Akta Harry'ego Dresdena", to na razie Mag wydał wszystko, do czego aktualnie miał prawa i musi dokupić resztę. Może coś w ostatnim kwartale roku się pojawi.
"Liga smoków" Novik, mimo obecności w rebisowym katalogu wydawniczym i pierwszych konceptów okładki ciągle się nie ukazała. Mam nadzieję, że w tym roku wreszcie wyjdzie, bo to byłoby straszne świństwo, nie wydać ostatniego tomu...

No i bardziej szczegółowe rozliczenie z zeszłoroczna listą:
  • "Historię naturalną smoków" już przeczytałam i zrecenzowałam. Bardzo chętnie gościłabym na tegorocznej liście zapowiedź drugiego tomu, ale nie ma nawet żadnych plotek w tym temacie, więc smutam i mam nadzieję.
  • "Cień Gildii" też już wyszedł i go nawet nabyłam, ale jeszcze nie przeczytałam (co może wypadałoby nadrobić).
  • "Endsingera" dalej nie ma, ale wydawca coś tam przebąkiwał o wydaniu i wznowieniu całej trylogii w nowej szacie graficznej, więc może będzie. Choć po przeczytaniu "Nibynocy" tego samego autora straciłam nieco entuzjazmu.
  • "Teatr węży" Agnieszki Hałas wyszedł w dwóch trzecich, pierwszy tom już zrecenzowałam, drugiego jeszcze nie, ale wszystko w swoim czasie. Podobno jeszcze w tym miesiącu ma być trzeci.
  • "Zima" Michała Ochnika też wyszła i też mam ale jeszcze nie czytałam.
Tymczasem możemy przejść do oczekiwanych premier na ten rok (oczywiście nie będzie w nim tytułów wymienionych w miesięcznych zapowiedziach na styczeń. Ale będzie jeden, którego nie wymieniłam). Kolejność oczywiście przypadkowa.

1. "Kroniki Drugiego Kręgu" Ewa Białołęcka
Przyznam, że sam fakt wznowienia cyklu mnie jakoś szczególnie nie jara, bo już go znam - choć oczywiście zawsze cieszy, kiedy któraś z dobrych autorek wychyla się z wydawniczego limbo. Tym razem wychyla się autorka jedynych chyba rozpoznawalnych polskich smoków (poza wariacjami na temat Smoka Wawelskiego), której styl zresztą lubię. I ja sobie bardzo chętnie to nowe (mam nadzieję, że wypasione) wydanie na półce postawię, pod jednym warunkiem - że pojawią się zamykające tomy (co prawda wstępnie ostatni tom miał być jeden i nosić tytuł "Czas złych baśni", ale ponoć autorce się rozrósł, więc jakby były dwa ostatnie, to bym się nie czuła oszukana). A i jakimś zbiorem opowiadań lengorchiańskich (niekoniecznie nowych, wystarczyłoby zebrać istniejące) też bym nie pogardziła. W każdym razie, Jaguar ma wystartować już w lutym z tą serią.

2. "Miasto ostrzy" Robert Jackson Bennett
Pierwszy tom czytałam w zeszłym roku i (poza tą koszmarną narracją w czasie teraźniejszym) była to jedna z oryginalniejszych pozycji fantasy od dłuższego czasu. W oryginale wyszła już cała trylogia, a Papierowy Księżyc wstępnie planuje drugi tom na pierwszy kwartał tego roku. Mam nadzieję, że plany wypalą.
3. "A Closed and Common Orbit" Becky Chambers
Cóż, tutaj właściwie nie mam żadnych przesłanek odnośnie jakiejkolwiek daty premiery. Ale krążą plotki, że wydawnictwo razem z prawami do pierwszego tomu (który niesamowicie mi się podobał, choć przyznam, że arcydzieło to to nie jest) zakupiło od razu prawa do kontynuacji, więc czemu miałoby jej nie wydać? Ok, tom pierwszy nie miał może jakiejś oszołamiającej promocji a w zdominowanym przez batalistykę środowisku space oper bez tego raczej nie miał szans wzbudzić szerszego zainteresowania, ale nadzieja umiera ostatnia.

4. "Ukryta Forteca" Aleksandra Janusz
Czwarta (i na chwilę obecną zamykająca) cześć Kronik Rozdartego Świata, z których ja dotąd czytałam tylko pierwszy tom - ale kupuję na bieżąco, żeby nie było. Ukaże się raczej bliżej końca roku, więc może zdążę doczytać resztę.

5. "Narzeczona księcia" Wiliam Golman
Klasyczna pozycja napisana przez światowej sławy scenarzystę, wznawiana u nas po dwudziestu latach. Mam wrażenie, że istnieje trend odkurzania fantastycznych szacownych ramotek lub powieści dobrych a zapomnianych, jak ostatnie wznowienia Le Guin chociażby. Ciekawam, do której kategorii zaliczyć należy tę pozycją. Może niedługo się przekonam, bo wyjść ma już w tym miesiącu.

6. "Matka Edenu" i "Córka Edenu" Chris Beckett
"Ciemny Eden" wywarł na mnie ogromne wrażenie i jest chyba obok "Smoka Griaule" moja ulubioną pozycją z Uczty Wyobraźni. Dlatego chętnie zapoznam się z jego kontynuacjami. Co prawda nie mam złudzeń, że wywrą na mnie porównywalnie dobre wrażenie, ale będę kontenta, jeśli poziom będzie przyzwoity. "Matka Edenu" ma się ukazać już w lutym, kiedy będzie "Córka..." bliżej nie wiadomo.

7. "Kirke" Madeline Miller
To jedna z propozycji Albatrosa na najbliższy rok i przyznam, że jestem zainteresowana. Mitologia grecka nie jest szczególnie często eksploatowana w fantastyce (a przynajmniej do Polski niewiele  z tych eksploatacji dociera), dlatego chętnie sprawdzę, co zacz. Acz mam nadzieję, że jest to powieść z pretensjami do literackości, a nie kolejna przygodówka dla jakichś "adult" z przedrostkiem.

8. "Każde martwe marzenie" Robert M. Wegner
Jedna z najbardziej oczekiwanych premier w tym roku. Co prawda pierwotne zapowiedzi mówiły o 2017, ale jak to z Wegnerem bywa - nie wyszło. Cóż, autorowi płodzącemu takie opasłe kobyły jestem w stanie wybaczyć, albowiem robi to dobrze. Tymczasem najnowszy meekhański tom ma się pojawić podobno w pierwszej połowie roku. Obstawiam okolice Pyrkonu.

9. "Szczęściarz" Marcin Jamiołkowski
Na czwarty tom cyklu o Herbercie Kruku, warszawskim magu - krawcu, przyszło mi trochę poczekać. Ale czego się nie robi dla ulubieńców (bo Kruk to mój zdecydowanie ulubiony rodzimy miejski mag. Nie, żeby miał jakąś szczególną konkurencję...)? Genius Creaions przebąkuje o marcowej premierze, ale z nimi trzeba wziąć poprawkę na obsuwy. W każdym razie, może do końca roku się wyrobią.

10. "Mroczne Materie" Philip Pullman
Czytałam tę trylogię w okolicach premiery filmowego "Złotego kompasu" i z miejsca stała się moim ulubieńcem. Mam nawet na półce omnibus, ale... no, jest paskudny i kupiłam go tylko dlatego, ze straciłam nadzieję na pojawienie się ładniejszego wydania. Tymczasem Mag kupił prawa i robi nowe tłumaczenie, po czym zamierza to wydać w twardych oprawach i z własnymi okładkami. I dorzuci do tego "Księgę Pyłu". Nie mogę się doczekać, to będzie świetna okazja do relektury, na którą od jakiegoś czasu mam ochotę. Z tym, że przyjdzie mi poczekać najkrócej do końca roku...

11. "Łąka" Dave Goulson
Wiecie, za co między innymi lubię marginesową serię EKO? Za to, że żaden z jej tytułów nie mówi o tajemniczym, prywatnym czy ukrytym życiu czegoś tam. A taka "Łąka" przecież aż się prosi, żeby dodać do niej marketingowy przedrostek. Poza tym Goulsona lubię, bardzo sympatycznie pisał o trzmielach, więc i o łące pewnie też nie będzie źle. NO i wiadomo, kolejna część ulubionej serii.;)

A Wy czekacie na coś? :)

sobota, 9 września 2017

Zmyślenia #38: Czytampierwszy.pl - wrażenie pierwsze (i chyba ostatnie)

Tę notkę miałam napisać później i miała wyglądać inaczej. Planowałam przetestować serwis od A do Z (czyli wziąć sobie jakąś książkę, przeczytać, napisać reckę, wrzucić, zdobyć punkty) i dopiero wtedy opisać swoje wrażenia, dodać kilka porad, wiecie, jak ci znani blogerzy od nowinek technologicznych. Ale wygląda na to, że całego cyklu nie doprowadzę do końca (o czym później), więc postanowiłam chociaż raz skorzystać z okazji napisania notki na temat modny. A nuż ktoś żądny sensacji kliknie, skuszony tytułem.

Jeśli nie słyszeliście jeszcze o portalu Czytampierwszy.pl, to krótkie wprowadzenie. Jest to nowa inicjatywa dla ludzi chcących dostawać książki za recenzje, oparta na zasadzie przyznawania punktów, za które to punkty można potem „kupić” kolejne książki. Punkty otrzymuje się za różne aktywności, zależnie od ich jakości.


I nie, nie mam zamiaru jak niektórzy rwać szat nad wyzyskiem blogerów, ani też udowadniać, dlaczego ci, co rwą nie mają racji. Chcę napisać tekst o swoich wrażeniach, swoistą zupełnie subiektywną analizę zjawiska, choć nieco uboższą, niż zamierzałam pierwotnie (no i wiadomo, każdy temat na notkę dobry). Łowcy sensacji się zawiodą, ale kliki już poszły.;)

Sama do inicjatywy podeszłam bardzo entuzjastycznie. Wiecie, bezpośredni kontakt z wydawcą ma swoje zalety, ale dla skrajnej introwertyczki tak chętnie chowającej się pod kamieniem jak ja, możliwość pominięcia etapu korespondencji to czasem zaleta. W dodatku system punktowy miał różnicować przyznawane nagrody w zależności od poziomu recenzji, więc mogłabym się poczuć doceniona, czy coś. Niestety, rzeczywistość okazała się nieco mniej różowa, z kilku różnych powodów.

Regulamin i prawa autorskie

Może nie wiecie, ale mam do swoich płodów dość paranoiczny stosunek. Przynajmniej jeśli chodzi o prawa autorskie. Po prostu lubię mieć pełną kontrolę nad tym, gdzie i w jakiej formie te moje płody sie pokazują.

Może nie jestem specjalistką od interpretacji, ale zapis o udzieleniu „nieodpłatnej, wyłącznej i bezterminowej licencji” na replikowanie we wszystkich znanych formach trochę mnie odrzuca. Znalazł się tam zapewne po to, żeby zarządca serwisu nie miał problemów z, powiedzmy, zezwalaniem na umieszczanie fragmentu na tylnej okładce czy skopiowaniu, powiedzmy, na stronę wydawcy. Ale, jeśli interpretuję go prawidłowo, właściwie pozwala na dowolne powielanie tekstu gdziekolwiek, z pominięciem podania pierwotnego autora. A dla blogera to o tyle niekorzystne, że po pierwsze tekst śmiga po sieci, a nikt nawet nie wie, kto go naprawdę napisał i że można gdzieś szukać więcej (ergo tracimy potencjalnych czytelników), a po drugie, jeśli Google zorientuje się, że takie same teksty znajdują się na kilku stronach, to ogranicza wyświetlanie tych stron w wynikach wyszukiwania. Co dla sporego portalu nie ma większego znaczenia, ale dla małego blogaska już tak. I tak, wiem, że to jest dość standardowy zapis w serwisach gromadzących recenzje i opinie – zgadnijcie, dlaczego nie wrzucam pełnej treści notek na LC?

Co zabawniejsze, mogłabym ten zapis jakoś przełknąć – w końcu skoro już dają te książki, to niech tam sobie wezmą licencję do tekstów, jest to zawsze jakiś deal. Ale tutaj dochodzimy do kwestii naliczania punktów.

Punktacja

Sam pomysł punktacji jest fajny – jasna rozpiska, jasna sytuacja. Trochę mniej fajne są już sumy punktów. (Ale nie, nie zamierzam w tej chwili płakać nad wyzyskiem blogosfery. Zresztą, o swoim ogólnym stosunku do współprac też kiedyś napiszę). Ponieważ żeby dostać papier, trzeba na start dozbierać sobie 50 punktów. Co jest możliwe, bo istnieje opcja dodawania recenzji do książek, których nie wykupiło się w serwisie. Tylko że mnie osobiście nie uśmiecha się oddawanie (o przepraszam, udostępnianie w bezterminowej licencji) praw do tekstów, z którymi serwis nie miał nic wspólnego.

Jednakowoż nie każdy przecież musi czytać papier. Mnie osobiście, jako że jestem leniwą bułą i nie chce mi się rozrzucać po Internecie zmienionych i skróconych wersji tekstów dla punktów, wystarczyłyby ebooki, a te są znacznie, bo pięciokrotnie tańsze od papieru. Po to się kupiło czytnik, żeby z takich okazji wygodnie korzystać, prawda? No cóż, nie do końca.

Forma elektroniczna

Zapisując się do serwisu, spodziewałam się, że do wyboru będę miała formę papierową (prebook lub normalną książkę, w zależności od czego, czy chodzi o egzemplarz przedpremierowy, czy nie) albo ebooka. Dotychczasowe współprace nauczyły mnie, że w takim wypadku ebookiem jest po prostu plik z książką w wybranym, wygodnym dla recenzenta formacie, a żadna z informacji zamieszczonych w serwisie nie wyprowadziła mnie z tego przekonania. Toteż zdziwiłam się mocno, kiedy dowiedziałam się, że rzeczona wersja elektroniczna to tak naprawdę link do pliku do wglądu online (a i tego dowiedziałam się z drugiej ręki, bo mój link od trzech dni nie działa, a próby kontaktu z obsługą pozostają bez odpowiedzi).

I to jest właśnie główny powód, dla którego nie mam zamiaru swojej współpracy z serwisem kontynuować. Czytanie z monitora jest dla mnie osobiście torturą (tym większą, że mam sporą wadę wzroku i po dłuższym czasie to dosłownie boli), od czytania książek wirtualnych mam czytnik. Jeśli nie mogę z niego korzystać, to cała impreza mija się z celem.

Przy czym ciągle uważam, że cała inicjatywa to fajny temat. Tylko nie jestem jej targetem, ani indywidualnie, ani jako członkini pewnej grupy. Wydaje mi się, że serwis jest skierowany bardziej do ludzi, którzy albo blogów nie mają i wrzucają recki tylko na Lubimy Czytać i ewentualnie serwisy społecznościowe, albo dopiero zaczynają przygodę z blogowaniem i nie wiedzą, jak te współprace zacząć/nie mają chwilowo zbyt wiele do zaoferowania. Taka stara blogowa krowa jak ja nie ma tam czego szukać. Choć pewnie i tak będę z ciekawości zaglądać i sprawdzać, co się zmieniło.

sobota, 8 kwietnia 2017

Zmyślenia #36 Dlaczego nie ufam selfpubom

Właściwie ta notka chodziła za mną od dawna (nawet powstało kilka wstępnych szkiców), ale jak dotąd żaden mnie nie zadowalał. Bo wiecie, chciałam napisać zrównoważoną, w miarę obiektywną opinię o możliwie przekrojowej treści. Jednak ostatnio z każdego zakątka internetu atakują mnie linki do zbiórek na polakpotrafi.pl czy innym siepomaga, gdzie młodzi wannabe autorzy próbują zebrać kasę na wydanie swojego debiutu fantasy. I czuję się niejako zmuszona okolicznościami do wyjaśnienia, dlaczego nie przepadam za taką wydawniczą samodzielnością. Więc notka będzie bardzo spod znaku „IMO”, może nawet dość emocjonalna. Zrównoważoną, przekrojową notkę napiszę kiedy indziej. 

Jako ilustracja wpisu - randomowe, zabawne gify ze zwierzętami.
Zacznijmy może od zdefiniowania tego, co na potrzeby notki będę nazywać selfem. Otóż za self uznaję wszystko to, co autor wydał za własne (lub zebrane od darczyńców) pieniądze, z pominięciem mainstreamowych wydawnictw (tak, ci, którzy założyli wydawnictwa tylko po to, żeby ich własna powieść ujrzała światło dzienne też się liczą. Chyba że wydają też inne książki bez współfinansowania). Koniec, kropka. Zdaję sobie sprawę, że istnieje coś takiego, jak selfpublishing właściwy i wydawnictwa typu vanity, ale na potrzeby tego wpisu załóżmy, że kiedy piszę o selfie, chodzi mi o ogół zjawiska, chyba że zaznaczę inaczej.

Ograniczę się też do pozycji z fantastyki. Raz, że na tym znam się najlepiej i najwięcej takich propozycji dostaję. Dwa, jest to przykład gatunku, który ostatnio wydawcy przyjmują z otwartymi ramionami, więc teoretycznie autor prezentujący poziom czytelności nie powinien mieć problemów z wydaniem się (dlatego sam fakt, ze zdecydował się na self, już budzi we mnie podejrzliwość). (Ogólnie jestem zdania, że są pozycje, dla których self jest sensowną opcją: książki bardzo specjalistyczne, fanfiki – choć wtedy dochodzi problem praw autorskich, rzeczy wydawane przez ludzi z dorobkiem literackim lub z nazwiskiem rozpoznawalnym z jakichś innych przyczyn, powieści bardzo, bardzo niszowe. Ale miażdżąca większość selfowej fantastyki nie łapie się do tych kategorii).


Na blogu może tego nie widać, ale dość regularnie dostaję propozycję zrecenzowania czegoś, co autor wydał własnym sumptem. To nie jest tak, że odrzucam każdą tego typu propozycję – był czas, kiedy podchodziłam do nich bardzo entuzjastycznie. Ale szybko się skończył. Teraz w ogóle odpowiadam tylko na takie, które zawierają dołączony fragment do przeczytania, a i to zwykle odmownie. Bo najczęściej już po pierwszym akapicie widać, czy inkryminowany utwór w ogóle nadaje się do czytania.

Moim pierwszym i największym problem z selfem jest bowiem jego poziom. To, co do mnie trafiało mieściło się w granicach od beznadziejnej grafomanii do przeciętnej poprawności. I w sumie w porządku, tradycyjne wydawnictwa też wydają sporo książek, które są przeciętnymi czytadłami. Sama czasem po nie sięgam, niektóre nawet bardzo lubię. W czym więc problem?

Po pierwsze w proporcji. Może miałam ogromnego pecha, ale na podstawie własnych doświadczeń śmiem twierdzić, że proporcja grafomanii czystej wody i najniższego poziomu do rzeczy zdatnych do czytania jest w tradycyjnym obiegu wydawniczym dokładnie odwrotna niż wśród selferów. To z kolei oznacza, że trzeba przekopać się przez morze crapu, żeby znaleźć coś ledwie zdatnego do czytania, a dobra książka byłaby rzadsza od jednorożca. Szczerze mówiąc, nie mam na to ani czasu, ani ochoty. Nawet jeśli miałoby mnie ominąć moje życiowe odkrycie literackie. Wolę tradycyjne wydawnictwa – tam już ktoś wstępnie oddzielił ziarno od plew, żebym ja nie musiała.


Po drugie, dwa magiczne słowa: redakcja i korekta. Tych zaklęć zwykle selferzy nie znają. W tradycyjnych wydawnictwach też nie jest idealnie, zdarzają się wręcz tragicznie wydane książki, ale właśnie: zdarzają się. To, co w tradycyjnej formie wydawniczej jest wypadkiem przy pracy, w selfie jest normą. Szczególne antyzasługi mają tu wydawnictwa typu vanity, które najczęściej bezczelnie w tej kwestii oszukują wannabe pisarzy, licząc sobie za usługi, których nie wykonują (lub których wykonanie ograniczają do włączenia autokorekty w Wordzie). Potem taki niczego nieświadomy autor myśli, że ktoś mu powieść zredagował (może nawet cieszy się, że tworzy taką super literaturę, skoro było tak mało/nie było obiekcji), a to guzik prawda. Trochę lepiej sytuacja ma się u autorów, którzy o wszystko dbają sami – i tu jest jakaś nadzieja. (acz płonna, przynajmniej dopóki Amazon nie wejdzie do Polski. Ale to już temat na tę obiektywną, rzeczową notkę)

No i teraz moi drodzy, powiedzcie mi, dlaczego jako czytelniczka mam się zmagać z wątpliwej jakości samizdatem, skoro mogę poczytać sobie czytadło równie przeciętne, ale przynajmniej poprawnie zredagowane? Pomijając już fakt istnienia książek poprawnie zredagowanych dobrych i bardzo dobrych.

To są główne powody mojej nieufności. Wiem, że może trochę generalizuję – są przecież autorzy, którzy nawet swojej twórczości nikomu nie wysyłali, bo nie podoba im się fakt odstąpienia praw majątkowych do utworu (czy jakikolwiek inny). Może coś fajnego mi przez to umknie. Trudno, i tak mam co czytać. A przykłady z zachodu pokazują, że jeśli selfer odnosi sukces to zaraz jakieś wydawnictwo się nim interesuje. I wydaje tę jego książkę. Posiedzę, poczekam, może i u nas wyklarują się takie przypadki.

środa, 25 stycznia 2017

Zmyślenia #35: Ksiązki, na które czekam w 2017 roku

Właściwie miałam tej notki nie pisać, z powodów bliżej nieokreślonych (a właściwie określonych mianem "chyba mi się znudziło"), ale jakoś tak wyszło, że niepisanie nie wyszło, więc jest. Tymczasem przejdźmy może do rzeczy, czyli na początek weryfikacji.

Weryfikacja

Cofnę się w tej weryfikacji aż do 2015 roku, albowiem wstępnie to wtedy miały wyjść "Szepty pod ziemią" Aaronovitcha, trzeci tom cyklu zainaugurowanego przez "Rzeki Londynu". Ostatecznie mają wyjść w tym roku (choć wiadomo, że w tak odległych planach wszelka ostateczność jest względna), razem ze wznowieniem dwóch poprzednich w nowej szacie graficznej. Tak tu tylko położę ten fakt, żeby wszyscy chętni mogli się ucieszyć lub zagotować, wedle preferencji.

"The Thorn of Emberlain" Scotta Lyncha ciągle ani widu, ani słychu, ale wszyscy mają nadzieję.

Dresdena za to wydają regularnie.

A teraz przejdźmy do weryfikacji pozycji z 2016 roku:
  1. "Wiatrogon aeronauty" Butchera mam, przeczytałam i zrecenzowałam. Czekam na jeszcze.
  2. "Dwanaście srok za ogon" Łubieńskiego też mam, przeczytałam i zrecenzowałam. Bardzo dobra rzecz, autor mógłby coś jeszcze napisać.
  3. "Zagubieni książęta" Nixa toż samo - przeczytałam i miło wspominam. Acz jakichś szczególnie mocnych uczuć nie wzbudziło.
  4. "Bratobójca" Jay Kristoff - zanabyłam niedawno, ale jeszcze nie przeczytałam. Czeka na swoją kolej i mam nadzieję, że autor mnie nie zawiedzie.
  5. "Bezsennych" Jamiołkowskiego też mam i zrecenzowałam. Chętnie przeczytałabym kolejny tom, ale w zapowiedziach wydawniczych na razie cicho na temat.
  6. "League of Dragons" Novik jak dotąd po polsku nie wyszło. Ale ciągle jest nadzieja, że w tym roku się uda.
  7. "Olga i osty" Agnieszki Hałas oczywiście wyszło o czasie, ale jeszcze się nie zaopatrzyłam. Ale nic straconego przecież.
  8. "Królowie Dary" Liu też wyszli, też mam i też zrecenzowałam. W tym roku ma wyjść kolejna część i jakkolwiek z zainteresowaniem przeczytam, to nie czekam jakoś szczególnie na nią nie czekam.
  9. Podobnie z "Władcami dinozaurów" Milana - też zrecenzowałam i jakkolwiek lekko mnie rozczarowali, to przy najbliższej okazji chętnie przyjrzę się kontynuacji, która ma wyjść w lutym. Ale nie czekam z niecierpliwością.
Wyczekiwane w 2017

A oto lista co bardziej wyczekiwanych premier na ten rok. (Oczywiście niekompletna, bo o tak wczesnej porze wydawcy nie wyciągają jeszcze wszystkich asów z rękawa). Oczywiście kolejność nie ma związku z przewidywaną datą wydania.

1. "Historia naturalna smoków" Marie Brennan
Pamiętacie, jak kiedyś pisałam notkę o książkach, które chciałabym mieć, ale nikt mi ich nie chce wydać? To jest właśnie jedna z książek z tej notki. Toteż napaliłam się na nią jak szczerbaty na suchary i już przebieram nóżkami. W związku z powyższym jest to najbardziej wyczekiwana premiera tego roku, przynajmniej dla mojej skromnej osoby.  Książka ma się ukazać już w lutym, jeszcze dokładnie nie wiadomo którego - dlatego do daty podchodzę sceptycznie, ale nie przeszkadza mi to cieszyć się na zaś. Mam tylko nadzieję, że tłumacz podoła i że będą ilustracje z oryginalnego wydania.

2. "Cień Gildii" Aleksandra Janusz
Co prawda ciągle jeszcze nie przeczytałam drugiej części tej trylogii w czterech tomach (za to przeczytałam pierwszą i bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, polecam), ale już z niecierpliwością czekam na czwartą, która ma się ukazać w drugim kwartale bieżącego roku. Wstępna wersja tekstu już jest, jeszcze tylko redakcja, korekta, skład, łamanie, druk i będzie można czytać.;)

3. "Endsinger" Jay Kristoff
Jest to trzecia i ostatnia część "Wojny Lotosowej" - jednego z moich ulubionych cykli YA. Jak dotąd czytałam tylko część pierwszą, czyli "Tancerzy burzy", ale niedawno zaopatrzyłam się też w drugą. Uroboros zapowiada ostatnią na ten rok, więc pewnie też się zaopatrzę (acz poczekam na jakąś atrakcyjną przecenę w sempiku, a co). Dodatkowo Mag interesuje się też kolejnym cyklem autora, ale co do wydania "Nevernight" w Polsce plany są na razie tak mgliste, że równie dobrze może wyjść w tym roku, jak i za pięć lat.

4. Cykl "Teatr węży" Agnieszki Hałas
Szczerze mówiąc to jest cykl, który od dawna chciałam przeczytać, ale odstraszała mnie ograniczona dostępność i, oględnie mówiąc, wydania wątpliwej urody. No autorka nie miała szczęścia, ciągle trafiała do niszowych wydawnictw i dystrybucja jej książek odbywała się raczej na zasadzie "kto ma wiedzieć, ten wie". Ale w tym roku najwyraźniej jej się poszczęściło i serią zainteresował się Rebis. Miejmy nadzieję, że skończy się przyzwoitym wydaniem.:)

5. "Zima" Michał Ochnik
Bo zawsze bardzo ciekawi mnie książka, której autorem jest kolega bloger.;) "Zima" cosik nie miała szczęścia, premierę przekładano już wiele razy. Mam nadzieję, że teraz wreszcie wyjdzie.

I to chyba w sumie byłoby na tyle. Oczywiście liczę również na kontynuację serii Menażeria i Eco, jest też parę tytułów, które zapowiadają się interesująco, ale jeszcze za mało o nich wiadomo. A na co Wy czekacie?

wtorek, 27 września 2016

Zmyślenia #34: Irytujące praktyki pisarzy

Jakiś czas temu narzekałam na irytujące praktyki wydawnictw. Dość naturalne wydaje się pociągnięcie tematu (miałam to zrobić dawno temu oczywiście, ale jestem ciężkim przypadkiem nieogaru). Bo przecież nie tylko wydawcy irytują czytelników – równie często, jeśli nie częściej, robią to autorzy.

Przy czym, jak zwykle, pragnę zauważyć, że jest to całkiem subiektywny wybór praktyk irytujących mnie. Innych może irytować coś zupełnie innego, więc jak ktoś ma coś do dodania, to jak najbardziej jestem otwarta na dyskusję. Tymczasem lecimy.

1. Niekończenie serii
Ja wszystko rozumiem. Wiem, że po kilkunastu niekiedy latach pisania jakiegoś cyklu można kompletnie stracić o niego zapał i sympatię. Wiem, że w pewnym momencie można się po prostu znudzić, a w polskich realiach zaliczki wydawców nie zachęcają do łupania kolejnych tomów. No i w końcu pisanie to jednak rodzaj sztuki (a przynajmniej tzw. zajęcia kreatywnego) i wymaga głębszego zaangażowania niż, powiedzmy, układanie kostki brukowej. 

Notkę będą ilustrować losowe fotki moich książkowych glacjałów.
Ale to wszystko nie zmienia faktu, że niekończenie cykli pozostaje irytujące. Bo widzicie, wychodzę z założenia, że autor, pisząc tom pierwszy jakiejś większej całości, coś mi, jako czytelnikowi obiecuje. Jasne, płacę tylko za pierwszy tom i pierwszy (czy tam kolejny, który akurat wychodzi) dostaję, ale istnieje obietnica dalszej opowieści, która być może jest jednym z silniejszych przesłanek, aby w ogóle dokonać zakupu poprzednich części. Więc nie dostając zakończenia, czuję się oszukana kłamliwą reklamą.

I pół biedy jeszcze, kiedy każdy tom cyklu stanowi zamkniętą całość – wtedy autorowi łatwiej wybaczyć. Ale z mojego doświadczenia wynika, że tendencję do porzucania swoich opowieści mają właśnie autorzy, którzy rozbijają ją równomiernie na wszystkie planowane tomy. Wstyd.

2. Lobotomia imperatywem
Czasami autor ma pomysł na świetną scenę czy wątek. No po prostu super plot twist, myśli sobie autor. Problem polega na tym, że żaden z jego bohaterów nie nadaje się, aby w takiej scenie wziąć udział. Żaden bowiem nie ma odpowiedniego charakteru, żeby wypaść w niej naturalnie. Rozsądny autor w tym momencie ciężko wzdycha i odkłada pomysł do wykorzystania w jakimś innym dziele. Niestety, nie wszyscy są rozsądni. Niektórzy są tak oczarowani swoim geniuszem, że wolą rozwalić budowaną niekiedy przez kilka tomów konstrukcję postaci, żeby tylko daną scenę napisać. A to zawsze jest strzał w kolano.

Przyznam szczerze, że taka dezynwoltura charakterologiczna jest charakterystyczna głównie dla fanfików. Niestety, zdarza się też uznanym autorom. Na przykład takiej Mai Lidii Kossakowskiej. Która jednej z bohaterek swojego cyklu anielskiego kazała zmienić się z rozgarniętej, zdolnej i empatycznej, choć z racji izolacji niedoinformowanej dziewczyny w bezwolną, głupiutką lalę, która wszystko, co jej powiedzą łyka jak młody pelikan. A to wszystko po to, żeby wykorzystać ją w jednej scenie, która w ostatecznym rozrachunku niewiele wnosiła. 


3. Seryjna nekromancja
Nie chodzi tu bynajmniej o wskrzeszanie bohaterów – to czasem da się zrobić sensownie. Chodzi o dopisywanie kolejnych tomów do tych serii, których definitywne zakończenie wcześniej się deklarowało. To nigdy nie kończy się dobrze (a przynajmniej ja nie znam takiego przypadku).

Widzicie, rozumiem eksploatowanie świata. To czasem nawet fajnie wychodzi, zwłaszcza, jeśli autor w jakiś tam sposób planował dalsze wykorzystanie świata. To poszerza możliwości opowiadanych historii i pozwala fanom dowiedzieć się więcej o obiekcie fanostwa.

Żal mam raczej do tych autorów, którzy po kilkunastu latach postanawiają dopisać kolejny tom to historii, w której zakończenie nie za bardzo pozostawiało jakiekolwiek pole manewru. Takie rzeczy nigdy nie prezentują literackiego poziomu co najmniej zbliżonego do oryginalnej serii. A ponieważ często są gorsze i kalają wspomnienia czytelników… Cóż, boli. 


4. Branie czytelnika za idiotę
Może przybierać różne formy. Albo autor przypomina nam po pięć razy na rozdział jakąś informację, albo tłumaczy rzeczy najprostsze. W każdym razie ja zawsze mam ochotę zakląć szpetnie, kiedy autor na przestrzeni dwóch akapitów pięć razy powtarza informację, że na padoku śmierdzi (tak, zrozumiałam za pierwszym razem. Nie, powtarzanie tego w kółko nie wzmacnia efektu) a któryś z bohaterów jest dowódcą jednostki (nie mam pamięci złotej rybki, nie zapomnę przez pół stroy). Nie lubię, kiedy traktować mnie jak durnia.

Po części mam wrażenie, za taką manierę pisarska odpowiedzialne są te wszystkie kursy kreatywnego pisania. Tam bowiem uczy się, że zdania mają być krótkie, słownictwo proste, a kluczowe informacje należy od czasu do czasu powtarzać. Niestety, często przybiera to formy niestrawne dla czytelnika bardziej wyrobionego. 


5. Niekonsekwencja światotwórcza
Coś jak w punkcie o lobotomii imperatywem, tylko w odniesieniu do tworzonego świata. I spotykane zwłaszcza w cyklach.

Widzicie, zdarza się czasem, że autor opisze sposób działania jakichś rzeczy, aby w następnym tomie wyjaśnić go zupełnie inaczej. Wiecie, ja rozumiem, że być może autor w międzyczasie wpadł na sensowniejszy pomysł i chciał go wprowadzić (a w kolejnym wydaniu wszystko zostanie ujednolicone), ale przydałoby się chociaż w przedmowie wyjaśnić taką decyzję. Bo w przeciwnym razie fani serii, którzy są z nią od samego początku, poczują niesmak. A już zupełnie żenujące są sytuacje, kiedy autor zmienił jakieś prawidła świata tylko dlatego, że zapomniał, jak je wcześniej opisał…

Szczerze mówiąc, znalazłoby się jeszcze parę irytujących rzeczy. Ale najczęściej są związane z niedostatkami warsztatu pisarskiego i myślę, że nie ma sensu się nad nimi rozwodzić. Niedostatki warsztatu bowiem mówią same za siebie. No, chyba że macie ochotę jednak się porozwodzić w komentarzach, to nie krępujcie się.

wtorek, 26 lipca 2016

Zmyślenia #33: Świńskie epizody na Dzień Świnki Morskiej

Tę notkę obiecałam Wam na Dzień Świnki Morskiej, który był w czwartek. Ale ponieważ w zeszłym tygodniu przebywałam na (prawie) totalnym bezinternetowiu, dostajecie ją dopiero dzisiaj.

Już w zeszłym roku narzekałam na brak świnek morskich popkulturze. Rzadko bywają głównymi bohaterami czegokolwiek, w przeciwieństwie do takich królików czy innych szczurów. A jak już tymi bohaterami są, to produkcja jest tak kiepska, że lepiej, żeby jej w ogóle nie było. Najwyraźniej twórcy na świnki kompletnie nie mają pomysłu. Choć ciągle mam nadzieję, że jednak ktoś kiedyś będzie miał pomysł.

Niestety, jeśli chodzi o role epizodyczne czy nawet statystowanie, to świnek też nie ma zbyt wiele. Udało mi się zgromadzić tylko cztery przykłady. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będę mogła uraczyć Was dłuższą listą, tymczasem musicie się zadowolić tym, co jest. 


„Siostrzeniec czarodzieja” C. S. Lewis
Świnki morskie co prawda nie dostały żadnej roli mówionej w całym narnijskim cyklu (nie to, co bobry albo myszy, prawdaż), ale w jednej części się pojawiły. Stworzonka (przyznam, że nie pamiętam, czy była jedna, czy dwie) zostały wykorzystane zgodnie z angielskim idiomem (u nich określenia „guinea pig” używa się w tym samym znaczeniu, co u nas królika doświadczalnego. I coraz częściej, zwłaszcza w filmach, tłumaczy się ten idiom dosłownie, ku mojej rosnącej frustracji) do przetestowania przejścia między światami. Testy zakończyły się pomyślnie, toteż świnkom nic się nie stało. Teraz sobie myślę, że spędzenie reszty życia w Lesie pomiędzy światami wcale nie było takim złym obrotem spraw. Święty spokój, ciepło i mnóstwo jedzenia to zdecydowanie rzeczy, których życzyłaby sobie każda świnka.


M*A*S*H (serial)
Osobiście ten serial bardzo lubię – zaskakujące, w jak wielu aspektach w ogóle się nie zestarzał. Ale miało być o świnkach. Otóż jeden z bohaterów serialu, kapral Walter "Radar" O'Reilly, rekompensował sobie wojenne stresy hodując różne zwierzątka domowe, między innymi świnki morskie. Przez wiele odcinków przewijały się różne zwierzątka, ale pierwszym była świnka o polskim imieniu Gapcio. Podobno należała do córki reżysera. Dziewczynce bardzo zależało, aby jej ulubieniec wstąpił w telewizji i najwyraźniej dopięła swego.


Dr Dolittle (film)
Chodzi oczywiście o film z 1998 roku z Eddiem Murphym. Córka tytułowego doktora miała samca świnki morskiej o imieniu Rodney, który od czasu do czasu wtrącał swoje trzy grosze. I jak sam film całkiem lubię, tak Rodneya nieszczególnie, bo to wredna małpa jest (w ogóle gryzoniom w „Doktorze…” się dostało, bo Rodney jest nie do wytrzymania, za to szczury są obrzydliwe. Po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że właściwie większość zwierzęcych bohaterów filmu jest mniej lub bardziej niesympatyczna). Ciekawy jest fakt, że Rodneya grały przynajmniej dwie świnki.


Kore wa Zombie Desu
Jest to anime, które z fascynacją ogląda mój Luby, a którego ja osobiście nie trawię, bo to rzecz dla ludzi o mocnych nerwach (ja się w sumie nie znam, ale mam wrażenie, że autorzy obrali sobie za cel dekonstrukcję trendu magicina girls i kilku innych przez robienie sobie z nich absurdalnych jaj). No więc w tym anime jest odcinek, w którym świnka morska pełni rolę, która zazwyczaj przypada kotu - jest pupilkiem czarnego charakteru. Z którym to pupilkiem czarnych charakter nonszalancko przechadza się po planie, znęcając się oralnie nad tym dobrym. To jest coś!

wtorek, 12 lipca 2016

Zmyślenia #32: Irytujące praktyki wydawnicze

Tutaj powinna się znajdować jedna z moich zaległych recek, ale po prawdzie to nie miałam weny, żeby ją pisać. Toteż zamiast męczyć się z tekstem, który wyraźnie nie chce być teraz pisany, zajęłam się czymś, co nam, Polakom, zawsze wychodzi bardzo dobrze. Otóż dzisiaj sobie ponarzekam. Ale żeby było tematycznie, to ponarzekam sobie na wydawnictwa.

Każdy z nas jest w stanie wymienić przynajmniej kilka wydawniczych praktyk, które sprawiają, że mu się nóż w kieszeni otwiera. Nie wszystkich jednak irytuje to samo (choć pewnie spora grupa jednak się powiela). Tutaj wypiszę wam, co irytuje Moreni. W kolejności losowej, czyli takiej, w jakiej mi się przypomniało.

1. Rozbijanie na tomy

Swego czasu prym w tym niecnym procederze wiodła Fabryka Słów (i chyba dalej wiedzie, ale nawet oni już przystopowali). Chyba każdy czytelnik, zwłaszcza fantastyki, spotkał się kiedyś z sytuacją, gdzie oryginalna wersja językowa książki była wydana jednotomowo, ale polska już w dwóch częściach. I zawsze budzi to irytację, bo nie dość że musimy za jedną powieść zapłacić jak za dwie, to jeszcze więcej miejsca na półce zajmuje i nierzadko na drugą połowę trzeba było czekać kilka miesięcy (na przykład w przypadku „Golema i dżina” tak było)… Teoretycznie dla wydawcy jest to czysty zysk, bo może tych durnych czytelników wydoić dwa razy. Ale tyle teorii. W praktyce czytelnik wcale nie jest taki głupi i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jest wykorzystywany. A to rodzi w nim bunt. I w pewnym momencie może się okazać, że książka, która w założeniach miała przynieść zysk podwójny, nie przyniesie żadnego, bo zrażony czytelnik po prostu jej nie kupi – wszak mamy jeszcze biblioteki, prawda?

2. Niekończenie serii

To jest przewinienie, za które moim zdaniem należy się osobny krąg w piekle z powodów, których chyba nie muszę nikomu wyjaśniać.

A tak bardziej serio to rozumiem, że czasem to nie jest wina wydawcy, bo zdarza się, że autorzy porzucają swoje cykle i ich nie kończą z takich lub innych powodów. Czasem zdarza się i tak, że dwudziestotomowy cykl już na etapie tomu piątego przynosi same straty. Wydawnictwo nie jest instytucją charytatywną, swoje zarobić musi i trudno od niego oczekiwać, że będzie dokładać do kolejnych piętnastu tomów (bo zakładanie, że co prawda piąty jest stratny, ale przy szóstym z pewnością chwyci to w realiach naszego rynku myślenie życzeniowe level hard). Znacznie mniej mam wyrozumiałości dla tych oficyn, które wydają wszystkie tomy POZA OSTATNIM. No hej, ja doskonale rozumiem, że czasem licencja na ten ostatni jest najdroższa, ale naprawdę, to już można by sobie było wpuścić w koszty pijarowe. Poza tym to jest znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem nad fanami.

Przy czym dla samych wydawców takie niewydawanie serii do końca nie pozostaje bez wpływu na sprzedaż. Bo po kilku takich akcjach czytelnik wzruszy ramionami i stwierdzi, że poczeka, aż wydadzą wszystko (bardzo często słyszę (czytam?) takie deklaracje w odniesieniu do Fabryki Słów). Więc wydawca nie widzi znaczących zysków przy pierwszym tomie, więc po jakimś czasie zawiesza serię. A czytelnik utwierdza się w swoim przekonaniu, że wydawcy nie można ufać. Po czym cykl powtarza się od nowa.

3. Odwlekanie premier w nieskończoność

Nieco mniej karygodne niż punk poprzedni, bo pozostawia nadzieję i czasem nawet nie jest to nadzieja płonna. Niemniej, czekanie latami na przekład kolejnego tomu ulubionej serii, który już dawno ukazał się w oryginale bywa frustrujące. W niektórych przypadkach oczekujący czytelnik naprawdę zdążyłby się już nauczyć języka oryginału i przeczytać, gdyby wiedział, że to będzie tyle trwało…

4. Zmiana szaty graficznej i/lub technikaliów wydania w połowie serii

Prawdziwy koszmar perfekcjonisty i kolekcjonera. Otóż wyobraźcie sobie, że zebraliście kilka tomów jakiejś serii w twardej okładce z obwolutą, aż tu nagle kolejny wychodzi w miękkiej ze skrzydełkami. Albo o dwa formaty większy. Albo w zupełnie innej szacie graficznej. Przy tym nierówne napisy na grzbietach serii to pikuś. Sama mam dwie takie serie, gdzie wydawca nagle zmienił zdanie, a z nim wygląd książek. I fakt, najważniejsza jest przecież treść i w ogóle, ale z drugiej strony, gdyby mi nie zależała na aspekcie estetycznym, kupiłabym sobie ebooki. No i znacznie łatwiej upychać drugie piętro książek na równo stojącej serii tej samej wysokości, niż na górkach i dolinkach…

To chyba tyle, jeśli chodzi o najgorsze z najgorszych i godne jednoznacznego potępienia praktyki. Ale jeśli was irytuje coś jeszcze, to piszcie.;)

wtorek, 28 czerwca 2016

Zmyślenia #31: Dlaczego dla blogerów książkowych Patronite nie ma sensu

Od jakiegoś czasu bardzo popularna wśród twórców internetowych staje się strona patronite.pl. Chodzi w tym o to, że taki twórca (czy to piszący, rysujący czy lepiący) zakłada sobie konto na owej stronie i już fani mogą go, w zamian za różne gratisy i drobne przywileje, wspierać finansowo. Za oceanem istnieje wielu twórców, którzy całkiem dobrze sobie z tego żyją, ich zarobki na tego typu platformach sięgają dziesiątek tysięcy zielonych miesięcznie. Nic dziwnego, że i rodzimi twórcy bardzo chętnie zakładają konta na serwisie. Niech im będzie na zdrowie. Tyle że mam przeczucie graniczące z pewnością, że w przypadku blogerów książkowych takie działania są bezcelowe.

Może na początek zaznaczę, że idea stojąca za serwisem patronite.pl szalenie mi się podoba. Oto bowiem jest prostym uwspółcześnieniem idei mecenatu. Mecenasi wspierający wybitnych artystów pewnie nadal gdzieś tam istnieją i wspierają, gorzej miała się sytuacja artystów tworzących ku uciesze mas (na potrzeby tego wpisu zdefiniujmy sobie artystów jako osoby tworzące treści bądź przedmioty, zaspokajające potrzeby fanowskie, estetyczne lub rozrywkowe pomijając ich aspiracje do bycia sztuką). A teraz każdy może być mecenasem i głosować portfelem, jak to się modnie mówi. I to jest piękne. Mój problem z Patronite polega głównie na tym, że dla pewnych grup niestety stosowanie go pozostaje bezcelowe i jedną z tych grup jest, jak sądzę, blogosfera książkowa. A dlaczego tak sądzę, to mam zamiar teraz po kolei wyłuszczyć.

1. Zasięg

Truizmem jest stwierdzenie, że tylko mały ułamek czytelników treści internetowych jest skłonny rzucić piniondz ich autorowi. Weźmy takiego Zwierza Popkulturalnego – na ponad piętnaście tysięcy fanów na Facebooku patronów (czyli ludzi wspierających go na Patronite) ma tylko trochę ponad stu. Czyli 0,7%. A teraz, drodzy blogerzy książkowi, sprawdźcie, ilu fanów macie na fejsie i policzcie, ile z tego to będzie 0,7%. Wyniki raczej nie są satysfakcjonujące.

A specyfika blogosfery książkowej może je jeszcze pogorszyć. Bo widzicie, większość osób czytających blogi książkowe to inni blogerzy książkowi. Którzy będą mniej skłonni rzucić piątaka niż zwykły czytelnik. Nie z zawiści, tylko z chłodnej kalkulacji – tego piątaka mogą przecież zainwestować we własnego bloga.

Z tego wynika też, że niewiele osób wśród blogerów książkowych wytworzyło wokół swoich blogów prężną sieć aktywnych odbiorców (nazwałabym to mini fandomem) – ludzi na tyle osobiście zaangażowanych w to, co robimy w sieci, żeby nam rzucili kasę. Nasi czytelniczy owszem, są zaangażowani, ale raczej w tworzenie własnych blogów i społeczności. W końcu w większości sami są blogerami.

2. Zdobywanie materiałów

Blogerzy na patronite.pl zwykle piszą, że fundusze od patronów przeznaczą na zakup materiałów do prowadzenia bloga (najczęściej chodzi tu o rzeczy do recenzowania, rzadziej sprzęt do nagrań). Co jest ogólnie dobrym pomysłem i bardzo fajnym uzasadnieniem, istnieje jednak małe „ale” odnośnie blogosfery książkowej (wyjąwszy może tych, którzy piszą o książkach nieprzełożonych na polski). Otóż materiały z naszej dziedziny znacznie łatwiej zdobyć niż z jakiejkolwiek innej dziedziny popkultury. Wiele starszych pozycji można bez problemu znaleźć w którejś bibliotece (a i nowości czasem też. Większość z nas to stali bywalcy bibliotek, więc załatwienie sobie jakiejś nowości do wypożyczenia nie powinno być problemem). No i są współprace, które jedni uwielbiają, inni krytykują, a jeszcze innym są całkiem obojętne. Współprace, czyli otrzymywanie egzemplarzy książek do recenzji.

Przy pewnym stażu, ilości wyświetleń i regularności pisania zdobycie takiego egzemplarza jest dość proste. Ale ma też pewien aspekt psychologiczny, który może odstraszać patronów. Bo widzicie, większość czytelników widzi tylko, że dostajecie książki za darmo, ergo po co mają wam się do czegokolwiek dorzucać, przecież nawet kupować materiałów nie musicie, same do was przychodzą.

Jest jeszcze kwestia różnych tematycznych imprez, z których relacje czasem się tu i ówdzie pojawiają. Otóż w świetle zdobywania potencjalnych patronów są one raczej niezbyt nośne. Głównie dlatego, że w notce o zbieraniu na wyjazd najlepiej wygląda kwestia zakupu wejściówki. A wiele książkowych imprez oferuje blogerom wejściówki za darmo. I ja wiem, że samo wejście to tylko jedna ze składowych wyjazdu na taką imprezę, zwłaszcza, jeśli odbywa się ona na drugim końcu Polski. Ale sami przyznacie, że nocleg, bilet na pociąg czy szama nie wyglądają już tak dobrze w rozpisce celów dotacji.

3. Czas

Patronite (czy może raczej jego amerykański pierwowzór, Patreon) został stworzony głównie z myślą o freelancerach, którzy ciągle łupiąc zlecenia komercyjne żeby żyć, nie mają czasu ni energii na robienie własnych projektów czy ogólny rozwój artystyczny. Założenie jest takie, że jeżeli fani ich twórczości własnej sypną groszem, wtedy freelancer będzie mógł zrezygnować z części zleceń, a zaoszczędzony w ten sposób czas poświęcić na rozwój osobisty, ku uciesze płacących fanów. W blogosferze książkowej ten scenariusz w większości przypadków nie ma szans się sprawdzić.

Powodem jest fakt, że niewielu blogerów pracuje jako freelancerzy. Część pracuje w sposób bardziej normowany (może nawet na etacie), część jeszcze się uczy. W tych przypadkach zwykle trudno jest od tak sobie regulować czas poświęcany na pracę zawodową (a w ogóle niemożliwe regulować sobie czas poświęcony na naukę) w zależności od tego, ile patron sypnie, więc czas przeznaczony na szeroko pojęte tworzenie treści raczej się nie zwiększy. Oczywiście przy odpowiednio dużej kwocie wsparcia bloger mógłby rzucić nawet pracę etatową i zająć się wyłącznie blogowaniem za pieniądze patronów, ale głęboko wątpię, żeby ktokolwiek w rodzimej blogosferze (nawet nie tylko książkowej, całej popkulturowej) miał aż tak bogatych i licznych fanów.

Ta cała tyrada nie została napisana po to, żeby was przekonywać, że kompletnie nie warto się patronite.pl interesować. Ależ interesujcie się, na zdrowie, mam zamiar wam kibicować i trzymać kciuki. Może nawet sama kiedyś założę tam konto (ale rozważać to zacznę dopiero, kiedy liczba fanów na fejsie przekroczy 500, żeby te mniej niż 0,7% z nich nie stanowiło ułamków ludzi). Chciałam tylko pokazać, że należy się nastawić raczej na małe cele. Na zrezygnowanie z pracy dzięki patronite.pl raczej nie macie szans, choć może uda się wam kupić kolejną książkę.

wtorek, 22 marca 2016

Zmyślenia #30: Kilka słów o raporcie

W zeszłym tygodniu ogłoszono wstępne wyniki raportu o stanie czytelnictwa. Chyba już wszyscy blogerzy (także ci, którzy na co dzień nie zajmują się literaturą) napisali kilka słów na ten temat, więc jestem ostatnia (i ciekawe, czy komukolwiek będzie się chciało czytać jeszcze jedną notkę o raporcie). Ale muszę, inaczej się uduszę.

Na początek może kilka słów o tym, co mi się w metodzie przeprowadzania badań nie podobało. Nie jestem socjologiem, więc pewnie moje uwagi można sobie w buty włożyć, ale czuje potrzebę ich wyartykułowania. I nie, nie dotyczą one wybranej grupy badanych (choć uważam, że fajnie by było zorganizować szerzej zakrojone badania. Szeroko zakrojonych badań nigdy za wiele (zwłaszcza, że taki na przykład spis powszechny byłby idealną okazją).


Moje pierwsze zastrzeżenie dotyczy punktu o źródłach czytanych książek. Widzicie, brakuje mi konkretnej informacji o tym, jak sformułowane było pytanie do ankietowanych. Podpis sugeruje, że pytano ich tylko o jedno, główne źródło książek. Tymczasem suma punktów procentowych na wykresie jest większa niż 100. Czyli jednak pytano o kilka źródeł, zapewne prosząc o ułożenie ich zgodnie z popularnością. Zważywszy na to, że większość z nas aż tak się w analizę wykresów nie zagłębia, brak jednoznacznej informacji może być mylący.

Ale to w sumie kosmetyka, którą zapewne uzupełni się w pełnej wersji raportu. Poważniejsze wątpliwości mam odnośnie pytania o wielkość domowych księgozbiorów. Z bliżej nieokreślonych przyczyn ankietujący uznali za stosowne liczyć tylko książki papierowe. Jasne, zdaję sobie sprawę, że osoby o rozbudowanym księgozbiorze elektronicznym, nie posiadające przy tym książek papierowych to jednak niewielki odsetek, ale… No, dość rzec, że wyłania się z tego jakaś wewnętrzna niespójność raportu. Bo z jednej strony w pytaniu o źródła książek, ebooki się uwzględnia, z drugiej po nabyciu dla twórców raportu „znikają”. Znowu pojawia się tu charakterystyczne dla polskich badań uznawanie elektronicznej formy tekstu za książkę gorszą, lub w ogóle nieuznawanie jej za książkę. Na chwilę obecną może nie ma to większego znaczenia, ale w przyszłości może nadejść taki moment, kiedy traktowanie przez badaczy ebooków po macoszemu może im poważnie zafałszować wyniki (a nie mogę dać głowy, że pośród młodszych grup wiekowych już nie fałszuje).

Ten gif musiał się tu znaleźć.
No dobrze, ale przejdźmy do właściwiej treści raportu, a raczej do moich rozważań nad nią. Jakie są wyniki, wiedzą już chyba wszyscy – 63% Polaków nie przeczytało w zeszłym roku ani jednej książki. No i z jednej strony spoko – przecież czytanie nie jest jedynym możliwym hobby, równie rozwijające może być przecież kino czy opera, a nawet jeśli nie, to przecież pasja nie musi być związana z kulturą, jak ktoś się czuje szczęśliwy, poprawiając swój zasięg na rowerze, to jego święte prawo.

Z drugiej strony, jednak nie do końca. Bo widzicie, czy tego chcemy, czy nie, ciągle żyjemy w kulturze pisma i większość komunikacji w naszym świecie odbywa się za pomocą literek. A niestety, bez treningu tej mechanicznej umiejętności, jaką jest czytanie, może się tak zdarzyć, że choć będziemy w stanie technicznie odcyfrować, co nam napisano, to zrozumieć już nie bardzo. Poza tym, z powyższej statystyki wynika, że nawet jeśli nieczytający mają jakąś pasję, to nie uznaje za konieczne pogłębiać wiedzy o ulubionym temacie, a w to już mi się kompletnie nie chce wierzyć. Ale zaraz, powie ktoś, przecież książki nie są jedynym źródłem wiedzy! No nie są – mamy jeszcze filmiki na YT i grupy dyskusyjne na forach tematycznych. Co może się sprawdzić, kiedy ktoś się interesuje handmadem (tu piszę kompletnie bez złośliwości, żadna książka nie da nam tyle, co nagrany tutorial), ale w pozostałych dziedzinach nie bardzo. A poza tym, raport wykazał też, że procent osób zadowolonych z życia jest zdecydowanie wyższy po stronie czytających (w sumie tak jak i procent osób z wyższym wykształceniem). Warto przemyśleć.

Czytający kucyk też.
Zastanówmy się może, z czego ta niechęć do czytania wynika. Ogólnie niestety z tego, że żyjemy w społeczeństwie, które krzywo patrzy na ludzi robiących cokolwiek, co nie przynosi im wymiernych korzyści. W dobie dodatkowych fuch, wyrabiania nadgodzin i drugich etatów poświęcanie czasu na coś, co nie przynosi zysków dających się zmierzyć przyrostem na koncie jest traktowane co najmniej podejrzliwie. Nie ważne, czy jest to czytanie, hodowanie zwierzątek domowych czy ozdabianie przedmiotów – jeśli masz na to czas, to najwyraźniej jesteś leniwy, albo rozpieszczony, albo nieudacznikiem. Tak więc lepiej w oczach tłumu jest przeznaczyć swój czas na czwarte już dziś wycieranie kurzu, bo z tego jest korzyść. A z drugiej strony mamy całe rzesze ludzi, którym nie starcza czasu i energii na jakąkolwiek pasję, bo po odwaleniu tych fuch czy powrocie z drugiego etatu (który jest im niestety niezbędny do przeżycia i dopięcia budżetu) najzwyczajniej w świecie zasypiają ze zmęczenia przy włączonym telewizorze.

Przy czym mam wrażenie, że to nie jest tak, że wśród Polaków umarła chęć poznawania historii (acz zaryzykuję tezę, że do tego zmierzamy; jesteśmy na prostej drodze w kierunku Chin, gdzie czytelnictwo w miażdżącej większości ogranicza się do poradników, jak zostać bogatym biznesmenem). O ile wśród moich znajomych z reala (wybaczcie dowód anegdotyczny) trudno znaleźć kogoś, kto regularnie czyta, to widzem serialu jest chyba każdy. Każdy widział w zeszłym roku co najmniej jeden film albo kilka odcinków serialu. Mało tego, te filmy i seriale są żywo dyskutowane. Śmiem więc zaryzykować twierdzenie, że ciągle chcemy, żeby ktoś nam opowiadał historie, mogą być długie. Tylko nie bardzo nam odpowiada forma pisana.

Kot obowiązkowo.
Jedną z przyczyn tego nieodpowiadania już wymieniłam wyżej. Poza nią jest jeszcze jedna, znacznie bardziej prozaiczna – snobizm tych, którzy czytają. Fakt, że ktoś z wyższością spogląda na innych, bo czytał Prousta, a oni ni,e wcale tych „onych” do czytania Prousta nie zachęci. Zwłaszcza, jeśli sami czytelniczych nawyków nie wynieśli z domu.

No właśnie, raport pokazał też, że nawyk czytania wynosi się z domu. I jeśli chcemy podnieść poziom czytelnictwa, to należałoby się zastanowić, jak aktywizować czytelniczo tych, u których w domu się nie czyta. Tutaj piłka jest po stronie szkół. Jakiś czas temu nasze ministerstwo edukacji doszło do wniosku, że zlikwidowanie sztywnego kanonu lektur w klasach początkowych jest dobrym pomysłem, bo należałoby raczej dzieciaki w tym wieku zachęcać do czytania jako takiego, niż bawić się w analizy. To bardzo dobry krok, ale tylko jeden z wielu. Drugim powinno być dofinansowanie bibliotek (bo cóż z tego, że nauczyciel może wybrać do omówienia nową, fajną książkę, zamiast pięćdziesięcioletniej ramotki, jeśli uczniowie nie będą mięli skąd jej wziąć), które poza wszystkim mogą być wspaniałym uzupełnieniem edukacji szkolnej. Widzicie, biblioteki poza wypożyczaniem książek zajmują się też organizowaniem przeróżnych zajęć dla dzieci, mających promować czytelnictwo. Jest to szczególnie ważne w małych miejscowościach, gdzie nie ma domów kultury ani żadnych innych tego typu instytucji. Biblioteki zajmują się nie tylko dziećmi, ale też organizują zajęcia dla osób starszych, a to jedna z najmniej aktywnych czytelniczo grup (i w sumie nie dziwię się. W miastach pewnie sytuacja wygląda lepiej, ale na wsiach często bywa tak, że na gminę przypada tylko jedna biblioteka. Co z kolei oznacza, ze część mieszkańców ma do niej kilkanaście kilometrów, a transportu publicznego brak. Nie podejrzewam emerytów o taką determinację w dążeniu do lektury, żeby chciało im się te kilometry pokonywać na własną rękę).

A tu macie powódź świnek morskich. Bez związku, ale świnki muszą być.
A trzecim krokiem powinna być zmiana programu nauczania. Zaliczam się do osób, które kwestionują konieczność wałkowania lektur w całości, zwłaszcza pod klucz. Może się mylę, ale wydaje mi się, że równie dobrze można kluczowe nurty w literaturze omawiać na podstawie fragmentów. Zamiast wałkować, kto z kim, kiedy i ile razy w „Potopie” czy „Przedwiośniu” w szkole powinno się omawiać bardziej całościowy wpływ tego czy innego nurtu na kształtowanie literatury, ćwiczyć interpretację tekstów (ale w żadnym wypadku jedynie słuszną, jak teraz), prowadzenie dyskusji i argumentowanie. A i większa dowolność w doborze lektur raczej nie zaszkodzi, b żyjemy w takich czasach, że nauka czytania w pierwszej klasie podstawówki to zdecydowanie za mało, aby poprawić czytelnictwo.

Zakończenia nie ma. Powiedziałam wszystko, co powiedzieć chciałam – reszta jest milczeniem.

piątek, 15 stycznia 2016

Zmyślenia #29: Książki, na które czekam w 2016 roku

Rok temu pisałam o książkach, na które czekam i tak mi się spodobał ten pomysł, że postanowiłam zrobić z tego regularny, doroczny wpis. (No, może co pół roczny wpis. Miałoby to więcej sensu, bo wiele premier z drugiej połowy roku w styczniu jest jeszcze tajemnicą. Więc może pojawi się gdzieś w czerwcu druga cześć tego wpisu. A może nie. W końcu nie należy mnie podejrzewać o podejmowanie sensownych działań). Tak więc macie tutaj listę tytułów, których primer oczekuję w tym roku. Ale najpierw...

Zeszłoroczna weryfikacja

Wiecie, jak już wyprodukowałam rok temu tę notkę, to warto byłoby napisać kilka słów na temat tego, ilu książek się doczekałam. I powiem Wam, że nie było źle. Doczekałam się siedmiu z dziewięciu tytułów:
  1. "Clariel" Nixa mam, przeczytałam i już nawet zrecenzowałam
  2. "Śmiertelne maski" Butchera też mam, przeczytałam i zrecenzowałam. Dodatkowo Mag wydał również kolejny tom, czyli "Krwawe rytuały" (też zrecenzowany). W zapowiedziach na ten rok są już dwa kolejne tomy, na które oczywiście czekam, ale o których nie będę już wspominać w dalszej części notki, bo przecież nie ma potrzeby się powtarzać.
  3. "Szepty pod ziemią" Aaronovitcha niestety jeszcze nie wyszły. A ponieważ wydawca zapowiedział, że należy spodziewać się ich raczej w 2017 (bo teraz skupiają się na Butcherze, a nie ma sensu wypuszczać naraz pozycji na tyle podobnych, że mogłyby ze sobą konkurować), to w tegorocznym zestawieniu się nie znajdą. Choć ciągle na nie czekam.
  4. "Pamięć wszystkich słów" Wegnera NARESZCIE wyszła. Oczywiście już ją przeczytałam i opisałam. Teraz pozostaje czekać na kolejną część, która będzie, jak auto ją napisze.
  5. "The Thorn of Emberlain" Scott Lynch - nie wyszedł w 2015, bo autor się pochorował i nie zdążył napisać. Na chwilę obecną zapowiadają w oryginale w tym roku. Trochę się boję, że będzie powtórka z rozrywki i znowu trzeba będzie czekać kilka lat... Cóż, czekam, ale w nowym zestawieniu nie będę się powtarzać, zwłaszcza, że konkretów brak.
  6. "Niebezpieczne kobiety" już wyszły, ale jak dotąd ich nie czytałam. Poczekamy aż stanieją.;)
  7. "Długi Mars" Pratchetta i Baxtera też już wyszedł i nawet nabyłam, ale ciągle czeka na lekturę. Za to w tym roku ma się pojawić kolejna część, czyli "Długa utopia".
  8. "Muzyka milczącego świata" Rothfussa też już wyszła i na otarcie łez nawet ją przeczytałam (i opisałam). Kolejnego tomu "Kronik Królobójcy" ni widu, ni słychu.
  9. "Drażliwe tematy" Gaimana wyszły, mam, ale nie czytałam. Jakoś po lekturze dwóch pozostałych zeszłorocznych zbiorków nie mam ochoty.
Wyczekiwane w 2016

Rozliczyłam się już z zeszłym rokiem, czas więc na to, co tygrysy lubią najbardziej, czyli lista książek oczekiwanych. Kolejność, oczywiście, losowa.

1. "Wiatrogon Aeronauty" Jim Butcher
Nie wiem, co autor/tłumacz/redaktor/wydawca pił, kiedy wymyślał ten tytuł, ale musiało być mocne (zwłaszcza, że to pierwszy tom cyklu o wdzięcznej  nazwie "Żużlowe Kasztele"). W każdym razie jest to pierwszy tom świeżutkiego cyklu Jima Butchera, a ja bardzo jestem ciekawa, jak ten autor sprawdzi się w konwencji innej niż urban fantasy (zwłaszcza, że innego cyklu Butchera, czyli "Kodeksu Alera", raczej się w Polsce nie doczekam. Hm, to chyba dobry moment, żeby zacząć składać drugą część notki o książkach, których wydania w Polsce nigdy się nie doczekam;)). No i jeśli "Kasztele" się przyjmą, to będziemy prawie na bieżąco w stosunku do Amerykanów, a nie dziesięć tomów za nimi.;)

2. "Dwanaście srok za ogon" Stanisław Łubieński
Na tę książkę czekam niecierpliwie nie dlatego, że jakoś szczególnie interesuje mnie treść (choć przecież gdyby nie interesowała, to bym nie czekała), ale dlatego, że to kolejny tom serii Menażeria, którą uwielbiam. I o której dalszy los się obawiałam, bo po kilku wydanych w miarę regularnie tytułach słuch o niej zaginął na wiele miesięcy. Jak widać, seria jednak nie umarła, co bardzo chcę potwierdzić trzymaną w dłoni książką.

3. "Zagubieni książęta" Garth Nix
Po cyklu o Starym Królestwie zapałałam do autora sympatią, choć już dawno nie należę do docelowej grupy wiekowej odbiorców jego książek. Tym razem mamy do czynienia z nixowym wydaniem science fiction (definiuję sobie science fiction na potrzeby tego bloga jako coś co pokażę palcem i powiem, że to science fiction. Dziękuję za uwagę) i przyznam, że ciekawam, jak to wyjdzie. Oczekiwań wygórowanych nie mam, sprawnie napisana historia zupełnie mnie zadowoli.

4. "Bratobójca" Jay Kristoff
Już straciłam nadzieję, że ta książka kiedykolwiek wyjdzie. Jest to kontynuacja "Tancerzy Burzy", którzy obiektywnie może nie byli jakąś wybitną literaturą, ale skradli moje serce. A ponieważ wydawca nie kwapił się do wydania kontynuacji przez ładne dwa lata (choć trylogia dawno już przez autora ukończona), doszłam do wniosku, że olał sprawę i nic więcej nie wyda. Na szczęście się myliłam i w marcu ma nam się objawić kolejny tom. Obyśmy ostatniego doczekali się nieco szybciej niż za kolejne dwa lata.

5. "Bezsenni" Marcin Jamiołkowski
Finałowy tom trylogii o Herbercie Kruku czyli najlepszego polskiego urban fantasy, jakie znam (i mam cichą nadzieję, że autor skusi się na napisanie jeszcze jednej trylogii o Herbercie. Albo chociaż zbiorku opowiadań. Albo osobnej powieści. Albo czegokolwiek). No jak mogłabym na niego nie czekać?:)
EDIT: Trylogia okazała się być tetralogią ("Bezsenni"  są więc tomem przedostatnim, co mnie cieszy), a autor nie wyklucza kolejnych, jeśli będzie zainteresowanie. Tak więc ten, kupować. ;)

6. "League of Dragons" Naomi Novik
Ostatni (niestety) tom cyklu "Temeraire". Angielska wersja językowa ma mieć premierę w marcu (i z tego co widzę, będzie rozczarowująco cienka), jest więc nadzieja, że w ostatnim kwartale roku doczekamy się i polskiej. Trochę się boję tego ostatniego spotkania, ale mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze i że najgorsze, co może mnie spotkać, to kolejna paskudna okładka od Rebisu.

7. "Olga i osty" Agnieszka Hałas
Autorki co prawda jeszcze nie czytałam, ale o tym, co pisze słyszałam jak dotąd same dobre opinie (i jest w sumie dziwne, że do tej pory wydawała w jakich małych wydawnictwach, ze żaden większy gracz się nią nie zainteresował). Tematyka powieści wydaje mi się bardzo interesująca, więc chętnie przyjrzę się jej bliżej.:)

8. "The Grace of Kings" Ken Liu
Ken Liu jest znany jako twórca świetnych opowiadań, u nas publikowanych głównie na łamach "Nowej Fantastyki". Właśnie zbiór opowiadań byłby czymś co by mnie uszczęśliwiło najbardziej, ale na to się nie zanosi. Niemniej, Ken Liu w zeszłym roku wydał był powieść (całkiem słusznej postury zresztą; ciekawe, jak taka sztuczka wyszła facetowi zaprawionemu w bojach z krótką formą) i tą powieścią już podobno któreś z polskich wydawnictw się interesuje. A że ja też się interesuję, pozostaje mieć nadzieję, że wyjdzie jeszcze w tym roku. (a swoją drogą, jestem bardzo ciekawa, jak tłumacz przełoży nazwę cyklu, bo "Dynastia mleczy" brzmi jakoś nie teges. "Dynastia mniszków" zresztą też.)

9. "Władcy dinozaurów" VIctor Milan
Ta książka ma wszelkie  predyspozycje do bycia bardzo nieudaną powieścią, ale mam nadzieję, że wbrew pozorom okaże się być udana. Bo wiecie, tam są dinozaury, a dinozaury to prawie jak smoki. Poza tym rycerz wierzchem na raptorze to pomysł tak przepiękny, że wprost nie mogę się oprzeć, muszę zobaczyć, jak to wyszło. Mam nadzieję, że autor wysilił się na coś więcej niż tylko podmiankę koni na raptory i obecność dinozaurów w pseudośredniowiecznym świecie będzie miała jakieś ciekawsze konsekwencje.

A jakich premier Wy z niecierpliwością oczekujecie w tym roku?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...