Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brandon Sanderson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brandon Sanderson. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 marca 2017

"Bezkres magii" Brandon Sanderson

Brandon Sanderson jest zdecydowanie jednym z płodniejszych pisarzy. Jego sztandarowym metacyklem pozostaje jednak ciągle Cosmere. Dla żyjących w nieświadomości: Cosmere to uniwersum, które łączy i „Elantris”, i „Z mgły zrodzonego” i „Archiwum Burzowego Światła”. Tak, tak, wszystkie te powieści łączy wspólny wszechświat, mający do zaoferowania jeszcze o wiele więcej. „Bezkres magii” to zbiór opowiadań, w którym odwiedzimy planety zarówno znane i lubiane, jak i kilka całkiem nowych.

Autor i wydawca zadbali o to, żeby nawet nieobeznany (lub obeznany tylko częściowo) czytelnik się nie zgubił i nie poczuł pokrzywdzony. Teksty pogrupowane są według miejsc, w których rozgrywa się akcja. Każdy zestaw opowiadań poprzedzony jest wstępem, pokrótce charakteryzującym cały układ gwiezdny, jego mapą i ilustracją do samego opowiadania. Poza ostatnią z wymienionych, jest to kopalnia smaczków dla każdego fana (oraz dla takich dziwadeł jak ja, które bardzo sobie cenią szersze spojrzenie na tworzone uniwersum. Na przykład takie, które uwzględnia ruch planety wokół gwiazdy, klimat oraz jego wpływ na florę i faunę. A także samą florę i faunę). Dodatkowo każdy tekst ma posłowie, w którym autor ukazuje proces twórczy. I zaczyna się spoiler alertem – bardzo to miłe ze strony autora.

Przejdźmy może do rzeczy, czyli do opowiadań samych w sobie. Zbiór rozpoczyna się tekstami osadzonymi w układzie Sel, czyli tam, gdzie „Elantris”. O „Duszy Cesarza” pisałam swego czasu osobną notkę, więc tu ją pominę (nadmienię tylko, że byłaby chyba najlepszym tekstem w zbiorze) i przejdę od razu do kolejnego tekstu.

„Nadzieja Elantris” jest z kolei tekstem najsłabszym. Odnosi się do kluczowych wydarzeń z powieści, więc może daruję sobie opis fabuły (nie żeby działo się szczególnie dużo. Czy ciekawie) – powiem tylko, ze pokazuje, co działo się w mieście, kiedy „oko kamery” pokazywało nam w powieści inne okolice i wydarzenia. Jakkolwiek idea uzupełniania opowiadaniami luk w fabule powieści jest ciekawa, tak sama „Nadzieja Elantris” ani trochę. Fabuła jest przewidywalna, właściwie te kilkanaście stron tekstu możnaby spokojnie streścić do jednej, niewiele tracąc. Poza tym to tak ordynarne granie na emocjach czytelnika, że aż nieskuteczne. Nuda, panie.

Następnie mamy trzy opowiadania ze świata „Z Mgły Zrodzonego”.

„Jedenasty metal” to okazja do spotkania z Keislerem – widzimy go podczas szkolenia na Zrodzonego z Mgły. Jest to tekst nieco lepszy niż „Nadzieja Elantris” – nie tak egzaltowany – ale cierpiący na podobne wady: przewidywalność fabuły, brak umiejętności zainteresowania czytelnika (czyli mnie). To opowiadanie fantasy jakich wiele, bardzo przeciętne i nie wyróżniające się niczym, choć bardzo poprawnie napisane.

„Allomanta Jak i Czeluści Eltanii” (w tym tytule „Jak” to imię bohatera, a nie zaimek. Przez dłuższy czas byłam w błędzie) z kolei uważam za jeden z ciekawszych tekstów zbioru. Autor nawiązuje w nich do formy odcinkowej powieści przygodowej, jakie ukazywały się w dziewiętnastowiecznych gazetach. I wychodzi mu to bardzo dobrze, muszę przyznać. Zwłaszcza, że wybraną formę nie tylko odtwarza, ale też wzbogaca na swój sposób. Jak bowiem snuję swoją romantyczno-awanturniczą przygodę w listach do redakcji, ale ma też redaktora – lekko cynicznego i bardziej kochającego nagie, konkretne fakty niż barwne opowieści Handerwyma. Handerwym jest drugim narratorem, choć czytamy go jedynie w przypisach. Mi osobiście znacznie ciekawiej czytało się jego przypisy, niż historię główną. Przy okazji mam wrażenie, że autor złożył tym opowiadaniem hołd wszystkim sfrustrowanym swoją niewdzięczną pracą redaktorom (choć nie przyznał się do tego w posłowiu).

„Z Mgły Zrodzony: Tajna historia” z kolei jest tekstem bardziej nastawionym na ekspozycję ukrytych w powieści aspektów świata przedstawionego. To zadanie spełnia wspaniale. Natomiast jako historia fabularna straszliwie się dłuży. Niewiele się tu dzieje, niewiele rzeczy wyeksponowano, mamy za to wykład z „eterycznej” (że się tak wyrażę) mechaniki świata oraz zapewne solidny koszyk ukrytych smaczków i powiązań z powieściami, których albo jeszcze nie znam, albo jeszcze nie zostały napisane. Gdybym nie znała uniwersum, wynudziłabym się solidnie.

Akcja kolejnego tekstu rozgrywa się w układzie Taldarin, znanym z wydanego niedawno u nas komiksu „Biały piasek". Bardzo przyjemy, pustynny świat, który chętnie jeszcze odwiedzę. Samo opowiadanie to opowieść inicjacyjna osnuta na kanwie konfliktu ojciec-syn. Niby nic nowego czy odkrywczego, ale czyta się całkiem przyjemnie.

„Cienie dla ciszy w Lasach Piekła” dzieją się na Ternie, który nie dorobił się własnej powieści (za to opowiadanie było już u nas publikowane wcześniej, w antologii „Niebezpieczne kobiety”). Przyznam, że to jedno z moich ulubionych opowiadań ze zbioru. Autor mocno eksploatuje w nim motyw rubieży, przy okazji obsadzając postać kobiecą w bardzo interesującej roli. Tekst zawiera też satysfakcjonujący plot twist, co niestety w tym zbiorze należy do rzadkości.

„Szósty ze Zmierzchu” (rozgrywający się w układzie Driminad, który też nie doczekał się dłuższego tekstu) z kolei nie zachwyca może fabułą (na tym etapie wydaje się ona mocno naciągana, choć mogłoby się to zmienić, jeśli autor wybrałby dłuższą formę, pozwalającą na lepszą ekspozycję tła), za to z pewnością stałby się jednym z moich ulubionych światów. Mam słabość do planet, które próbują zabić swoich mieszkańców. Bardzo do mnie przemawia też pomysł telepatii na tyle powszechnej, że wykorzystywanej przez większość drapieżników jako główny zmysł podczas polowania.

„Tancerka krawędzi”, bodajże jedyny premierowy tekst zbioru (reszta była publikowana już wcześniej) jest… no… dobra. To bardzo poprawnie napisany tekst, znowu uzupełniający pewne braki fabularne powieści. Fabuła zaskakuje, plot twist jest satysfakcjonujący, wszystko jest na mocną czwórkę. Tyle ze nie ma tu niczego, co mogłoby sprawić, żeby historia zapadła w pamięć. Dodatkowo nie podzielam sympatii autora względem głównej bohaterki.

Przyznam, że „Bezkres magii” jako zbiór trochę mnie rozczarował. Spodziewałam się większej ilości tekstów, które mają to „coś”. Tym czasem dostałam zbiór bardzo poprawny, doskonale rzemieślniczy, ale wbrew tytułowi magii pozbawiony. Owszem, czytało się go przyjemnie. Owszem, może się czepiam. Ale wiem, że nie zapadnie mi w pamięć.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Bezkres magii
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł oryginalny: Arcanum Unbounded. The Cosmere Collection
Tłumacz: Anna Studiarek
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 640

poniedziałek, 13 lutego 2017

"Rozjemca" Brandon Sanderson

Teoretycznie proza Brandona Sandersona zawiera wszystkie te elementy, które powinny sprawić, że się w niej zakocham. Są dobrze zbudowane fantastyczne światy, są interesujący bohaterowie, fabuła też nienajgorsza, językowo daje radę. Tyle teorii, bo w praktyce Sandersona mi się po prostu dobrze czyta. Choć są i momenty, kiedy czyta mi się go gorzej – zwykle przypadają na jego wczesną twórczość. I „Rozjemca” wcale nie jest tu wyjątkiem.

Tekst zawiera drobne spoilery.

Hallandren to wspaniałe państwo kolorów, którego klejnotem jest T’Telir, stołeczne miasto, zamieszkane przez Bogów. Kolory są ważne, bo napędzają tutejszą magię, opartą z jednej strony na barwach, z drugiej na biochromatycznych Oddechach. Każdy człowiek ma jeden Oddech, ale może sobie ich kupić więcej – są bardzo użyteczne. Jednak nie wszędzie pochwala się korzystanie z mocy BioChromy. W królestwie Indris na przykład nie – tam rządzą przytłumione brązy i zasady skromności. Niemniej, pakt wojenny sprzed dwudziestu jeden lat mówi, że księżniczka Idris ma zostać poślubiona Królowi-Bogu Hallandren. Jak przebiegnie zderzenie dwóch tak odmiennych kultur?

Może zacznijmy od tego, co mnie najbardziej w „Rozjemcy” boli – ta książka jest straszliwie przegadana (co potwierdza moją zasadę, że Sanderson im krótszy, tym lepszy). Konkretnie przegadane jest życie wewnętrzne dwójki bohaterów. Ja rozumiem, że autor chciał nakreślić głęboki portret psychologiczny każdej ze swoich postaci, ale tego nie osiąga się międleniem przez dziesiątki stron jednego zagadnienia. I tak mamy Viviennę, która bez przerwy rozmyśla nad własną tożsamością. I o ile jej poczucie tożsamości rzeczywiście ewoluuje, to naprawdę nie trzeba o tym pisać kilkustronicowych wewnętrznych monologów. Mamy też Dar pieśni, pomniejsze bóstwo, które dla odmiany swojej tożsamości i sensu istnienia dopiero szuka. Ten wątek jest jeszcze nudniejszy (choć założenia miał ciekawe, szkoda), bo zasadniczo Dar Pieśni głównie rozmyśla, ale żadnych wniosków nie wyciąga, nie ewoluuje też za bardzo jako bohater. Ale w międzyczasie raczy czytelnika przydługimi wewnętrznymi rozważaniami i niczego zazwyczaj niewnoszącymi dialogami ze swoim głównym kapłanem.

Wróćmy może do kwestii księżniczek. Mamy dwie (właściwie trzy, ale tylko dwie są istotne): Siri i Viviennę. Pierwsza bardzo sobie chwaliła bycie niezauważaną i zmartwiła ją mocno zmiana sytuacji, druga odwrotnie. Pierwsza to w zasadzie taki typowy archetyp pięknej, którą wysyłają do bestii – i żeby za wiele nie zdradzać, powiem tylko, że cała relacja między tą piękną i jej bestią rozwija się w bardzo schematyczny (żeby nie powiedzieć kliszowaty) sposób. Co dla mnie jakąś szczególną wada nie jest, bo mam słabość do tej baśni. Ale nie wszyscy mają. Przy czym Siri jest chyba jedną z lepiej napisanych postaci w powieści – to typowa młoda dziewczyna, która, wrzucona w całkiem obcy sobie świat, dzięki elastyczności i miłemu usposobieniu nienajgorzej sobie radzi. Co prawda pewne sceny sprawiały, że fundowałam sobie soczystego facepalma (serio dziewczyno, wszyscy od dziecka mówili ci, ze dwór Hallandren to siedlisko intryganckich żmij, co to tylko nóż w plecy ciągiem wsadzają, a ty się dziwisz, że ludzie ci nie chcą sekretów i ostrzeżeń wprost przy świadkach przekazywać…), ale ogólnie bohaterkę dało się lubić.

Vivienna to trochę inna para kaloszy – na niej autor odegrał scenariusz pod tytułem „poskromienie złośnicy” (na szczęście złośnicy nie poskramia ukochany, tylko ogólna rzeczywistość). Ogólnie jej przemiana i rys charakterologiczny to bardzo ciekawy pomysł sam w sobie – oto mamy bowiem bohaterkę dumną i wyniosłą, gardzącą odmiennością, a jednocześnie przekonaną, że tak naprawdę jest tolerancyjna i skromna, bo w końcu to jej nakazuje religia, a ona z tych mocno wierzących (jestem sobie w stanie wyobrazić bohaterkę rzucającą tekstem w stylu „Jesteś ostatnią, żałosną szmatą, ale ponieważ tak mi nakazuje religia, to ci wybaczam”, plus pełne pogardy spojrzenie). Z czasem ewoluująca w kierunku zrozumienia własnej hipokryzji i fundamentalnej przemiany nie tylko poglądów, ale i charakteru. Tyle że autor wszystko to strasznie rozwodnił. Vivienna ciągle rozmyśla nad sobą, ciągle konfrontuje swoje poglądy z rzeczywistością i monologuje wewnętrznie. Problem w tym, że czytelnik mógłby się spokojnie bez tego obyć. Autor przede wszystkim powinien pokazywać, nie opowiadać – Sanderson bardzo ładnie tutaj pokazuje. Tylko zupełnie niepotrzebnie później o tym samym opowiada.

(A poza tym mam jeszcze problem z przygotowaniem Vivienny do misji. Bo wiecie, ona była praktycznie od maleńkości przygotowywana do funkcjonowania na dworze Hallandren. I pal sześć, że jej nauczyciele byli kretynami na tyle, żeby sprawić, że znienawidziła miejsce, gdzie miała spędzić większość swojego życia. Ale że nie nauczyli jej podstaw psychologii, manipulacji innymi? Jak miała bez tego intrygować na zepsutym w ich mniemaniu i zdradą stojącym dworze? O jej ojcu też nie najlepiej świadczy fakt, ze najwyraźniej wynajął nauczycieli, którzy nigdy w Hallandren nie byli – dzięki temu księżniczkę przez długie lata karmiono mitami i legendami zamiast rzetelnej wiedzy…)

Z resztą bohaterów jest różnie. Dar Pieśni cierpi na te same niedoskonałości, co Vivienna, Król-Bóg zaś odgrywa swoją schematyczną rolę bestii. Interesująca postacią mógłby być Vasher – mający dobre intencje, ale porywczy gbur. Tyle że autor postanowił go uczynić tajemniczym, w związku z czym nie bardzo wiadomo, co w Vasherze siedzi. Jest też Denth, który niestety został typowym najemnikiem, choć był w nim potencjał na więcej.

„Rozjemca” z pewnością spodoba się fanom Sandersona – dostaną tu wszystko, co najbardziej lubią (acz przyznam szczerze, że pod względem światotwórczym, który najbardziej u autora cienię, powieść zajmuje u mnie ostatnie miejsce). Ja jednak nie czuję się usatysfakcjonowana. CO nie znaczy, że ze znajomości a autorem zrezygnuję.
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.
 
Tytuł: Rozjemca
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł oryginalny: Warbreaker
Tłumacz: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 632

wtorek, 9 sierpnia 2016

"Dusza cesarza" Brandon Sanderson

Brandon Sanderson jest znany z płodzenia opasłych (często ponad miarę i wyobrażenie) tomiszczy. Ale okazuje się, że czasem pisuje też krótsze formy. I tak oto stanęłam przed wyzwaniem zrecenzowania opowiadania, co wcześniej mi się nie zdarzało (antologia to jednak co innego). Albowiem „Dusza cesarza” to opowiadanie spełniające wszystkie wymogi gatunku (może poza liczbą znaków, których ma nieco więcej. Ale szczerze mówiąc, nigdy nie przekonywała mnie nomenklatura anglosaska, wyróżniająca poniżej powieści kilka kategorii różniących się wyłącznie liczbą znaków).

Shai jest oszustką – ale nie byle jaką. Jest prawdziwym Fałszerzem, posiadającym moc tworzenia idealnych, często lepszych od pierwowzoru, imitacji. Niestety, przy ostatnim zadaniu zabrakło jej szczęścia i dała się złapać, a że Fałszerstwo jest uważane za sztukę plugawą, czeka ją śmierć. Chyba że będzie w stanie dokonać niemożliwego: sfałszuje ludzką duszę. Duszę cesarza konkretnie, bo w wyniku zamachu została z niego pusta skorupa ciała. Czy Shai zdoła ocalić życie?

„Dusza cesarza” jak na opowiadanie przystało, ma tylko jeden główny wątek – próby przetrwania Shai. Z tym, że szczerze mówiąc, nie cuć tu napięcia znanego z filmów akcji. Bohaterka próbuje wykonać zadanie i jednocześnie ocalić przy tym własną skórę, a że jej praca polega głównie na poznawaniu cudzych charakterów, to i o tym jest większość opowieści. Poza cesarzem, którego musi poznać i zrozumieć, aby wiarygodnie go odtworzyć (a o którym jest ostatecznie zadziwiająco mało powiedziane) Shai stara się dowiedzieć jak najwięcej nie tylko o kontrolujących ją cesarskich doradcach, od których dostała swoje zadanie, ale też strażnikach czy służbie. Jeden z doradców odwzajemnia się jej tym samym – fascynuje go motywacja Fałszerki i stara się ją odkryć. Ten ich pojedynek na zrozumienie właściwie stanowi najciekawszą część historii.

Ale bohaterowie bohaterami - jak to w opowiadaniu, jest ich niewielu i mimo że są dobrze zarysowani, to nie mogę o nich za wiele napisać, jeśli nie chcę spoilerować. Sanderson, co u niego charakterystyczne, znacznie ciekawiej buduje światy przedstawione niż bohaterów i „Dusza cesarza” nie jest tu wyjątkiem. Opowiadanie rozgrywa się co prawda w tym samym świecie, co wcześniejsze „Elantris”, ale właściwie równie dobrze mogłoby się rozgrywać zupełnie gdzie indziej. Magia w „Duszy…” opiera się na zupełnie innych mechanizmach, a więc i osoby posługujące się nią potrzebują zupełnie innych przymiotów, aby robić to skuteczniej. (w tym miejscu pasowałaby analiza porównawcza systemów magicznych w „Elantris” i „Duszy cesarza”, ale ponieważ tajemnica tego systemu jest w „Elantris” głównym kołem zamachowym intrygi, a książkę mają za miesiąc wznawiać, to nie będę psuć wam niespodzianki). Nie tylko potrzebują precyzji, aby wykonywać misterne pieczęcie, ale także przenikliwego umysłu, aby odgadywać pragnienia i motywacje swoich ofiar.

„Dusza cesarza” doczekała się wcześniej publikacji w „Krokach w Nieznane”, w innym tłumaczeniu. Może kiedyś nawet oba tłumaczenia sobie porównam, a tymczasem stwierdzam, że to bardzo dobry tekst. Raczej nikt nie pożałuje spędzonego nad nim czasu.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Dusza cesarza
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł oryginalny: Emperror's Soul
Tłumacz: Anna Studiarek

Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 108

piątek, 18 marca 2016

"Stop prawa" Brandon Sanderson

Jak być może pamiętacie, ostatni tom trylogii Zrodzonego z Mgły, był dla mnie dość rozczarowujący. Niemniej, zakończył się w sposób, który pozwolił autorowi zacząć wszystko od nowa. I bardzo byłam ciekawa, jak mu to „od nowa” wyjdzie. Zwłaszcza, że już po objętości widać, że pozbył się jednej z wad poprzedniej trylogii.

Od wydarzeń opisanych w „Bohaterze wieków” minęło czterysta lat – zdążyły one już obrosnąć legną i mitem. Świat się zmienił – powoli pod strzechy trafia elektryczność, pociągi kursują regularnie a broń palna cieszy się wielką popularnością. Gdybyśmy byli na Ziemi, można by było powiedzieć, że mamy XIX wiek. Tymczasem Waxillium Ladrian musi porzucić swoje dotychczasowe życie stróża prawa w Dziczy, albowiem innego rodzaju obowiązki wzywają go do stolicy. Konkretnie to powinien zająć się sprawami swojego szlacheckiego rodu, bo tak się niefortunnie złożyło, że nagle został jego jedynym dziedzicem. Cóż, trzeba porzucić odznakę i zająć się aranżowaniem małżeństwa. Tymczasem okazuje się, że w mieście działa grupa niezwykle zręcznych bandytów, zajmujących się bardzo zuchwałymi kradzieżami. Czy stary detektyw oprze się pokusie?

„Stop prawa” w przeciwieństwie do poprzednich tomów serii nie trzyma się już najpopularniejszej konwencji fantasy, jaką jest ratowanie świata przed Złym Władcą ™ /zagładą. Teraz mamy do czynienia z kryminałem w wersji przygodowej. I przyznam, że ta zmiana konwencji doskonale wpłynęła na książkę. Rozwiązania fabularne zdają się mniej wyświechtane, intryga (a ta nie kończy się w tej powieści) mniej przewidywalna a cały entourage mniej zużyty. Jednocześnie powieść jest na tyle niezależna, że można ją bez problemu czytać, nie znając poprzednich z uniwersum. Ale chyba najbardziej zaskakujące jest to, że Sanderson nauczył się zwięzłości. I to wyszło książce zdecydowanie na plus (jak również to, że zrezygnował z intryg politycznych. Nie jest w nich najlepszy).

Trochę lepiej wypadają też postacie kobiece. Znacząca poprawą jest fakt, że jest ich więcej niż jedna istotna dla fabuły. Co prawda nieodzowna u tego autora Martwa Dama Wpływająca Zza Grobu Na Życie Bohatera (w skrócie MDWZGNŻB. Nie jestem dobra w akronimach) również się pojawia, ale ponieważ nie jest jedyna poza główną (lub prawie główną) bohaterką, nie irytuje tak bardzo. Z żywych pań mamy Marasi, która pełni u boku Waxa podobną rolę, jaką pełniła Vin u boku Keislera – czyli zafascynowanej bohaterem uczennicy (acz trzeba zaznaczyć, że relacja Marasi z Waxem ma jednak zdecydowanie inny wydźwięk). Jest więc inteligentna, sprytna, odważna i uparta, chociaż nieco brakuje jej pewności siebie. Generalnie ten typ bohaterki, który publiczność uwielbia. Dla mnie – urocza nuda. Zdecydowanie bardziej interesująca wydaje mi się Steris, kandydatka na aranżowaną żonę Waxa. Z jednej strony wydaje się sztywna i chłodna, ale autor sugeruje, że to nie jest prawdziwa twarz. Mam nadzieję, że za tą sugestią podąży i pokaże nam coś niespodziewanego. No i jest jeszcze Ranette, podręcznikowa silna postać kobieca. Na razie nie pokazała nic ciekawego, ale już sam fakt, że w tym zespole rolę bondowego Q pełni kobieta można policzyć jako zaletę (zawsze to jakieś novum).

Wax oczywiście nie działa sam, towarzyszy mu Wayne. I tu należy zaznaczyć, że Sanderson, jak wielu przed nim (i po nim zapewne też) nawiązuje do najsilniej zaznaczonego chyba tropu w literaturze kryminalnej. Otóż od czasu Sherlocka Holmesa, żaden wybitny detektyw nie może obejść się bez najlepszego przyjaciela, z którym stanowią niezwyciężalny zespół (ostatnio co prawda Skandynawowie wolą eksploatować typ detektywa-samotnika, ale my jakby nie o tym). Co prawda Sanderson trochę miesza bohaterom umiejętności – u niego to towarzysz, nie detektyw, potrafi się wtopić w każde tło i zakamuflować w dowolnej społeczności, nie jest też wykształcony – ale i tak widać, do kogo nawiązuje. Niemniej, z Waxa i Wayne’a całkiem sympatyczna para, choć Wayne zwykle pełni rolę chodzącego i nie zawsze udanego elementu komicznego, co bywa irytujące.

Sam Wax jest konstrukcyjnie bardzo podobny do Keislera (właściwie, patrząc na jego relację z Marasi, mam wrażenie, że gdyby opisywać relację Kela z Vin z perspektywy Kela, dostalibyśmy właśnie coś takiego). Robi to, co słuszne, ale potrafi naginać prawo, kiedy potrzeba. Choć w przeciwieństwie do Kela, nie ma ambicji obalania istniejącego porządku. Niemniej, lubi sobie pofilozofować, jak Kel.

I tak ostatecznie jestem mile zaskoczona „Stopem prawa”. Nie jest to żadne arcydzieło, ale potrafił mnie przekonać, że Sanderson mimo wszystko ma mi coś do zaoferowania. Będę testować dalej.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Stop prawa
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł oryginalny: The Alloy of Law
Tłumacz: Anna Studniarek
Cykl: Ostatnie Imperium
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 298

sobota, 6 lutego 2016

"Bohater Wieków" Brandon Sanerson

Z Sandersonem mam pewien problem. Facet ma świetne pomysły na światy i nienajgorsze na opowieści, bohaterów też zwykle pisze znośnych. Potrafi czytelnika zaskoczyć i ogólnie całkiem sensownym pisarzem jest. Tylko czemu, ach czemu tak strasznie ględzi.

Vin i Elend prowadzą swoją armię po całym imperium. Podążają za szlakiem wytyczonym przez magazyny zostawione przez Ostatniego Imperatora. Dookoła nich świat umiera – popiół tworzy zaspy, mgły zostają coraz dłużej po wschodzie słońca a trzęsienia ziemi przychodzą coraz częściej. Państwo Venture liczą jednak, że wskazówki pozostawione przez poprzedniego władcę pozwolą im uratować świat. Jednak ich poczynaniom przygląda się pewna niszczycielska siła, która zrobi wszystko, żeby ich powstrzymać.

Właściwie trzeci tom tego cyklu jest miejscem, w którym dotarliśmy do momentu, gdzie bohaterowie muszą stawić czoła pradawnemu złu (no dobra, siła z którą walczą nie jest do końca tożsama ze złem jako takim, ale jej cel to zagłada, więc możemy sobie te subtelności darować). Biorąc pod uwagę, że zaczynaliśmy od obalania władz, jest to dość rozczarowujący kierunek rozwoju. W końcu w fantasy podąża się nim od czasów Tolkiena, a osobiście wolę, kiedy bohaterowie jednak nie mieszają bogów do swoich problemów (to być może kwestia urazu wyniesionego ze starć z polską fantasy, ale trudno, nic nie poradzę). Niemniej zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące i dość zaskakujące, więc jestem w stanie autorowi wybaczyć używanie nielubianych przeze mnie motywów.

Ale nie mogę mu wybaczyć tego, co zrobił z Vin. W „Z mgły zrodzonym” Vin była bardzo sympatyczną postacią – zagubioną nastolatką, która próbuje odnaleźć się wśród całkiem nowych zasad. Jednak w kolejnych tomach autor stawiał ją na coraz wyższym piedestale. W „Bohaterze Wieków” doszliśmy do tego, że w każdym rozdziale, w którym Vin się pojawia, ktoś musi zauważyć, jak bardzo niezwykła z niej kobieta, silna, piękna i wyjątkowa. W pewnym momencie nawet fakt, że kwestie te należą głównie do jej męża (było nie było ciągle mocno zakochanego) przestaje ratować sytuację. Nieprzyjemne wrażenie pogłębia się w chwili, kiedy widzimy, jak Vin odnosi się do innych kobiet – w scenie balu nazywa je „pudernicami” i napawa się władzą, którą ma nad innymi (będącymi ogólnie w dość rozpaczliwej sytuacji) arystokratkami oraz swoją wyższością intelektualną. Pozostawiło to dość nieprzyjemne wrażenie.

Inni wypadają dużo lepiej. Wątek Spooka jest poprowadzony bardzo ciekawie. Pokazuje, jak marzenia mogą zostać wykorzystane przeciwko człowiekowi. Reszta ekipy Keislera też daje radę, choć poza Sazedem nie odgrywają szczególnie znaczącej roli. Terrisanin zaś przeżywa rozterki związane z rozważaniem nad religią, ale jakoś mnie one nie porwały. Były zbyt oczywiste.

Paradoksalnie, najbardziej interesujące były rozdziały, w których Sanderson przenosił nas do siedziby kandra. To fascynujące istoty o złożonej kulturze i szkoda, że bliżej możemy poznać je dopiero teraz, kiedy cała historia się kończy. A TenSoon to bardzo udana postać.

Co jest w tej książce najlepsze? Zdecydowanie zakończenie. Po blisko sześciuset stronach ględzenia (i to ględzenia bardzo zręcznego, bo na pierwszy rzut oka bardzo trudno wyłapać zbędne elementy w fabule. Zręczne ględzenie jest chyba jeszcze gorsze niż niezręczne, bo nie wiadomo, które rozdziały można ominąć) przez ostatnie dwieście mamy wreszcie zagęszczoną akcję. Dopiero w tych ostatnich dwustu stronach znalazłam emocje, których mi wcześniej brakowało i zaczęłam się przejmować walką bohaterów. Szkoda, że tak późno. Cóż, kolejne części cyklu są już o połowę krótsze, może tama autor wypowiada się bardziej zwięźle.

Mimo kilku rozczarowań uważam, że „Ostatnie Imperium” co całkiem niezły cykl. Nie żałuję, że go poznałam i pewnie jeszcze do niego wrócę, bo po zakończeniu „Bohatera Wieków” autor musiał sporo zmienić i bardzo jestem ciekawa, jak będą wyglądać kolejne tomy. Więc polecam, zwłaszcza, jeśli macie sporo wolnego czasu.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag

Tytuł: Bohater Wieków
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł oryginalny: The Hero of Ages
Tłumacz: Anna Studniarek
Cykl: Ostatnie Imperium
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2015
Stron: 778

piątek, 29 stycznia 2016

"Studnia Wstąpienia" Brandon Sanderson

„Studnia Wstąpienia” to drugi tom cyklu o Zrodzonych z Mgły, autorstwa Brandona Sandersona. Tak, jak tom pierwszy uznałam za całkiem sympatycznie napisana powieść przygodową, tak z drugim mam pewne problemy.

Po wydarzeniach sprzed roku zapanowały w Luthandel nowe porządki. Zmieniło się wiele, ale sytuacja miasta nie jest najlepsza – kwestią czasu (i to niewielkiego) pozostaje, kiedy zaczną się o nie upominać wrogie armie. Nowy król ma wiele pomysłów, jego Zrodzona z Mgły go wesprze, ale czy to wystarczy, żeby za pomocą nielicznej armii złożonej z byłych niewolników ochronić miasto? (nawet nie wiecie, jak trudno jest pisać ten akapit unikając spoilerów. Ale w kolejnych już niestety będą drobne do pierwszej części, bo inaczej nie da się poruszyć interesujących mnie kwestii).

Wbrew temu, co napisałam w poprzednim akapicie odniosłam wrażenie, że głównym wątkiem „Studni Wstąpienia” są problemy egzystencjalne bohaterów. Vin przez bite siedemset stron tonie w rozterkach natury egzystencjalnej. Sam w sobie ten pomysł nie jest zły, ale przez dłuższy czas coś mi w nim nie grało. I chyba wiem, co. Otóż nie grało mi wrażenie, że autor wraca do problemu, który już pozornie rozwiązał w poprzednim tomie, a tego zabiegu strasznie nie lubię. Vin już w poprzednim tomie początkowo nie mogła się odnaleźć w nowej rzeczywistości, w którą wrzucił ją Kelsier, zabierając ze złodziejskiej szajki. Ten problem zdawał się być rozwiązany, bo bohaterka w końcu zaakceptowała swoje nowe miejsce, przyjaciół i prawo do miłości a także swoją tożsamość jako Zrodzonej z Mgły. Tymczasem w „Studni Wstąpienia” znowu mamy do czynienia z Vin rozdartą, zastanawiającą się, czy jest godna miłości swojego mężczyzny, a także wyalienowaną z powodu swoich mocy. Niby jest to uzasadnione (w końcu została jedyną znaną sobie Zrodzoną z Mgły), ale jednocześnie strasznie wtórne.

Wtórność jest chyba największą wadą tego tomu. Pomijając rozterki Vin, właściwie cała konstrukcja fabuły jest oparta na dokładnie tym samym schemacie, co w poprzedniej części. Zaczynamy o budowania napięcia (co trwa dłuższy czas), potem mamy moment nadziei, nieprzewidziane problemy, chwilową poprawę, wielką bitwę, chwilę ciszy i kluczowe wydarzenie. Jeśli kolejny tom też będzie oparty na tym schemacie (i będzie to tak wyraźnie widoczne), to chyba zwątpię w autora.

Poza rozterkami bohaterów mamy jeszcze wątek polityczny. Względem niego również mam mieszane uczucia. Z jednej strony nie jest przecież źle napisany, a autor doskonale pokazał mechanizm sprawiający, jak zasady demokracji można dzięki machinacjom zwrócić przeciwko dobrym ludziom (i jak bardzo Machiavelli miał rację) i ostatecznie przeciwko dobru publicznemu. Z drugiej strony, choć czasem zaskakujące, nie był to ten rodzaj intrygi politycznej, który sprawia, że ogryzam paznokcie z nerwów., a tylko takie intrygi toleruję.

Co na plus? Bohaterowie. Znowu spotykamy się ze starą ekipą Ocalałego. Autor starał się ich ustawić w zupełnie nowej sytuacji i pokazać nowe aspekty osobowości, które w związku z tym mogły się ujawnić, ale wyszło to równie. W przypadku Breeze’a wyszło bardzo dobrze – poznajemy zupełnie nowe oblicze tej postaci, co pozwala nam nieco zmienić o nim zdanie (ogólnie bardzo lubię zabieg, w którym autor zmienia punkt widzenia, odsłania nieznane dotąd fakty i każe nam w ten sposób zrewidować swoje zdanie o bohaterze). Dla odmiany w przypadku Docksona wyszło bardzo słabo – to, czego się o nim dowiadujemy nie rzuca wiele światła na zmianę jego zachowania, choć najwyraźniej miało. W przypadku Sazeda udało się autorowi pogłębić postać, ale prawdziwa rewolucja czeka go chyba dopiero w kolejnym tomie. Jest jeszcze OreSeur, ale mam ogromny problem z tym, co autor mu ostatecznie zrobił (ale nie rozwinę, bo straszliwe spoilery).

(A tak na marginesie, zauważyłam pewna prawidłowość – wszyscy bohaterowie Sandersona w tym cyklu muszą, po prostu muszą, mieć jakąś traumę w życiorysie, najlepiej pochodzącą z wczesnej młodości. Ja rozumiem, że głównym bohaterów może to dodawać splendoru, ale kiedy wszyscy mają mroczna przeszłość, robi się trochę groteskowo. Jest nawet taka scenka, w której bohaterowie niemal licytują się na to, kto ma większą traumę i więcej wycierpiał w przeszłości…)

Można odnieść wrażenie, że głównie narzekam, ale to dlatego, że dobre elementy dublują się względem poprzedniego tomu, a ja nie lubię się powtarzać. Mogłabym napisać o odsłaniających się tajemnicach świata przedstawionego, ale nie napiszę, bo po pierwsze nie wszystko jest jeszcze jasne a po drugie – spoilery (acz podoba mi się kierunek, w jakim to wszystko zmierza). Mimo miejscowych dłużyzn i pewnej wtórności, „Studnię Wstąpienia” wciąż czyta się bardzo dobrze i wciąga jak diabli. Miejmy nadzieje, że następny tom będzie pozbawiony jej słabości.

Książkę dostałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Studnia Wstąpienia
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł oryginalny: The Well of Ascension
Tłumacz: Anna Studniarek
Cykl: Ostatnie Imperium
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2015
Stron: 800

sobota, 1 sierpnia 2015

"Z Mgły Zrodzony" Branon Sanderson

Jest pewna specyficzna kategoria autorów w moim czytelniczym życiu. Takich, których coś tam przeczytałam, spodobało mi się i nawet chciałam sięgnąć po coś więcej, ale jakoś tak wyszło, że nie wyszło. Do takich autorów zalicza się Brandon Sanderson (w jego przypadku powodem niesięgnięcia był najprawdopodobniej brak innych dzieł w bibliotece). Teraz jednak wraca do łask, w związku z czym pojawiają się wznowienia. I postanowiłam nadrobić zaległości, zaczynając od „Z Mgły Zrodzonego”.

Vin jest drobną złodziejką, która jakoś stara się przeżyć na ulicach Luthandelu. Czasem potrzebuje do tego Szczęścia, specjalnej umiejętności, która czasem pozwala wyjść z tarapatów. Niestety, jej szajka postanowiła przyłączyć się do projektu, który ją przerósł, co kończy się katastrofą i gdyby nie pomoc tajemniczego Kella, Vin skończyłaby pewnie rozszarpana przez Inkwizytorów. Kell jednak ma plan iście rewolucyjny – chce obalić Ostatniego Imperatora, a dziewczyna może mu w tym pomóc. I przy okazji dowiedzieć się, że jej „Szczęście” nie ma ze szczęściem nic wspólnego; to Allomancja.

Pierwszym, co mnie w tej powieści zaintrygowało, był świat. Nawet nie chodzi o podziała na arystokratycznych panów i niewolników skaa (właściwie to mi się najmniej podobało – geneza tego podziału jest bardzo niejasna, a fizycznie arystokracja od skaa nie różni się niczym, mimo że lokalna władza religijna próbuje wmawiać coś innego; autor przebąkuje o tym, że skaa wywodzą się od przeciwników Imperatora, a opływająca w luksusy arystokracja od jego sojuszników, ale kompletnie nie przekonuje mnie to tłumaczenie), bardziej podoba mi się to wszystko, co składa się na scenografię. Sanderson stworzył wspaniały, chylący się ku upadkowi świat. Popiół pada tam znacznie częściej niż deszcz – do tego stopnia, że uprawa roślin wymaga regularnego oczyszczania ich z osadu (i przy okazji zastanawiam się, co tak właściwie wyrzucają z siebie Popielne Góry, bo na pewno nie popiół wulkaniczny. Gdyby tak było, tym biednym roślinom nie pomogłoby żadne oczyszczanie), a wszystko jest ciemne od sadzy. Rośliny są brunatne, a słońce czerwone. Takim właśnie imperium rządzi Ostatni Imperator – uważany powszechnie za bóstwo nieśmiertelny tyran, który tysiąc lat temu został Bohaterem Wieków i zasiadł na tronie.

No i tu dochodzimy do rzeczy najciekawszych, bo Sanderson pokazuje, jak zwycięzcy piszą historię. Jego Ostatnie Imperium jest bardzo homogeniczne kulturowo – nie dlatego, że autor nie miał na nie pomysłu, ale dlatego, że Imperator przez tysiąc lat pieczołowicie pilnował, aby każdy, kto nie chce uznać go za bóstwo, zginął w męczarniach. I dlatego bohaterowie Sandersona znają tylko wersję wydarzeń opowiadaną przez zwycięzców. Większość nie wyobraża sobie, że kiedyś mogło być inaczej - tylko nieliczni poszukują zapomnianych legend i usiłują dotrzeć do prawdy. Autor świetnie pokazał, jak wieloletnie manipulowanie informacją może wpłynąć na społeczeństwo.

Sami bohaterowie to przyjemna zgraja – nie jakoś szczególnie oryginalna, ale miło się z nimi spędzało czas. Vin na kartach powieści ewoluuje z zaszczutego zwierzątka w samodzielną młodą kobietę i jest idealnym przykładem, jak powinno się pisać bohaterki młodzieżówek. Kelsier to typowy łotrzyk o złotym sercu – a przynajmniej był taki, dopóki w jego życiu nie zdarzyła się Mroczna Tajemnica (poliszynela w tym przypadku). Teraz walczy trochę w prywatnym interesie, a trochę za większą sprawę. Poza tym jest lokalnym odpowiednikiem maga – Allomantą. Potrafi spalać pewne rodzaje metali, aby uzyskać różne bonusy: siłę, wytrzymałość, możliwość ingerencji w emocje innych i tak dalej (akurat system magii w uniwersum Sandersona wydaje mi się bardzo akuratny, ale nieszczególnie oryginalny). Ci dwoje, jak to głównie bohaterowie, mają grupkę drugoplanowych przyjaciół, o których, szczerze mówiąc, nie dowiadujemy się zbyt wiele. Ale rzeczy jest rozwojowa. A gratis dostajemy subtelny wątek miłosny.

Patrząc na to, co do tej pory napisałam, „Z Mgły Zrodzony” może nie prezentuje się zachwycająco. Ale wiecie, Sanderson należy do gawędziarzy. Znaną historię potrafi zajmująco opowiedzieć i nawet jeśli czasem przydarzy mu się dłużyzna czy dwie, to można wybaczyć. W dodatku potrafi ją zakończyć bardzo zgrabną pointą (historię, nie dłużyznę). I tym razem, nawet jeśli nie czuję się zachwycona, to jestem głęboko usatysfakcjonowana lekturą. Po kolejny tom też sięgnę.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa MAG

Tytuł: Z Mgły Zrodzony
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł oryginalny: Mistborn
Tłumacz: Aleksandra Jagiełowicz
Cykl: Ostatnie Imperium
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2015
Stron: 672
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...