Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Otwarte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Otwarte. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 listopada 2023

"Droga Mleczna. Autobiografia naszej galaktyki" Moiya McTier

Zawsze bardzo życzliwie przyglądam się wszelkim pomysłom na popularyzację nauki. Ilustrowane opowieści o najciekawszych skamieniałościach? Świetnie! Zabawnie ilustrowane książki dla dzieci, opowiadające o najważniejszych momentach historii? Fantastycznie! Komiksy o działaniu mózgu? Czemu nie! Dlatego idea napisania „autobiografii” obiektu, który autorka chciałaby nam przybliżyć wydała mi się nader nęcąca. I dlatego sięgnęłam po książkę „Droga Mleczna. Autobiografia naszej galaktyki” Moiya McTrier. Bo personifikacja może być bardzo skutecznym narzędziem.

sobota, 29 czerwca 2019

"Weterynarz z przypadku" Philipp Schott

Uwielbiam książki pisane przez weterynarzy o ich pracy. A że tych na polskim rynku jak na lekarstwo, niezwykle nakręcam się na każda podobną zapowiedź. Nie inaczej było tym razem – gdy tylko wypatrzyłam w zapowiedziach wydawnictwa Otwartego „Weterynarza z przypadku”, zaczęłam niecierpliwie odliczać dni do premiery (zwłaszcza, że książka kusiła uroczą, minimalistyczna okładką – takie lubię). Kupiłam ją od razu w dniu premiery i niezwłocznie zasiadłam do lektury.

środa, 20 września 2017

[Rok z Nebulą] "Mały Brat" Cory Doctorow

Kiedy dobierałam sobie listę tytułów do nebulowego wyzwania, kierowałam się dość prostymi kryteriami. Miały być to książki, które mnie choć trochę interesowały. Dodatkowe punkty dostawały za fakt, że mam je w domu (okazało się, że mam w domu zaskakująco dużo powieści, które nominowano do Nebuli). „Małego Brata” akurat miałam. Pomyślałam, że to młodzieżówka, więc powinna się sprawnie czytać, czyli świetnie nadawała się do wyzwania. Cóż, w tej kwestii się nie pomyliłam.

Marcus jest bystrym i trochę buntowniczym siedemnastolatkiem z San Francisco niedalekiej przyszłości (tak niedalekiej, że mogłaby być właściwie nieco alternatywną teraźniejszością). Ma kolegów i normalne życie, a jego pasją jest elektronika, programowanie i gry. Czasem zdarza mu się zerwać się ze szkoły, żeby te pasje realizować. Podczas takich właśnie wagarów jego miasto pada ofiarą zamachu bombowego, sam Marcus zaś – ofiarą nadużyć władz. Przekonawszy się na własnej skórze, jak cenna jest prywatność i wolność osobista, wobec narastającej (w imię zapobiegania terroryzmowi) inwigilacji, chłopak postanawia pomóc znajomym chronić prywatność. A oni pomagają swoim znajomym i tak dalej… Kiedy Marcus zaczynał, nie miał pojęcia, gdzie jak daleko to może zajść.

Mam problem z tą książką. Bo widzicie, po przeczytaniu doskonale zdaję sobie sprawę z tego, dlaczego ona dostała nominację do Nebuli, ale… przez całą lekturę towarzyszyło mi przekonanie, że to za mało. Literacko „Mały Brat” kompletnie niczym się nie wyróżnia spośród szeregów sprawnie napisanych powieści młodzieżowych – ot, język tak zwany przejrzysty (co samo w sobie nie jest wadą, no ale mówimy przecież o książce, którą nominowano do jednej z najbardziej prestiżowych branżowych nagród), sposób przedstawienia tematyki bardzo aktualny, ale nie rewolucyjny. Cóż, po nominacji do Nebuli generalnie spodziewałabym się więcej, niż literacko-koncepcyjnej poprawności.

Za co więc ta nieszczęsna nominacja? Za tematykę. Doctorow bowiem stworzył powieść przerażająco aktualną, nawet teraz po prawie dziesięciu latach od premiery. Autorowi udało się bowiem wykreować niepokojąco realną wizję państwa, w którym niby żyje się normalnie, ale władze wykorzystują każdy pretekst do tego, żeby zagarniać kolejną działkę prywatności obywateli, przekonując ich jednocześnie, że to dla ich dobra i tak naprawdę nic się nie dzieje. A każdego, kto próbuje się przed tym bronić (i egzekwować zapisane w konstytucji, należne mu prawa), od razu traktuje jak przestępcę. Doctorow pokazuje nie tylko mechanizmy powstawania takiego opresyjnego systemu, ale też mechanizmy tworzenia się obywatelskiego oporu, który przeradza się w otwartą rewolucję.

Sam mechanizm powstawania opresyjnego państwa nie jest tak naprawdę niczym nowym. Bardziej interesujące jest to, w jaki sposób autor, przy pomocy bohaterów swojej opowieści, prezentuje różnorodność ludzkich postaw w obliczu problemu. Mamy więc Marcusa, buntownika mimo woli, przykład tego, jak system sam produkuje sobie wrogów. Marcus nie chciał doprowadzić do buntu – chciał tylko dać ludziom wybór. A i to by go nie interesowało (czy raczej nie odkryłby, że coś jest nie tak), gdyby na własnej skórze nie doznał niesprawiedliwości i okrucieństwa systemu. Jako czytelnicy widzimy, że jego przyjaciele (przynajmniej niektórzy z nich przeżyli to samo) reagują inaczej. Van, nastolatka, której rodzice pochodzą z Korei Północnej, od razu dystansuje się do sprawy i stara się zapomnieć, żyć normalnie. Jolu, typowy buntownik, na początku chętnie się angażuje w opór przeciwko władzy, ale później się wycofuje. Zdaje sobie sprawę z tego, że będąc Latynosem, ryzykuje dużo więcej, niż biały Marcus – wie, że drugiej szansy nie dostanie. Mamy też wiele dzieciaków, które traktują to jako fajny event, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji. Nie brakuje ludzi, którzy możliwość donoszenia na znajomych i szpiegowania ich trktują jak dar od losu i pozwalają się bez skrępowania rozwijać swojemu małemu, wewnętrznemu sadyście. Ciekawym przypadkiem jest ojciec Marcusa – człowiek, który wierzy, że wspierając opresyjne państwo naprawdę może uchronić swoich najbliższych przed zewnętrznym niebezpieczeństwem i który przez bardzo długi czas nie zdaje sobie sprawy, że ono nie czai się na zewnątrz a poczucie bezpieczeństwa jest złudne…

Podsumowując: na plus realistyczna wizja kraju, który powoli staje się opresyjny i mechanizmów rządzących tym procesem. Także szeroka gama sprawnie odmalowanych postaw w reakcji na powyższe oraz kreacja realistycznych postaci. Na minus – zbyt prosty język, narracja czasem zamieniająca się w wykład (zazwyczaj ciekawy, but still; nie pomagają też przypisy, często rozwijające skrótowce albo oczywiste dla każdego użytkownika Internetu, albo wyjaśnione kilka zdań później). Ogólnie nie żałuję czasu spędzonego nad tą książką. Ale na nominację do Nebuli to ona nie zasłużyła.

Tytuł: Mał Brat
Autor: Cory Doctorow
Tytuł oryginalny: Little Brothre
Tłumacz: Barbara Komorowska
Wydawnictwo: Otwarte
Rok: 2011
Stron: 378

środa, 30 sierpnia 2017

"Duchowe życie zwierząt" Peter Wohlleben

Był taki czas (na początku boomu na „przyrodniczą” literaturę), że książka Wohllebena, ta o sekretnym życiu drzew, wyłaziła nawet z lodówki. I wszyscy ją chwalili – ze świecą szukać recenzji negatywnych czy choćby umiarkowanie niechętnych. Dlatego też nie dałam się do niej przekonać. Raz, że jestem zwykle sceptycznie nastawione do powszechnie chwalonych hitów, a dwa, że akurat książkami o roślinach jaram się jakby mniej. Ale kiedy zobaczyłam w zapowiedziach „Duchowe życie zwierząt” tegoż autora, pomyślałam, że to może być niezła okazja do testów – w końcu styl raczej się nie zmienił, a i temat mi milszy. Nabyłam więc książkę i zaczęłam testy.

Książka, jak podpowiada tytuł, traktuje o wewnętrznym życiu braci naszych najmniejszych. Jest podzielona na tematyczne rozdziały, już to mówiące o emocjach, już to o poczynaniach konkretnych gatunków. Każdy ma formę eseju, w którym autor miesza wiadomości wyszukane w naukowych artykułach z własnymi doświadczeniami jako leśniczego i właściciela zwierząt.

I… w sumie chyba główny problem polega na tym, że formuła, którą autor stosował poprzednio, w starciu z nową tematyką nie wypaliła. Jeśli wierzyć internetowym opiniom (bo sama jeszcze nie czytałam), w „Sekretnym życiu drzew” autor postawił na uczłowieczanie roślin – co mogło się o tyle sprawdzać, że większość laików czy hobbystów raczej nie traktuje ich jako osoby, a raczej jako wymagające pewnego zachodu ozdoby. Stąd nowe podejście mogło wydawać się czymś świeżym i atrakcyjnym. Niestety, w przypadku zwierząt to tak nie działa, bowiem każdy choć trochę zaangażowany właściciel traktuje swojego futrzaka jako mniej lub bardziej ukształtowaną osobę – toteż przedstawienie faktu że, och ach, twój pies odczuwa emocje jest kwitowane najwyżej wzruszeniem ramion i wymruczeniem pod nosem „thanks, captain Obvious”. Szczerze mówiąc, oddałabym całe rozdziały „Duchowego życia zwierząt” za kilka akapitów rozważań Haskella w tym samym temacie.

Przy czym widać, że Wohlleben znacznie swobodniej czuje się opisując tematy, które zna z autopsji, a nie tylko z naukowych relacji. Rozdziały, w których może powołać się na własne doświadczenia z psami, końmi czy dzikami czyta się zdecydowanie płynniej i przyjemniej, choć zmiany stylu są tak subtelne, że poza ogólnym wrażeniem nie da się wskazać nic konkretnego.

Wohlleben nie jest jednak przypadkiem beznadziejnym – w mojej osobistej klasyfikacji autorów piszących o przyrodzie jest gawędziarzem. Czyli opowiada bardzo przyjemnie o tym, co go kręci i choć może nie ma to znamion literatury wysokich lotów, to mnie w zupełności wystarcza poziom zajmującej gawędy przy ognisku, jaki reprezentuje. Choć w tej akurat książce widać, że nie wszystkie poruszane tematy go kręcą.

I teraz mam dylemat. Normalnie po prostu pozbyłabym się książki z domu, żeby nie zajmowała mi miejsca, bo raczej wracać do niej nie będę. Ale ona jest tak ślicznie wydana! (mam „biedawersję” w mniejszym formacie i bez ilustracji, but still). Okładka bez problemu zajmuje miejsce w pierwszej dziesiątce najpiękniejszych w historii bloga, a i designe całości jest przemyślany i dopracowany (wklejki, obrazki w nagłówkach rozdziałów, kolorystyka – wszystko współgra). Cóż, będę ją po prostu traktować jako kolejny piękny przedmiot na półce (a jeśli zastanawiacie się nad zakupem na prezent, to polecam jednak wersję z ilustracjami. Nawet jak tekst się nie spodoba, to pozostaje jeszcze multum pięknych zdjęć na kredowym papierze).

Tytuł: Duchowe życie zwierząt
Autor: Peter Wohlleben
Tłumacz: Ewa Kohanowska
Tytuł oryginalny: Das Seelenleben der Tiere
Wydawnictwo: Otwarte
Rok: 2017
Stron: 266

sobota, 21 lipca 2012

Ona wam da dziecko - "Kukułka" Antonina Kozłowska

Temat surogatek był swego czasu bardzo głośny w kraju nad Wisłą. Potem państwo wprowadziło regulacje prane (jak zwykle w takich przypadkach – z dużym opóźnieniem) i temat przestał być sensacją. Po okresie debaty społecznej zostały książki, jak np. „Kukułka” Anny Kozłowskiej.

W zasadzie „Kukułka” to historia dwóch kobiet, z których jedna chce mieć dziecko, ale nie może, a druga nie bardzo ma za co utrzymać własne dzieci, więc zgadza się urodzić cudze. Temat jako historia do opisania sprawdza się bardzo wdzięcznie, zwłaszcza, że autorka wykazuje się  sporą wnikliwością i zdolnością obserwacji. Niemniej jednak jest w tej książce kilka rzeczy, które mnie niepokoją.

Nie jest to sama surogacja, bo szczerze mówiąc, nie uważam jej za problem natury etycznej (raczej za problem psychologiczny, ale ja nie o tym). Pierwszym, co mnie mocno zastanawia w tej książce, jest jej depresyjny charakter. Wszystko jest złe, wszystko irytujące, a przez całą powieść przenika nastrój wszechogarniającej depresji. Ja rozumiem, że tematyka jest poważna, że porusza się tu problem trudny, ale klimat każe nam raczej szukać opinii psychiatry, niż ginekologa.

I teraz możemy przejść do drugiej rzeczy, która mnie niepokoi, a która łączy się z trzecią. Jest nią obsesja posiadania potomstwa. Sama nie mam dzieci i może to zaburza mi ogląd sytuacji, ale zachowanie Marty (kobiety, która nie może mieć dziecka) jest wysoce niepokojące. W pewnym momencie zaczęło mieć dla mnie znamiona obsesji, jakby (nad czym zresztą zastanawia się sama bohaterka) dziecko przestało być wartością samą w sobie, a stało się trofeum, niezwykle kosztowną nagrodą, którą trzeba zdobyć za wszelką cenę. Takie podejście jest dla mnie znacznie bardziej niepokojące od samej surogacji. Z resztą, podejście omawianego małżeństwa do progenitury (tej z pierwszego związku męża) jest dość niepokojące, tak jak podejście całej grupy społecznej, do której należą. Niepokojąco się to wszystko zbliża do karykaturalnych mamusiek z „Seksu w Wielkim Mieście”, które karmiły piersią do szóstego roku życia potomstwa. Dziecko w takiej rodzinie już od urodzenia ma zaplanowaną karierę, a na jakikolwiek sprzeciw („nie pójdę na SGH, tylko na kulturoznawstwo”) rodzice grożą restrykcjami finansowymi. Do wymienionego SGH też z resztą zachęcają pieniędzmi, a nie ciekawą pracą, czy możliwościami rozwoju. To dość niepokojąca analiza klasy średniej.

A teraz uwaga, będzie akapit ze spoilerem. Jeśli nie czytaliście książki, a macie zamiar, omińcie go. Po ostrzeżeniu do konkretu: jest w tej powieści jedna rzecz, która mi się nie podoba. Chodzi mianowicie o kwestie finansowe. Dlaczego Iwona, która ledwie wiązała koniec z końcem, kiedy miała dwójkę dzieci, gdy ma trójkę i nie ma pracy w ogóle nie odczuwa problemów finansowych? Wygląda mi to na hurraoptymistyczną wizję, że kiedy na świat przychodzi mały człowiek, wszystko, niczym w znanym cytacie z Coelha, układa się samo. W porównaniu ze szczegółowymi opisami ubóstwa, jakie autorka serwowała nam wcześniej, końcówka wygląda na naciąganą i mało wiarygodną. Trochę to smutne, bo, przynajmniej dla mnie, zmniejsza wiarygodność przedstawionego świata i wygląda na świadomy unik ze strony pisarki.

Wiele jest niepokojących rzeczy w tej książce, wiele jeszcze tematów porusza (rozpad małżeństwa, depresja, sytuacja wykluczonych, dzieci z domów dziecka, sytuacja samotnej matki…) Dlatego raczej nie nadaje się na letnie popołudnie. No chyba że kogoś najdzie ochota na trochę cięższy klimat (i nie przeszkadzają mu zdania bardzo wielokrotnie złożone).

Tytuł: Kukułka
Autor: Antonina Kozłowska

Wydawnictwo: Otwarte
Rok: 2010
Stron: 285
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...