Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Ksiegarnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Ksiegarnia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 września 2016

"Asystent czarodziejki" Aleksandra Janusz

Aleksandrę Janusz jako autorkę poznałam przy okazji jej powieściowego debiutu. Debiut jak debiut, całkiem przyzwoity, choć bez zachwytów – ogólnie czekałam raczej na dalszy rozwój autorki. Niestety, „Dom Wschodzącego Słońca” został wydany pod auspicjami Runy i być może z powodu upadku wydawnictwa, a być może z powodu wolnego tempa pisania (choć w międzyczasie pojawiło się kilka opowiadań) autorka zniknęła z radaru na dziesięć lat. Dopiero w tym roku powróciła ze swoją druga powieścią, rozpoczynająca kompletnie nową serię.

Vincent Thorpe od ponad dwudziestu lat pracuje jako asystent czarodziejki. Sam miałby pewne szanse zostać czarodziejem, gdyby jego talent nie okazał się wadliwy – powiedzmy, że ma czym przewodzić magiczną moc, ale nie ma skąd. Ot, bywa. Tymczasem jest całkiem zadowolony ze swojej pracy, zwłaszcza, że do końca kontraktu zostało mu już tylko kilka miesięcy. Powoli zaczyna sobie planować resztę życia, kiedy pewna misja z Czarną Meg, jego pracodawczynią, burzy poukładaną, zdawałoby się, przyszłość. Na domiar złego sama czarodziejka znika w niewyjaśnionych (acz podejrzanych) okolicznościach, związanych z utraconym po Wojnie Rozdarcia kontynentem. Teraz ktoś będzie musiał to wszystko odkręcić…

Na początek może odpowiem na pytanie, czy warsztat pisarski przez te dziesięć lat się rozwinął. Otóż tak, zdecydowanie. Na pierwszy rzut oka widać, że mamy do czynienia z autorka dojrzałą, a nie z niepewną debiutantką. Widać to zarówno na poziomie frazy – przemyślanej, dopasowanej o postaci – jak i konstrukcji świata przedstawionego oraz bohaterów. 

Szczerze mówiąc, nie jestem przekonana do określania „Asystenta czarodziejki” mianem fantasy humorystycznej. A to dlatego, że w wykreowanej przez autorkę opowieści humor nie gra istotnej roli – nie jest kluczowy dla narracji, niekoniecznie wynika z prawideł rządzących światem. Ot, po prostu uprzyjemnia lekturę. Na swoje potrzeby nazywam ten typ literatury fantastyką napisaną z humorem (tak, wiem, mało odkrywcze).

W ogóle konwencja, jaką autorka przyjęła przy tworzeniu świata, po prostu mnie zachwyca. Taka magia na przykład. Widzicie, w Arborii do rzucania zaklęć niezbędna jest biegła znajomość prawideł wyższej matematyki. I naprawdę, znacznie więcej podziwu wzbudza we mnie mag, który różniczkuje w pamięci niż taki, który medytuje i odprawia jakieś tajemnicze rytuały (choć to może dlatego, że taka statystyczna Moreni jest w stanie ocenić wysiłek intelektualny towarzyscy różniczkowaniu, zaś takiego towarzyszącego tajemniczym rytuałom jako żywo do niczego odnieść nie potrafi). Ogólnie całe magiczne społeczeństwo Arborii jest społeczeństwem akademickim, więc nowe odkrycia finansuje się z uczelnianych grantów, a prestiż odbytych misji mierzy się jakością i ilością monografii, które można napisać po ich ukończeniu. Sam pomysł, aby magów upchnąć na uniwersytecie nowy nie jest (można powiedzieć, że magowie w fantasy występują tylko w dwóch postaciach: albo samotne, zazdrośnie strzegące sekretów wyspy, albo zorganizowani w systemie nauczania akademicy), ale Janusz wykorzystuje go w sposób przeuroczy – każdy, kto kiedykolwiek studiował znajdzie go swojskim, bez karykaturalnego przerysowania.

Z drugiej strony mamy (Utraconą) Bretanię, która może być podręcznikowym przykładem klasycznego settingu dla średniowiecznego fantasy (dla mnie dodatkowym atutem jest zderzenie kultur). I to takiego naturalistycznego wręcz, z brudem, smrodem, ubóstwem i czyrakami. Tak że dla każdego coś miłego.

Urzekło mnie też, jak autorka poczyna sobie ze swoimi bohaterami. Bo cóż my tu mamy… ano mamy sporo bardzo sensownych kobiet. Na początek dwie czarodziejki Margueritte i Belinde. Kojarzą mi się trochę z czarodziejkami Sapkowskiego – są ambitne, silne i kompetentne, a w sytuacji zagrożenia nie czekają na rycerza z białym koniem, tylko starają się w miarę możliwości same dać sobie radę. Przy tym nie są jakimiś cyborgami, ale zwykłymi, myślącymi dziewczynami (i dzięki dowolnie wybranemu bogu, autorka nie każe im w celu ratowania tyłka nikogo uwodzić). Właściwie, „Asystent czarodziejki” to opowieść kobiet. Tak, głównym bohaterem jest mężczyzna, ale poza tym wszystkie najważniejsze stanowiska obsadzają kobiety. I przedstawiają pełne spektrum charakterów i ról, nie będąc jednocześnie wytartymi kliszami. Pani generał ma szpecące blizny, wieloletnie doświadczenie bojowe oraz twardy charakter, ale ładnymi kieckami zachwycić się potrafi. Kathryn, bystra studentka u progu czarodziejskich egzaminów zawodowych, jest geniuszem nie pozbawionym słabości. Skrzywdzone dziecko okazuje się mimo przeżytej traumy mieć osobowość twardą, ale wrażliwą. A narzeczona głównego bohatera nie jest tylko emocjonalnym tłem, ale filarem drużyny z własną osobowością. Oby więcej takich bohaterek w rodzimej fantastyce.

Przyznam, że na takim tle sam Vincent wypada dość blado. Z drugiej strony, kto powiedział, że dzień ma zawsze ratować, charyzmatyczny, przystojny, młody blondyn. Dlaczego nie może to być zwykły, sympatyczny facet przed czterdziestką, ze sprecyzowanym w pewnym stopniu planem założenia rodziny i większym powinowactwem do badań botanicznych niż wojaczki? Myślę, że to jest ten typ bohatera, którego polskiej fantastyce brakuje. Natychmiast trzeba to naprawić.

Miałam sarkać w tym momencie na autorkę, że przerwała opowieść w TAKIM momencie, ale doczytałam, że to nie ona, tylko wydawca. No więc droga Nasza Księgarnio, tak się nie robi. Całe szczęście, że kolejny tom już się ukazał i tylko dlatego wam wybaczam (oraz dlatego, że zapowiadają się sensowne smoki). Kupujcie oba, moi drodzy, bo bardzo mi zależy, aby ukazał się trzeci, a jak nie będziecie kupować, to się nie ukaże. Przy czym od razu mówię, że nie powinniście żałować zakupu. Warto.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Nasza Księgarnia

Tytuł: Asystent czarodziejki
Autor: Aleksandra Janusz
Cykl: Kroniki Rozdartego Świata
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok: 2016
Stron: 358

sobota, 7 września 2013

Klasyki odsłona druga - "Świat Czerownic w pułapce" Andre Norton

Cykl „Świat Czarownic” Andre Norton to klasyka sama w sobie jeśli chodzi fantasy. Nasza Księgarnia postanowiła polskiemu czytelnikowi cykl przypomnieć, bo nie oszukujmy się, nawet w antykwariatach trudno go znaleźć, o bibliotekach nie wspomnę, a żeby jeszcze był w miarę kompletny, to nie ma co marzyć. Niedługo wyjdzie tom trzeci, tymczasem skupmy się na drugim, czyli „Świecie Czarownic w pułapce”.

Od bitwy na Gormie minęło już klika spokojnych miesięcy, lecz nikt się nie łudzi, że to kres wojny z Kolderczykami. Tymczasem Simon został strażnikiem Południowej Stanicy, gdzie przebywa wraz ze swoją żoną. Pewnej nocy budzi go przemożne odczucie, że coś złego dzieje się z ich wspólną przyjaciółką. Po wysłaniu zwiadu okazuje się, że została ona uprowadzona. Dokąd, przez kogo i po co? Tego można się tylko domyślać. Niemniej dla wszystkich jasne jest, że dziewczynę należy ratować, bo grozi jej nie tylko to najbardziej oczywiste z niebezpieczeństw.

Wielkim plusem powieści są bohaterowie (choć przyznać trzeba, że współczesnemu czytelnikowi mogą wydawać się nieco sztampowi). Norton co prawda stworzyła tylko kilka postaci, na których skupiła uwagę, ale przy książce tej objętości i dość linearnej fabule nie jest to wadą. Głównym bohaterem dalej pozostaje Simon Tregarth, ale autorka zmieniła mu obiekt rozterek. O ile w pierwszym tomie zmagał się z próbami przywyknięcia do całkowicie obcego świata, teraz jest już całkowicie zadomowiony. W „Świecie Czarownic w pułapce” dopadł go nowy, znacznie ciekawszy moim zdaniem problem. Obiektywnie sytuacja ma się tak, że żona naszego bohatera sądzi, iż odzyskała moce magiczne, których wyrzekła się w dniu ślubu i pognała do stolicy sprawdzać, czy to prawda. W rozważaniach Simona i jego lękach z tym związanych widzę ponadczasową ekstrapolację obaw wszystkich mężczyzn, nagle spostrzegających, że ich kobieta może mieć jeszcze jakieś inne zajęcia i dążenia poza nimi. W latach sześćdziesiątych były to zapewne dość palące zagadnienia, a i teraz niestety nie tracą na aktualności. A choć całość dąży do dość kiczowatego zakończenia, trzeba przyznać, że jest ono najlepszym z możliwych w tej sytuacji.

Reszta bohaterów, znana z poprzedniego tomu, chowa się na dalszym planie i nie wychodzi poza przypisaną im schematem rolę (oprócz ex-czarownicy). Niemniej, ciągle pozostają sympatyczni (oczywiście tylko ci, którzy mają tacy być) i daje się ich lubić. Do tego pani Norton poszerza wiedzę czytelnika o świecie przedstawionym, odkrywając kilka jego tajemnic. Przydałoby się więcej tego odkrywania, ale to przecież nie koniec cyklu, więc nic straconego. Szczególnie interesujący w kontekście ewentualnego rozszerzenia wydaje mi się wątek Volta i jego kultu. Autorka zaskoczyła mnie samym już faktem kontynuowania tematu, który wcześniej zdawał się jeno ozdobnym ornamentem – czuję, że coś ciekawego jeszcze z tego wyniknie. Zaś język, jakim wszystko zostało opowiedziane, ciągle jest prosty i przystępny, przez co książkę czyta się lekko, łatwo i przyjemnie.

Nie oszukujmy się, powieści z cyklu „Świat Czarownic” nie są powalającymi rozmachem epopejami z dziesiątkami bohaterów. Pochodzą z czasów, gdy pisało się krótko i zwięźle, próbując przekazać maksimum treści w minimalnej ilości znaków. Nie oferują też rozbudowanej, wielowątkowej fabuły, choć nie chodzi w niej tylko o przemieszczanie się z punktu A do punktu B – autorka doskonale wiedziała, jak zaskoczyć czytelnika. Jednak najciekawsze są drobne „wartości dodane”, które pani Norton zawarła w tej książeczce. Polecam więc – tym, którzy nie lubią wnikać w tekst, zapewni on rozrywkę na plaży, zaś tym, którzy lubią, troszkę wysiłku dla mózgu.
 
Recenzja dla portalu Insinilion.
 
Tytuł: Świat czarownic wpułapce
Autor: Andre Norton
Tłumacz: Ewa Witecka
Tytuł oryginalny: Web of
  the Witch World
Cykl: Świat czarownic
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok: 2013
Stron: 228

środa, 24 lipca 2013

Po raz czwarty - "Przesmyk centaura" Piers Anthony

Oto dobrnęliśmy (a raczej wydawnictwo dobrnęło) do czwartej części opowieści o krainie Xanth. Pierwsze dwie uznałam za urocze opowiastki, może nie rewelacyjne, ale dobre do czytania na plaży czy w innym niezobowiązującym miejscu. Trzecia była na kilka sposobów irytująca, ale miałam nadzieję, że w czwartej będzie lepiej. Czy jest? Cóż, i tak, i nie.

Kiedy król Trent wyrusza do Przyziemia z misją polityczną, Dor zostaje jego zastępcą, żeby wprawić się w obowiązkach, które kiedyś, jako przyszły władca, będzie musiał wykonywać. Nagle okazuje się, że prawdziwy monarcha Xanthu wpadł w tarapaty i nie może wrócić do domu. Dor zbiera więc drużynę dzielnych przyjaciół (księżniczkę, ogra, centaura i golema) i już ma wybierać się na ratunek, kiedy dopada go kolejny kłopot – w Xancie pojawił się nowy czarodziej, czyli osoba o ponadprzeciętnym talencie magicznym. Jako że czarodziej może pretendować do tronu, Dor musi zbadać sprawę, żeby uniknąć przykrych niespodzianek. Czy w takim razie zdąży uratować króla?

Największym problemem „Przesmyku centaura” jest to, że autor po raz czwarty podaje nam ten sam odgrzewany kotlet. Owszem, linia fabularna się zmienia, bohaterowie takoż, ale pewne rzeczy powracają jak niezbyt urodziwy refren. Na przykład żarty o podkasanej spódnicy, odsłaniającej zgrabne nogi. Za drugim razem to może jeszcze było zabawne, ale za trzydziestym tylko irytuje. Poza tym przez cztery tomy autor gdzieś zawsze wplatał motyw wojny płci. Gdy pojawiły się po raz pierwszy, uznałam je za koloryt lokalny, zwłaszcza że bohater w swoich stronniczych obserwacjach był wiarygodny. Ale im częściej w kolejnych tomach powracała kwestia napięć między płciami (oczywiście w zamierzeniu autora podana z przymrużeniem oka; nawet widać, że Anthony nie miał nic zdrożnego na myśli, ale co bawiło w latach osiemdziesiątych, teraz już najczęściej nie brzmi dobrze), tym bardziej stawały się denerwujące, zwłaszcza że zasadniczo polegały na powtarzaniu tych samych spostrzeżeń. Po lekturze „Przesmyku centaura” człowiek zaczyna mieć wrażenie, że autor uważa kobiety za wredne manipulatorki, którym tylko upolowanie chłopa w głowie.

Skoro już przy obrazie kobiet jesteśmy, powiem tylko, że jest lepiej niż poprzednio, ale do ideału daleko. To znaczy, że pojawiają się panie, które potrafią zrobić coś więcej, niż tylko omdleć w kluczowym momencie, ale każda jest w jakimś stopniu… „Dwulicowa” byłoby zbyt mocnym określeniem, ale jeśli je osłabicie, to będzie w sam raz. W dodatku autor marnuje taki piękny motyw toksycznej relacji matki z córką… Wiem, że nie każdy jest Pratchettem, potrafiącym poruszać ważkie tematy w powieściach humorystycznych, ale czytelnik czasem miewa pewne oczekiwania, zwłaszcza, jak mu się sygnalizuje coś ciekawego. Zawodzenie czytelnika nie jest dobrą metodą.

A fabuła? Nieskomplikowana, dość przewidywalna, ale całkiem przyjemna. Poza momentami, w których autor wyraźnie bawił się sławnym słownym humorem. Bo o ile czytając oryginał zapewne moglibyśmy się pośmiać, o tyle w przekładzie zieją nudą całe strony tekstu, gdzie nic się nie dzieje. Szkoda.

„Przesmyk centaura” nie jest może powieścią szczególnie udaną, ale na plażę czy inne miejsce wakacyjnego leniuchowania się nada. Sama po kolejny tom „Xanthu” zapewne sięgnę. Ciekawe, ile ich jeszcze wytrzymam.
 
Recenzja dla portalu Insimilion.
 
Tytuł: "Xanth. Przesmyk centaura"
Autor: Piers Anthony
Tytuł oryginalny: Xanth. Centaur Aisle
Tłumacz: Paweł Kruk
Cykl: Xanth
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok: 2013
Stron: 407

niedziela, 7 kwietnia 2013

Początek - "Świat Czarownic" Andre Norton

Może mi nie uwierzycie, ale u zarania historii fantasy (zwłaszcza amerykańskiej) nie było tam sensownych kobiet. Wszelkie odmiany nagród dla wojownika, złośnic do poskromienia (czyli też w zasadzie nagród dla wojownika) czy złych czarodziejek/imperatorek do pokonania to owszem, jak najbardziej. Ale żeby kobieta miała jakieś rozsądne role do odegrania w skonstruowanym przez autora świecie? No nie, po co, pociotkom Conana w neverlandach jest dobrze, jak jest, na co jeszcze jakieś wredne baby wpychać? I w ogóle jak? Co one mogłyby sensownie robić, na litość? A potem przyszedł Andre Norton i pokazał, że coś jednak mogą. Jeszcze trochę później okazało się, że Andre tak naprawdę ma na imię Alice Mary.

Simon Tregarth ma kłopoty - ktoś podłożył mu świnię i teraz byli mocodawcy chcą go zlikwidować. Tak to bywa, kiedy człowiek zajmuje się szemranymi interesami. Na szczęście jest pewna osoba, która za „drobną” opłatą pomaga takim pechowcom jak Simon. Zapewnia drogę ucieczki co prawda tylko w jedną stronę, ale za to gwarantuje, że wrogowie klienta nie dostaną. I tak oto nasz nieszczęśnik trafia do świata równoległego, za jakim (wedle zapewnień) tęskniło jego serce. Tam nasz bohater najpierw pomaga pewnej nieznajomej, a później dowiaduje się, że kraj, do którego trafił, Estcarp, stanął właśnie w obliczu wojny.
 
W „Świecie czarownic” dostajemy historię, która sama w sobie obecnie nie wzbudza już aż takich emocji. W najnowszych powieściach fantasy wróg głównego bohatera wcale nie musi być wielkim złem – może po prostu chcieć podbić jego ziemie, bo potrzebuje więcej przestrzeni/ludzi/władzy. Nikogo też nie dziwi, że kobiety w tych opowieściach tkają własne, wcale nie pośledniej jakości wątki. Kiedy powstawały pierwsze powieści Andre Norton, zwłaszcza to drugie wcale nie było takie oczywiste.
 
Powieści Andre Norton przyczyniały się do wytyczenia (jeśli same nie wytyczały) nowej drogi w fantasy – drogi kobiet. Mając taką świadomość, w momencie rozpoczynania lektury spodziewałam się czegoś obrazoburczego nawet we współczesnym mniemaniu, w końcu jak już wytyczać nowe szlaki, to najlepiej dynamitem. Tymczasem przeżyłam szok – dynamitu brak, przynajmniej w obecnym rozumieniu. I współczesnej czytelniczce jakoś tak smutno się robi, że te 50 lat temu wystarczyło w jakimś wyimaginowanym państwie wprowadzić matriarchat (jako normalny system władzy, z wadami i zaletami, a nie przerysowane kuriozum), żeby zadziwić.
 
Kobiety w „Świecie czarownic” wcale nie wybijają się na pierwszy plan – tu króluje raczej opowieść wojenna. Autorka starała się nienachalnie pokazać społeczność, w której przedstawicielki płci pięknej istnieją poza kuchnią, sypialnią pana męża i pokojem dziecinnym. W Estcarpie czarownice (kobiety władające Mocą) zarządzają państwem i jako urzędniczki są w tej historii widoczne. Poza jedną jawnie zbuntowaną przeciw dosłownie pokazanemu męskiemu uciskowi Loyse, „sensowne kobiety” po prostu są i samym tym faktem udowadniają swoją przydatność fabularną. Teraz wydaje się oczywiste, że dobra powieść fantasy musi przynajmniej kilka bohaterek zawierać, ale widocznie nie zawsze tak było.
 
Wznowienie powieści przez Naszą Księgarnię wiązało się również z nowym tłumaczeniem. I jak nie mogę wskazać, któremu z przekładów bliżej do oryginału, tak z całą pewnością stwierdzam, że nowy, dokonany przez Ewę Witecką, jest znacznie bardziej przyjazny współczesnemu czytelnikowi. Poprzedni miejscami czyta się jak wyimki z baśni polskich czy innych legend i mitów, a zważywszy, że swoją prozę Norton kierowała raczej do przeciętnego zjadacza popkultury, uproszczenie formy powinno jej wyjść na dobre.
 
Cóż, jeśli ktoś doszukiwałby się w „Świecie czarownic” ambitnej fantastyki przez duże „A”, to srodze się zawiedzie, bo dostanie stosunkowo prostą opowieść. Za to fani spragnieni prześledzenia pewnych trendów, chcący zobaczyć, jak się pisało dawniej, powinni być zadowoleni. Pani Norton miała bowiem dar pisania dobrych historii i kreowania ciekawych bohaterów na niewielkiej ilości stron, tak więc jej powieści sprawdzają się nawet w kategorii zwykłej rozrywki. „Świat czarownic” warto znać, a ja czekam już na kolejny tom.

Recenzja dla portalu Insimilion.

Tytuł: Świat czarownic
Autor: Andre Norton
Tłumacz: Ewa Witecka
Tytuł oryginalny:
The Witch World
Cykl: Świat czarownic
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok: 2013
Stron: 332

środa, 16 stycznia 2013

Urocza ramotka - "Zamek Roogna" Piers Anthony

Cykl „Xanth” Piersa Anthony’ego już dawno stał się klasyką gatunku. Dla czytelników nieanglojęzycznych problemem w delektowaniu się lekturą może być specyficzny językowy humor. Po polsku w nowym tłumaczeniu ukazał się trzeci tom cyklu, „Zamek Roogna”, w założeniu też ostatni. Jak wrażenia?

Dor, syn Binka i prawdopodobnie przyszły król Xanthu, nie jest szczególnie lubiany na zamku. Prawdopodobnie dlatego, że posiada dość krępujący talent – potrafi rozmawiać z przedmiotami. A każdy wie, świadkami jakich krępujących sytuacji potrafią być przedmioty. Aby przygotować chłopca do rządzenia (i pomóc mu dojrzeć), obecny król wysyła go na misję w czasie po eliksir przywracający zombie do życia. Tak więc Dor cofa się o 800 lat i wciela w przyziemskiego barbarzyńcę. Czy chłopcu uda się wykonać zadanie?

„Xanth” pisany był jako cykl dla dorosłych. Jak bardzo zmieniły się standardy, najlepiej widać po „Zamku Roogna” właśnie. Kiedy książka powstawała, wystarczyło wpleść trochę erotyki, nawet nie dosłownej, żeby od razu nie kwalifikowała się dla niewinnego młodego czytelnika. I tak wspomnienie o czarze impotencji czy opis (bez żadnych detali, raczej w stylu „padli na trawę i zrobili to”) harców nimf z faunami załatwiały sprawę. Tymczasem na chwilę obecną powieść idealnie wpisuje się w nurt literatury młodzieżowej. Bo co my tu mamy? Dwunastoletniego bohatera, który potem dostaje dorosłe ciało – więc w sumie nawet starsze nastolatki mogą się z nim utożsamiać. Mamy dużo robienia mieczem i spektakularnych ucieczek czy forteli. Mamy w końcu dojrzewanie bohatera jako główny motyw powieści. Wzmianki nawiązujące do erotyki sprawiają tylko, że powieść jest dla nastolatków bardziej atrakcyjna – bo to przecież takie „dorosłe” tematy. Wychodzi więc na to, że w ramach definicji young adult mieszczą się obecnie powieści trzydzieści lat temu pisane dla dorosłego czytelnika. I jak tu ubolewać nad upadkiem fantastyki?

A sama powieść? Cóż, niestety nie porywa. Jest w konstrukcji bardzo podobna do poprzednich tomów – bohater dostaje misję, w trakcie wypełniania której przeżywa mnóstwo przygód, a potem następuje happy end. Za trzecim razem to już trochę nudzi, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że humoru językowego raczej nie widać. Doskonale za to widać miejsca, gdzie humor był w oryginale i jest to dość frustrujące, a takie wstawki sprawiają, że powieść wydaje się przegadana – dlatego, że nie śmieszą. Może to tylko z powodu zmęczenia materiałem cyklu, ale mam wrażenie, że żarty w tomach poprzednich przełożono staranniej.

Bohaterowie też wypadają… hm, inaczej. Niby wszystko jest OK: główny bohater - sympatyczny, spotykamy też starych znajomych i mamy przymiarki do dyskusji o odmienności w postaci wielkiego pająka, ale brak mi w „Zamku Roogna” ciekawej postaci kobiecej. W poprzednich tomach zawsze jakaś gdzieś przemykała, bodaj na trzecim planie. Tutaj zaś mamy tylko głupiutką siedemnastoletnią pokojówkę, która potrafi jeno histerycznie piszczeć i niesamowicie irytować czytelnika. Ogólnie postacie kobiece zdają się przechodzić regres z kolejnymi częściami „Xanthu”. W tomie pierwszym Cameleon jeśli nie była postacią pierwszoplanową, to przynajmniej solidną drugoplanową, mamy też pewną krewką centaurzycę. W tomie drugim pojawia się rzeczona centaurzyca, jak również nieco mdława, ale ogólnie niezgorszego charakteru nimfa. A w „Zamku Roogna”… już pisałam, co tam jest.

Cóż, podsumowując, „Zamek Roogna” mieści się w kategorii „urocza ramotka”. Niektóre sceny są po staremu niewinnie czarujące (teraz na takie zabiegi nikt by się nie nabrał), napisano to wszystko prostym językiem i generalnie przez większość czasu czyta się przyjemnie. Ale polecam raczej miłośnikom klasyki gatunku lub osobom szukającym nieskomplikowanej rozrywki. Czytelnikom poszukującym lektury ambitnej dziękujemy.

Recenzja dla portalu Insimilion.

Tytuł: Zamek Roogna
Autor: Piers Anthony
Tłumacz: Paweł Kruk
Tytuł oryginalny:
Xanth 3. Castle Roogna
Cykl: Xanth
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok: 2012
Stron: 442

niedziela, 28 października 2012

Językowej zabawy ciąg dalszy - "Źródło magii" Piers Anthony

W ramach wznawiania w odświeżonej wersji klasyków fantasy Nasza Księgarnia wypuściła drugą już część opowieści o magicznej krainie Xanth. „Źródło magii”, bo o nim mowa, pozwala ponownie spotkać się z bohaterami znanymi i najczęściej lubianymi (bo zaiste trudno ich nie lubić) z poprzedniego tomu. Czy jednak autor trzyma poziom?

Bink ożenił się, jednak jego żona nie pozwala mu zaznać chwili spokoju – zwłaszcza ostatnio. Trudno się dziwić, to już dziewiąty miesiąc ciąży, lada moment na świat przyjdzie dziecko. Trudno się też dziwić, że zaproszenie na królewskie przyjęcie mężczyzna przyjmuje z pewną dozą ulgi. Dość szybko okazuje się, że krótkie wyjście przerodzi się w dłuższą wyprawę. Jej celem ma być odkrycie źródła magii, którą cała kraina jest przesiąknięta. Ponieważ dzielny badacz nie może pójść sam, król przydziela mu towarzystwo w postaci centaura i gryfa, który jeszcze chwilę temu był człowiekiem. W ślad za drużyną podążają złowrogie kopczyki ziemi…

Muszę przyznać, że „Źródło magii” nie zrobiło na mnie tak pozytywnego wrażenia jak „Zaklęcie dla Cameleon”. Powodów jest kilka. Pierwszy i najważniejszy to fakt, że fabuła zalicza mnogie i na dobrą sprawę zbędne przestoje, zdające się tylko wypełniać przestrzeń. Przybierają one często formę przemyśleń bohaterów o niezbyt oszołamiającej głębokości i raczej irytują, niż pogłębiają ich sylwetki (a właściwie sylwetkę, bo wszystkie przemyślenia są autorstwa Binka). Poza tym autor przez pierwszych 150 stron postanowił sobie podworować ze stereotypów dotyczących kobiet i jedyne, co mogę powiedzieć, to że Pratchett robił to o niebo lepiej, śmieszniej i ciekawiej. Ale z drugiej strony, pokazywanie pewnych rzeczy w krzywym zwierciadle nie jest sednem humoru w cyklu „Xanth”. Króluje tam przecież humor głównie słowny.

Dłużyzny być może nie byłyby tak dotkliwe, gdyby nie ten specyficzny humor – którego w polskim wydaniu zostało niewiele. Podobnie było w pierwszym tomie, ale tam wartka akcja odwracała uwagę od niedoskonałości tłumaczenia, a i one same nie był takie zauważalne. W „Źródle magii” częste są sytuacje, gdzie autor wrzuca w opis kilka zdań pozornie zbędnych – czytelnik może się tylko domyślać, że w oryginale zawierały jakiś psikus językowy. Można więc stwierdzić, że tłumaczowi tym razem cała ta słowna ekwilibrystyka wypadłanieco gorzej, chociaż zdarzają się też momenty, w których wyszło mu świetnie.

Słów kilka o wydaniu. Poziom wizualny jest bardzo wysoki – ładne, tematycznie dobrane ilustracje na okładkach i świetnie skomponowana szata graficzna serii to coś, co nie wstyd trzymać na półce (a poza tym ten, kto wymyślił okładkowy blurb, powinien dostać podwyżkę. Mówię serio, bez ironii). Dodatkowo czcionka jest duża i wygodna w czytaniu. Problem stanowi niestety korekta, której główny grzech to zjadanie myślników sygnalizujących koniec wypowiedzi bohatera (a czasem jej początek). Pojedyncze literówki to mały pikuś, ale ten brak oznaczenia potrafi być irytujący.

Bądźmy jednak szczerzy – od „Xanthu” nie ma sensu wymagać zbyt wiele. To prosta proza rozrywkowa, sympatyczna i w pewnym sensie urocza, ale piekielnie trudna do przełożenia. Mimo pewnych mankamentów idealnie nadaje się do roli relaksującego odmóżdżacza, chociaż tom drugi czasami przynudza. W tym charakterze sprawdza się świetnie, więc jednak polecam.

Recenzja dla portalu Insimilion.

Tytuł: Źródło magii
Autor: Piers Anthony
Tłumacz: Paweł Kruk
Tytuł oryginalny:
Xanth 2. The Source of Magic
Cykl: Xanth
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok: 2012
Stron: 448

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Poszukaj prawdy o sobie, może być zabawnie - "Zaklęcie dla Cameleon" Piers Anthony

Cykl „Xanth” to już w zasadzie klasyka gatunku. Niestety, jest to również cykl, który można umieścić w kategorii „Postrach tłumacza”, dlatego też poprzednio został przetłumaczony dość niefortunnie (oględnie mówiąc), przez co nie zagościł we wdzięcznej pamięci czytelników. Czy odświeżone wydanie Naszej Księgarni w nowym przekładzie powinno podzielić ten los?

Bink jest młodym mężczyzną, bystrym, zaradnym i dobrze zbudowanym. Niestety, tam, gdzie mieszka zdarza mu się być traktowanym jak przysłowiowy wioskowy głupek. Dlaczego? Ponieważ Bink nie posiada czarodziejskiego talentu. Xanth to kraina, w której każdy ma jakiś magiczny dar, toteż trudno się dziwić, że Bink bywa obiektem złośliwych żartów. Na domiar złego grozi mu wygnanie, bo taki los został przewidziany dla wszystkich niemagicznych ludzi. Jako że nasz bohater nie ma zamiaru udać się do pozbawionego wszelkich czarów Przyziemia (okropność!), pozostaje mu tylko odszukać Dobrego Czarodzieja Humfreya i prosić go o pomoc. Wyprawa do zamku czarodzieja okazuje się trudna i pełna przygód – a to dopiero początek historii…

„Zaklęcie dla Cameleon” nie jest literaturą ambitną i nigdy do miana takowej nie aspirowało. Jest za to świetnym kawałkiem przygodowej prozy rozrywkowej, okraszonej humorem. Wydarzenia pędzą jedno za drugim, opisane lekkim piórem Anthony’ego, a czytelnik łatwo daje się porwać akcji. Co prawda tempo może niektórym wydać się zbyt duże, jednak uważam, że w prozie rozrywkowej (zwłaszcza jeśli ma być przygodowa) jest to cecha niezbędna. W końcu przy takiej książce czytelnik nie może się nudzić.

Bohaterowie stanowią jedną z mocniejszych stron powieści. Zaczynając od prawego i szlachetnego Binka, który na dobrą sprawę powinien być niesamowicie irytujący, ale jakoś nie jest, przez ekscentrycznego czarodzieja Humfreya, żądną władzy czarodziejkę Iris czy zmienną Cameleon, a na niejednoznacznym i do końca zagadkowym Złym Czarodzieju Trentcie kończąc, wszyscy są dopracowani. Wykazują co prawda pewną stereotypowość, ale trudno tego uniknąć w ponad trzydziestoletniej powieści. Wynagradzają to barwnością i faktem, że na pewno nie są sztucznymi, papierowymi tworami. Każdy czytelnik znajdzie tu kogoś, kogo będzie mógł polubić.

Przejdźmy może do humoru, który ma ścisły związek z tłumaczeniem. Mimo, że Piers Anthony jest pisarzem amerykańskim, humorowi zawartemu w jego książkach bliżej do brytyjskiego. Jednak jego najważniejszą cechą jest to, że oparto go na języku. Zabawne mają być gry słów, językowe żarciki czy nawiązania. Łatwo się domyślić, dlaczego książkę uważa się za tak trudną do przełożenia – siłą rzeczy nie wszystko da się przetłumaczyć tak, aby zachować powab oryginału. I tak część humoru się zagubiła (dla osoby nie znającej angielskiego może być nie do końca jasne, dlaczego świetliki miałyby wzniecać pożary). Mimo tego uważam, że Paweł Kruk wykonał kawał dobrej roboty, starając się z humoru uratować, co się da, zamiast rozjechać go walcem i poprzyczepiać plakietki z napisem „nieprzetłumaczalna gra słów”. I chociaż pewne rzeczy dałoby się zrobić inaczej, to opowieść nie traci płynności i czyta się ją bardzo przyjemnie.

Jednak „Zaklęcie dla Cameleon” to nie tylko śmichy-chichy. W przeciwieństwie do chociażby wczesnych książek Pratchetta (po prostu nie da się uniknąć tego porównania), pierwszy tom cyklu „Xanth” posiada nie tylko dość rozbudowaną fabułę, ale również przekazuje kilka ważnych, zwłaszcza dla nastoletnich czytelników rzeczy: że nie warto zmieniać się na siłę, bo to nasza indywidualność dodaje nam mocy, że lojalność zostaje wynagrodzona. Jednak książkę poleciłabym raczej tej młodzieży, która skończyła już 13 lat.

Jeśli zastanawiacie się, jaką książkę wziąć na wakacje, ta będzie idealna (a jeśli zbyt szybko się skończy, zawsze można dokupić tom drugi – a że okładki śliczne, to i po wakacjach na półce postawić miło). Lekka, pełna humoru, ciepła i akcji opowieść – czegóż więcej potrzeba?


Tytuł: Zaklęcie dla Cameleon
Autor: Piers Anthony
Tłumacz: Paweł Kruk
Tytuł oryginalny:
Xanth 1. A Spell for Chameleon
Cykl: Xanth
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok: 2012
Stron: 448

poniedziałek, 21 marca 2011

Mroczna strona ojcostwa - "Dziecko dla odważnych" Leszek K. Talko

Kiedyś przemierzałam sobie, raczej bez celu, niezmierzone łany Biblionetki i przypadkiem natknęłam się na cytaty z pewniej książki. Były tak pocieszne, że postanowiłam kiedyś książkę przeczytać. Przez długi czas nie miałam jednak okazji się z nią zapoznać. Ostatnio w sukurs przyszła mi JoannazKociewia, która książkę miała i zgodziła się pożyczyć. Za co jestem jej bardzo wdzięczna, gdyż przy „Dziecku dla odważnych” nie sposób się nie ubawić.

Tym razem zamiast własnego opisu treści, zacytuję tekst z czwartej strony okładki, gdyż sama lepiej nie potrafiłabym ująć istoty książki:
„A więc będziecie mieli dziecko. Gratulacje. A może to przyjaciołom urodzi się dzidziuś? To wspaniale. Myślicie sobie, że jest pięknie. I macie rację. Myślicie sobie, że wasze życie się zmieni – macie rację. Marzycie o życiu jak z obrazka w piśmie ilustrowanym: wy zrelaksowani, a uśmiechnięty maluszek rozkosznie gaworzy – no cóż, to nie do końca prawda. Sądzicie, że wasze życie się nie zmieni? Nic bardziej błędnego. Wasze małżeństwo przewróci się do góry nogami, zaczną się kłopoty w pracy i będziecie zmęczeni tak jak nigdy, i być może jedno z was zwariuje. Myślicie sobie, że to przesada? Ha, żeby to była choć połowa prawdy.”
„Dziecko dla odważnych” jest czymś w rodzaju pamiętnika sfrustrowanego ojca. Znajdziemy tu całe mnóstwo krótkich opowiadań, będących swego rodzaju scenkami rodzajowymi z życia rodziców małego potworka. Jako że omawiana pozycja to wydanie zbiorcze, opowiadania te można znaleźć we wcześniej wydanych zbiorkach: „Dziecko dla początkujących”, „Dziecko dla średniozaawansowanych” i „Dziecko dla profesjonalistów”. Dodano jednak kilka nowych tekstów, zebranych w części „Dziecko dla zawodowców”.
A dla smaczku autor dodał jeszcze test gotowości do bycia rodzicem, mały słowniczek pojęć oraz odpowiedzi na dziesięć najczęściej zadawanych pytań.

A więc czegóż takiego możemy się dowiedzieć o tej przemilczanej we wszystkich poradnikach stronie rodzicielstwa? Ano, np. co zawdzięczamy dzieciom. Powodów do wdzięczności mamy wiele:
 „Porządek. […] Dziecko wymusza porządek. Tatuś nie sprzątnął z fotela swojej książki – Pitulek ją zjadł. Tatuś nie schował CD do pudełka – Pitulek schował je do sedesu. Teraz tatuś wszystko chowa, zamyka, owija i wynosi, a przynajmniej przymocowuje do sufitu” [44].
 Mało wdzięczną czynnością jest natomiast czytanie poradników dla świeżo upieczonych rodziców, którzy przecież i tak są już dość zestresowani.
„Z pierwszej wynikało, że dziecko może w każdej chwili się zabić: wypaść z łóżeczka, wypaść z wózeczka, ba, nawet z okna. Może na siebie coś wylać albo po prostu się zakrztusić i udusić. […] Z następnej książki dowiedziałem się, że nie tylko dziecko może samo się zabić, ale ja też mogę je zabić. O proszę! Niezręczny ojciec upuścił dziecko na podłogę – z tragicznym skutkiem. Albo to – niedopilnowane dziecko wypadło przez okno… Kiedy Monika otworzyła trzecią książkę – z której wynikało niezbicie, że jeśli dziecko nie zostanie zabite przez ojca i nie wypadnie przez okno, to niechybnie zje coś trującego, wypije rozpuszczalnik albo po prostu połknie żyletkę – zrobiło mi się słabo.” [9]
Poza tym wiele innych plusów: użytkowa część doby się wydłużą (dzieci budzą rodziców o 6 rano i nie chcą się kłaść do 23.00), stajemy się bardziej prawymi obywatelami (bo dzieci zawsze i wszędzie gotowe są głośno nam wytknąć każdy wyrzucony papierek) i kończymy ze zwyczajem niezastanawiania się nad tym, co mówimy (bo wszystko, co powiemy, może zostać użyte przeciwko nam). Zaś najbardziej pożądaną przez ojca kobietą staje się doświadczona, stanowcza i nieugięta… babcia.

Opowiadania są świetne, wzbudziły nawet uznanie i szczery śmiech Lubego. Pokazują co prawda dość ponury obraz rodzicielskiej egzystencji, jednak z takim ciepłem i humorem, że nie sposób się nie uśmiechać. Pan Talko w roli ojca (jako że to autor we własnej osobie jest bohaterem tych poniekąd autobiograficznych historyjek) jest przezabawny, zaś jego dzieci są raczej z tych upiornych. Za najbardziej udane uważam jednak „Dziecko dla początkujących” – najwyraźniej niemowlęta i świerzopełzające dzieci są wdzięczniejszym materiałem niż takie trochę podrośnięte.

Można by jeszcze sporo napisać o tym zbiorze, ale czyż nie ciekawiej by było, gdybyście przeczytali sami? Polecam każdemu, bo każdy znajdzie tam coś dla siebie. Potencjalnie rodzice, czujcie się ostrzeżeni!

Tytuł: Dziecko dla odwaznych
Autor: Leszek K. Talko

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok: 2007
Stron: 396


* Komiks by Kris Wilson
*** 
Ostatnio zmieniłam dostawcę internetu i zaczęły się problemy z tym medium. Tak więc przez kilka dni będę zapewne odcięta i nie będę mogła śledzić waszych wpisów. notki będą się pojawiać dzięki kombinacji dobrego serca Lubego i automatycznego dodawania bloggera. Mam nadzieje, że moje problemy szybko się skończą.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...