Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Christopher Moore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Christopher Moore. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 lutego 2011

Joszua Christ Superstar? - "Baranek" Christopher Moore

Stosunkowo niewielu jest pisarzy, którzy zajmują się literaturą humorystyczno-fantastyczną. Kanonicznym przykładem jest tu oczywiście twórczość nieśmiertelnego Terry’ego Pratchetta. Jakiś czas temu na polskim rynku zdobył popularność także inny autor tworzący takie utwory - jest nim Christopher Moore. W prozie obu panów występują jednak dwie zasadnicze różnice: po pierwsze, Pratchett stworzył całe uniwersum na potrzeby swojej humoreski, w którym nawet prawa lokalnej fizyki nagiął do kształtu prześmiewczej groteski. Moore zawsze umiejscawia akcję swoich powieści w naszym świecie, niekiedy tylko w czasach historycznych – prawa fizyki więc mu w kształtowaniu humorystycznych fragmentów nie pomogą. Druga różnica: Pratchett nigdy nie jest bezpośrednio wulgarny, natomiast Moore pełnymi garściami czerpie z zasobów takiego właśnie dowcipu (zwłaszcza w nowszych powieściach). Baranek nie za bardzo mieści się w ramach różnicy drugiej (z czego niżej podpisana jest ogromnie zadowolona, bo za rzucaniem mięchem nie przepada). Natomiast osobom o szczególnie wrażliwych uczuciach religijnych raczej go nie polecam.

Zastanawialiście się kiedyś, co się działo z Jezusem od chwili narodzin (nie dosłownie) do czasu osiągnięcia trzydziestu lat? Jak wyglądało jego dzieciństwo? Czy miał rodzeństwo i przyjaciół? Dlaczego się nie ożenił? A może jednak owszem? Teraz macie okazję poznać odpowiedzi na wszystkie te pytania. Udzieli wam ich Lewi zwany Biffem, najlepszy przyjaciel Joszuy (bo Jesus to przecież grecka, a nie żydowska forma). Nie słyszeliście nigdy o Biffie? A, to pewnie dlatego, że wszyscy ewangeliści się na niego mocno obrazili…
Lewi zwany Biffem został po prawie dwóch tysiącleciach wskrzeszony na rozkaz Pana. Ma bowiem do wykonania specjalną misję: napisanie nowej Ewangelii, bo główny bohater obecnych stwierdził, że są boleśnie niekompletne. Misję wskrzeszenia Biffa i pilnowania go podczas pracy powierzono aniołowi Razjelowi. Ten zaś, oględnie mówiąc, inteligencją nie grzeszy. Zamykają się tedy obaj w pokoju całkiem niezłego amerykańskiego hotelu (przecież teraz lot z Izraela do USA to betka) i Lewi zaczyna snuć swoją opowieść, a w tle towarzyszą mu dialogi nałogowo oglądanych przez anioła seriali…

Lewi poznaje swojego najlepszego przyjaciela w wieku lat sześciu, kiedy ten radośnie wskrzeszał jaszczurki. Przez cały okres dzieciństwa, który w ówczesnej Galilei kończył się bardzo szybko, Lewi musiał opiekować się swoim przyjacielem. A nie była to sprawa łatwa, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że Joszua nie umiał kłamać, najdrobniejsze oszustwo nie przyszłoby mu nawet do głowy, a wszelkie prawa, których skrupulatnie powinien przestrzegać religijny Żyd, traktował bardzo swobodnie. Ktoś więc musiał dbać o to, aby zabobonnym mieszkańcom wioski jakoś tłumaczyć spontaniczne cuda (bo ten w Kanie wcale nie był pierwszy) i trzymać faryzeuszy z dala od dzieciaka, za którym olbrzymie, jadowite węże (nieczyste!) pełzają jak potulne szczeniaki. A do tego jeszcze oszołamiająco piękna Maria Magdalena zawsze, gdy tylko się pojawi, dziwnym trafem całkowicie uniemożliwia koncentrację.

Prawie cała powieść (poza prologiem i epilogiem) jest napisana w narracji pierwszoosobowej. Narratorem jest tu Lewi i to z jego perspektywy poznajemy wszystkie wydarzenia. Przeplata on fragmenty swojej ewangelii, czyli wspomnień, obrazkami pt. "Życie z niezbyt rozgarniętym aniołem pod jednym dachem", czyli teraźniejszością. Zazwyczaj nie przepadam za narracją pierwszoosobową, ale tutaj autor wykonał kawał dobrej roboty, więc zamiast się czepiać, dałam się porwać opowieści.

Autor świetnie poradził sobie z opisami Nazaretu z początków naszej ery, a także z próbą pokazania mentalności ówczesnych ludzi. Tym bardziej należy mu się podziw, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że nie tylko świetnie opisał, ale też przedstawił w krzywym zwierciadle – i nie ważne, że być może nie do końca zgadza się to z opisami historycznymi. Co prawda zdrobnienia typu "Maggie" nieco mi zgrzytały, ale po jakimś czasie przyzwyczaiłam się do nich. Swobodne frazy i zdrobnienia należą przecież do podstawowych cech charakterystycznych stylu Moore’a i nierozsądnie byłoby sarkać na autora z ich powodu. Zwłaszcza, że autor głównie za ich sprawą przywołuje uśmiech na twarzy czytelnika – a robi to z bardzo dużą częstotliwością (gdybym była większą fanką tej wulgarniejszej strony dowcipu, napisałabym, że niemal bez przerwy). Ale w trakcie lektury nie tylko się śmiałam. Zdarzały mi się też chwile szczerego wzruszenia.

Określenie fabuły powieści zwrotem "mało prawdopodobna" byłoby wielkim niedomówieniem. Tylko, że w powieściach, zwłaszcza humorystycznych i fantastycznych, nie chodzi o prawdopodobieństwo. Chyba nikt nie uwierzy, że lwia część wydarzeń z Baranka zachowuje choć pozory wydarzeń rzeczywistych. Nie taki z resztą był cel autora. Niemniej jednak jest to bardzo ciekawa i, mimo swej przaśności, momentami wzruszająca opowieść. Nie trzeba znać Biblii od A do Z, żeby się nią cieszyć. Wystarczy odrobina poczucia humoru. I sympatii do fantastyki.

Recenzja napisana dla portalu Unreal Fantasy.

Tytuł: Baranek
Autor: Christopher Moore
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny: Lamb

Wydawnictwo: Mag
Rok: 2007
Stron: 530

czwartek, 23 września 2010

Śmierć w San Francisco - "Brudna robota" Christopher Moore


Swoją znajomość z Moorem zaczęłam od „Krwiopijców”, którzy tak bardzo przypadli mi do gustu, że znowu zapałałam cieplejszymi uczuciami do wampirów. Ponieważ aktualnie do dalszych części cyklu „Love story” nie mam dostępu, postanowiłam się zadowolić „Brudną robotą”. Śmierć jako postać u Pratchetta mnie zauroczyła, więc doszłam do wniosku, że nie zaszkodzi sprawdzić, jak ten temat wykorzystał Moore, zwłaszcza, że obaj panowie specjalizują się w fantastyce humorystycznej.

Charlie Asher, handlarz starzyzną z San Francisko, tuż po zostaniu ojcem wchodzi do sali szpitalnej, na której leży jego żona. Zastaje tam dziwnego faceta, który utrzymuje, że powinien być niewidzialny. Od tej chwili życie Charliego wywraca się do góry nogami, a sam zainteresowany zyskuje (choć nie bez nieprzewidzianych przeszkód) wgląd do spraw nieznanych zwykłym ludziom. Na domiar złego okazuje się, że jego malutka córeczka jako śmiercionośnej broni używa słowa „kotek”…

Jest to druga książka Moore’a, którą czytałam i druga, której akcja dzieje się w San Francisco. Widać, że autor bardzo to miasto lubi. Opisuje przeróżne dzielnice ze swadą i ironią, ale też z humorem i widoczną chęcią ukazania lokalnego kolorytu i klimatu danej części aglomeracji. Nigdy nie byłam w San Francisco, ale nie mam powodów sądzić, że pisarz coś złośliwie wypaczył. Co najwyżej wyolbrzymił i skarykaturował niektóre cechy miasta, które dla niego „zawsze stanowi inspirację” [524]. Z resztą, jak mógłby nie lubić miasta, które opisuje tak barwnie?

Najmocniejszą stroną powieści Moore’a jest humor. Nie przeczę, „Brudna robota” aż się od niego skrzy i o dziwo nie jest to tylko czarny humor. Nie podobała mi się jedna rzecz: humor ten niekiedy staje się wręcz obrzydliwy. Niektóre sceny mają w założeniu budzić salwy śmiechu, we mnie jednak budzą niesmak. Zazwyczaj nie mam nic przeciwko karykaturowaniu scen erotycznych, tudzież wykorzystywaniu takich podtekstów w celu rozbawienia czytelnika, ale są w „Brudnej robocie” takie sceny, w których pan Moore przeciąga strunę do granic możliwości (tylko od osobistej odporności czytelnika zależy osąd, czy ta struna już pękła). W tym względzie Pratchett radzi sobie lepiej – nigdy nie trafiają mu się takie wpadki. Ale pan Pratchett, w przeciwieństwie do Moore’a nie celuje w takich podtekstach, w związku z czym unika stąpania po dość kruchym lodzie.

Dodatkowym plusem jest dla mnie to, że miałam okazje znowu spotkać postacie znane z „Krwiopijców”. Cesarz i jego wierni żołnierze odgrywają mniej więcej taką samą rolę dla fabuły jak w poprzedniej książce, podobnie inspektor Rivera. Epizodycznie pojawia się nawet pewna rudowłosa wampirzyca. Zawsze to miło spotkać znanych i lubianych.

Podsumowując, „Brudna robota” nie zachwyciła mnie tak jak „Krwiopijcy”. Wolę też Pratchettowską wizję śmierci (lub Śmierci). Ale Moore potrafi poprawić humor tak samo skutecznie jak Pratchett, a lektura bez wątpienia była ciekawa. Polecam więc tym nieco odporniejszym czytelnikom, którym już zaczyna doskwierać jesienna chandra.

Tytuł: Brudna robota
Autor: Christopher Moore
Tłumacz: Jacek Drewnowski
Tytuł oryginalny: A Dirty Job
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2007
Stron: 526

sobota, 24 lipca 2010

Rice + Pratchett = Moore - "Krwiopijcy" Christopher Moore


Ostatnio książki o wampirach są bardzo modne. Wszystko zaczęło się od „Zmierzchu”. Oczywiście, wiedziona zgubną ciekawością, musiałam to opasłe tomiszcze przeczytać. I dzięki pisaninie pani Meyer nabawiłam się ciężkiego uczulenia na wampiry. Skutecznie obrzydziła mi bowiem wszystkie literackie poczynania dziedziców Stockera. Dlatego, mimo znanych mi kilku pochlebnych recenzji, do powieści Moore’a zabierałam się jak przysłowiowy pies do jeża. Jak się okazało, niepotrzebnie, gdyż „Krwiopijcy” okazali się świetnym lekarstwem na zatrucie „boskim” Edwardem. No a poza tym, nie mogłam się oprzeć temu skacowanemu nietoperzowi na okładce.;)

Pewnego wieczoru, wracając z pracy, Jody zostaje napadnięta. Budzi się jakiś czas później ze zwęgloną ręką i uczuciem dziwnego głodu. Szybko orientuje się, że nie może wychodzić w dzień, więc zaczyna szukać kogoś, kto mógłby się zająć sprawami tak przyziemnymi, jak płacenie czynszu. Wybór pada na Tommy’ego Flooda, przyszłego – niedoszłego pisarza, obecnie na stanowisku kierownika nocnej zmiany w supermarkecie. A że tytuł cyklu, którego „Krwiopijcy” są pierwszym tomem, brzmi „Love story”, reszty łatwo możemy się domyślić. Od siebie dodam jeszcze, że mimo domyślności, końcówka mnie zaskoczyła.

Wampiry Moore’a nie lśnią w słońcu i nie za bardzo mogą odżywiać się zwierzątkami. Są raczej bliższe tym, które znamy z powieści Anne Rice, tyle, że nie są tak skłonne do wpadania w melancholię i do rozczulania się nad swoim losem. Kilka elementów autor zaczerpnął też od kanonicznego Drakuli. Powieści jednak brak patosu, obecnego u Rice („Drackuli” nie czytałam, ale sądząc po filmach, mrocznego patosu mu nie brakuje) i zadęcia, które możemy znaleźć u Meyer. „Krwiopijcy” są raczej wartką powieścią przygodową, z elementem kryminalnym i całkiem sporym wątkiem miłosnym. Autor nie boi się użyć wulgaryzmu, kiedy fabuła tego wymaga, ale nie przesadza (jednak osobom wyjątkowo wrażliwym na wulgaryzmy powieść może nie przypaść do gustu). Wielkim plusem jest humor, głównie w wersji językowej i w formie zaskakujących porównań. Autor w tym punkcie przypomina mi bardzo Pratchetta, zwłaszcza z jego późniejszych powieści.

„Krwiopijców” czyta się błyskawicznie. Akcja wciąga od samego początku, a humor w tekście dodaje jeszcze smaczku. Od początku do końca nie mogłam się oderwać od książki, a więc z czystym sumieniem mogę ją polecić jako wspaniałe czytadło na lato. Rozczarować się mogą jedynie ci fani „Zmierzchu”, którzy będą u Moore’a szukać tego, co daje im pani Meyer. Ale w szczególności polecam książkę tym wszystkim, którzy mają dość romansów nastolatek z wampirami, gdzieś w ogólniaku na prowincji i tęsknią za starymi, dobrymi czasami.

Ch. Moore, Krwiopijcy, Mag, Warszawa 2008, s. 424
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...