Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Papierowy Księżyc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Papierowy Księżyc. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lutego 2023

"Dom nad błękitnym morzem" TJ Klune


Jakiś czas temu odkryłam w odmętach booktoka nowy trend w fantastyce, czyli cozy fantasy. Ma to być fantastyka otulająca niczym ciepły kocyk i ogrzewająca serduszko, pozbawiona triggerów i przypominająca pierwsze rozdziały z „Władcy Pierścieni”, kiedy to Bilbo urodziny organizował. Przejrzałam sobie listy tytułów i okazało się, że jest tam kilka pozycji, które znam i lubię (czyli praktycznie wszystko, co u nas w tym nurcie wyszło, bo jakoś tak się złożyło, że co się dało, to już przeczytałam). Postanowiłam więc poczytać więcej, a tak się złożyło, że akurat Muza we współpracy z Papierowym Księżycem wydała jeden z głośniejszych booktokowych tytułów w temacie (głośniejszy przynajmniej zagranico), czyli „Dom nad błękitnym morzem” TJ Klune. Toteż przeczytałam.

środa, 24 października 2018

"Wierni wrogowie" Olga Gromyko

Czasem jest tak, że człowiek polubi styl jakiegoś autora i świat, który stworzył. Chciałby więc do niego wracać. Na przykład polubiłam ostatnio Belorię Olgi Gromyko. Bo spodobała mi się zarówno kreacja tego neverlandu, jak i lekki, humorystyczny styl autorki. Po zakończeniu przygody z trylogią o Wolsze Rednej mimo tego, że ostatni tom mnie trochę zmęczył, postanowiłam jeszcze do świata wrócić. Autorka dała mi taką możliwość powieścią „Wierni wrogowie”, osadzoną w belorskim uniwersum, choć w innym miejscu, czasie oraz z innymi bohaterami niż znany mi już cykl o Wolsze. I tu zaczęły się schody.

Szelena prowadzi w miarę spokojne życie. Znalazła sobie chatkę na odludziu, przyzwoitą (przynajmniej jeśli jest się odpowiednio obrotnym) pracę w pobliskim miasteczku i stara się nie zwracać na siebie uwagi. W końcu nikt nie powinien się domyślić, że jest wilkołakiem, bo będą kłopoty. Już i tak ma wystarczająco dużo zachodu z unikaniem tego zafiksowanego na tępieniu pomroki maga, który sprowadził się do miasteczka jakiś czas temu. Tym bardziej sama siebie zaskakuje, kiedy znalazłszy w wykrocie pobitego przez klientów pobliskiej karczmy delikwenta postanawia mu pomóc, zamiast dać tam zdechnąć dla świętego spokoju. Ten ostatni zresztą nie będzie jej dany, bo po lesie zaczynają krążyć dziwne, wilkopodobne stwory, a jakieś tajemnicze indywiduum zaczyna się Szeleną interesować.

Wiecie, lubię wracać do znajomych autorów i znajomych uniwersów. To miłe. Natomiast nie lubię, kiedy autor próbuje mi sprzedać n-ty raz tę samą historię. Bo widzicie, konstrukcja fabularna „Wiernych wrogów” jest niemalże identyczna z konstrukcją poszczególnych tomów o rudej wiedźmie. Szelena co prawda jest blondynką, ale też pyskatą i bezczelną (pod która to grubą warstwą bezczelności ukrywa dobre serce), też doświadczoną przez los i też obdarzoną ponadprzeciętnymi zdolnościami. Też jakoś tak zupełnym przypadkiem kompletuje drużynę, w której pojawia się mężczyzna z tajemniczą przeszłością, od którego absolutnie powinna trzymać się z daleka. I też razem z tą drużyną trafia na trop spisku, przezywając po drodze epizodyczne przygody.

Powiecie, że przecież fantasy to gatunek, który schematami stoi, więc był czas przywyknąć. Co innego jednak odtwarzać (lub przetwarzać kreatywnie, co najbardziej lubię) tropy powszechne w danym gatunku czy konwencji, a co innego powielać własną powieść.

Przy czym mam wrażenie, że autorka starała się jakoś zróżnicować swoje belorskie fabuły. Szelena miała być dojrzała i doświadczona, ale koniec końców prezentują z Wolhą zbliżony zestaw cech (z tym, że jedna zdobyła go dzięki pilnej nauce, a druga dzięki twardej szkole życia). Różnicowanie wyszło jej chyba tylko w przypadku relacji głównej bohaterki z jej love interest. Podczas gdy Wolha jak to młode dziewczę całkiem romantycznie się zakochała, tak relacje Szeleny są znacznie bardziej organiczne i nie zakładają niczego poza spędzeniem kilku upojnych chwil, bo może i by się chciało więcej, ale życie uczy, ze raczej nie ma szans. Przyznam, ze to jeden z nielicznych przypadków, kiedy trochę żałuje, ze autorka postanowiła do minimum ograniczyć wszystkie wątki okołoromantyczne.

Gdyby to była pierwsza powieść z serii „Kronik belorskich”, jaką czytałam, prawdopodobnie ubawiłabym się przednio. Niestety nie jest, a wszystko podane w zbyt wielkiej ilości jednak się przejada; poza tym czytelnik kupując nową książkę oczekuje nowej historii (a przynajmniej mam na myśli czytelnika, który kupuje cokolwiek innego poza harlequinami wszelkiej maści, bo tam powtarzalność motywów i fabuł to chyba cecha gatunkowa). Może jeszcze kiedyś do Belorii wrócę, nie przeczę. Ale z pewnością zafunduję sobie dłuższą przerwę, żeby zdążyć zapomnieć to i owo. Tak na wszelki wypadek.
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Tytuł: Wierni wrogowie
Autor: Olga Gromyko
Tytuł oryginalny: Верные враги
Tłumacz: Maria Makarevskaya
Cykl: Kroniki Berolskie
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2018
Stron: 646

poniedziałek, 8 października 2018

"Wiedźma naczelna" Olga Gromyko


Długo, bardzo długo zbierałam się do napisania tej notki. Bo z „Wiedźmą naczelną” mam problem, a właściwie kilka. Co jest o tyle konfundujące, że problemy owe nie przeszkadzały mi w czerpaniu satysfakcji z lektury – są raczej z rodzaju takich, które utrudniają późniejsze pisanie notki. Ale może po kolei (i z udziałem drobnych spoilerów).

Wolha znowu wyrusza na wyprawę – tym razem w poszukiwaniu materiałów do kolejnej naukowej pracy, bo skoro ma zostać Naczelną Wiedźmą Dogewy, to wypadałoby zdobyć tytuł przynajmniej bakałarza III stopnia. Sama przed sobą nie chce się przyznać, że to nie jedyny cel wyprawy. Tak naprawdę chce odsunąć od siebie przerażenie i niepewność. Ponieważ podjęła pewną decyzję, a skutki tejże niepokoją ją znacznie bardziej niż perspektywa bliskiego spotkania z potworami na trakcie (chociaż i tych nie zabraknie).

Moja główna bolączka związaną z finalnym tomem trylogii o Wolsze jest to, że na wielu polach on niczego nie wnosi. Owszem, domyka wątki (do kwestii „czy zgrabnie” wrócimy za chwilę), rozwiązuje jeszcze kilka zagadek i tak dalej, ale to sprawy czysto techniczne – wiecie, skoro pisze się powieść, to jakaś historia musi zostać opowiedziana. Ja przy okazji opowiadania historii czekam jeszcze na coś – na rozwój bohaterów, ich relacji i osobowości. Tymczasem mam wrażenie, że wszyscy bohaterowie (bo w trzecim tomie, jak na finał przystało, pojawia się chyba każdy, kto miał jakąś mniej lub bardziej istotną rolę do odegrania w poprzednich) jakikolwiek rozwój zakończyli przynajmniej powieść temu. O ile na przestrzeni „Zawód: wiedźma” i „Wiedźmy opiekunki” Wolha czegoś się uczyła a powstałe drużyny i przypadkowe grupy dynamicznie ewoluowały we wzajemnych relacjach, tak teraz autorka tylko opisuje status quo, jakie zostało po poprzednich tomach. Przy czym jednak zdarza jej się mimo wszystko mnie rozczarować.

Tym rozczarowaniem było poprowadzenie relacji Wolhy z Lenem (jakby ktoś nie zauważył, to to jest właśnie ten akapit ze spoilerami). Punkt wyjścia z pierwszego tomu był ciekawy: oto młoda, naiwna jeszcze studentka magii praktycznej jest zauroczona przystojnym i potężnym wampirem o wysokiej pozycji społecznej. On również okazuje jej względy, ale trudno powiedzieć, czy podziela zauroczenie, traktuje smarkatą wiedźmę jak namolną młodszą siostrę czy tylko chłodnym okiem bada to kuriozum natury. W drugim tomie autorka jeszcze częściowo stara się iść tym tropem, okazuje się bowiem, że Len rzeczywiście żywi do Wolhy głębsze uczucia, co jednak nie przeszkadza mu potraktować jej instrumentalnie. W trzecim zaś od początku są dobraną parą, która jednak lubi się przerzucać złośliwościami, a jej już niosą suknię z welonem. I ja rozumiem, że to lekka, rozrywkowa fantastyka, w której czytelnicy raczej oczekują, że ulubieni bohaterowie będą żyli długo i szczęśliwie, ale takie rozwiązanie wydaje mi się irytująco cukierkowe – i mało przekonujące. Zwłaszcza, że nie mamy okazji zobaczyć, jak budowano tę relację między zakochanymi, bo obydwoje widzimy tylko w sytuacjach ekstremalnych, gdzie na wyjaśnienia brak czasu (bo jak na chwilę zwolnimy, to już nie będzie ich komu udzielić) a zwykłe, codzienne budowanie relacji zostawia na przerwy pomiędzy tomami.

Przy czym to jest ciągle bardzo sprawnie napisana powieść, z elegancko rozłożoną intrygą i kilkoma naprawdę ciekawymi momentami (wątek Zakonu Białego Kruka uważam za uroczy i całkiem przyjemnie poprowadzony). Niestety, wydaje mi się nieco pusta w środku. Fantastyczna wydmuszka zamiast uczciwej pisanki – cieszy tak samo jak całe jajko, ale brak jej ciężaru.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Papierowy Księżyc

Tytuł: Wiedźma naczelna
Autor: Olga Gromyko
Tytuł oryginalny: Верховная ведьма
Tłumacz: Maria Makarevskaya
Cykl: Kroniki Berolskie
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2017
Stron: 520


sobota, 9 czerwca 2018

"Wieża" Daniel O'Malley


Czas jakiś temu zdarzyło mi się narzekać w internetach, że jeśli jakimś cudem główną postacią w urban fantasy jest kobieta, to seria szybko i nieuchronnie ewoluuje w kierunku słabo maskowanego paranormalnego romansu, a miejsce zagadek kryminalnych czy ratowania świata zajmuje niezwykle istotny wybór pomiędzy zmysłowym wampirem i atrakcyjnym wilkołakiem (tymczasem związki protagonistów płci męskiej zawsze pozostają na dalszym planie fabularnym). Nie wiem, jakie przesłanki stały za powstaniem „Wieży”, ale mam wrażenie, że Daniel O'Malley też miał dość tych wszechromantycznych schematów. I stworzył Myfanwy Thomas.

Poznajemy ją w momencie, kiedy stoi pobita w deszczu, otoczona martwymi ludźmi. Nie pamięta, kim jest, nie wie nawet jak się nazywa. Ale w kieszeni znajduje list od swojego poprzedniego ja, tego sprzed utraty pamięci, z podstawowymi informacjami o sobie i instrukcją, co dalej. Okazuje się, ze zanim straciła pamięć, była ważną figurą w pewnej tajnej organizacji, zajmującej się paranormalnymi problemami. I że najprawdopodobniej za jej opłakane położenie na początku tej historii odpowiada ktoś ze współpracowników.

W związku z takim otwarciem narracja prowadzona jest dwojako. Część fabuły rozgrywa się w czasie teraźniejszym i tu mamy narrację trzecioosobową z perspektywy nowej Myfanwy, część przyjmuje formę listów, jakie stara Myfawny napisała do nowej zanim została zastąpiona (zapewniam was, że w książce jest to o wiele mniej skomplikowane, niż może sugerować powyższe zdanie). Tutaj mamy typowy, pierwszoosobowy styl pamiętnikarski, bo poza instrukcjami, jak przetrwać, stara osobowość streszcza też co ciekawsze lub bardziej traumatyczne wydarzenia ze swojej przeszłości.

Może zacznę od kilku słów o świecie przedstawionym, bo to mi zdecydowanie ułatwi pisanie dalej. Otóż „Wieża” to urban fantasy (ten tom opiera się na schemacie thrillera ze zdradą na najwyższych szczeblach organizacji wywiadowczej), w którym właściwie wszystko kręci się wokół Checkquy, tajnej i potężnej organizacji zajmującej się rozwiązywaniem paranormalnych problemów świata, najlepiej bez informowania o tym niezaangażowanych, szarych mieszkańców. Za bazę wypadową i siedzibę główną obrali sobie Londyn. Sam Londyn jest pretekstowy i właściwie akcja mogłaby się rozgrywać w każdym innym dużym mieście, ale wszyscy wiemy, ze europejskie urban fantasy może się rozgrywać wyłącznie w Londynie, prawdaż. Fantastyka takich organizacji (mniej lub bardziej formalnych) zna na pęczki, od Ministerstwa Magii po Białą Radę i najbardziej innowacyjne w opisie Checkquy jest to, że pokazana nam jest z perspektywy urzędników, a nie pracujących w znoju i zagrożeniu agentów terenowych (to trochę tak, jakby najnowszego Bonda opowiedzieć z perspektywy Q). Agencja co prawda zatrudnia osoby bez szczególnych zdolności, ale żeby mieć realne szanse awansu, trzeba być uzdolnionym paranormalnie. Na świecie rodzi się mniej więcej stały odsetek takich dzieci i na terenie Zjednoczonego Królestwa przejmuje je właśnie Checkquy, najczęściej ku uldze rodziców (bo jednak większość ludzi przerasta wychowanie dziecka z rogami. Albo mackami). I to w zasadzie tyle – wszystko poznajemy z perspektywy organizacji, jej członków, wrogów i konfliktów. Zważywszy na to, że poza tym to jest „nasz” świat, takie ograniczenie za bardzo nie boli.


Podoba mi się przede wszystkim, jak autor wykreował postać Myfanwy. Nowa Myfawny musi spróbować wejść w buty swojej poprzedniczki, jeśli nie chce budzić podejrzeń tajemniczego zamachowca, jednak ma ekstremalnie wręcz inną osobowość. Autor bardzo wyraźnie sugeruje, ze traumy i wychowanie mają największy wpływ na kształtowanie się tego, co określamy jako „ja”. Myfanwy (jak nazywa siebie nowa osobowość) co prawda ma wszystkie główne cechy Thomas (jak myśli o starej osobowości), jednak nie ma ani jej przeszkolenia, ani ekstremalnie wrażliwego i cichego charakteru, który rozwinął się najprawdopodobniej w wyniku błędów przy rekrutacji. Bohaterka miała wtedy jakieś dziesięć lat i bardzo źle zniosła nagłe odebranie jej rodzicom.

I z jednej strony autor trochę poszedł na łatwiznę – powieść o szarej, biurowej myszy, która zdobywa i utrzymuje pozycję w wyniku ponadprzeciętnych organizacyjno-finansowych umiejętności byłaby bardzo odświeżająca, choć nie ukrywam, że trudna do napisania w atrakcyjnej formie. Tymczasem O'Malley jednak postawił na akcję. Nowa osobowość bohaterki jest bardziej otwarta, nie boi się konfrontacji i chętnie eksploruje otrzymane razem z ciałem zdolności paranormalne, odkrywając ich znacznie szerszy wachlarz niż poprzedniczka (która po kilku nieprzyjemnych wypadkach sprzed szkolenia miała spore zahamowania). Co za tym idzie, zamiast koordynować działania służb zza biurka, kilkukrotnie podejmuje akcje w terenie – wpływa to zbawiennie na dynamikę opowieści, bo oferuje kilka lubianych przez wszystkich scen walki i napięcia, ale jednak nie jest niczym odkrywczym.

O'Malley pisze dynamicznym językiem, nieszczególnie może charakterystycznym, ale przyjemnym. Narrację prowadzi z humorem i pewnym wyczuciem, choć lubi też grać czytelnikowi na nosie (na przykład po cliffhangerze na końcu rozdziału dając list od starej Myfanwy opisujący jakiś kompletnie nieistotny w kontekście tego momentu akcji epizod z życia). Lubi też pogrywać delikatnie ze schematami fabularnymi, co właściwie widać już po tematyce powieści. Co prawda czasami idzie na łatwiznę (większość istotnych dla wordbuildingu faktów czytelnik poznaje w formie szczegółowych notatek, jakie stara Myfanwy zostawiła dla nowej), ale na początku można to wybaczyć. Jak na debiut rokuje bardzo dobrze (zresztą, nawet jak na niedebiut byłoby to lepsze niż przeciętna).

Trochę zgrzytały mi za to niektóre decyzje podjęte przez tłumaczkę. Widzicie, w Checkquy nazwy stanowisk wywodzą się od szachowych bierek. Problem w tym, że większość z nich tłumaczka postanowiła przełożyć dosłownie z dość nieznanych przyczyn i wedle dość zagadkowego klucza. I tak mamy Wieże (czemu nie Gawrony?) i Pionki, ale mamy też Biskupów i Kawalerów. Wiem, że polski goniec czy skoczek brzmi nieco mniej wzniośle, ale po kilku akapitach o tym, jak to założyciele organizacji wywodzili wszystko od szachów, bo strategia i trzeźwe myślenie miały być zawsze w pamięci członków, brak tych nawiązań trochę zakłóca immersję w tekst.

Niemniej, bawiłam się przednio. Zwłaszcza, że autor okazał się na tyle sprawny w snuciu intrygi, że do końca nie wiedziałam, kto zdradził, co zdarza mi się bardzo rzadko. (choć już korekta mogłaby się nieco bardziej przyłożyć) Dlatego z niecierpliwością czekam na kolejny tom. Mam nadzieję, ze się u nas ukaże. 
Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Papierowy Księżyc
Tytuł: Wieża
Autor: Daniel O'Malley
Tytuł oryginalny: The Rook
Tłumacz: Iga Wiśniewska
Cykl: Archiwum Checkquy
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2017
Stron: 560

niedziela, 26 listopada 2017

"Cinder" Marissa Mayer

Są takie serie fantastyczne, które gromadzą wokół siebie prężne grupy fanów. Niestety, grupy te nie zawsze są na tyle liczne, żeby zapewnić odpowiedni poziom sprzedaży. Koniec końców wydawnictwo przerywa wydawanie na którymś tam tomie, pozostawiając grupkę stosunkowo nielicznych, ale bardzo zaangażowanych entuzjastów na lodzie, co kończy się głośnym wyrażaniem niezadowolenia przez tych ostatnich. Do takich serii należy „Saga księżycowa”, która mimo bardzo ciepłego przyjęcia w internecie dotrwała u nas tylko do drugiego tomu. Teraz Papierowy Księżyc tchnął nadzieję w serduszka fanów (i skupił na sobie uwagę tych, którzy nie czytali, tylko nasłuchali się wcześniej samych superlatyw i chcieliby je zweryfikować), gdyż zapowiedział wznowienie całego cyklu. W tym tygodniu wyszedł pierwszy tom, czyli „Cinder”. I muszę powiedzieć, że mam mieszane uczucia.

Mamy tu do czynienia z ciekawym relellingiem baśni o Kopciuszku, osadzonym w dalekiej przyszłości. Oto Cinder, nastoletnia dziewczyna, która jest wziętym mechanikiem w Nowym Pekinie. Specjalizuje się w naprawach androidów i osobistego sprzętu elektronicznego. Niestety, jest też cyborgiem, a to oznacza nie tylko bycie outsiderem, ale także fakt, że jest kompletnie zależna od swojej opiekunki prawnej. Która, tak na marginesie, nie znosi dziewczyny, ale bardzo lubi pieniądze zarabiane przez Cinder. Tak więc Cinder siedzi na swoim stoisku i marzy o ucieczce z miasta, kiedy przychodzi do niej książę (do którego wzdychają wszystkie dziewczęta w cesarstwie), oczywiście incognito, aby zlecić naprawę prywatnego androida. A to dopiero początek serii niefortunnych zdarzeń, w których udział maja epidemia nieuleczalnej choroby i wizyta złowrogiej królowej Księżyca.

Nie da się ukryć, że pomysł na retelling Meyer miała oryginalny i poniekąd udany. Przeniesienie koncepcji znanych z baśni (dręczona przez macochę pasierbica, niska pozycja głównej bohaterki, wreszcie książę i bal) wypadło całkiem zgrabnie, zwłaszcza w połączeniu z zaskakującym zakończeniem, które zupełnie zmienia przekaz finału. Jednak wadą retellingu jako formy (przynajmniej w takim wydaniu, jakie postanowiła nam zaserwować autorka) jest pewna przewidywalność. Mroczny plan królowej Księżyca był dla mnie tak oczywisty od samego początku, że zamiast zaskoczenia jego ujawnieniem było mnie stać tylko na okrzyk „No nareszcie!”, wyrażający radość, że ktoś wreszcie tę oczywistość dostrzegł. Podobnie było zresztą z rozwiązaniem kwestii zaginionej księżycowej księżniczki. Znane motywy to jednak tylko połowa powieści. Z elementami autorskimi, czyli drugą połową, mam kilka problemów, które gryzły mnie od początku lektury.

Największym jest dla mnie pozycja cyborgów w świecie przedstawionym. Cinder jest pariaską , na której widok co mniej uprzejmi obywatele spluwają z obrzydzeniem a ci bardziej uprzejmi patrzą z politowaniem i współczuciem. I to jest ok na poziomie światotwórczym, bo uprzedzenia społeczne nie potrzebują żadnego logicznego wyjaśnienia. Natomiast system prawny już jednak jakieś powinien mieć (choćby i pretekstowe). Widzicie, według ichniejszego prawa fakt, że jesteś cyborgiem sprawia, że automatycznie stajesz się czyimś niewolnikiem, bez możliwości samostanowienia i posiadania majątku, bo tak i co nam pan zrobisz. Zgrzyta mi bardzo brak jakiegokolwiek uzasadnienia takich restrykcji. Co zabawniejsze, cyborgizacja zdaje się być powszechnie stosowaną procedurą medyczną w przypadku utraty kończyny, niezakazaną we Wspólnocie. Co sprawia, że właściwie każdy może mieć pecha i stać się niewolnikiem, ale o dziwo nikt nie protestuje. Zazwyczaj, jeśli autor wprowadza do swojej opowieści prawo szykanujące jakąś grupę społeczną, stara się je uzasadnić w kontekście budowanego świata, tymczasem Meyer kompletnie nie zawracała sobie tym głowy. Co więcej, każe nam lubić osobę, która w jakiś sposób za takim systemem stoi – ani książę Kai (o którym się mówi, że będzie dobrym władcą i na poziomie osobistym całkiem sympatyczny chłopak z niego), ani jego ojciec (uznawany za dobrego i postępowego władcę), nie widzieli nic niestosownego w fakcie, że system prawny w ich jakże postępowym i miłującym pokój kraju de facto sankcjonuje niewolnictwo. Wręcz przeciwnie – wydali zezwolenie na prowadzenie eksperymentów medycznych na tych nieludziach z metalowymi kończynami. 

I tak, wiem, że baśniowość wymaga pewnej umowności. Ale tu mamy do czynienia z tym rodzajem retellingu, który rezygnuje z umowności na rzecz realizmu, żeby jeszcze bardziej skontrastować materiał źródłowy z materiałem wyjściowym. Więc w ten sposób autorki tłumaczyć nie można.

Taka sytuacja sprawia, że ciężko mi patrzeć na rozkwitające zakochanie bohaterki w księciu z jakąkolwiek sympatią. Cóż, Cinder jest nastolatką zauroczoną sympatycznym celebrytą (bo książę i taki ma status, z fanklubami itd.), więc nie winię jej, że  zakochała się de facto w osobie w dużej części odpowiedzialnej za jej beznadziejną sytuację (i która mogłaby ją zmienić, ale nawet o tym nie myśli. Choć niejako usprawiedliwiająco działa fakt, że ma teraz bardziej palące problemy na głowie), natomiast na mnie jako czytelniczkę ten chwyt nie działa. Zakończenie książki daje jednak nadzieję na pewne interesujące rozwiązania i zmiany, więc może dalej coś się wyjaśni.

Bohaterowie są, cóż, poprawni. Cinder jest właściwie typową bohaterką powieści młodzieżowej: nie tak zwyczajna, jak się może wydawać na pierwszy rzut oka, silna, zdecydowana i odważna, a także dość bystra. Jej macocha i jedna z przybranych sióstr to idealne przełożenie baśniowego pierwowzoru, zaś książę Kai to (pomijając obiekcje, które wyłuszczyłam w poprzednich akapitach) marzenie nastolatki: książę w końcu, ładny, miły, powabny, mądry i tak dalej. Właściwie tylko królowa Levana ze swoim orszakiem upiornych księżycowych jest w jakiś sposób zaskakująca. Niby gra w tej opowieści rolę demonicznej złej królowej i rzeczywiście taka jest (a z pewnością nie brak jej chorych ambicji i praktyki w dążeniu do celu po trupach), ale mam wrażenie, że pod tą skorupą kryje się coś więcej.

Językowo „Cinder” jest raczej przeciętna – typowa przedstawicielka przejrzystego stylu, który jest całkiem zgrabny, ale kompletnie niczym się nie wyróżnia. Czyta się to przyjemnie, autorka nie ma problemu z wyrażaniem myśli (czasem się gubi. Na przykład w jednym miejscu pisze, że przyczyny choroby są nieznane, gdy później się okazuje, że drobnoustrój chorobotwórczy nie tylko został określony, ale i z powodzeniem daje się go sztucznie hodować. Choć może to wina mojego przedpremierowego egzemplarza i później zostało to poprawione), ale styl nie ma żadnych charakterystycznych cech.

Przyznam szczerze, że nie rozumiem fenomenu tej książki. Owszem, niezła, ale nie lepsza niż wiele innych młodzieżówek. Autorka miała kilka fajnych pomysłów, ale te najfajniejsze pojawiły się pod koniec i będą mogły się rozwinąć dopiero w drugim tomie. Co jest właściwie jedynym powodem, dla którego chcę po te kolejne tomy sięgnąć. Choć tym razem już bez rozbudowanych oczekiwań.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Tytuł: Cinder
Autor: Marissa Meyer
Tytuł oryginalny: Cinder
Tłumacz: Magdalena Grajcar
Cykl: Saga Księżycowa
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2017
Stron: 415

niedziela, 19 listopada 2017

"Ciężko być najmłodszym" Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa

Każdy ma jakąś swoją wstydliwą przyjemność. Dla mnie ostatnio jest nią rosyjskojęzyczne fantasy. Nie jest ani odkrywcza, ani literacko wybitna, w większości przypadków nawet nie jest jakoś szczególnie dobrze napisana. Niemniej, pochłaniam te proste, ucieszne historyjki z ogromną satysfakcją, ku poprawie humoru. Tym razem padło na tytuł napisany przez dwie, nieznane mi jeszcze autorki: Ksenię Basztową i Wiktorię Iwanową. A że pomysł wydawał się oryginalny, to postanowiłam przetestować go osobiście.

Bycie najmłodszym synem Władcy Ciemnego Imperium (matko, jak mi ten „ciemny” zgrzytał przez całą lekturę… Przecież każdy wie, że zły władca to Mroczny Władca i Mrocznym Imperium winien władać. Ciemna to jest tabaka w rogu. Rzekłam) nie jest łatwe, zwłaszcza, kiedy ma się nadopiekuńczych rodziców i siedemnaście lat – niby człowiek już prawie dorosły, a ciągle go traktują jak przedszkolaka. Wyjść nie ma gdzie, interakcji nawiązać nie ma z kim (bo rówieśników w pałacu brak, a rodzeństwo ma własne sprawy), trzeba albo się cichcem wyrwać, albo umrzeć z nudów. Diran postanawia wybrać tę pierwszą opcję i kiedy tylko rodzice wyjeżdżają z zamku podbijać niepodbite jeszcze krainy, postanawia się ulotnić. A że w lochach akurat przebywa drużyna szlachetnych bohaterów, postanawia ją zabrać ze sobą, jako przykrywkę. Jako że wzajemne relacje mieszkańców Ciemnego Imperium i jasnych królestw od stuleci pełne są narastających stereotypów, wzajemnej niechęci i zastarzałej wrogości, zapowiada się ciekawy eksperyment socjologiczny.

Diran jest postacią (i jednocześnie narratorem lwiej części tekstu) niewątpliwie ciekawą. Z jednej strony to dobry chłopak, serce ma na właściwym miejscu, a że charakter mało subtelny, no cóż, nie mona mieć wszystkiego. Z drugiej dość zabawnie jest obserwować, jak odbił się na jego charakterze status trzymanego w złotej klatce książątka (z czego sam zainteresowany najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy). Nie jest to typ, który dziwi się, że jedzenie w jego misce nie pojawia się samo (względnie nie jest magicznie materializowane przez służbę), to byłoby zbyt nudne. To raczej dzieciak przekonany o swojej niewątpliwej potędze i niezniszczalności, święcie wierzący, że nic złego nie może mu się stać, z każdych kłopotów się wykaraska kosztem najwyżej manta od wściekłego ojca i ogólnie nikt mu nie podskoczy. I niestety, najwyraźniej ma rację.

Książę Diran bowiem, z racji swojego pochodzenia jest potężnym magiem, który w razie potrzeby może się stać właściwie niepokonaną machiną bojową (Ciemni Władcy to w tym uniwersum coś jakby osobna rasa rozumna, obdarzona specjalnymi umiejętnościami). Dzięki temu rzeczywiście z każdej opresji nie tylko wychodzi obronną ręką, ale jeszcze towarzyszy wyciąga i nawet się nie spoci, traktując przy tym wszelkie kłopoty z nonszalancją, która chyba miała być zabawna, ale w pewnym momencie jest już tylko irytująca. Przez pierwszą połowę lektury towarzyszyła mi nieznośnie gęstniejąca aura Garego Stu, unosząca się nad Diranem. No bo jak się tu przejąć losami bohaterów, kiedy człowiek wie, że tak właściwie to żadne zagrożenie nie jest w stanie im zaszkodzić? Na szczęście gdzieś w połowie autorki się zreflektowały i okazało się, że Diran ma jednak powody do obaw, a największym zagrożeniem nie tylko dla drożyny czy wrogów, ale i dla siebie, jest nie kto inny, tylko on sam. I choć rozwiązując tę sprawę autorki poszły cokolwiek na łatwiznę, to doceniam pomysł i wątek.

Drużyna jasnych bohaterów, z którymi książę podróżuje nie prezentuje się szczególnie interesująco. Autorki trochę robią sobie jaja z klasycznych erpegowych drużyn, które jak wiadomo koniecznie muszą się składać z wojownika, łucznika, maga, kapłana/uzdrowiciela i złodzieja, przy czym każda funkcja może być zdublowana, ale tylko pod warunkiem, że będzie pełniona przez istoty różnych ras. No więc mamy elfkę, po której (częściowo słusznie) Diran spodziewa się, że będzie wyniosła i niedostępna (to jest w ogóle interesujące, jak bardzo autorzy zza wschodniej granicy uwielbiają dekonstruować tolkienowskie elfy), mamy gburowatego krasnoluda, mamy barbarzyńskiego wojownika z równie wojowniczą żoną (to też jest ciekawe we wschodniej fantastyce, to rodzinne podejście do wojaczki, w zasadzie niespotykane na zachodzie) i mrocznym sekretem w przeszłości. Mamy małoletnią i dość specyficzną kapłankę i wreszcie złodziejaszka, który chowa do ciemnych osobistą urazę i nie jest tym, na kogo wygląda. Zabawę trochę psuje fakt, że Diran wszelkie sekrety rozgryza trochę za szybko jak na mój gust.

Dużo lepiej wypadają postacie drugoplanowe nie podróżujące z księciuniem, zwłaszcza jego rodzinka. Matka jest oczywiście irytująco nadopiekuńcza względem najmłodszego dziecka, ale poza tym to silna kobieta, która nie tylko potrafi ogarnąć cały zamek i czwórkę niesfornych latorośli, ale i wesprzeć męża w kampanii wojennej. Starsi bracia Dirana to również fajne chłopaki, ciągle jeszcze młodzi i narwani, ale potrafiący tez przyjąć na siebie książęce obowiązki, jeśli zachodzi potrzeba (siostra za to wypada mocno bezbarwnie). Sam Ciemny Władca to taki przykładny ojciec na stanowisku, który próbuje przygotować synów na przejęcie schedy, gdy jego zabraknie, a na razie powierza im proste zadania, żeby nabrali wprawy. Sympatyczny gość ogólnie.

Świat przedstawiony to typowa kraina fantasy nr 329 – nie spodziewałam się niczego innego, więc nie czułam się rozczarowana. Oczywiście autorki starały się nadać swojemu światu rys indywidualny, tylko nie jestem pewna, czy metody, które wybrały się sprawdził. Otóż postanowiły wrzucać do wypowiedzi bohaterów a to nazwę jakiegoś lokalnego zwierzaka, a to powiedzonko w lokalnym narzeczu, które później wyjaśniały w przypisach cytatem z lokalnej literatury popularnonaukowej. I z jednej strony to trochę wygląda jak pójście na łatwiznę, z drugiej, rzeczone zwierzęta faktycznie pojawiają się gdzieś tam w tle i pełnią swoją funkcję, więc nie jest to tak do końca pozbawiona sensu metoda.

Jeszcze zdanie o smokach, bo ktoś pytał. Są, znaczy się tak z imienia to jest jeden – ulubione zwierzątko brata głównego bohatera. Mają status inteligentnych wierzchowców bojowych (ale nie tak inteligentnych, żeby je uznać za rasę rozumną) i nawet ze dwie, trzy sceny.

No i tak – z jednej strony to jest dokładnie taka powieść, jakiej oczekuję w ramach guilty pleasure – lekka, zabawna, przyjemna w czytaniu, może niezbyt mądra, ale pozytywna. Pewnie po kolejny tom sięgnę, zwłaszcza, że z zza horyzontu wyłania się jakaś większa intryga. Ale chciałoby się czegoś więcej jednak. Choć może to jak mieć pretensje do hamburgera w Maku, że nie jest zrobiony z wołowiny kobe.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Tytuł: Ciężko być najmłodszym
Autor: Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
Tytuł oryginalny: Тяжело быть младшим…
Tłumacz: Ewa Białołęcka
Cykl: Książę Ciemności
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2017
Stron: 404

środa, 9 sierpnia 2017

"Wiedźma opiekunka" Olga Gromyko

Pierwszy tom przygód Wolhy Rednej wywarł na mnie na tyle dobre wrażenie, że postanowiłam zapoznać się z kolejnym. I im dalej w las, tym więcej dostrzegam podobieństw z dresdenowskim cyklem Jima Butchera. Nie są to bynajmniej podobieństwa fabularne, a raczej w ogólnej konstrukcji świata i sposobie narracji (pomijam takie oczywistości, jak narracja pierwszoosobowa, obecna w obu cyklach). Obie książki maja pewne cechy, które sprawiają, że bardzo dobrze mi się je czyta. Choć, że mi się dobrze czyta, to jeszcze nie znaczy, że wszystkim.

Od wydarzeń opisanych w poprzednim tomie minęło półtora roku, Wolha musi jeszcze tylko zdać ostatnie egzaminy i już będzie wolna jako ten ptaszek. Będzie też musiała opuści zaciszne szkolne gniazdo i odlecieć w dorosłe życie. Najchętniej poleciałaby do Dogewy, w której ostatnio spędzała więcej czasu, niż w szkole (bo wiecie, zbieranie materiału do pracy dyplomowej i takie tam *mrug, mrug*), ale Mistrz rektor, a jednocześnie opiekun Wolhy od czasu, kiedy na swoją odpowiedzialność wymusił przyjęcie biednej sieroty do szkoły magii już załatwił dla niej stabilną i dobrze płatną posadę na królewskim dworze Belorii. Ale panna Redna nie byłaby sobą, gdyby skorzystała z tak nudziarsko przewidywalnej propozycji.

To, co mnie pociąga (zarówno u Gromyko, jak i u wspomnianego we wstępie Butchera) to taka specyficzna chaotyczna przemyślność tworzonych światów. Beloria na pierwszy rzut oka wygląda jak zbiór nieprzemyślanych elementów, które autorka wrzuciła do swojego świata, bo fajnie wyglądają i inni też je mają. Ale z biegiem czasu okazuje się, że wszystko było przemyślane i ma swoje miejsce w fabule. Sama Beloria w tym tomie też zyskała jakiś szerszy kontekst w świecie przedstawionym. Niby było wiadomo, że to tylko jeden z krajów, który z kimś tam sąsiaduje i z kimś tam toczył wojny, ale teraz mieliśmy okazję poznać tych „ktosiów” bliżej i dowiedzieć się, że autorka dołożyła starań, aby mówili własnym językiem i mieli własna kulturę, a (w niektórych przypadkach) nawet własna biologię. Przy okazji uzasadnienie zyskało kilka podanych w poprzednim tomie informacji (i nie, nie wygląda to na pośpieszne doklejanie właśnie wymyślonych wyjaśnień, wręcz przeciwnie) oraz okazało się, że niektóre trzecioplanowe drobiazgi pierwszego tomu mają dość kluczowe znaczenie dla fabuły drugiego. Uwielbiam, kiedy okazuje się, że autor od początku ma przemyślany cały cykl i konsekwentnie realizuje swój plan, a nie dopisuje kolejne tomy na łapu-capu.

Co do bohaterów, to właściwie kontynuujemy znajomości z poprzedniego tomu, choć pojawia się i kilka nowych. Sama Wolha nie rozwija się jakoś szczególnie – mam raczej wrażenie, że jest główną stałą opowieści, niezmienną i ukształtowaną. Co z jednej strony jest sympatyczne, bo ukształtowano ją całkiem przyjemnie, ale z drugiej… Wiecie, jakby w definicji klasycznej powieści jest ewolucja postaci (po angielsku na to mówią character development) i nie wiem, jak na dłuższą metę autorka poradzi sobie bez tego elementu. Chyba, że dalej jednak coś się zmienia. Len też dalej pozostaje takim trochę tajemniczym ni to przyjacielem, ni to kimś więcej i autorka na jego przykładzie prezentuje raczej działanie biologii gatunku niż ewolucję relacji. No ale biologia przynajmniej ciekawa. Z nowych znajomych mamy Orsanę. Mogłabym o niej kilka słów napisać, jako że na przykładzie tej postaci autorka postanowiła nieco przeinterpretować pewien znany trop, ale to byłby spoiler (doprawdy nieduży, bo podstęp Orsany jest przejrzysty nawet dla pięciolatka, no ale z drugiej strony taki miał być), a spoilerowi nie lubię.

Przyznam, że świetnie mi się czytało tę powieść, mimo drobnych niedociągnięć. Chętnie sięgnę po kolejny. Podoba mi się ta konwencja.

Książkę otrzymałam od Papierowego Księżyca. 
 

Tytuł: Wiedźma opiekunka
Autor: Olga Gromyko
Tytuł oryginalny: Ведьма-хранительница
Tłumacz: Maria Makarevskaya
Cykl: Kroniki Berolskie
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2017
Stron: 496

środa, 12 lipca 2017

"Zawód: wiedźma" Olga Gromyko

Kontynuując swoja przygodę z rozrywkową rosyjskojęzyczną fantasy, postanowiłam wziąć się za chyba najgłośniejsze (przynajmniej u nas) w tej kategorii nazwisko. W dodatku zaczęłam od sztandarowego cyklu, a co (złośliwi mogą twierdzić, że to dlatego, że akurat go wznawiano. Po części to prawda, bo tylko głupi by nie skorzystał z ładnego, nowego wydania, ale tytuł miałam na oku już od lat).

Wolha Redna jest jedną ze studentek na wydziale magii teoretycznej i praktycznej Starmińskiej Wyższej Szkoły Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa. A właściwie jedyną studentką, bo to wydział wybitnie zmaskulinizowany. Świadczy to o pewnej wyjątkowości nie tylko intelektualnej, ale też temperamentu, nie dziwi więc (no dobra, mnie ciągle jednak dziwi), że została wybrana jako emisariuszka z pewną interesującą, ale i niebezpieczna misją. Ma się bowiem udać na ziemie wampirów, aby udzielić pomocy tamtejszemu królowi w sprawie tajemniczych zaginięć obywateli.

Przyznam, że miałam pewne wątpliwości, kiedy zaczynałam lekturę. Widzicie, kiedy reklamowano pierwsze wydanie (popełnione przez inne wydawnictwo), duży nacisk kładziono na to, że Wolha jest wredna: podły charakter, niewyparzona gęba, bezczelność i te sprawy. Osobiście mam problem z bohaterami, których konstrukcję opiera się na antypatycznej bezczelności („Spalić wiedźmę” najlepszym przykładem). Na szczęście ten marketingowy opis postaci okazał się nie do końca zgodny z prawdą. Tak, Wolha zazwyczaj najpierw mówi, a potem myśli. Tak, często jest bezczelna i nie okazuje szacunku ludziom wyżej od niej postawionym. Tak, miewa szalone pomysły i nie szczędzi innym złośliwości. Ale poza tym to zwyczajna, sympatyczna dziewczyna o dobrym sercu, choć kłującej powierzchowności i trudnym charakterze.

Wolha jest tym typem bohaterki, która balansuje na granicy marysuizmu i bardzo łatwo byłoby autorce tę granicę przekroczyć. Bo tak: sierota z biednej rodziny, ale niezwykle utalentowana (i przez to nieszczególnie lubiana przez rektora uczelni), inteligentna i uparta, co pozwala się jej sprawdzać w typowo męskiej dziedzinie. Poza tym interesuje się nią najprzystojniejszy bohater powieści, więc wicie, rozumicie… Tymczasem autorka bardzo zgrabnie te rafy omija. Owszem, dziewczyna jest inteligentną, ambitną uczennicą, ale też niezła rozrabiarą, która nie przepuści okazji do wycięcia numeru znajomym (a często jakimś cudem ofiarami tych numerów padają nie znajomi, ale przypadkowo przechodzący nauczyciele…), co irytuje wychowawców. Fakt, że jest sierotą sprawia jedynie, że musi się do nauki przykładać, bo jak straci stypendium, to nie będzie miała z czego żyć. A z faktu, że jest jedyną dziewczyną na swoim wydziale nie wynika zgoła nic, ot, ma po prostu talent do przedmiotów żmudnych, ścisłych i bezpośrednio destrukcyjnych, podczas gdy koleżanki wolą bardziej subtelne dziedziny. (Wartością dodaną jest sporo wplecionych w fabułę żartów z życia uczelni. Coś, co u nas robi Aleksandra Janusz, tylko że ona skupia się bardziej na kadrze, tymczasem Gromyko na studentach). Zaś przystojny bohater... dość powiedzieć, że nie do końca wiadomo, czy bardziej traktuje Wolhę jako potencjalną partnerkę, czy jako fascynującą, zupełnie nieromantyczną ciekawostkę.

Kolejną kwestią są wampiry. Cały ten wątek jest sukcesem, z wielu powodów. Po pierwsze autorka postanowiła zerwać ze stereotypem wyniosłej arystokracji w zamczyskach (sparklących meyerpirów jeszcze wtedy nie było, miały się pojawić za dwa lata), dając nam tajemniczą i izolującą się co prawda, ale całkiem zwyczajną inną rasę rozumną. Ale to tylko jedna, pomniejsza kwestia. Otóż cały wątek, przynajmniej w pierwszej części powieści, jest właściwie lekko podaną i nienachlaną metaforą ksenofobii. To przebrana w kostium humorystycznej przygotówki opowieść o irracjonalnym strachu prowadzącym do wyniszczających wojen i pogromów, o tym, że kruchą, powojenną równowagę może zakłócić pojedynczy incydent i o tym, że boimy się tego, czego nie rozumiemy, ale i to zrozumienie może zostać wykorzystane przeciwko nam. Może nie tak subtelnie, jak u Pratchetta, ale zdecydowanie w podobnym duchu.

Literacko jest to powieść co najmniej o klasę lepiej napisana, niż „Sztylet Rodowy”. Historia składa się na spójną całość, a w tle majaczy zarys czegoś większego, świat przedstawiony trzyma się kupy, jest bogaty (momentami nawet za bardzo, moim zdaniem) i barwny, a postacie trójwymiarowe, z nie do końca jasnymi intencjami w niektórych przypadkach. Może tylko bohaterów mogłoby być więcej, bo w zasadzie jest to powieść napisana na dwie-trzy osoby jakieś role w tle. No ale przecież nie każdy ma obowiązek tworzyć stada równoprawnych bohaterów.

Mimo obaw, to było zdecydowanie udane spotkanie. Niedługo zabieram się za kolejną część. I mam nadzieję, że pozostawi równie dobre wrażenie, a autorka ciągle będzie się opierać pokusie pójścia na łatwiznę.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Tytuł: Zawód: wiedźma
Autor: Olga Gromyko
Tytuł oryginalny: Профессия: ведьма
Tłumacz: Maria Makarevskaya, Małgorzata Kaczorowska
Cykl: Kroniki Berolskie
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2016
Stron: 544

środa, 10 maja 2017

[Przedpremierowo] "Miasto Schodów" Robert Jackson Bennett

Czasami bardo się cieszę, że jestem blogerką. Widzicie, są takie książki, które na pierwszy rzut oka wydaja się ciekawe i nawet chętnie bym je przeczytała, ale z kolei nie interesują mnie na tyle, żebym od razu leciała kupować. Koniec końców lądują zapomniane na nieskończonej liście ciekawych tytułów do przeczytania kiedyś i jeśli mają szczęście, to może za kilka lat przypomnę sobie o nich, trafiając przypadkowo w bibliotece. Z drugiej strony, bardzo chętnie takie tytuły biorę do recenzji, jeśli zostaną mi zaproponowane (bo, no wiecie, wtedy ryzykuje tylko własnym czasem). Jedna z takich powieści jest „Miasto Schodów”. Dzięki temu, że jestem blogerką bardzo interesujący tytuł nie umknął mi na długie lata.

Bułykow kiedyś był najpotężniejszym miastem Kontynentu. Niestety, jakieś osiemdziesiąt lat temu przegrał wojnę, stracił swoich bogów i upadł. Okupanci z Sajpuru wyznaczyli nowe prawa, ale miejscowi dalej pamiętają lata chwały, przez co sytuacja w mieście jest bardzo napięta. Do tego stopnia, ze ginie sajpurski naukowiec – persona niezwykle popularna i zasłużona dla nauki u siebie, w Bułykowie powszechnie znienawidzona. Stolica nie pozostaje obojętna i w kilka godzin przysyła kogoś, kto ma się sprawą zająć. Czyli Sharę Thivani, oficjalnie tylko ambasadorkę niższego szczebla. Jednak czy zabójstwo to tylko eskalacja napięcia? I czy Shara jest na pewno tylko tym, za kogo chce uchodzić?

Zanim przejdziemy do rzeczy istotnych, czyli tych, które w książce są ciekawe, zapłaczę nad tym, co mnie bolało. Narracja w czasie teraźniejszym jest największa bolączką tej książki i poważnie postuluję, żeby tego zabronić. Zamiast dynamizować opisy zawiesza je tylko w dziwacznym slow motion, onirycznym bezczasie, który w większości przypadków kompletnie nie pasuję i przynosi efekt odwrotny do zamierzonego. A mój mózg i tak zaczyna go przekształcać w czas przeszły, dla własnego psychicznego zdrowia. Tak więc, drodzy autorzy, jeśli chcecie być oryginalni w formie, nie idźcie tą drogą. W dziewięciu przypadkach na dziesięć to się w ogóle nie sprawdza.

Wylawszy żale, mogę przejść do rzeczy istotnych, czyli do wyjaśniania, dlaczego pomimo narracji w czasie teraźniejszym warto tę książkę przeczytać.

Po pierwsze, „Miasto Schodów” to rasowe urban fantasy. Co z tego, że akurat miasto jest tutaj z tych realnie nieistniejących? Wszak podgatunek definiuje niezbywalna rola aglomeracji, czy to jako dekoracji, czy też (rzadziej, choć chyba bardziej zgodnie z konwencją) jako pełnoprawnego bohatera. A Bułykow niewątpliwie bohaterem jest. Jest potrzaskanym świadectwem dawnej, świetlanej historii, o której przypomina rdzennym mieszkańcom. Jest trofeum, które najeźdźcy traktują niczym gnijący łeb pokonanego potwora nad bramą grodu. Jest żywe, choć niekompletne, a bohaterowie nieustannie odkrywają drzemiącą w nim moc i tajemnice. Bez Bułykowa nie dałoby się napisać tej historii.

W tym miejscu muszę napisać nieco o świecie przedstawionym, bo moje dalsze wywody mogłyby być niezrozumiałe. Mamy bowiem tutaj ciekawy kontrast. Widzicie, cywilizacja, która rozwijała się na Kontynencie była kompletnie atechniczna. Po co komu technika, skoro błogosławieństwo łaskawego bóstwa zaspokaja wszelkie potrzeby? I tak zamiast wynalazków były cuda (coś w rodzaju zaklęć lub zaklętych przedmiotów, pozwalających na przykład prowadzić „videorozmowy” na odległość) zamiast medycyny – lecznicze fontanny z żywą wodą, zamiast budownictwa – boska architektura. Niestety, kiedy zabrakło bogów, a wraz z nimi ich dzieł i cudów, Kontynentanie okazali się śmiertelnie zacofani na tle mniej więcej dziewiętnastowiecznej technologii sąsiadów. Moim skromnym zdaniem to jeden z najciekawiej nakreślonych konfliktów na linii magia-technologia, z jakim miałam do czynienia.

Widzicie, fantasy to taki dziwny gatunek, który (przynajmniej do momentu przekroczenia masy krytycznej, po którym zaczynają rodzić się dekonstrukcje) stoi wydziedziczonymi książętami, rebeliantami i ogólnie tymi, którzy niesłusznie przegrawszy poprzednią wojnę, na kartach powieści dzięki kolejnej próbują odzyskać to, co utracili. Tak więc zwykle mamy okazję podziwiać historię podbitego ludu, który odzyskuje niepodległość albo tego nieszczęsnego książęcia, które odzyskuje należną mu władzę z rąk uzurpatora (a ten zawsze, ale to zawsze jest zły, podły i nieudolny. Chyba, że Kay). Bennett dla odmiany proponuje nam spojrzenie z drugiej strony barykady.

Cała historia w „Mieście Schodów” opowiedziana jest z perspektywy obywateli Sajpuru. Którzy, zanim wzniecili zwycięskie powstanie, byli niewolnikami Kontynentu. Są jednak zwykłymi ludźmi. Może polityka nowego rządu nie jest godna aprobaty, ale to jeszcze nie znaczy, że poszczególni obywatele muszą w pełni się z nią identyfikować. Będąca główną bohaterką Shara na przykład chce dążyć do prawdy. Najpierw głownie w sprawie śmierci naukowca (a prywatnie – przyjaciela), co nieuchronnie prowadzi ją do rozważań nad prawdziwą naturą bogów i wydarzeń, które doprowadziły do ich upadku. Niestety, funkcja, którą pełni stoi w sprzeczności z beztroskim odkrywaniem prawdy. (Poza tym „Miasto Schodów” to jedna z tych powieści, w których autor pokazuje, że historię tworzą zwycięzcy. I że jej oficjalna wersja niekoniecznie ma wiele wspólnego z obiektywną prawdą).

Trochę nietypowe jest to, że większość istotnych bohaterów książki to kobiety – nie, żeby było mi z tym źle, raczej taka miła i zaskakująca odmiana. Mamy więc Sharę, postać złożoną i najważniejszą w opowieści. Jest osoba nieprzeciętnie inteligentną, w młodości miała przed sobą świetną karierę. Niestety, przez wrodzony idealizm wpakowała się w kłopoty i od kilkunastu lat pozostaje na nieoficjalnym wygnaniu, wypełniając zagraniczne misje. Na które zawsze posyła ją ciotka, istna Margaret Tatcher tamtego świata. Zaś w samym Bułykowie działania Shary wspiera gubernator Mulaghesh – zasłużona weteranka, która chętnie przeszłaby już na emeryturę, niestety ciągle dostaje niby lukratywne, ale trudne w utrzymaniu posady „za zasługi”. Nie, żeby męska obsada nie występowała, ale tak naprawdę tylko dwie postacie mają jakąś realna rolę do odegrania. I obie związane są z Sharą (w tym jedna, mam wrażenie, odegra kluczową rolę którymś z kolejnych tomów).

Mogłabym właściwie jeszcze długo pisać o zagadnieniach poruszanych przez Bennetta (o naturze wiary i relacji między bóstwem a wiernymi, o tym, czy cel zawsze uświęca środki, o tym, czy właściwe jest odcinanie kogokolwiek od jego korzeni – o, to jest bardzo ciekawie poruszona kwestia, zarówno w skali społeczności, jak i jednostki…), ale wymagałoby to spoilerów. Którymi szanownych czytelników raczyć nie chcę. Powiem tylko, że całkiem słusznie tę powieść nominowano do World Fantasy Award.
Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Tytuł: Miasto Schodów
Autor: Robert Jackson Bennett
Tytuł oryginalny: City of Stairs
Tłumacz: Piotr Zawada
Cykl: Boskie miasta
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2017
Stron:

piątek, 20 stycznia 2017

"Sztylet Rodowy" Aleksandra Ruda

Muszę przyznać, że moje kontakty z fantastyka rosyjska były jak dotąd dość sporadyczne. Głównie dlatego, że niewiele się u nas tego wydaje. Do klasyków jakoś nikt się nie kwapi (chyba, że mowa o niskonakładowej serii Solarisu), typowo rozrywkowe teksty najpierw próbowała wydawać Fabryka Słów, a teraz wziął się za nie Papierowy Księżyc. Zdaje się, że temu ostatniemu idzie znacznie lepiej niż Fabryce, tak więc pomyślałam, że czemu by nie sięgnąć po „Sztylet Rodowy” Aleksandry Rudej.

Wojna z pomroką się skończyła (a przynajmniej podpisano traktat pokojowy), ale niepokoje wewnętrzne trwają. W zasadzie to nic nowego – po wojnie co bardziej odległe prowincje niezbyt rzetelnie rozliczają się ze skarbem państwa, a że ten po działaniach wojennych pusty, trzeba kontrolę nasłać. I tak powstała służba głosów królewskich. Do której to wstąpiła Mila Kotowienko, bo poprzedni plan na życie jej nie wypalił, a coś jeść trzeba. A że płacą nieźle, to jakoś wytrzyma te pół roku tłuczenia się po bezdrożach z wyniosłym arystokratą, trollem, emo elfem, niedojrzałym krasnoludem i wojowniczką…

Mogłoby się wydawać, że „Sztylet Rodowy” to poniekąd powieść drogi – bohaterowie przemieszczają się po kraju i właściwie czytelnik miałby prawo oczekiwać, że charaktery będą się rozwijać, a relacje dynamizować (czy tam odwrotnie). Względnie, że będziemy mieli coś w rodzaju questu – dzielna drużyna z zadaniem do wykonania na tle zmieniających się okoliczności przyrody. No cóż, nie do końca. Fabuła powieści najbardziej przypomina bowiem lekko prowadzoną autorską sesję RPG.

Bo cóż my tu mamy? Przed wyruszeniem w drogę należy przecież zebrać drużynę, więc się ją zbiera. Drużyna składa się z uzdrowiciela, arystokraty, dwóch tanków (czyli jednostek walczących i zdolnych osłaniać pozostałe, słabsze) maga i rzemieślnika, każdy na innym levelu. Fabuła zaś składa się z przemieszczana się tejże drużyny po świecie (nieszczególnie opisanym, bo przecież i tak każdy wie, że jak Mistrz Gry rzuci „las”, „średnie miasteczko” czy „podejrzany zaułek”, to już sobie gracze wyobrażą, co trzeba. A do tego jeszcze autorka ma tendencje o opisywania mechanizmów świata monologami postaci, zamiast go czytelnikowi pokazywać). Kolejne przygody, jakie spotykają bohaterów przez dłuższy czas (w zasadzie przez ¾ książki) są kompletnie niepowiązane i ich jedynym zadaniem jest sprawienie, żeby coś się działo, nie ważne co – ani nie popychają akcji do przodu (raczej ją zapychają), ani nie bardzo służą ekspozycji bohaterów czy świata. Serio, przez większość czasu miałam przed oczami obraz Mistrza Gry gorączkowo przeglądającego tabelę spotkań losowych, żeby mu się gracze nie zanudzili. I słyszałam dobiegające zza narracji polecenia w stylu: „Prowadzisz powóz leśną drogą. A teraz rzuć na spostrzegawczość”.

Nasza drużyna też jest dość… sztampowa. Postacie co prawda są napisane dość sympatycznie, ale my to już wszystko widzieliśmy, w tej czy innej wersji. Arystokrata jest więc chłodny, wyniosły i profesjonalny (co narrator i główna bohaterka podkreślają z uporem godnym lepszej sprawy), elf jest zapatrzonym w siebie bubkiem, któremu jednak nie można odmówić umiejętności (a tym, którzy sądzą, że elfy-bubki to coś nowego pod słońcem, radzę spojrzeć na te tolkienowskie chłodnym okiem, bez nimbu tajemniczości i mistycyzmu). Mila – początkująca magiczka - to kobieca kobietka z miasta, zaś Tisa wręcz przeciwnie – wojowniczka gardząca kobiecymi zajęciami. Troll jest pewnym nowum, bo to sympatyczny i niegłupi gość, choć nieco porywczy. No i jest jeszcze krasnolud – maminsynek, który jako jedyny zaje się w trakcie powieści ewoluować. Przy czym trochę przykre jest, że autorka kreuje kilka bardzo ciekawych relacji pomiędzy bohaterami, których nie potrafi lub nie chce rozegrać ciekawie. Usiłując napisać powieść lekką i przyjemną, całkowicie spłyca problematykę i sprowadza interesujące rzeczy do running gagów. Cóż, nie każdy jest Pratchettem.

W ogóle z jedną z tych relacji mam pewien problem – chyba nieszczególnie jestem kompatybilna z pewnym rodzajem rosyjskiego poczucia humoru. Mianowicie autorka wymyśliła sobie, że nasz dzielny troll zakocha się na zabój w Mili od pierwszego wejrzenia i, nie zwracając uwagi na jej zdanie na ten temat, zacznie ją traktować jak przyszłą żonę. No i tak: z jednej strony żarty z podszczypywania po tyłku czy te w stylu „ja cię kocham, a ty nic” są dla mnie głęboko nieśmieszne niezależnie od układu płci uczestników – choć kiedy wielki facet, o jakby nie patrzeć, wyższej pozycji nagabuje zależną od siebie dziewczynę, która nie ma możliwości się oddalić, to robi się niesmacznie nawet, jeśli ostatecznie nie ma złych intencji. Z drugiej strony autorka wyraźnie kreuje Darnisza jako pozytywną postać – i taką on się faktycznie jawi, nie tylko z opisu narratora, ale i z tego, jak się zachowuje. A że trolle, choćby i te długi czas wychowywane wśród ludzi, takie zwyczaje matrymonialne mają... No niezgodność kulturowa, cóż. Mam problem z tą relacją, bo z jednej strony postacie się lubią, są sympatyczne, a sam zainteresowany ma świadomość, że ludzie operują odmiennym kodem kulturowym i to, co normalne u trolli u ludzi już niekoniecznie takie jest, a z drugiej – to po prostu jest irytujące, a nie zabawne.

Przyczepię się jeszcze do strony technicznej. Tłumaczką jest Ewa Białołęcka i jakkolwiek jej autorskie teksty bardzo lubię, tak o przekładów podchodzę nieufnie (choć od strony czysto formalnej raczej nie jestem w stanie się do czegokolwiek przyczepić): każdy, z jakim miałam dotąd do czynienia bardzo przypominał stylem własne pisarstwo Białołęckiej. Nie wykluczam, że tłumaczka po prostu wybiera teksty źródłowe o stylu zbliżonym do własnego, no ale wiecie, mimo wszystko trochę to podejrzane.

Korekta i redakcja też mogłaby się bardziej przyłożyć do roboty. Jestem, powiedzmy wprost, mało spostrzegawcza więc wychodzę z założenia, że jak ja widzę kiksy, to sprawa jest poważna. A w „Sztylecie Rodowym” sporo tego jest: zostawione rusycyzmy, losowe wielkie litery podoklejane do słów, zagubione spacje, że o pospolitych literówkach nie wspomnę. Szkoda.

Dziwna sprawa: widząc te wszystkie niedoróbki, powinnam gorąco odradzać „Sztylet Rodowy”. Ale wiecie, jak to się fanie czyta? Pochłania się migusiem, bezboleśnie i z niejaką przyjemnością. Jest to idealna lektura do tramwaju czy pociągu, bo nie wymaga specjalnego skupienia, daje nieco przyjemności, a fabuła, mimo że kuleje, nie urąga logice. Tak że jeśli szukacie lektury na podróż lub odmóżdżenie, to ta będzie jak znalazł.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Papierowy Księżyc. 

Tytuł: Sztylet Rodowy
Autor: Aleksandra Ruda
Tytuł oryginalny: Родовой кинжал
Tłumacz: Ewa Białołęcka
Cykl: Sztylet Rodowy
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2016
Stron: 364
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...