Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oko Jelenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oko Jelenia. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 grudnia 2011

Koniec jak nożem uciął - "Sfera armilarna" Andrzej Pilipiuk

Recenzja dla portalu Insimilion.

Pana Pilipiuka chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Większość z nas wie również, czego można się spodziewać po jego książkach. Ot, kawałka dobrej rozrywki, ale niczego poza tym. Niemniej jednak szumnie zapowiadany i przez samego autora uważany (przynajmniej przez jakiś czas) za ukoronowanie twórczości cykl „Oko Jelenia” rozbudził nadzieję na coś więcej. Zwłaszcza od ostatniego tomu, czyli „Sfery Armilarnej”, wiele oczekiwałam. W końcu tutaj wszystko miało się wyjaśnić, węzły fabuły miały się rozwiązać, liczyłam więc na zaskoczenie i napięcie rodem z filmu Hitchcocka. A jak było naprawdę?

Tajemnicze Oko Jelenia ciągle pozostaje nieuchwytne dla trójki podróżników w czasie. Jednak łasica wciąż się nie pojawia, a brak nadzorcy napełnia Marka, Staszka i Helę wątłą nadzieją. Tymczasem Gdańsk roku pańskiego 1560 okazuje się nie być miejscem tak bezpiecznym, jak wydawało się bohaterom. Grupa tajemniczych, okrutnych morderców znaczy miasto kolejnymi trupami i wilczymi ogonami, ciężko raniona Hela ciągle pozostaje nieprzytomna, zaś o Marka upomina się Hanza…


Tytuł: Sfera armilarna
Autor: Andrzej Pilipiuk
Cykl: Oko Jelenia
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2011
Stron: 420

poniedziałek, 16 maja 2011

Mało triumfalny triumf - "Triumf lisa Reinicke" Andrzej Pilipiuk

Cykl „Oko Jelenia” należy do tych, które lubię sobie czasem poczytać, mimo, że żadnych zalet poza tym, że się je świetnie czyta nie mają. A że już cztery tomy z siedmiu przeczytałam (czyli ponad połowę) to i porzucić tą historie mi nie po drodze, bo chciałabym wiedzieć, jak to wszystko się skończy. Więc zabrałam się za tom piąty. I muszę przyznać, że tym razem nieco się rozczarowałam.

Nasza wesoła kompanija w składzie Marek, Hela, Maksym i Staszek wraca z portu, gdzie się byli wreszcie po dłuższej rozłące spotkali, aż tu nagle pod samym domem otaczają ich ceklarze. Mało tego, że Marek zostaje pod niejasnymi zarzutami aresztowany, okazuje się, że mieszkańców całej kamienicy wymordowano – celem ewidentnie mieli być Marek i Helena, ale szczęściem akurat nie było ich w domu. Mordercy zaś to jakaś grupa tajemnicza, która każdą swą zbrodnię wilczym ogonem znaczy, a napaść na kamienice podróżników w czasie wcale pierwsza ani ostatnia nie była. Na dodatek na Helę poluje ktoś jeszcze. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że Staszek ją obroni. Na wredną łasicę liczyć nie można – przepadła gdzieś jak kamień w wodę i ślad po niej zaginął…

Nie powiem, książkę czytało mi się szybko i nawet przyjemnie, pozostaje tylko jedno wielkie „ale” (oprócz „ale jakby mi się czytało mniej przyjemnie, to pewnie bym nie doczytała”). Pan Pilipiuk jest znany z tego, że pisze książki niedoskonałe, których głównym atutem jest wartka i porywająca akcja. Co tam, że język prosty i mało finezyjny, nieważne, że postacie czasem mocno kulawe, furda, że wydarzenia czasem niezbyt sensownie się łączą, a i deus ex machina niekiedy postraszy. Ważne, że te niedoskonałe często wydarzenia następują po sobie tak wartko i tak zaskakująco, że czytelnik nie może się oderwać, wciąż pragnąc więcej. No i dochodzimy do wspomnianego „ale”: tak jak poprzednie tomy były naszpikowane szybkimi pościgami, brawurowymi i zaskakującymi akcjami, tak  „Triumf lisa Reinicke” jest tego pozbawiony. I, o zgrozo, dość często się przy książce nudziłam.

Same opisy a to szkółki szermierczej Staszka, a to obowiązków domowych Heli, a to markowych przemyśleń prosto spod celi jako przerywniki szybkiej akcji sprawdziłyby się świetnie. Kłopot w tym, że tutaj szybkie akcje pełnią rolę przerywników: raz na kilkadziesiąt stron jakaś potyczka uliczna, to znowuż po kolejnych kilkudziesięciu zamach. Może i nie byłoby to najgorsze, gdyby prowadziło do rozwiązania, albo chociaż popychało do przody główny wątek cyklu, ale nie. Autor przez cały tom tylko odgrzewa nam to, co zdawało się już definitywnie zakończone – a i tak nic z tego na dłuższą metę nie wynika. Zwłaszcza, że „zagadkę odcinka” udało mi się bez trudu rozszyfrować około połowy książki, więc dalej było już zupełnie nudno.

Dobrze, teraz książkę za coś pochwalę. Niezmiernie podoba mi się jej okładka – „Oko Jelenia” to moim skromnym zdaniem w ogóle jeden z najładniej wydanych „fabrycznych” cykli, ale „Triumf lisa Reinicke” ma najładniejszą okładkę cyklu. Wygodna czcionka i zdobione marginesy też przemawiają na korzyść. Gdyby jeszcze tylko ilustracje były ładniejsze… No, ale nie można mieć wszystkiego.

Podsumowując, tym razem na panu Pilipiuku się zawiodłam. Opisy prawie sielskiego życia w Gdańsku i wagon mało odkrywczych (bo znanych z wcześniejszych tomów) przemyśleń bohaterów to zdecydowanie nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Może wątek miłosny między Staszkiem i Helą dodałby książce trochę rumieńców, ale autor w chwili, kiedy akcja zaczęła owych rumieńców nabierać pokazał czytelnikom wielką planszę z napisem „ciąg dalszy nastąpi”. Cóż, nastąpi na pewno, bo jeszcze dwa tomy przed nami. I ja je przeczytam jakie by nie były, bo chcę znać zakończenie. Mam tylko nadzieję, że będą lepsze od tego.

Tytuł: Triumf lisa Reinicke
Autor: Andrzej Pilipiuk
Cykl: Oko Jelenia
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2010
Stron: 440

niedziela, 26 września 2010

Łasica i wilcy - "Pan Wilków" Andrzej Pilipiuk


„Pan Wilków” to już czwarty (z pięciu obecnie wydanych) tom cyklu „Oko Jelenia”. Każdy, kto czytał cokolwiek tego autora wie, że znakiem rozpoznawczym Wielkiego Grafomana polskiej fantastyki jest to, że mimo niedoróbek i błędów, książki jego wręcz się pochłania. Nie inaczej było w tym przypadku.

Kontynuujemy więc znajomość z bohaterami z tomów poprzednich. Zostali oni w dość spektakularny sposób rozdzieleni i akcja na dobre rozkręca się w momencie, gdy jeden z nich budzi się w twierdzy nowego wroga, tytułowego Pana Wilków. Odnajduje się też zaginiona łasica, jednakowoż okazuje się być słabego zdrowia i musi się odnowić. Zgadnijcie, kto ma pilnować jej spokoju podczas tego procesu? Nasi bohaterowie wędrują więc po Skandynawii w celach przeróżnych, a nad wszystkimi ich poczynaniami zawisł cień Hanzy…

Wydaje mi się, że autor popracował nad postaciami trochę bardziej niż zwykle. Daleko im co prawda do psychologicznej głębi, ale przestają mi przypominać ordynarne kalki wcześniejszych bohaterów Pilipiuka. Autor pokusił się nawet o nakreślenie procesu dojrzewania Staszka (zaczętego w tomie poprzednim) i chociaż wyżyny kunsztu to nie są, zawsze jakaś miła odmiana. Również łasica o wdzięcznym imieniu Ina jest jakoś bardziej prawdopodobna psychologicznie. W poprzednich tomach irytowała mnie strasznie. Głównie swym użalaniem się, jak wiele czasu musiała poświęcić na dogłębne studiowanie ludzkiej fizjo- i psychologii, kiedy to obie dziedziny budzą w niej jedynie odrazę. Tymczasem jej zachowanie wskazywało, że o ile fizjologię przyswoiła, to o psyche uczyła się albo z gangsterskich filmów klasy B, albo też całkiem sobie odpuściła, zakładając, że takie stworzenia jak ludzie ducha nie mają. I mimo, że dalej bardziej przypomina rozkapryszonego dzieciaka niż agenta na służbie, to w „Panie Wilków” przynajmniej do podstawowych zasad psychologii się stosuje.

Kwestia kontrastu osób współczesnych z szesnastowieczną rzeczywistością również najbardziej do mnie, o dziwo, w tym tomie trafia. Może dlatego, że jest mniej ordynarnie pokazana (chociaż ciągłe żale o brak GPSu stają się męczące), a może po prostu dlatego, że odnosi się bardziej do mentalności ludzi z epoki, niż do przedmiotów codziennego użytku.

Znakiem rozpoznawczym cyklu jest niefrasobliwy stosunek autora do śmierci postaci (fabułę skonstruował tak, że większość z naszych ulubieńców w każdej chwili można wskrzesić), więc na takie kwiatki zostałam już przez trzy poprzednie tomy uodporniona. Ma to swoje dobre strony: nawet jeśli mój faworyt zemrze, zawsze jest szansa na to, że ożyje w tomie kolejnym. Z pewnością odbiera to pewien dreszczyk emocji, który przy czytaniu mógłby towarzyszyć, z drugiej strony zyskujemy komfort czytelniczy. Jeśli się z bohaterami zżyliśmy, to nie chcemy, żeby ginęli. A tutaj możemy być o ich los spokojni. Każdy czytelnik powinien ocenić sam, czy to dla niego wada, czy zaleta.

„Pan Wilków” nie odbiega poziomem od reszty cyklu. Ma swoje plusy, jak i minusy, ale żadnego z fanów Pilipiuka nie będę musiała do czytania zachęcać. Ci, którzy jeszcze z autorem nie mieli do czynienia i tak muszą się cofną do tomu pierwszego, więc również nie będę ich przekonywać. Ale wszystkim mogę życzyć przyjemnej lektury, bo książka ta niewątpliwie jest lekturą bardzo przyjemną.


Tytuł: Pan Wilków
Autor: Andrzej Pilipiuk
Cykl: Oko Jelenia
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2009
Stron: 399

niedziela, 29 sierpnia 2010

Ciekawość to jednak pierwszy stopień... - "Drewniana Twierdza" Andrzej Pilipiuk


Andrzej Pilipiuk sam mówi, że zakusów na tytuł wielkiego pisarza nigdy nie czynił. Pisze dużo i jedynie ku uciesze gawiedzi. Nie tworzy dzieł wielkich czy choćby precyzyjnie dopracowanych. Jego zadaniem jest tworzenie świetnych czytadeł, od których czytelnik nie może się oderwać. I z reguły mu się ta sztuka udaje. Nie inaczej było i tym razem.

„Drewniana twierdza” to już trzeci tom cyklu „Oko Jelenia”, który wpadł w moje parszywe łapki. To, co utkwiło mi w pamięci jako charakterystyczne dla tomów poprzednich to liczne gwałty na głównej bohaterce oraz beztroski stosunek do zabijania i wskrzeszania postaci (to drugie akurat nawet uzasadnione fabularnie, ale jednak nie mam zaufania do takich chwytów). Mogłam więc odnotować poprawę, jako iż tych wątpliwej jakości ozdobników w powieści czytanej obecnie nie było. Były za to inne hece.

Skandynawia, listopad roku Pańskiego 1559. W tym właśnie czasie odbywa się akcja, o której spokojnie i niczego nie podejrzewając sobie czytam. Górska dolinka przyprószona śniegiem, jeden z bohaterów pozyskuje korę brzozową. I tu nastąpiła chwila, w której padłam na glebę, a po powstaniu z niej musiałam się siłą nie tylko woli powstrzymywać, żeby nie cisnąć książką o ścianę. Gdyż zza gór i drzew otaczających ową szesnastowieczną dolinkę wyłonił się… helikopter. Chiński. Z zestawem uzbrojonych po zęby komandosów gratis. A to dopiero 11 strona powieści, strach się bać co będzie dalej. Po takim absurdzie trudno było się otrząsnąć. Dlaczego więc nie rzuciłam prozy pana Pilipiuka w kąt?

Odpowiedź jest prosta: wciąga toto niesamowicie. Andrzej Pilipiuk posiada jakiś szczególny dar. Sprawia on, że niezależnie od tego, jak bardzo historia jest nieprawdopodobna (wiem, że użycie tego słowa w stosunku do fantastyki zakrawa na hipokryzję…) i absurdalna, niezależnie od tego, jak bardzo odpychają nas opisy okrucieństw i jak nas poraża sztampowość przedstawionych postaci, czytamy dalej. Tak bardzo jesteśmy zaciekawieni tym, co zdarzy się na kolejnej stronie, że przymykamy oko na szablonowych bohaterów i nielogiczność niektórych rozwiązań (moich żali do łasicy nie będę wylewać, jako że to stworzenie akurat się nie pojawiło; poczekam na dogodniejszy moment).Język ma w sobie coś z muzyki fakira, który, mimo, że dysponuje tylko kilkoma dźwiękami, potrafi oczarować i zahipnotyzować węża. Tak i pisarz hipnotyzuje czytelnika.

Przejdźmy teraz do spraw bardziej przyziemnych. Narracja, tak jak i w pozostałych znanych mi tomach „Oka Jelenia”, prowadzona jest dwutorowo. Czasem poznajemy wydarzenia z pierwszoosobowej perspektywy Marka, czasem zaś z perspektywy narratora trzecio osobowego (ale w narracji personalnej). Do gustu przypadły mi bardziej te pierwsze fragmenty, gdyż refleksje bohatera bywają całkiem pocieszne. I chociaż próby czynione przez autora, aby łopatologiczne zwrócić uwagę na różnice między ludźmi nam współczesnymi (nie zapominajmy, że Marek jest podróżnikiem w czasie), a żyjącymi w szesnastym wieku wydały mi się żałosne lub irytujące (w zależności od sytuacji) to i tak lepiej mi się czytało. Tyle tylko, że opisy codzienności w ówczesnym miasteczku, a także napomykania o barbarzyńskich zwyczajach, jakoś mną nie wstrząsnęły. Może po prostu były za mało barwne.

Na koniec napiszę, że pewnością sięgnę po tomy kolejne, zwłaszcza, że czyta się je migiem. Może to i nie jest świetna literatura i do Sapkowskiego to jej daleko, ale jestem piekielnie ciekawa, jak to się wszystko skończy. A przede mną jeszcze zapowiadane cztery tomy…

P.S. Dodam jeszcze, że jest to chyba najładniej wydany cykl, z jakim się spotkałam w Fabryce Słów. I chociaż ilustracje nieszczególnie mi się podobały, to okładki są śliczne.

Tytuł: Drewniana Twierdza
Autor: Andrzej Pilipiuk
Cykl: Oko Jelenia
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2008
Stron: 383
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...