Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mag. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mag. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 marca 2024

"Pamiętniki Mordbota: Wszystkie systemy czerwone. Sztuczny stan" Martha Wells

Martha'ę Wells znam jeszcze z wydanego lata temu przez Maga "Ucznia nekromanty". Był całkiem udanym i nagradzanym fantasy, ale miejsca w moim czytelniczym serduszku nie zagrzał. Dlatego do "Pamiętników Mordbota", które całkiem głośnym echem odbiły się w zachodnich bookmediach, podchodziłam z jakimś, ale nieprzesadnym, zaufaniem (najpierw przeczytałam na Legimi). I muszę przyznać, że to spotkanie było dużo bardziej udane niż pierwsze. 

sobota, 21 stycznia 2023

"Czarne słońce" Rebeccka Roanhorse


Coraz rzadziej zdarza mi się po obejrzeniu okładki i opisu książki fantastycznej stwierdzić „Hej, to wygląda interesująco”. Ale jednak czasem się taki tytuł trafia. I był to przypadek „Czarnego słońca” Roanhorse, które mogłam przeczytać dzięki współpracy z księgarnią TaniaKsiazka.pl . Cóż, o ile rzeczywiście były tu ciekawe elementu, to nie mogę powiedzieć, że rozpłynęłam się z zachwytu.

piątek, 10 września 2021

"Gdyż jest nas wielu" Dennis E. Taylor


Wielokrotnie narzekałam, że pisanie o kolejnych tomach cykli jest zadaniem niewdzięcznym i trudnym, bo nie dość, że trzeba uważać na spoilery, to trudno coś nowego zwykle powiedzieć. Tutaj mamy do czynienia z zadaniem jeszcze bardziej niewdzięcznym. Bo widzicie, konstrukcja książek Taylora pozwala na dobrą sprawę podzielić je w dowolnym momencie, arbitralnie. I gdyby nie to, że pewien suspens został zachowany, byłabym przekonana, że tak właśnie się stało. „Gdyż jest nas wielu” jest bowiem idealna kontynuacją, podejmuje opowieść dokładnie w tym momencie, gdzie skończyła się w poprzednim tomie. Spokojnie mogłyby wyjść w omnibusie. Gdyby zapomnieć dodać karty tytułowej nikt by się nie zorientował, że to dwie książki.

czwartek, 4 marca 2021

"Matka żelaznego smoka" Michael Swanwick

„Córka żelaznego smoka” wraz ze „Smokami Babel” to były powieści dziwne i w dziwnym świecie osadzone. Ale bardzo odświeżające w tej dziwności, zwłaszcza w zestawieniu z zalewającymi rynek książkami powielającymi wciąż te same klisze w różniących się tylko kosmetycznie uniwersach. Dlatego też nie mogłam się doczekać lektury kolejnej powieści Swanwicka z tej samej rodziny, czyli wydanej niedawno przez Maga „Matki żelaznego smoka” (przeczytanej dzięki uprzejmości księgarni TaniaKsiazka.pl).

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

"Nasze imię Legion, nasze imię Bob" Dennis E. Taylor


Jak być może niektórzy zauważyli, pewnym leitmotivem u mnie jest narzekanie na brak fantastyki środka. Takiej dla dorosłego czytelnika, ale nie potrzebującej na siłę udowadniać swojej dojrzałości przez wrzucanie w treść źle pojętego naturalizmu i przemocy. Ciężko u nas na coś takiego trafić, ale od czasu do czasu się zdarza. O dziwo, ostatnio znacznie częściej w science fiction niż w fantasy. Mam wrażenie, że twórcy space oper wychodzą z założenia, że nie muszą niczego udowadniać (może dlatego, że jest to jednak konwencja mało popularna wśród powieści YA). Tymczasem Mag niedawno wydał powieść Denisa E. Taylora „Nasze imię Legion, nasze imię Bob”, rzecz osobliwą, bo niemilitarną, za to nawiązującą do typowo naukowej futurystyki, tyle że bez wizjonerskiego zadęcia. Podchodziłam do niej z pewnymi obawami, ale pomysł na fabułę mnie skusił (a poza tym jest na Legimi). 

piątek, 21 lutego 2020

"Zmiany" Jim Butcher


Po dłuższej przerwie w zeszłym roku doczekaliśmy się wreszcie kontynuacji cyklu o Harrym Dresdenie. Mag wydał trzynasty tom, czyli „Zmiany”, I muszę przyznać, że tym razem tytuł jest cokolwiek znaczący, bo autor postanowił zamknąć kilka istotnych wątków, zmienić status quo i zakończyć wszystko potwornym clifhangerem. U nas na szczęście kolejny tom wyszedł po miesiącu, ale aż się dziwię, że amerykańscy fani po premierze oryginalnej wersji językowej „Zmian” nie ruszyli pod dom Butchera z widłami i pochodniami. 

wtorek, 12 listopada 2019

"Skrzydła Ognia: Przebudzenie Pełni" Tui S. Sutherland


Cykl o Skrzydłach Ognia był całkiem przyjemną opowieścią dla młodszego czytelnika (dla tych, którzy nie bardzo kojarzą, opowiadał o piątce smocząt wskazanych przez przepowiednię, których przeznaczeniem miało być jakoby zakończenie dwudziestoletniej wojny między pretendentkami do trony Królestwa Piasku). Był też całkiem zgrabnie zamkniętą całością. Ale jak doświadczenie fantasy (a także tej konkretnej autorki) uczy, żadna historia nie jest na tyle zamknięta, aby nie można było czegoś jeszcze dopisać. Bo chociaż przeznaczenie Smocząt Przeznaczenia się dopełniło, to w świecie Pyrii można opowiedzieć jeszcze wiele historii.

piątek, 10 sierpnia 2018

[Rok z Nebulą] "Ocean na końcu drogi" Neil Gaiman


Jak już wiele razy mówiłam (ale notka o Gaimanie bez tej informacji byłaby niekompletna, więc powtórzę jeszcze raz) należę do tych nielicznych osób, które uważają, że „Amerykańscy bogowie” to powieść mocno przereklamowana. W ogóle Gaimana mam za pisarza, który bez narzuconych ram objętościowych zaczyna się rozmieniać na drobne i gubić wątek. Toteż najbardziej podobają mi się jego dłuższe opowiadania i powieści dla młodszych czytelników. Zwłaszcza do tych ostatnich baśniowa maniera pisarska autora pasuje jak ulał.

Pewien mężczyzna w średnim wieku postanowił przejechać się nieco, dla uspokojenia emocji (wszak dzień pogrzebu kogoś bliskiego aż się od nich roi). Zupełnym przypadkiem (a może nie?) zawędrował w okolice, w których się wychował. Przypomniał sobie, że na końcu drogi przechodzącej obok jego starego domu była farma, na której bywał jako dziecko, więc postanowił sprawdzić, czy dalej tam jest. Była. Nawet nie zmieniła właścicieli. Stary kaczy stawek, który zapamiętał, też ciągle był na swoim miejscu, choć minęło już kilkadziesiąt lat. Z tym miejscem wiąże się wiele wspomnień. Głównie takich, które dotąd ginęły w mrokach niepamięci. Zresztą, i tak nikt by nie uwierzył.

„Ocean na końcu” drogi to gaimanowska współczesna baśń w najlepszym wydaniu. Autor zbudował klimat powieści na zasadzie kontrastu (trochę wykorzystując chwyty fabularne wypróbowane wcześniej w „Koralinie”) - z jednej strony mamy zwyczajne życie siedmioletniego chłopca, mola książkowego, któremu trudno odnaleźć się w społeczności i który praktycznie nie ma przyjaciół. Dodatkowo kłopoty finansowe rodziców sprawiają, że traci swój pokój na piętrze, wynajmowany coraz dziwniejszym z perspektywy dziecka lokatorom. Z drugiej – staroświecka farma na końcu drogi, zamieszkana przez babcię, matkę i jedenastoletnią dziewczynkę, na tyle niezwykłą, że nasuwa się pytanie „Jak długo masz jedenaście lat?”. Wyprawa w miejsca niby podobne, ale wyraźnie obce i nie z tego świata. I potwór, którego trzeba pokonać, bo cóż to za baśń bez potwora?

Kreacja potwora jest bardzo zbliżona do tej z „Koraliny”. Subtelna różnica jest jednak taka, że tym razem to zagrożenie przenika z innego świata do zwyczajnego życia bohatera, grożąc pożarciem nie tylko jego i znajomego kawałka rzeczywistości, ale wręcz całego świata. I już tradycyjnie jest to zagrożenie, którego dorośli nie dostrzegają – dają mu się bezmyślnie omotać. Potwór jest najmocniejszym punktem całej powieści – Gaimanowi udało się go tak stworzyć, że potrafi przestraszyć nawet czytelników, którzy już od bardzo dawna nie są dziećmi.

Ciekawe jest też to, jak autor odwrócił klasyczny schemat baśni. I tak chłopiec, po którym spodziewalibyśmy się, że będzie siłą sprawczą zdolną bronić słabszych i rozwiązywać problemy okazuje się ofiarą wymagającą ratunku, całkowicie bezbronna wobec zagrożeń, których nie zna i nie rozumie (a jednocześnie, co charakterystyczne dla dzieci, przyjmuje za pewnik i nie dziwi się niczemu, nie stara się negować i uracjonalniać tego, co widzi. Przyjmuje rzeczy takimi, jakimi są, choćby były najbardziej fantastyczne). Ratunek oferuje dziewczynka, po której spodziewalibyśmy się raczej odtwarzania kliszy zagrożonej dziewicy (choć po prawdzie autor już na samym początku dobitnie pokazuje, że jeśli ktoś w tej opowieści będzie rycerzem, to Lottie właśnie). Jest nawet motyw ceny, która trzeba zapłacić, aby wszystko wróciło do bezpiecznej normy.

Nie dziwi mnie, że „Ocean...” dostał nominację do Nebuli. W pełni sobie na to zasłużył. Mało kto potrafi dzisiaj pisać baśnie, zwłaszcza tak dobrze i bezpretensjonalnie, przetwarzając do tego znane mitologie w iście burtonowski sposób (choć nie jestem pewna, czy akurat na tego reżysera bym postawiła przy ekranizacji). I chyba Gaimana w takiej odsłonie najbardziej lubię – kiedy forma narzuca mu dyscyplinę, potrafi pokazać pazur.
 
Tytuł: Ocean na końcu drogi
Autor: Neil Gaiman
Tytuł oryginalny: The Ocean at the End of the Lane
Tłumacz: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2013
Stron: 216

poniedziałek, 9 lipca 2018

"Pułapka czasu" Madeleine L'Engle


Literatura dziecięco-młodzieżowa (zwłaszcza z naciskiem na dziecięcą) wydaje się być mocno zunifikowana – w końcu wszyscy (przynajmniej w zachodnim kręgu kulturowym) słyszeli o Muminkach, Pippi czy baśniach Andersena. Niemniej, każdy kraj ma własne dziecięce hity, nawet jeśli już nieco przyprószone kurzem zapomnienia i znane bardziej z popkulturowych odtworzeń niż oryginałów. Takim lekko zakurzonym oryginałem jest „Pułapka czasu” Madeline L'Engle. Wcześniej wydano ją u nas jako „Fałdkę w czasie”, ale chyba nie wzbudziła zainteresowania, bo wyszedł tylko jeden tom z pięciotomowego cyklu. Mag postanowił wznowić powieść (i chyba idzie mu lepiej niż poprzedniemu wydawcy, bo wyszły już dwie części) ze względu na ekranizację. Nieco zepsuł plany fakt, że film nie trafił do polskiej dystrybucji. No ale może przejdźmy do rzeczy.

Trzynastoletnia Meg ma problemy w szkole. Nie dość, że rówieśnicy robią sobie niewybredne żarty na temat jej rodziny, to jeszcze dziewczynka nie potrafi odnaleźć się w szkolnym systemie. No i oczywiście tęskni za ojcem, który zaginął w jednej z rządowych tajnych akcji (ale przecież nie może o tym powiedzieć tym kretynom w szkole, co tajne, to tajne). Pewnego dnia w jej domu zjawiają się dziwna staruszka, a w jakiś czas potem ona i jej dwie siostry zabierają Meg, jej małego, genialnego braciszka oraz kolegę ze szkoły w niesamowitą podróż. To jedyny sposób, aby odnaleźć i uratować ojca.

Książka powstała w latach sześćdziesiątych i przyznam szczerze, że nie zestarzała się jakoś bardzo źle (choć nieco rozczulił mnie obraz matki-naukowca, która swoje przełomowe eksperymenty robi na palniku w piwnicy). To typowa przygodówka w starym stylu, bez wyraźnych wątków romantycznych – fabuła liniowo przesuwa się z punktu A do B i kolejnych liter alfabetu, aż do satysfakcjonującego w sumie zakończenia, po drodze przekazując młodemu czytelnikowi co fajniejsze chrześcijańskie wartości (dość otwarcie zresztą; Lewis sugerował, że Aslan jest zbawicielem, L'Engle mówi, że Jezus grał po stronie dobrych), uczy także, że grunt to umieć zaakceptować siebie i przekuć swoje wady w zalety. Co może ją wyróżniać, to fakt, że nie jest to raczej powieść o dojrzewaniu (a przynajmniej nie na przestrzeni jednego tomu. Przyznam szczerze, że nie wiem, jak sytuacja rozwija się dalej). Owszem, Meg uczy się opanowywać swój gniew, ale mam wrażenie, że nie jest to zasługa jej samej, tylko zmiany zewnętrznych warunków.

Pozostali bohaterowie byli jacyś tacy płascy. Charles Wallace, kilkuletni genialny braciszek bohaterki wydawał mi się raczej niepokojący niż uroczy (o czym z kolei zapewniali mnie narrator i wszyscy bohaterowie), trzy niezwykłe siostry były zbyt obce i tylko Calvin, kolega ze szkoły, robił wrażenie sympatycznego chłopaka, który jakoś próbuje sobie radzić z problemami w domu. Niestety nie dostał zbyt wiele czasu antenowego.

Jest to jedna z tych powieści, która prezentuje wręcz archetypiczny podział na dobro i zło – mamy więc szlachetnych bohaterów i tajemniczą siłę, pożerającą wszechświat niczym Pustka Fantazjanę. Z tym, że o ile Pustka nie pozostawiała po sobie nic, o tyle Zło w „Pułapce czasu” subtelnie wypacza światy, na które wpływa. Moim skromnym zdaniem jest to znacznie ciekawszy zabieg, niż choćby osobowy Sauron.

„Pułapka czasu” posiada też walor edukacyjny – autorka wyjaśnia na przykład czym jest tessarakt i na czym polega podróż WARP (w powieści zwana tessarowaniem, ale nazwa jakoś się nie przyjęła). Wychodzi jej to całkiem nieźle, problem jednak polega na tym, że zdarzyło mi się czytać już książki znacznie bardziej kompleksowo (i równie przystępnie) zapoznające młodego czytelnika z zganieniami fizyki kwantowej.

Cóż, czytało się to nawet miło, ale „Pułapka czasu” nie przekonała mnie do kontynuowania znajomości z cyklem. Może to nieco przestarzałe rozłożenie akcentów fabularnych, może jestem po prostu za stara. Nie było jednak tak źle, żebym chciała wszystkim odradzać lekturę. Decyzję pozostawiam potencjalnym czytelnikom.
 
Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Pułapka czasu
Autor: Madeleine L'Engle
Tytuł oryginalny: A Wrincle in Time
Tłumacz: Anna Reszka
Cykl: Kwintet czasu
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2018
Stron: 196

wtorek, 13 marca 2018

"Skrzydła Ognia: Najjaśniejsza noc" Tui T. Sutherland

Wreszcie doczekaliśmy się zamknięcia pięcioksięgu o Smoczętach Przeznaczenia. To znaczy, zakończyliśmy główną historie pięciu smocząt z przepowiedni, bo jak dotąd autorka już zdążyła natłuc kolejne pięć tomów kontynuacji (tym razem głównym bohaterem każdego czyniąc postacie drugoplanowe głównej serii; chyba mają to u nas wydawać. I tak, będę to dalej czytać). Ostatnia narratorką została Słoneczko, „wybrakowana” Piaskoskrzydła członkini ekipy. Przyznam, że byłam bardzo ciekawa tego tomu, głównie dlatego, że narracja z punktu widzenia Słoneczka mogła być  nietypowa.

W zamieszaniu, jakie zostało wywołane ostatnimi wydarzeniami na wyspie Nocoskrzydłych, Słoneczko zostaje porwana. Udaje jej się co prawda uciec, ale poznawszy plany porywaczy, chce przeszkodzić w ich realizacji – w tym celu musi udać się na teren Piaskoskrzydłych. Czy idealistyczna, pogodna smoczyca bez szczególnych (żeby nie powiedzieć „żadnych”) umiejętności bojowych będzie w stanie dopiąć swego?

Tego tomu byłam ciekawa głównie dlatego, że tym razem narratorką miała być postać, której wcześniej prawie nie użyczano głosu. Słoneczko bowiem przez swoich przyjaciół była zawsze gremialnie ignorowana – łatwo ignorować kogoś, kto jest mały, cichy i wiecznie pogodny. Zwykle uważa się go za uroczego i niezbędnego dla równowagi w grupie, ale trochę bezużytecznego w chwilach, kiedy trzeba działać albo podejmować ważne decyzje. W „Najjasniejszej nocy” autorka na przykładzie Słoneczka pokazuje, jak bardzo frustrujące dla samego zainteresowanego może być tego typu podejście. Okazuje się, że mała smoczyca miałaby swoim przyjaciołom do zaoferowania znacznie więcej, niż mogliby podejrzewać – gdyby tylko dali jej dojść do słowa.

Słoneczko w czasie swojej samotnej przygody przechodzi swoistą przemianę. Teraz nadchodzi jej kolej na odnalezienie utraconej rodziny – dzięki temu bohaterka nabiera pewności siebie i może określić własne miejsce w świecie (poczucie tożsamości młodej smoczycy mocno ucierpiało na skutek rewelacji ujawnionych w poprzednim tomie). To subtelna przemiana, ale dzięki niej Słoneczko przestaje być ignorowana – uczy się, jak może przedstawiać własne racje tak, żeby ich wysłuchano. Młoda Piaskoskrzydła nie porzuca przy tym swojego idealizmu i pogody ducha – wręcz przeciwnie, łagodna natura i wrodzona skłonność do mediacji zamiast bijatyki sprawia, że nie tylko ocali własna skórę, ale też doprowadzi do finału całej tej kabały z przepowiednią.

Rozwiązanie głównego wątku fabularnego znajduję ciekawym – nie rozczarowałam się. Acz muszę przyznać, że od pewnego momentu rzeczy dzieją się zbyt szybko i rozwiązanie intrygi, która dojrzewała od pięciu tomów na właściwie kilkunastu stronach pozostawia pewien niedosyt. Można to było chyba trochę lepiej zrównoważyć.

Ogólnie „Skrzydła Ognia” to bardzo fajny cykl dla młodszego czytelnika. Polecam – gdybym miała jedenaście lat, byłabym zachwycona.


Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Skrzyła Ognia: Najjaśniejsza noc
Autor: Tui T. Sutherland
Tytuł oryginalny: Wings of Fire. Book Five: The Brightest Night
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Skrzydła Ognia
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2018
Stron: 294

sobota, 20 stycznia 2018

"Szepty pod ziemią" Ben Aaronovitch

Na trzeci tom cyklu urban fantasy autorstwa Bena Aaronovitcha polskim czytelnikom przyszło trochę poczekać (bagatela trzy lata), ale w końcu się doczekaliśmy. Nawet dostaliśmy całkiem nowe i całkiem estetyczne wydanie. Tylko że po takim czasie, przyznam szczerze, trochę moja więź z bohaterami i tą historią osłabła. Co może nie być wadą – w końcu dzięki temu łatwiej będzie mi ocenić obiektywnie „Szepty pod ziemią”, prawda?
 
Aha, i ostrzegam przed drobnymi spoilerami do drugiego tomu.
 
Poprzedni tom skończył się niefortunnie dla takiej długiej przerwy, bo dość tęgim cliffhangerem. Oto bowiem nasi dzielni magiczni policjanci odkryli, że nie są jedynymi poważnymi magami działającymi w Londynie i że jest ktoś (albo grupa ktosiów), kto chętnie zrobiłby im poważną krzywdę. W dodatku doszło do pewnego wydarzenia, które wydawało się mieć spore znaczenie. I co?
 
No trochę nico. W „Szeptach pod ziemią” okazuje się, że nad nowymi zdolnościami Lesley wszyscy przeszli do porządku dziennego. Skoro już zaczęła czarować, to uczmy ją dalej (co jest w sumie logiczne, ale liczyłam na więcej dramatyzmu). Tak więc w Szaleństwie mieszka teraz troje policjantów. Kwestia anonimowego czarnego maga rozwija się dość dynamicznie. A tymczasem na przystanek metra w środku nocy wczołguje się ofiara napadu i umiera. Nic przyjemnego, ale taka policyjna praca. Sytuacja jednak komplikuje się nieco, kiedy okazuje się, że w sprawę zamieszana jest magia, a denat był synem amerykańskiego senatora...
 
Przyznam, że to chyba jak do tej pory najlepiej napisany tom cyklu. Czyta się go płynnie (choć autor ma kilka irytujących nawyków, o czym później), bez dłużyzn, akcja jest wartka i bez zbędnych przestojów. Nie oszukujmy się, to proza typowo rozrywkowa (choć niegłupia), bez pretensji do czegoś więcej – więc to jak się czyta i czy akcja jest odpowiednio wartka stanowi kluczowe kwestie. Do tego widać, że autor teraz już dokładnie wie, do czego dąży fabułą całego cyklu (we wcześniejszych tomach nie miałam takiego wrażenia).
 
Jak zwykle Londyn jest istotnym bohaterem opowieści. Tym razem eksploatujemy tunele metra, które, mam wrażenie, są najbardziej mitogennym miejscem, zwłaszcza, jeśli połączy się je z kanałami. Nie można więc zarzucić Aaronovitchowi, że element „urban” w jego fantasy jest pretekstowy. Acz podejrzewam, że gdybym bardziej interesowała się angielskimi miejskimi legendami, to i bardziej bym doceniła.
 
Narratorem pierwszoosobowym znowu jest Peter. Muszę przyznać, że ostatnio nabrał irytującego nawyku. Otóż autor uznał najwyraźniej, że prześmieszny jest następujący żart sytuacyjny: Peter rzuca jakimś popkulturowo-geekowskim bon motem, po czym następuje niezręczna chwila konsternacji, bo nikt nie rozumie, o co chodzi. I to może za pierwszym razem było zabawne. Ale w powieści powtarza się z nużącą regularnością i tylko irytuje czytelnika, no bo ileż można. Tak samo ileż razy można powtarzać, że nasz dzielny posterunkowy chciał zostać architektem, ale mu nie wyszło. Mam wrażenie, że w „Szeptach pod ziemią” pyta go o to co druga osoba...
 
No i tak: jak na kolejny tom serii jest bardzo dobrze. „Szepty pod ziemią” mają pewne mankamenty, ale wnoszą też odświeżający powiew do cyklu – pojawia się kilka nowych postaci, które być może jeszcze kiedyś spotkamy, spotykamy kilka starych i sugeruje nam się poszerzenie świata przedstawionego, jak dotąd składającego się na dobrą sprawę tylko z Londynu (przy okazji dowiadujemy się na przykład, że angielska szkoła magiczna nie jest bynajmniej jedyna, a sposób czarowania takich na przykład Azjatów jest zupełnie inny). Widać zwyżkę formy autora. Poczekamy, co będzie dalej.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Szepty pod ziemią
Autor: Ben Aaronovitch
Tytuł oryginalny: Whispers Under Ground
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Peter Grant
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 378

sobota, 30 grudnia 2017

"Nibynoc" Jay Kristoff

Każdy z nas ma takich autorów, co do których wie, że nie piszą wielkiej literatury, nie piszą w ambitnym gatunku, ale za to sprawnie i nie urągając inteligencji czytelnika. Którzy może nie są wybitni, ale mają to coś (czego definicja będzie się zmieniać w zależności od zapytanej osoby), co sprawia, że bardzo ich lubimy i sporo możemy wybaczyć. Dla mnie jednym z takich autorów jest Jay Kristoff, specjalizujący się w powieściach YA. Kilka lat temu przeczytałam pierwszy tom jego debiutanckiego cyklu, teraz mam za sobą pierwszy tom kolejnego i pozostało mi niemiłe wrażenie, że autor pisze ciągle i ciągle w gruncie rzeczy tę samą książkę. Pozostaje jeszcze ustalić, czy to źle.

W dniu, kiedy Mia straciła rodzinę i sama omal nie zginęła, poprzysięgła zemstę na tych, którzy do tego doprowadzili. Przypadek jej to umożliwił – błąkająca się samotna, brudna dziesięciolatka trafiła na starego zabójcę, który dostrzegł jej potencjał i po sześciu latach szkolenia wysłał do twierdzy tajemniczego (bo uznanego za heretycki) Czerwonego Kościoła, wyznawców Pani od Błogosławionego Morderstwa. Tam szkoli się najlepszych zabójców i tam Mia ma nadzieję zdobyć wszelkie umiejętności i środki niezbędne do zemsty.

Przyznam, że mam pewien problem z klasyfikowaniem tej powieści jako YA. Być może jestem naiwna czy nie na czasie, ale dotąd powieści celowane pod grupę starszych nastolatków poza młodocianym bohaterem i pewnymi uproszczeniami w fabule charakteryzowały się tym, że brakowało w nich scen otwarcie brutalnych i erotycznych. I o ile od niepokazywania brutalności zdarzały się odstępstwa, to niepokazywania seksu raczej się trzymano (wedle starej, dobrej amerykańskiej zasady, że cysterna krwi i flaków nie wpłynie na nieletnich ani odrobinę tak demoralizująco, jak pokazanie kawałka cycka). Tymczasem w „Nibynocy” mamy sporo krwawych i dość naturalistycznie opisanych scen mordów, walk i tortur (w początkowych rozdziałach autor wydaje się mocno podjarany faktem, że umierającym puszczają zwieracze). Jest też kilka opisowych scen erotycznych.

I ja się może tutaj nad tymi erotycznymi scenami pochylę. Widzicie, jestem odporna na kicz w opisach seksu, generalnie łyknę wszystko co trzyma się poniżej porno retellingów Śpiącej Królewny autorstwa Anne Rice. I tu sobie właśnie tak autor poczyna, raz bardziej kiczowato, raz bardziej naturalistycznie, czyli całkiem nieźle dla pewnej wartości „nieźle”. Do czasu. Bo w tych długich (nieraz na kilka stron) scenach w pewnym momencie pojawiają się kwiatki takie jak „Uklęknął między jej nogami […] drugą [ręką] krzesząc ogień między jej udami.” (s. 349) I robi się śmiesznie, a to zdecydowanie nie jest stan emocjonalny, jaki autor przy tym opisie chciał wywołać u czytelnika. Panie Kristoff, trzeba chyba jednak było uciąć scenę wcześniej. Każdą.

Ogólnie momenty, kiedy autor chce, żeby było śmiesznie u mnie wywoływały raczej zażenowanie. Narracja oparta jest na koncepcie, że historię głównej bohaterki opowiada nam ktoś, kto ją bardzo blisko znał, ale już w jakiś czas po jej śmierci i zakończeniu opisywanych wydarzeń. Objawia się to tym, że narrator dość swobodnie przekracza czwartą ścianę, ale robi to głównie w bardzo licznych przypisach. Które najczęściej są kompletnie od czapy. Owszem, u Pratchetta to się sprawdzało, ale Pratchett pisał fantasy wręcz satyryczne, a nie całkiem serio o mordercach na zlecenie. Tutaj większość przypisów po prostu zakłóca immersję, zamiast poszerzać wiedzę czytelnika o świecie przedstawionym (choć niektóre faktycznie są na miejscu). Choć chyba gorsze są te, które zawierają jedynie szczeniackie żarty. A nie tylko przypisy je zawierają, niestety.

„Nibynoc” wykorzystuje wiele elementów, które wcześniej pojawiły się tez w „Tancerzach burzy”. Mamy więc nastoletnia bohaterkę, która straciła większą część swojej rodziny, a która przy okazji wykazuje pewne nietuzinkowe talenty. Która ma w pewnym sensie zwierzęcego towarzysza. Która rzuca wyzwanie systemowi nie tyle z chęci obalenia go, co żeby załatwić prywatne porachunki. To sprawia, że w pewnym momencie człowiek zaczyna mieć wrażenie, że tę opowieść już raz czytał i czuje się trochę znudzony, bo niewiele może go zaskoczyć. Na szczęście Mia nie do końca jest klonem Yukiko.

Mia przybywa bowiem do swego rodzaju morderczego Hogwartu – mamy tu modny od czasu Harry’ego Pottera motyw magicznej szkoły, ale jest to szkoła zabójców (i przy okazji naszła mnie refleksja, że to nie matematyka a chemia jest królową nauk. Jakiegoś rodzaju (al)chemii uczą w każdej magicznej szkole, matematyki tylko w nielicznych). No i w porównaniu z większością młodocianych przestępców jakich możemy spotkać na kartach powieści YA, Mia jednak wypada dość wiarygodnie. W przeciwieństwie do genialnych najwyraźniej z urodzenia Kazów Brekkerów tego gatunku, Mia nie jest w wieku szesnastu lat alfą i omegą. Ma za sobą kilka lat ciężkiego, kierunkowego treningu, ale przed sobą jeszcze wiele nauki. Jest bardzo skupiona na swoim celu, ale też młoda, co w połączeniu z porywczym charakterem często przysparza jej kłopotów (a autor nie boi się porządnie poobijać swoich bohaterów. Czy nawet ich wyeliminować).

Ma też kilkoro koleżanek i kolegów, całkiem zgrabnie odmalowanych, ze zróżnicowanymi, indywidualnymi charakterami. Każde ma jakąś mroczną tajemnicę w życiorysie (umówmy się, jeśli masz całkiem normalne dzieciństwo, nie zostajesz płatnym mordercą), ale nie tworzą przez to jakiejś angstującej masy. W sumie to bardzo kameralna powieść, a ekspozycje postaci drugoplanowych są ograniczone przez formułę, jaką autor sobie wybrał (Mia nie może nawiązywać zbyt bliskich przyjaźni, ponieważ większość jej „klasy” nie cofnie się przed niczym, żeby ukończyć szkolenie jako najlepszy – czekają na nich tylko cztery miejsca inicjacji na pełnoprawne Ostrza, więc konkurencja jest spora. A życiem wewnętrznym nauczycieli żaden nastolatek się nie przejmuje).

Przyznam, że trochę się zawiodłam. Oczekiwałam ciekawej przygotówki, może faktycznie mroczniejszej niż to, co nam autor serwował wcześniej, ale bez przesady. I jeszcze tę krew i flaki czy tę średnio udaną erotykę mogłabym wybaczyć, ale kiepskiego, wysilonego humoru, pojawiającego się w miejscach kompletnie od czapy już nie. Choć może jestem już po prostu za stara, a młodzież takie niskich lotów żarty bawią do łez, nie wiem. W każdym razie dam jeszcze szansę kolejnemu tomowi, bo świat przedstawiony zdaje się kryć jakąś interesującą zagadkę (o czym autor niewiele wspomina, ale zdaje się, że w kolejnym tomie wspomni więcej). Obym się nie zawiodła.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Nibynoc
Autor: Jay Kristoff
Tytuł oryginalny: Nevernight
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Nibynoc
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 592

środa, 18 października 2017

"Skrzydła Ognia: Mroczny sekret" Tui T. Sutherland

Minęło sporo czasu, odkąd ostatnio odwiedziłam Pyrrię. Wydawnictwo zafundowało fanom serii ponad roczną przerwę i to w dość niefortunnym miejscu, bo ostatnio skończyło się cliffhangerem. Mnie osobiście poprzedni tom trochę rozczarował, ale muszę przyznać, że historia Gwiezdnego Lotnika (bo to z jego perspektywy poznajemy wydarzenia „Mrocznego sekretu”) to zupełnie nowa jakość. Autorka strzeliła z grubej rury.

No i UWAGA, SPOILERY! Głownie do tej, ale i do poprzednich części.

Gwiezdny Lotnik został porwany przez swoich pobratymców, Nocoskrzydłe, do ich tajemniczego królestwa. Co prawda okoliczności przybycia nie były najszczęśliwsze, a pierwsze wrażenie nie nastraja optymistycznie, ale młody smok ciągle ma nadzieję, że jego rodzaj okaże się tak wspaniały, jak mówią  ukochane zwoje. Przecież przerażający, wredny i okrutny Wieszcz (jedyny przedstawiciel własnego gatunku, jakiego Lotnik kiedykolwiek poznał) nie może być reprezentatywny, prawda?

Jak dotąd autorka, przedstawiając nam społeczności poszczególnych gatunków smoków zamieszkujących Pyrrię, była raczej umiarkowana. Owszem, każda miała swoje wady, swoją niekoniecznie pozytywną charakterystykę i często okrutne obyczaje, ale szczerze mówiąc, nie było to nic, czego nie możnaby się spodziewać po fantasy dla młodszego czytelnika (znaczy, są krwawe walki między smokami i padają trupy, ale dla mnie to nie jest nic, czego bym się nie spodziewała po akurat tym cyklu…). Tymczasem teraz… cóż, stworzyła nacjonalistów.

Społeczność Nocoskrzydłych ma dwa główne problemy. Pierwszy (i jedyny, jaki zauważają), to fakt, że ich królestwo umiera. Wyspa, na której dotąd mieszkały, została jakieś dziesięć lat wcześniej zmieniona w pustkowie przez wybuch wulkanu, więc przetrzebiona populacja smoków głoduje, a z powodu zanieczyszczenia powietrza pyłem i wyziewami wciąż aktywnego wulkanu wykluwa się niewiele młodych. Zrozumiałe, że w takich warunkach smoki będą desperacko poszukiwać przestrzeni do życia. I każde rozwiązanie dające szanse na sukces będzie dobre. Nawet jeśli obejmuje wybicie i zniewolenie (w dowolnej kolejności i proporcjach) innego ze smoczych gatunków.

Przy czym to samo w sobie nie jest dziwne – potrafię zrozumieć desperację narodu, który za wszelką cenę chce znaleźć takie miejsce do życia, które nie zabija ich dzieci. Ale Nocoskrzydłe są przy tym głęboko przekonane o swojej wyższości nad innymi smokami. Wierzą, że mają prawo je wykorzystywać i traktować instrumentalnie, że są nadsmokami, których naturalnym przeznaczeniem jest rozkazywać każdemu, komu chęć rozkazywania wyrażą. Mamy więc scenkę że smoczym odpowiednikiem doktora Mengele, który każe porywać i torturuje łagodne Deszczoskrzydłe, aby prowadzić badania nad ich jadem – przy czym traktuje swoje prawo do poświęcania innego rodzaju smoków w imię nauki jako oczywistość. Kiedy Gwiezdny Lotnik zwraca mu uwagę, że jest de facto katem, naukowiec jest głęboko wstrząśnięty. Wychowano go w przekonaniu, że inne smoki można traktować jak zwierzęta laboratoryjne i potrzeba było kogoś z zewnątrz, żeby zauważyć, że coś tu jest nie tak. Owszem, organizująca walki gladiatorów między pojmanymi jeńcami królowa Nieboskrzydłych też była okrutna, ale było to prymitywne okrucieństwo silniejszego - który wie, że kiedyś już może silniejszy nie być, ale tymczasem cieszy się chwilą. Tutaj mamy okrucieństwo systemowe, wynikające z głębokiego przeświadczenia o własnej wyższości,uświęcającej wszelkie występki.

I w takie otoczenie tafia idealistyczny Gwiezdny Lotnik. Który naczytał się w (pisanych oczywiście przez Nocoskrzydłe) zwojach o wspaniałości i rozlicznych zaletach własnej rasy. Który dodatkowo jest bierny z natury, brak mu przebojowości, a jego sposób radzenia sobie z problemami polega na czekaniu, aż same się rozwiążą. I któremu brutalne zderzenie z rzeczywistością uświadomi, że tym razem musi działać, bo dojdzie do katastrofy, której konsekwencje poniosą dwa smocze gatunki. Przyznam, że w przeciwieństwie do poprzednich tomów "Mroczny sekret" nie mówi nam, jaka przemiana zaszła w jego głównym bohaterze - końcowe wydarzenia powieści były dla Lotnika bardzo traumatyczne i pewnie dopiero w kolejnej części dowiemy się, jakie ostatecznie wywarły na nim piętno. Widać, że autorka powoli odchodzi od prostego schematu weryfikacji dziecięcych marzeń swoich bohaterów i zaczyna stawiać na ich dojrzewanie jako proces, nie akt (co było zasygnalizowane już w poprzedniej części).

Z pewnością jest to tom bardziej udany niż poprzedni: dzieje się więcej, a i ciężar wydarzeń zdaje się bardziej znaczący dla fabuły całości cyklu. Bardzo przyjemnie czyta mi się o młodych smokach. I chętnie będę czytać kolejne tomy.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag

Tytuł: Skrzyła Ognia: Mroczny sekret
Autor: Tui T. Sutherland
Tytuł oryginalny: Wings of Fire. Book Four: The Dark Secret
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Skrzydła Ognia
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 278

czwartek, 28 września 2017

"Zdrajca" Jim Butcher

Za mną już jedenasty tom przygód Harry’ego Dresdena, co niniejszym czyni cykl Jima Butchera najdłuższą po „Świecie Dysku” czytaną przeze mnie serią. Poprzedni tom nieco mnie rozczarował – mimo bycia dziesiątym, cierpiał na ostry syndrom drugiego tomu: dużo zapychaczy, mało treści. W ”Zdrajcy” autor zdecydowanie wrócił do formy.

Harry spędza leniwy poranek w swojej suterenie, kiedy nagle z kanapy ściąga go pukanie do drzwi. Jakież jest zdziwienie naszego maga, kiedy po otwarciu ukazuje mu się ciężko ranny Morgan – publicznie zastępca dowódcy Strażników Białej Rady, prywatnie nemezis Harry’ego (facet przez ładnych kilka lat był kuratorem Dresdena i robił absolutnie wszystko, żeby złapać go na jakimś przewinieniu, które pozwoliłoby na drobną egzekucję; acz trzeba uczciwie przyznać, że robił to w szczerym przekonaniu, że Harry jest cwanym potworem, którego trzeba zatłuc, zanim urośnie w siłę… nie pytajcie). Morgan został oskarżony o zamordowanie jednego z najpotężniejszych magów Białej Rady, jak twierdzi niesłusznie i, jak to się ładnie mówi, stawiał opór przy zatrzymaniu. A teraz chce, żeby Harry pomógł mu złapać prawdziwego zdrajcę. Jest to jedna z tych sytuacji, z których każde wyjście wydaje się niewłaściwe.

Tym razem Butcher skupił się na konflikcie Białej Rady, czyli na metahistorii łączącej wszelkie tomy cyklu – do tego stopnia, że tradycyjny „problem odcinka” jest częścią tegoż konfliktu. Wojna z Czerwonym Dworem wampirów przeszła do chwilowego etapu chwiejnego rozejmu (zakończeniem bym tego nie nazwała. Obie strony raczej wykrwawiły się do tego stopnia, że prowadzenie dalszych działań byłoby dla nich zbyt ryzykowne, więc ich zaprzestano). Ale, jak już od jakiegoś czasu wiemy, ktoś za wybuchem tej wojny stał, a że najwyraźniej nie był zadowolony z wyników poprzedniej intrygi, postanowił wywołać nowy konflikt. A Harry miota się, próbując nie dopuścić do jego wybuchu.

W związku z tym, że w intrygę zamieszane są struktury Białej Rady, czytelnik ma okazję dowiedzieć się, że w ogóle jakieś istnieją (poza Strażnikami, czyli magiczna policją, oraz Radą Starszych). Dla Butchera ogólnie charakterystyczne jest, że eksponuje nam elementy świata przedstawionego na zasadzie „co prawda dotąd wam nie wspominałem o tym różowym słoniu w salonie, ale nikt nigdy nie dotarł do ściany za nim, więc hej, on tu od początku był!” i to nawet działa, tak tutaj trochę przegiął. Jasne, wiadomo było, że istnieje szybka linia komunikacji i struktura szybkich przejść przez Nigdynigdy, no ale… Wiecie, kiedy autor, który od dziesięciu tomów konsekwentnie sugeruje, że mamy do czynienia ze społecznością rozproszoną i złożoną z bardzo autonomicznych jednostek, nagle ujawnia, że, well, w sumie to od kilkuset lat mają olbrzymią kwaterę główną (nie jedyną!), zamieszkiwaną stale przez dziesiątki, jeśli nie setki magów pełniących właściwie wszystkie funkcje administracyjno-techniczne, to jest już pewna przesada. Osobiście czuję się jako czytelniczka trochę oszukana, a samo zagranie mocno kojarzy się z początkującymi autorami, którzy wrzucają rewolucyjne pomysły w połowie książki bo są fajne, nie kłopocząc się osadzaniem ich we wcześniejszych realiach.

Z dobrych (?) wiadomości nastąpiły spore zmiany w relacjach między postaciami. Co prawda nie poznajemy raczej nikogo nowego (w ogóle to dość kameralny jak na Butchera tom), ale za to Harry zyskuje nowego skilla, pojawiają się wampiry z Białego Dworu, w którego kręgach również sporo się dzieje no i widzimy starych znajomych z Białej Rady. No i spotykamy znowu młode, chicagowskie wilkołaki. Ogólnie dzieje się dużo i na nowych polach, a zakończenie daje nadzieję na bardzo interesujący rozwój wypadków w przyszłości.

Z wiadomości mniej dobrych, mamy nowego tłumacza, już czwartego w ciągu cyklu. I nie podoba mi się to. Do przekładu Jakuszewskiego miałam pewne zastrzeżenia, jednak całkiem mi się podobał. Przekład Anny Reszki wydawał mi się za to dość gruzłowaty (choć trzeba jej oddać, że w przeciwieństwie do poprzednika, przynajmniej dokładnie zapoznała się z uniwersum) – w trakcie lektury łapałam się na tym, że sceny, które powinnam łykać gładko jak młody pelikan śliska rybkę, przerywałam, żeby zastanowić się, co z nimi jest nie tak. A to już świadczy o pewnej niepłynności (dość niezdefiniowanej, z racji tego, że nie znam oryginału). Irytowała mnie też ciągota tłumaczki do dosłownego przekładania idiomów – ja wiem, że Amerykanie (czy Anglosasi w ogóle) zwracają się do swoich psów „good boy” czy po prostu „boy”, ale Polak w analogicznej sytuacji powie raczej „dobry piesek”. Harry do Myszka w przekładzie Reszki zwraca się zwykle „chłopcze” – co IMO jest o tyle nietrafione, że u nas to zwrot kojarzący się z protekcjonalizmem czy wręcz reprymendą, a nie czułością i pochwałą… Niby mała rzecz, a irytuje. I nie jest jedyna niestety (co jest w sumie trochę smutne, bo z przekładów Reszki czytałam jeszcze „Cesarza Ośmiu Wysp” i tam nie miałam się do czego przyczepić).

No i tak – z jednej strony mamy wartką akcję, ciekawą dynamikę relacji postaci i wydarzenia pchające metafabułę do przodu, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej. Z drugiej, przekład trochę przeszkadza… Ale i tak na plus.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Zdrajca
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Turn Coat
Tłumacz: Anna Reszka
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 636

czwartek, 14 września 2017

"Ogień przebudzenia" Anthony Ryan

Jak wiadomo, każda książka, która oferuje smoki, wzbudza moje automatyczne zainteresowanie. Nie inaczej było z nowym cyklem Anthony’ego Ryana (znanego u nas z trylogii „Kruczy Cień”, z którą też mam zamiar się kiedyś zapoznać). I owszem, smoki są i to dużo, nawet w ciekawych ujęciach, ale o tym później. Co mnie uderzyło, to wiele punktów zbieżnych między prozą Ryana i Sandersona – i pozwólcie, że sobie te punkty zbieżne przy okazji niniejszej recenzji poomawiam.

Żelazny Syndykat Handlowy ma problem – smocza krew, na której oparł swoją ekonomiczną (a więc i każdego innego rodzaju) potęgę, zaczyna być coraz trudniejsza do zdobycia: wydajność hodowli drastycznie spada, a koszty odławiania dzikich smoków wszystkich czterech znanych gatunków (Czarnych, Czerwonych, Zielonych i Niebieskich) rosną w tempie wykładniczym. Oczywiście nie jest to informacja, która może przedostać się do szerszego audytorium (bo Cesarstwo Corvuskie tylko czeka na okazję do ataku). Należy przedsięwziąć odpowiednie kroki zaradcze. I Zarząd Syndykatu podejmuje: w nadziei na odkrycie piątego, legendarnego gatunku, wysyła ekspedycję do Interioru, a aby ekspedycja wiedziała, gdzie właściwie ma się udać, wysyła też agentkę z równoległą misją pozyskania tajemniczego artefaktu, którzy rzekomo wskazuje położenie terenów zamieszkanych przez legendarne Białe. Żadna z zainteresowanych stron nie wie jednak, jakie konsekwencje przyniosą ich działania.

Autorowi udało się stworzyć interesujący świat przedstawiony – coś na kształt steampunkowego cyberpunku. „Cywilizowany” świat jest podzielony między wpływy ponadnarodowych korporacji i jedyne ale za to zajmujące cały kontynent, absolutystyczne Cesarstwo Corvuskie, a wszystko to w dekoracjach plus-minus dziewiętnastowiecznych. Przy czym widać, że jest to konstrukcja głęboko przemyślana i bardzo złożona. Ryan poświęca wiele narracyjnej energii, aby odmalować nie tylko zróżnicowanie etniczno-kulturowe w momencie trwania akcji, ale też zasugerować, że przed akcją było ładne kilka tysięcy lat historii z licznymi, czekającymi na zbadanie białymi plamami. Mamy więc nie tylko bohaterów o zróżnicowanym wyglądzie (czekam na narzekania na tą straszliwą poprawność polityczną) i mówiących różnymi językami, ale też wywodzących się z rozmaitych kultur (co rzadsze, autor wspomina o konfliktach między tymi różnego pochodzenia bohaterami mających korzenie we wspólnej, czasem bardzo nieprzyjemnej historii). Właśnie ten zróżnicowany świat i jego zagadki jest główną osią napędową fabuły.

I to między innymi (poza upodobaniem do opasłych tomiszczy) łączy powieść Ryana z pisarstwem Sandersona – dobre światotwórstwo i wykorzystywanie tego światotwórstwa nie tylko jako fajnych dekoracji, ale też osi napędowej fabuły. Poza tym system magiczny opisany przez Ryana jest bardzo podobny do sandersonowej allomancji z cyklu „Ostatnie Imperium”. W obu przypadkach polega ona na wykorzystaniu rzadkich, wrodzonych zdolności, które pozwalają „spalić” zażyty wcześniej eliksir (u Sandersona była to zawiesina drobinek metalu, u Ryana ekstrakt ze smoczej krwi) i w zależności od rodzaju tego eliksiru uzyskać różne nadnaturalne moce na czas określony. To nie są jedyne podobieństwa, ale moim skromnym zdaniem wszystko inne Ryan zrobił lepiej.

Weźmy taką narrację. Podczas gdy czytając właściwie wszystkie grubsze powieści Sandersona miałam ochotę sporo powycinać (serio, naprawdę nie trzeba co kilka rozdziałów przez kilka stron przypominać czytelnikowi, jakież to rozterki przeżywa bohater, zwłaszcza, kiedy nic się w temacie nie zmienia), u Ryana nie jestem w stanie wskazać żadnego zbędnego elementu, żadnej dłużyzny. Obaj panowie stosują narrację trzecioosobową z perspektywy bohatera i znowu Ryan robi to lepiej – potrafi zróżnicować sposób narracji w zależności od możliwości konkretnego bohatera i jego sposobu odbierania świata. Na przykład agentka specjalna zwraca uwagę na gestykulację i drobne tiki rozmówcy, ponieważ może jej to wiele zdradzić o jego zamiarach i narracja o nich wspomina. Za to były rzezimieszek czy żołnierz kompletnie na takie niuanse uwagi nie zwracają i w ich przypadku narrator koncentruje się na czymś innym.

Co wychodzi Ryanowi nadzwyczaj dobrze, to prezentacja kobiet. „Ogień przebudzenia” to jedna z naprawdę nielicznych powieści fantasy, w których nie tylko mamy istotną główną bohaterkę (to akurat nie jest wcale takie rzadkie), ale też narrację poprowadzoną w ten sposób, żeby pokazać czytelnikowi, że świat nie składa się wyłącznie z robiących rzeczy mężczyzn i kryjących się gdzieś na nieistotnym uboczu kobiet (tu może mały disclaimer: ja naprawdę nie uważam, że pisarze i pisarki świadomie piszą opowieści z jedynym takim żeńskim płatkiem śniegu osadzonym wśród mających moce sprawcze mężczyzn i robiących za tło kobiet. Tylko że większość chyba najzwyczajniej w świecie nie ma pomysłu na sensowne bohaterki drugo- i trzecioplanowe, więc ich nie pisze. Co skutkuje tym, że na kilkuset stronach mamy nadreprezentację bohaterów męskich przy braku lub pretekstowych/ledwie wspominanych bohaterach żeńskich. I o ile w stosunkowo krótkich, kameralnych na dobrą sprawę utworach jestem w stanie to zrozumieć – bo objętość powieści ogranicza możliwość ekspozycji – to przy ogromnych kolubrynach na prawie tysiąc stron już nie bardzo). Z trójki wiodących postaci jedna jest kobietą i jej właśnie najbliżej do tej typowej Silnej Postaci Kobiecej – to taki James Bond swoich czasów w spódnicy, postać świetnie napisana, ale w sumie dość przewidywalna. Ale nie jest jedyną zarysowaną postacią kobiecą w swoim wątku – autor zdołał bowiem stworzyć też dalszoplanowe, ale pełnokrwiste postacie płci obojga, których mimo braku jakiejś szczególnej fabularnej roli czytelnik nie traktuje jako dekoracji. I takich pełnokrwistych bohaterów dalszych planów jest w książce mnóstwo – właśnie płci obojga, bo stosunek jest wyrównany. A to zaskakująco rzadkie.

Głowni bohaterowie, z których perspektywy obserwujemy wydarzania, to były złodziejaszek, agentka specjalna i oficer marynarki wojennej Syndykatu. Każda z tych perspektyw tworzy właściwie własną powieść (jeśli o oficera chodzi, to właściwie jest to tylko przedstawienie postaci, bo zakończenie sugeruje, że większą rolę będzie miał do odegrania dopiero w kolejnym tomie). I tak były złodziejaszek, Claydon Torcreek, pozwala nam za swoim pośrednictwem poznać przygodową opowieść o wyprawie w nieznaną dzicz – coś jak pamiętniki dziewiętnastowiecznych angielskich podróżników, tylko te bardziej podkoloryzowane. Przy czym mam wrażenie, że jest postacią najbardziej statyczną – owszem, dojrzewa do podjęcia ogromnej odpowiedzialności, ale już na początku autor wyraźnie sugerował, że takie odruchy nie są mu obce. Poza tym jest po prostu sympatycznym chłopakiem, który trochę się w życiu pogubił. Na wyprawę w dziki Interior Clay wybrał się ze stryjem i jego kompanią najemników, która sama w sobie stanowi mieszaninę barwnych postaci, a w trakcie opowieści jeszcze kilka się znajduje (między innymi smok. Czarny z błękitnymi oczami. Czy to tylko moje wrażenie, że odkąd Novik stworzyła Temeraire’a, każdy czarny smok musi mieć niebieskie oczy?). Agentka, o której wspominałam w poprzednim akapicie to właśnie taka kobieta osadzona w typowo męskiej roli (z naszej perspektywy, bo akurat w tym uniwersum kobieta szpieg to nie nowina), poza tym jest bardzo aktywną, mająca ogromny wpływ na bieg wydarzeń postaci. Przechodzi najbardziej złożoną metamorfozę – z bezgranicznie ufającej przełożonym, oddanej agentki, w kobietę, która wreszcie zaczyna dostrzegać potencjalne niebezpieczeństwo drzemiące we wpojonych jej ideałach. Najmniej wiemy o poruczniku Hilemore – ale dowiemy się pewnie znacznie więcej w kolejnym tomie.

Kilka słów o smokach, no bo gdzieżby nie. Na początku czytelnik poznaje je jako zwykłe, choć cwane zwierzaki bez szerszych możliwości intelektualnych, jednak z biegiem wydarzeń okazuje się, że to złudne wrażenie. Sam autor wykorzystuje je po trosze jako metaforę zgubnych sił natury. Z jednej strony gospodarka nie może sobie bez tego dobra poradzić (rozpaczliwa sytuacja Syndykatu), a kiedy już wyeksploatowała źródło do granic, zaczęła szukać nowych, ignorując niebezpieczeństwa z tym związane.

Przyznam szczerze, że „Ogień przebudzenia” spodobał mi się bardziej, niż się spodziewałam. Bogaty świat, sympatyczni bohaterowie, fajne smoki, intrygujące zagadki – czego chcieć więcej? Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Ogień przebudzenia
Autor: Anthony Ryan
Tytuł oryginalny: The Waking Fire
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Draconis Memoria
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 712

środa, 31 maja 2017

"Cesarz Osmiu Wysp" Lian Hearn

Lian Hearn nie jest autorka dla polskiego czytelnika anonimową. Swego czasu popularny był u nas jej cykl „Opowieści rodu Otori”, obecnie niestety nieco zapomniany. Zdaje się, że „Cesarz Ośmiu Wysp” pozostaje w podobnych klimatach – niby neverland (tytułowe Osiem Wysp), ale wzorowany na średniowiecznej Japonii chyba jeszcze bardziej, niż stereotypowe fantasy na średniowiecznej Europie.

Shikanoko (wtedy jeszcze po dziecięcemu zwany Kazumaru) najpierw stracił ojca, a w kilka lat później także należący do niego majątek, kiedy tymczasowo zarządzający nim stryj zbytnio się wczuł w rolę gospodarza. Niby nieszczęście, ale dzięki temu Shika mógł podążyć zupełnie inną drogą, drogą magii i sekretów… Nowe umiejętności mu się przydadzą, ponieważ coś wisi w powietrzu. Nikt głośno nie mówi o wojnie, ale dla każdego jest jasne, że ona wybuchnie…

Najbardziej charakterystyczny dla powieści Hearn jest sposób narracji. Gdybym czytywała japońskie podania ludowe czy też baśnie, pewnie z nimi by mi się skojarzył. Ale że nie czytam, to kojarzy mi się z pierwszymi powieściami Ursuli Le Guin. Hearn nie podaje nam miliona szczegółów – wręcz przeciwnie, bezlitośnie ucina i streszcza wątki choć odrobinę zbędne dla opowieści. Opisy też ma oszczędne, wręcz ascetyczne. Fascynujące, że pisząc tak niewiele jest w stanie malować bardzo sugestywne obrazy.

To jest sposób narracji bardzo dziś niemodny. Kto inny (panie Martin, o panu mówię. Porównanie do pana jest o tyle trafne, że w „Cesarzu Ośmiu Wysp” też mamy narrację podzieloną na rozdziały pisane z perspektywy różnych bohaterów) z łatwością wycisnąłby z „Cesarza…” ze trzy tomy po 400 stron. Ale Hearn woli się po staroświecku (hej, tak się pisało w latach siedemdziesiątych) skupić na najważniejszym, zamiast rozdrabniać się na rzeczy mniej istotne, ale nabijające objętość.

Taki typ narracji sprawia, że bohaterowie wydają się archetypiczni. Mamy więc Shikanoko, młodego wojownika, a potem też czarownika, typowego bohatera dojrzewającego w trakcie opowieści. Mamy leśnego szamana i wiedźmę, mamy potężnego, złego czarownika-kapłana, mamy starego mędrca i młodego księcia, który stracił tron. Mamy karierowicza, który trzyma zawsze z tymi, którzy akurat wydają mu się mieć przewagę, mamy też prawego męża i zapalczywą żonę, która wiele traci przez tę zapalczywość, oraz jeszcze kilka innych postaci. Zadziwiające w sumie, jak wiele historii i punktów widzenia autorka zawarła na stosunkowo niewielu stronach. Bo choć nie robimy bohaterom szczegółowej wiwisekcji, jak to teraz jest w modzie, to ich motywy są dla nas jasne (w każdym razie na tyle, na ile zaplanowała to autorka), a konstrukcja spójna. Nie miałam też wrażenia, żeby któraś z postaci była nieistotna dla ogólnej narracji (jak to często bywa w przypadku bardziej „nowocześnie” napisanych powieści). 

Powiem szczerze, że nie marzy mi się powrót do narracyjnej mody na lata siedemdziesiąte – jestem dzieckiem swoich czasów i dobrze mi z tym. Ale Hearn jest przyjemnym powiewem świeżości, czymś odmiennym od reszty. Nie tylko poprzez narracje, ale też poprzez świat, który stwarza – odnoszący się do zupełnie innego kręgu kulturowego niż większość powieści fantasy i w zgodzie z estetyką tamtego kręgu opisany, a przez to ciekawszy niż to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Bardzo odświeżające.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Opowieść o Shikanoko: Cesarz Ośmiu Wysp
Autor: Lian Hearn
Tytuł oryginalny: The Shikanoko Series - Book One: Emperor of the Eight Islands
Tłumacz: Anna Reszka
Cykl: Opowieśc o Shikanoko
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 398

środa, 12 kwietnia 2017

"Drobna przysługa" Jim Butcher

To już tyle lat… jak dotąd nie próbowałam precyzyjnie określać upływu czasu w Dresdenwersum, ale w „Drobnej przysłudze” akurat można – mamy rok 2003 lub 2004. A to oznacza, że od początku cyklu, w wewnętrznej linii czasowej minęło już jakież dwanaście lat (około. Pewnie wśród zagorzałych fanów znaleźliby się tacy, którzy określili to dokładniej – albo po prostu zapytali autora – ale nie nurkowałam w fandomie ze względu na spoilery). To dziwne, bo rzadko zdarza mi się czytać cykle, w których upływ czasu jest tak namacalny (chyba powinnam jednak uzupełnić sobie cykl o Tiffany Obolałej. Wywołuje podobne wrażenie). Poczyniwszy ową dygresję, mogę wreszcie przejść do rzeczy.

Tym razem zaczyna się sielankowo – ot, Harry i dzieciaki Carpenterów bawią się na podwórku. Ale jak wiadomo, nic nie może przecież wiecznie trwać i cała grupa zostaje zaatakowana przez dziwne stwory. Zaraz potem z podejrzaną sprawą dzwoni policja, a kiedy tylko Harry próbuje zorientować się, jak może im pomóc, dopada go królowa fae. I chce odebrać swoja przysługę. Ten dzień już chyba nie może być gorszy…

Przyznam, że na etapie dziesiątego tomu pewne elementy charakterystyczne dla cyklu zaczynają być nużące. Paradoksalnie, są to momenty, które w założeniu mają dynamizować akcję. Mówię głównie o scenach, kiedy ktoś Dresdena goni i próbuje zabić albo mamy bezpośrednią potyczkę. „Drobna przysługa” jest takich scen pełna. Niby nie jest to żadna nowość, bo to, że Harry kilka razy w czasie powieści dostaje łomot to już taka nowa świecka tradycja. Zwykle są też mocno przewidywalne – no wiadomo przecież, że mając w perspektywie kolejnych trzynaście tomów autor swojego bohatera-narratora nie zabije ani poważnie nie uszkodzi. Pierwszy raz miałam wrażenie, że te rozbudowane sceny mają po prostu nabić książce objętości. Tom dziesiąty mógłby się spokojnie bez kilku z nich obejść.

Być może chodzi o fakt, że w poprzednich tomach z takich potyczek często wynikało coś interesującego: a to jakiś plot twist, a to wypływała nowa informacja odnośnie świata przedstawionego, a to pojawiał się nowy bohater (a ponieważ wiemy, że Butcher lubi bohaterów trzecioplanowych jednego tomu czynić kluczowymi postaciami któregoś kolejnego, na każdego nowego zwracamy uwagę). Teraz tego brakowało. I to nie jest tak, że wymagam od autora, żeby w połowie wielotomowego cyklu ciągle odkrywał kluczowe elementy świata przedstawionego. Ale ciągle wymagam, żeby mnie czasem zaskoczył.

Jak zwykle zapraszam na mojego instagrama.;)
„Drobnej przysłudze” brak może elementu zaskoczenia i powiewu świeżości, ale przynajmniej autor przypomniał nam sporą grupę znanych bohaterów. Bo kogo tu nie ma: Rycerze Miecza z rodziną i ich odwieczni wrogowie, Marcone z tym znanym czytelnikowi fragmentem swojego przestępczego imperium, Murphy, Thomas, fae w różnych odsłonach, Strażnicy… Z jednej strony fajnie: wiemy, że autor o swoich postaciach nie zapomina, a i czytelnicy chętnie znowu spotkają się z ulubieńcami. Z drugiej – trochę za dużo tych grzybków w barszczu. Za tłoczno na kartach powieści. Na osłodę mamy zdecydowane przebudowanie relacji między pewnymi postaciami, ale szczerze mówiąc, nie jestem usatysfakcjonowana. (Znaczy wiecie, gdyby postać A była moim żywym znajomym, to bardzo by mnie ucieszyła jej relacja z postacią B, niezależnie od tego, jak się ostatecznie rozwinie. Ale ponieważ mamy do czynienia z konstruktami literackimi, cała sytuacja jest mocno odczapista).

Nie jest tak, że „Drobna przysługa” niczego nie oferuje. Oferuje na przykład bardzo kreatywne wykorzystanie „Dwóch wież” Tolkiena (oraz ciekawa jestem, jak tłumacz wybrnie z faktu, że dwie różne magiczne umiejętności nazwał tak samo). Ogólnie poza faktem, że powieść cierpi na syndrom drugiego tomu, czyta się ją całkiem przyjemnie. Ale mam nadzieję, że kolejny tom będzie bardziej treściwy.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Drobna przysługa
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Small Favor
Tłumacz: Michał Jakuszewski
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 598

piątek, 24 marca 2017

"Bezkres magii" Brandon Sanderson

Brandon Sanderson jest zdecydowanie jednym z płodniejszych pisarzy. Jego sztandarowym metacyklem pozostaje jednak ciągle Cosmere. Dla żyjących w nieświadomości: Cosmere to uniwersum, które łączy i „Elantris”, i „Z mgły zrodzonego” i „Archiwum Burzowego Światła”. Tak, tak, wszystkie te powieści łączy wspólny wszechświat, mający do zaoferowania jeszcze o wiele więcej. „Bezkres magii” to zbiór opowiadań, w którym odwiedzimy planety zarówno znane i lubiane, jak i kilka całkiem nowych.

Autor i wydawca zadbali o to, żeby nawet nieobeznany (lub obeznany tylko częściowo) czytelnik się nie zgubił i nie poczuł pokrzywdzony. Teksty pogrupowane są według miejsc, w których rozgrywa się akcja. Każdy zestaw opowiadań poprzedzony jest wstępem, pokrótce charakteryzującym cały układ gwiezdny, jego mapą i ilustracją do samego opowiadania. Poza ostatnią z wymienionych, jest to kopalnia smaczków dla każdego fana (oraz dla takich dziwadeł jak ja, które bardzo sobie cenią szersze spojrzenie na tworzone uniwersum. Na przykład takie, które uwzględnia ruch planety wokół gwiazdy, klimat oraz jego wpływ na florę i faunę. A także samą florę i faunę). Dodatkowo każdy tekst ma posłowie, w którym autor ukazuje proces twórczy. I zaczyna się spoiler alertem – bardzo to miłe ze strony autora.

Przejdźmy może do rzeczy, czyli do opowiadań samych w sobie. Zbiór rozpoczyna się tekstami osadzonymi w układzie Sel, czyli tam, gdzie „Elantris”. O „Duszy Cesarza” pisałam swego czasu osobną notkę, więc tu ją pominę (nadmienię tylko, że byłaby chyba najlepszym tekstem w zbiorze) i przejdę od razu do kolejnego tekstu.

„Nadzieja Elantris” jest z kolei tekstem najsłabszym. Odnosi się do kluczowych wydarzeń z powieści, więc może daruję sobie opis fabuły (nie żeby działo się szczególnie dużo. Czy ciekawie) – powiem tylko, ze pokazuje, co działo się w mieście, kiedy „oko kamery” pokazywało nam w powieści inne okolice i wydarzenia. Jakkolwiek idea uzupełniania opowiadaniami luk w fabule powieści jest ciekawa, tak sama „Nadzieja Elantris” ani trochę. Fabuła jest przewidywalna, właściwie te kilkanaście stron tekstu możnaby spokojnie streścić do jednej, niewiele tracąc. Poza tym to tak ordynarne granie na emocjach czytelnika, że aż nieskuteczne. Nuda, panie.

Następnie mamy trzy opowiadania ze świata „Z Mgły Zrodzonego”.

„Jedenasty metal” to okazja do spotkania z Keislerem – widzimy go podczas szkolenia na Zrodzonego z Mgły. Jest to tekst nieco lepszy niż „Nadzieja Elantris” – nie tak egzaltowany – ale cierpiący na podobne wady: przewidywalność fabuły, brak umiejętności zainteresowania czytelnika (czyli mnie). To opowiadanie fantasy jakich wiele, bardzo przeciętne i nie wyróżniające się niczym, choć bardzo poprawnie napisane.

„Allomanta Jak i Czeluści Eltanii” (w tym tytule „Jak” to imię bohatera, a nie zaimek. Przez dłuższy czas byłam w błędzie) z kolei uważam za jeden z ciekawszych tekstów zbioru. Autor nawiązuje w nich do formy odcinkowej powieści przygodowej, jakie ukazywały się w dziewiętnastowiecznych gazetach. I wychodzi mu to bardzo dobrze, muszę przyznać. Zwłaszcza, że wybraną formę nie tylko odtwarza, ale też wzbogaca na swój sposób. Jak bowiem snuję swoją romantyczno-awanturniczą przygodę w listach do redakcji, ale ma też redaktora – lekko cynicznego i bardziej kochającego nagie, konkretne fakty niż barwne opowieści Handerwyma. Handerwym jest drugim narratorem, choć czytamy go jedynie w przypisach. Mi osobiście znacznie ciekawiej czytało się jego przypisy, niż historię główną. Przy okazji mam wrażenie, że autor złożył tym opowiadaniem hołd wszystkim sfrustrowanym swoją niewdzięczną pracą redaktorom (choć nie przyznał się do tego w posłowiu).

„Z Mgły Zrodzony: Tajna historia” z kolei jest tekstem bardziej nastawionym na ekspozycję ukrytych w powieści aspektów świata przedstawionego. To zadanie spełnia wspaniale. Natomiast jako historia fabularna straszliwie się dłuży. Niewiele się tu dzieje, niewiele rzeczy wyeksponowano, mamy za to wykład z „eterycznej” (że się tak wyrażę) mechaniki świata oraz zapewne solidny koszyk ukrytych smaczków i powiązań z powieściami, których albo jeszcze nie znam, albo jeszcze nie zostały napisane. Gdybym nie znała uniwersum, wynudziłabym się solidnie.

Akcja kolejnego tekstu rozgrywa się w układzie Taldarin, znanym z wydanego niedawno u nas komiksu „Biały piasek". Bardzo przyjemy, pustynny świat, który chętnie jeszcze odwiedzę. Samo opowiadanie to opowieść inicjacyjna osnuta na kanwie konfliktu ojciec-syn. Niby nic nowego czy odkrywczego, ale czyta się całkiem przyjemnie.

„Cienie dla ciszy w Lasach Piekła” dzieją się na Ternie, który nie dorobił się własnej powieści (za to opowiadanie było już u nas publikowane wcześniej, w antologii „Niebezpieczne kobiety”). Przyznam, że to jedno z moich ulubionych opowiadań ze zbioru. Autor mocno eksploatuje w nim motyw rubieży, przy okazji obsadzając postać kobiecą w bardzo interesującej roli. Tekst zawiera też satysfakcjonujący plot twist, co niestety w tym zbiorze należy do rzadkości.

„Szósty ze Zmierzchu” (rozgrywający się w układzie Driminad, który też nie doczekał się dłuższego tekstu) z kolei nie zachwyca może fabułą (na tym etapie wydaje się ona mocno naciągana, choć mogłoby się to zmienić, jeśli autor wybrałby dłuższą formę, pozwalającą na lepszą ekspozycję tła), za to z pewnością stałby się jednym z moich ulubionych światów. Mam słabość do planet, które próbują zabić swoich mieszkańców. Bardzo do mnie przemawia też pomysł telepatii na tyle powszechnej, że wykorzystywanej przez większość drapieżników jako główny zmysł podczas polowania.

„Tancerka krawędzi”, bodajże jedyny premierowy tekst zbioru (reszta była publikowana już wcześniej) jest… no… dobra. To bardzo poprawnie napisany tekst, znowu uzupełniający pewne braki fabularne powieści. Fabuła zaskakuje, plot twist jest satysfakcjonujący, wszystko jest na mocną czwórkę. Tyle ze nie ma tu niczego, co mogłoby sprawić, żeby historia zapadła w pamięć. Dodatkowo nie podzielam sympatii autora względem głównej bohaterki.

Przyznam, że „Bezkres magii” jako zbiór trochę mnie rozczarował. Spodziewałam się większej ilości tekstów, które mają to „coś”. Tym czasem dostałam zbiór bardzo poprawny, doskonale rzemieślniczy, ale wbrew tytułowi magii pozbawiony. Owszem, czytało się go przyjemnie. Owszem, może się czepiam. Ale wiem, że nie zapadnie mi w pamięć.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Bezkres magii
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł oryginalny: Arcanum Unbounded. The Cosmere Collection
Tłumacz: Anna Studiarek
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 640

wtorek, 28 lutego 2017

"Człowiek, który spadł na Ziemię" Walter Tevis

Tevis to dla mnie trochę kłopotliwy autor. Po pierwsze zdaje się, że wszystkich dość jednoznacznie zachwyca, tylko mnie nie. Po drugi to jest jeden z tych autorów, których rozumem pojmuję, ale do serca przemówić nie potrafią. I tu chyba leży problem. Ale o tym za chwilę. Aha, i spoilery, może nie zabójcze, ale jednak.

Thomas Jerome Newton jest do człowieka podobny, ale człowiekiem nie jest. Jest Obcym. Przybył na Ziemię z konkretną misją – ma uratować swój lud. Zadanie jest rozłożone na lata, trudne i skomplikowane. Czy Newton mu podoła? Czy nie stanie się zbyt ludzki, żeby móc reprezentować interesy swoich kosmicznych braci?

Zanim przejdziemy do rzeczy istotnych, państwo pozwolą, że chwilę poznęcam się nad blurbem (bo muszę, inaczej się uduszę). Otóż to, co w nim napisano wynika albo z celowej dezinformacji (wiecie, żeby czytelnika zaskoczyć/nie zaspoilerować mu), albo z faktu, że blurb napisano po przeczytaniu maksymalnie połowy powieści. Bo widzicie, Obcego fascynuje woda i rzeczywiście na jego rodzimej planecie jest rzadkim dobrem, ale plan ocalenia rasy polega na zgoła czymś innym niż kradzieży H2O. Już pomijając fakt, że w celu napojenia pobratymców wystarczyło zaholować jakąś asteroidę lub inny kawałek kosmicznego gruzu – zaskakująco często składają się z lodu. No ale w latach sześćdziesiątych, kiedy autor pisał powieść, mógł jeszcze o tym nie wiedzieć.

Mam wrażenie, że Tevis w swoich powieściach lubi poruszać temat osamotnienia w tłumie i bardziej lub mniej świadomych prób asymilacji. Bliźniaczy motyw pojawiał się w „Przedrzeźniaczu”. Tam mieliśmy samotnego wśród otępiałego tłumu androida, znacznie inteligentniejszego od przeciętnej jednostki ludzkiej. Tutaj mamy ponadprzeciętnie inteligentnego kosmitę, który (zupełnie jak android z „Przedrzeźniacza”) mimo fizycznych podobieństw jest od ludzi zbyt odległy, żeby kiedykolwiek przestać czuć się samotny pośród nich. Mam wrażenie, że Spofforth i Newton to w zasadzie ta sama postać, rozgrywana w innych fabułach.

Poza motywem samotności i obcości, warto też pochylić się nad tym, jak autor w powieści odmalował ludzkość jako taką. W „Człowieku…” ludzkość to banda krótkowzrocznych małpoludów, nieumiejących spojrzeć dalej niż na czubek własnego nosa, wyznająca maksymę, że po nas choćby potop. Czy w takim razie jedyną drogą do zbawienia byłoby manipulowanie przez istoty inteligentniejsze? Autor zdaje się właśnie to sugerować. Jasno też daje do zrozumienia, że pęd ludzkości do autodestrukcji jest niepohamowany i sama z siebie nie zmądrzeje. W późniejszym "Przedrzeźniaczu" jest nieco mniej pesymistyczny.

Czas chyba przejść do mojego problemu z powieścią. Widzicie, ja naprawdę doceniam warsztat Tevisa – ten przejmujący smutek, jaki potrafił przelać na karty powieści i dogłębne studium osamotnienia. Tylko że ja to wszystko doceniam na poziomie intelektualnym. Autor bowiem nie potrafi we mnie wzbudzić emocji, a co to za literatura piękna, która nie potrafi do czytelnika przemówić na poziomie emocjonalnym. Być może problem tkwi w języku – Tevis lubi suche, ascetyczne wręcz frazy, często pozbawione ozdobników, ale dzięki temu precyzyjne. Może więc nie było jego celem wzbudzenie emocji. Niestety, ja takimi książkami nie potrafię się zachwycić. Choć mogę docenić.

Tevisa nie mogę niepolecić – „Człowiek, który spadł na Ziemię” to zdecydowanie pozycja, którą warto znać. Niemniej, nigdy chyba nie zaliczę go w poczet ulubionych autorów. Choć oczywiście jeśli wyjdzie u nas jego kolejna powieść, chętnie się z nią zapoznam (i mam nadzieję, że następnym razem wydawca bardziej się postara, bo korektor niby w stopce jest, a tekst wygląda, jakby go nie było. Korektora w sensie).
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Człowiek, który spadł na Ziemię
Autor: Walter Trevis
Tytuł oryginalny: The Man Who Fell to Earth
Tłumacz: Wojciech M. Próchniewicz
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 180

poniedziałek, 13 lutego 2017

"Rozjemca" Brandon Sanderson

Teoretycznie proza Brandona Sandersona zawiera wszystkie te elementy, które powinny sprawić, że się w niej zakocham. Są dobrze zbudowane fantastyczne światy, są interesujący bohaterowie, fabuła też nienajgorsza, językowo daje radę. Tyle teorii, bo w praktyce Sandersona mi się po prostu dobrze czyta. Choć są i momenty, kiedy czyta mi się go gorzej – zwykle przypadają na jego wczesną twórczość. I „Rozjemca” wcale nie jest tu wyjątkiem.

Tekst zawiera drobne spoilery.

Hallandren to wspaniałe państwo kolorów, którego klejnotem jest T’Telir, stołeczne miasto, zamieszkane przez Bogów. Kolory są ważne, bo napędzają tutejszą magię, opartą z jednej strony na barwach, z drugiej na biochromatycznych Oddechach. Każdy człowiek ma jeden Oddech, ale może sobie ich kupić więcej – są bardzo użyteczne. Jednak nie wszędzie pochwala się korzystanie z mocy BioChromy. W królestwie Indris na przykład nie – tam rządzą przytłumione brązy i zasady skromności. Niemniej, pakt wojenny sprzed dwudziestu jeden lat mówi, że księżniczka Idris ma zostać poślubiona Królowi-Bogu Hallandren. Jak przebiegnie zderzenie dwóch tak odmiennych kultur?

Może zacznijmy od tego, co mnie najbardziej w „Rozjemcy” boli – ta książka jest straszliwie przegadana (co potwierdza moją zasadę, że Sanderson im krótszy, tym lepszy). Konkretnie przegadane jest życie wewnętrzne dwójki bohaterów. Ja rozumiem, że autor chciał nakreślić głęboki portret psychologiczny każdej ze swoich postaci, ale tego nie osiąga się międleniem przez dziesiątki stron jednego zagadnienia. I tak mamy Viviennę, która bez przerwy rozmyśla nad własną tożsamością. I o ile jej poczucie tożsamości rzeczywiście ewoluuje, to naprawdę nie trzeba o tym pisać kilkustronicowych wewnętrznych monologów. Mamy też Dar pieśni, pomniejsze bóstwo, które dla odmiany swojej tożsamości i sensu istnienia dopiero szuka. Ten wątek jest jeszcze nudniejszy (choć założenia miał ciekawe, szkoda), bo zasadniczo Dar Pieśni głównie rozmyśla, ale żadnych wniosków nie wyciąga, nie ewoluuje też za bardzo jako bohater. Ale w międzyczasie raczy czytelnika przydługimi wewnętrznymi rozważaniami i niczego zazwyczaj niewnoszącymi dialogami ze swoim głównym kapłanem.

Wróćmy może do kwestii księżniczek. Mamy dwie (właściwie trzy, ale tylko dwie są istotne): Siri i Viviennę. Pierwsza bardzo sobie chwaliła bycie niezauważaną i zmartwiła ją mocno zmiana sytuacji, druga odwrotnie. Pierwsza to w zasadzie taki typowy archetyp pięknej, którą wysyłają do bestii – i żeby za wiele nie zdradzać, powiem tylko, że cała relacja między tą piękną i jej bestią rozwija się w bardzo schematyczny (żeby nie powiedzieć kliszowaty) sposób. Co dla mnie jakąś szczególną wada nie jest, bo mam słabość do tej baśni. Ale nie wszyscy mają. Przy czym Siri jest chyba jedną z lepiej napisanych postaci w powieści – to typowa młoda dziewczyna, która, wrzucona w całkiem obcy sobie świat, dzięki elastyczności i miłemu usposobieniu nienajgorzej sobie radzi. Co prawda pewne sceny sprawiały, że fundowałam sobie soczystego facepalma (serio dziewczyno, wszyscy od dziecka mówili ci, ze dwór Hallandren to siedlisko intryganckich żmij, co to tylko nóż w plecy ciągiem wsadzają, a ty się dziwisz, że ludzie ci nie chcą sekretów i ostrzeżeń wprost przy świadkach przekazywać…), ale ogólnie bohaterkę dało się lubić.

Vivienna to trochę inna para kaloszy – na niej autor odegrał scenariusz pod tytułem „poskromienie złośnicy” (na szczęście złośnicy nie poskramia ukochany, tylko ogólna rzeczywistość). Ogólnie jej przemiana i rys charakterologiczny to bardzo ciekawy pomysł sam w sobie – oto mamy bowiem bohaterkę dumną i wyniosłą, gardzącą odmiennością, a jednocześnie przekonaną, że tak naprawdę jest tolerancyjna i skromna, bo w końcu to jej nakazuje religia, a ona z tych mocno wierzących (jestem sobie w stanie wyobrazić bohaterkę rzucającą tekstem w stylu „Jesteś ostatnią, żałosną szmatą, ale ponieważ tak mi nakazuje religia, to ci wybaczam”, plus pełne pogardy spojrzenie). Z czasem ewoluująca w kierunku zrozumienia własnej hipokryzji i fundamentalnej przemiany nie tylko poglądów, ale i charakteru. Tyle że autor wszystko to strasznie rozwodnił. Vivienna ciągle rozmyśla nad sobą, ciągle konfrontuje swoje poglądy z rzeczywistością i monologuje wewnętrznie. Problem w tym, że czytelnik mógłby się spokojnie bez tego obyć. Autor przede wszystkim powinien pokazywać, nie opowiadać – Sanderson bardzo ładnie tutaj pokazuje. Tylko zupełnie niepotrzebnie później o tym samym opowiada.

(A poza tym mam jeszcze problem z przygotowaniem Vivienny do misji. Bo wiecie, ona była praktycznie od maleńkości przygotowywana do funkcjonowania na dworze Hallandren. I pal sześć, że jej nauczyciele byli kretynami na tyle, żeby sprawić, że znienawidziła miejsce, gdzie miała spędzić większość swojego życia. Ale że nie nauczyli jej podstaw psychologii, manipulacji innymi? Jak miała bez tego intrygować na zepsutym w ich mniemaniu i zdradą stojącym dworze? O jej ojcu też nie najlepiej świadczy fakt, ze najwyraźniej wynajął nauczycieli, którzy nigdy w Hallandren nie byli – dzięki temu księżniczkę przez długie lata karmiono mitami i legendami zamiast rzetelnej wiedzy…)

Z resztą bohaterów jest różnie. Dar Pieśni cierpi na te same niedoskonałości, co Vivienna, Król-Bóg zaś odgrywa swoją schematyczną rolę bestii. Interesująca postacią mógłby być Vasher – mający dobre intencje, ale porywczy gbur. Tyle że autor postanowił go uczynić tajemniczym, w związku z czym nie bardzo wiadomo, co w Vasherze siedzi. Jest też Denth, który niestety został typowym najemnikiem, choć był w nim potencjał na więcej.

„Rozjemca” z pewnością spodoba się fanom Sandersona – dostaną tu wszystko, co najbardziej lubią (acz przyznam szczerze, że pod względem światotwórczym, który najbardziej u autora cienię, powieść zajmuje u mnie ostatnie miejsce). Ja jednak nie czuję się usatysfakcjonowana. CO nie znaczy, że ze znajomości a autorem zrezygnuję.
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.
 
Tytuł: Rozjemca
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł oryginalny: Warbreaker
Tłumacz: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 632
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...