Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amber. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amber. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 czerwca 2018

"Misterium życia zwierząt" Karsten Brensing

Przyznam szczerze, że Amber nie jest moim wydawnictwem pierwszego wyboru. Ani nawet drugiego. Ma za uszami całkiem sporo – od paskudnych okładek, przez braki redaktorsko-korekcyjno-translatorskie aż po niekończenie rozgrzebanych cykli. Tym razem jednak postanowili wziąć się za coś, co nieczęsto pojawia się w ich ofercie, mianowicie książkę popularnonaukową. Podchodziłam do tego tytułu trochę jak pies do jeża, ale ciekawość w końcu zwyciężyła. I powiem wam, że bardzo przyjemnie się zaskoczyłam.

Skąd brała się moja nieufność? Po pierwsze tytuł, tak bardzo generyczny w ramach gatunku, że aż zęby bolą – wiadomo, że wszystko, co związane z przyrodą musi być mistyczne, tajemnicze, duchowe, natchnione i co tylko (tutaj dodam na usprawiedliwienie, że polski wydawca po prostu przetłumaczył tytuł oryginalny, o co w sumie nie mam do niego pretensji, ale widzicie, jak to wygląda). Po drugie okładka. Jeśli ktoś śledził tak jak ja cały ten boom na ekoliteraturę to mógł zauważyć, że niejakim wyznacznikiem gatunku są okładki z rysowaną ilustracją w kolorach ziemi. Tutaj mamy tylko fotkę (znowu – nawiązującą do oryginalnej okładki), ale w sepii, żeby jakoś wpasować się w odpowiednią kolorystykę jak najmniejszym wysiłkiem... A liternictwo tylko pogarsza sytuację.

Niemniej, temat wydawał mi się na tyle intrygujący, że postanowiłam nie oceniać książki po okładce i sięgnąć głębiej. I choć grafika nie zachęcała, to okazało się, że wydane jest toto całkiem solidnie – na twardo i może nie szyte, ale sklejone konkretnie. Poza tym w procesie redakcyjnym postarano się o konsultację naukową! Rzecz, która powinna być oczywista przy tego typu pozycjach, ale wcale nie jest (i to niestety bardzo widać). W dodatku sam autor może się pochwalić konkretnymi dokonaniami naukowymi, więc raczej umie interpretować źródła i wiedzy mu nie brakuje.

Pokrzepiona tymi rozważaniami wzięłam się za lekturę i poczułam się bardzo usatysfakcjonowana. Karsten Brensing podzielił swoją dość obszerną książkę na tematyczne rozdziały, trochę podobnie jak zrobił to Wohlleben (i cynicznie zaczął od rozdziału o seksie, ale jest to chyba najsłabszy rozdział – przynajmniej mnie niczym nie zaskoczył), przy czym jednak analizuje opisywane zjawiska znacznie głębiej. W przeciwieństwie do Wohllebena nie podpiera własnych twierdzeń jednym czy dwoma artykułami naukowymi, tylko stara się przybliżyć laickiemu było nie było czytelnikowi obecny stan wiedzy i trendów naukowych, bazując na rzeszy artykułów i eksperymentów, podaje też linki do ilustrujących pewne zjawiska filmików na YT (w ramach dygresji dodam jeszcze, ze bibliografia do ”Duchowego życia zwierząt” Wohllebena zajmuje 5 stron. Do „Misterium życia zwierząt” Brensinga – 30 stron).

Przy czym Brensing nie jest wobec naukowych osiągnięć bezkrytyczny – w książce zamieszcza nawet cały rozdział poświęcony błędom nauki na polu etologii. Nie boi się też mówić, że wiele negatywnych wyników w testach różnych aspektów samoświadomości i umiejętności poznawczych jest skutkiem niedopasowania do zwierzęcia, a nie braku testowanych cech. Jak choćby test lustra, którego zaliczenia przez lata odmawiano waleniom, zupełnie ignorując fakt, że istocie pozbawionej rąk czy łap raczej nie uda się zetrzeć czerwonej kropki z czoła.

„Misterium życia zwierząt”
jest typowo popularnonaukową pozycją, a więc autor dokłada wszelkich starań, aby czytelnik wszystko zrozumiał. Stąd też wiele miejsca poświęca na wyjaśnianie krok po kroku pewnych zagadnień neurologicznych czy terminów z zakresu psychologii oraz zastrzeganiu, że znaczenie naukowe danego terminu niekoniecznie pokrywa się z tym potocznym. Robi to językiem przystępnym, często używając analogii i ułatwiających zrozumienie porównań (które mnie czasem wydawały się nazbyt łopatologiczne, ale nie do końca jestem targetem) więc myślę, że odpowiednim nawet dla trochę młodszych czytelników.

Przyznam, że to chyba jedna z lepszych pozycji popularnonaukowych, jakie miałam okazję przeczytać w ciągu ostatnich kilku lat. Na pewno zajmie poczesne miejsce na moim regale, jako trzecia ulubiona książka z tego gatunku i tematyki. Jeśli chcecie kupić (komuś lub sobie) książkę o zachowaniach i emocjonalności zwierząt, o tym, jak działają ich umysły, to olejcie Wohllebena. Brensing zrobił to lepiej, solidniej i dogłębniej. Kupujcie, póki jest.
 
Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Amber.
 
Tytuł: Misterium życia zwierząt
Autor: Karsten Brensing
Tłumacz: Ewa Walewska-Wilk, Rafał Sarna
Tytuł oryginalny: Das Mysterium der Tiere
Wydawnictwo: Amber
Rok: 2018
Stron: 416

piątek, 30 września 2016

"Triumf owiec" Leonie Swann

Nigdy nie ukrywałam, że lubię książki o zwierzętach. Zarówno te non-fiction, jak i te z gatunku nazywanego na zachodzie bodajże animal fantasy (pośrednie, czyli zwykła zmyślona beletrystyka interesuje mnie nieszczególnie). Dlatego też pierwszą powieść Leonie Swann o detektywistycznych owcach przeczytałam, jak tylko wpadła mi w łapki i po lekturze postanowiłam przeczytać też drugą, która mi jednak w łapki nie chciała wpaść. No ale w końcu ją zdobyłam i przeczytałam. I niestety, nie trzyma poziomu pierwszej.

Zgodnie z testamentem ojca, Rebeka zabrała owce na wycieczkę do Europy. Jednak owcom Europa nie za bardzo się podoba. Zwłaszcza teraz, kiedy wszędzie leży śnieg, jest zimno i nigdzie nie widać świeżej trawy. Górujący nad pastwiskiem zamek też im się nie podoba, ani towarzystwo kóz (śmierdzą i chyba nie mają wszystkich klepek). Ale najbardziej im się nie podoba nocne wycie. I te rozszarpane sarny, znajdowane w lesie zaraz obok pastwiska. I legendy o wilkołaku. To wszystko jest jakieś podejrzane.

Wiecie, co jest największym problemem tej książki? Że nie zaczyna się od trupa. Poprzednia część właśnie tak się zaczynała i akcja od razu jako tako toczyła się do przodu, coś się działo. „Triumf owiec” natomiast zaczyna się jakieś dwieście stron zanim pojawi się pierwszy trup. Te dwieście stron jest niepotrzebne. Wróć, może inaczej – tylko niewielka część z tych dwustu stron w jakikolwiek sposób popycha akcję do przodu. Reszta niby ma budować napięcie, ale tak naprawdę jedynym, co buduje, jest bolesna nuda czytelnika.

Być może jest to wina samych owiec. Bo mam wrażenie, że autorka chciała (być może w odpowiedzi na sugestie czytelników) pokazać więcej z ich życia. I o ile owce zostały sportretowane przez Swann bardzo celnie, to jednak, nie oszukujmy się, na co dzień nie są szczególnie ekscytującymi zwierzętami. I czytanie przez dwieście stron de facto o ich życiu na pastwisku też szczególnie ekscytujące nie jest.

Acz sama kreacja owczych bohaterów jest bardzo przyjemnie poprowadzona. Owce (przynajmniej niektóre) mają własne charaktery i choć większość z nich według ludzkich standardów rozumem nie grzeszy, to nie da się ich nie lubić. Bohaterowie ludzcy zaś… są nieco irytujący. Ale sądzę, że to celowy zabieg – w końcu wiele z ludzkich działań wydaje się owcom zbędne, niezrozumiałe i irytujące właśnie.

Cóż, jeśli Leonie Swann napisze jeszcze jakąś książkę o owcach, to zapewne ją przeczytam. Pod dwoma warunkami. Po pierwsze: możliwie szybko musi się pojawić trup. A po drugie: całość nie może mieć więcej niż czterysta stron.

Tytuł: Triumf owiec. Thriller... a zarazem komedia filozoficzna
Autor: Leonie Swann
Tytuł oryginalny: Garou: Ein Schaf-Thriller
Tłumacz: Maciej Nowak-Kreyer
Cykl: Sprawiedliwość owiec
Wydawnictwo: Amber
Rok: 2010
Stron: 464

środa, 24 października 2012

W hołdzie grom - "Player one" Ernest Cline

Od kilku lat można zaobserwować wysyp fantastyki z kategorii young adult – zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że tego wydaje się teraz najwięcej (no, może poza romansami paranormalnymi, których lwia część i tak mieści się w gatunku). Poza zaliczanymi tu romansidłami, starszej młodzieży serwuje się wszelkiego rodzaju antyutopie czy postapokaliptyczne zmagania. Jak zawsze, wśród tego, co modne i liczne, trudno wyłowić wartościowy tytuł. Na przykład o takim „Player one” mało kto słyszał.

Mamy rok 2044. Świat pogrążył się w kryzysie gospodarczym i energetycznym, wielu ludzi głoduje i mieszka w slumsach, zaś wojny nie wybuchają tylko dlatego, że ropa jest zbyt droga, a czołgi przecież dużo palą. Tymczasem do zgarnięcia jest około 150 miliardów dolarów i kontrola nad najbardziej dochodowym światowym biznesem. Wystarczy tylko znaleźć wielkanocne jajo, które ekscentryczny multimiliarder James Halliday ukrył w stworzonej przez siebie grze komputerowej. Poszukiwania, jak dotąd – bezcelowe, trwają od pięciu lat i w związku z nimi utworzyła się grupa zapaleńców żyjących jedynie Hallidayem i tym, czym najbardziej się fascynował, czyli szeroko pojętą popkulturą ze szczególnym uwzględnieniem lat osiemdziesiątych XX wieku. Jednym z nich jest Wade Watts, siedemnastolatek mieszkający w którymś z licznych amerykańskich osiedli przyczep kempingowych (popularnie zwanych stosami) – to właśnie on wpada na pierwszy trop dotyczący wygranej. Jednak nie zdaje sobie sprawy, że istnieją ludzie, a nawet całe organizacje, gotowe zabić nawet za drobną wskazówkę…

Powieść ma kilka zalet, zacznijmy może od bohaterów. Wade jest typowym nerdem. Cały jego świat to OASIS, supersymulacja stworzona przez Hallidaya, a sensem życia chłopaka są poszukiwania wielkanocnego jaja. W sumie nie ma się czemu dziwić, rzeczywistość zbyt wiele nie oferuje. Z drugiej strony, dzieciak jest bystry, rezolutny i nie ma najmniejszych problemów z wykorzystywaniem luk w istniejącym systemie dla ułatwienia sobie życia. Cline dołożył starań, aby dzięki swoim bohaterom zaprezentować cały przekrój przyczyn, dla których młodzi ludzie uciekają w świat wirtualny. Udowadnia też, że większość z nich chętnie by tych ucieczek zaprzestała, gdyby mogła liczyć na odrobinę akceptacji czy zrozumienia. Z jaśniejszej strony ludzkiej egzystencji (bo przecież to literatura rozrywkowa i nie może być zbyt ponuro) mamy pochwałę przyjaźni, zdrowej rywalizacji (przeciwstawionej zjawisku patologicznemu) oraz oddania. Do standardowego kompletu zabrakło tylko procesu dojrzewania głównego bohatera, ale na to jest już nieco za stary.

Jeśli przy akceptacji i zrozumieniu jesteśmy, Cline w ciekawy sposób porusza temat dyskryminacji wszelkich mniejszości. Czasem co prawda wrzuca do tego barszczu zbyt wiele grzybków na raz, ale nie ma to znaczenia. Taka tematyka, zwłaszcza w powieściach dla młodych ludzi, jest moim zdaniem poruszana zdecydowanie zbyt rzadko i autor, który robi to w sposób ciekawy i odpowiedni, zasługuje na wyróżnienie.

Kolejny plus to nawiązania do szeroko pojętej popkultury – miłośnicy zwłaszcza starych gier w 2D i z pikselowymi ludkami powinni być ukontentowani. Co ciekawe, autor skonstruował swoją powieść tak, że w świecie przyszłości wszystkie te gry i stare filmy są jak najbardziej na swoim miejscu, nie tworzą wrażenia doklejenia na siłę. Młodsze pokolenie będzie miało niepowtarzalną okazję prześledzenia początków gier komputerowych, zaś jeśli książka wpadnie w ręce starszego czytelnika, z pewnością da mu powód do nostalgicznej wyprawy w świat dzieciństwa. Ale dla kinomanów czy fanów anime (zwłaszcza klasycznych tytułów) też coś się znajdzie. Bardzo ciekawy jest też sposób, w jaki autor wykorzystał ogólnie motyw gry – przeze mnie uważany za jeden z najciekawszych motywów w fantastyce, ale rzadko używany (nie mylić z książkami na podstawie gier).

Jeszcze kilka słów o wydaniu. Uroda okładki może być dyskusyjna (choć niżej podpisanej bardzo podoba się taki przykuwający oko minimalizm), jednak związku z treścią odmówić jej nie można. Również tłumacz ładnie odrobił pracę domową (tylko raz zdarzyło mu się pomylić wulkany z volkanami), plus dla niego także za wiarygodny (jak na literackie warunki) język młodzieżowy. Wykazał się jednak nadgorliwością, niepotrzebnie spolszczając skróty, które dla każdego gracza są czytelne w angielskim (dla nie graczy i tak podano rozwinięcie i wyjaśnienie w przypisach). Troszkę gorzej z autorem – co bardziej czepliwych czytelników może odrzucić sprzeczność, jaką Cline wprowadził na początku (ludzie są gotowi przymierać głodem, żeby tylko mieć dostęp do OASIS, ale gra wcale nie jest uzależniająca, o nie, to potwierdzone naukowo). Poza tym przydałaby się ciut uważniejsza korekta – literówek czy bardziej spektakularnych błędów co prawda nie ma więcej niż w granicy błędu statystycznego, ale nagminne podwójne znaki interpunkcyjne troszkę irytują.

„Player one” to książka, która świetnie nadaje się do przeniesienia na ekran. Byłoby to wspaniałe widowisko, chociaż koszty pozyskania licencji na wykorzystanie bohaterów starych filmów czy gier nie nastrajają optymistycznie. Dlatego nie ma co czekać na ekranizację, trzeba się brać za powieść. Krótko mówiąc, polecam. Zwłaszcza miłośnikom gier komputerowych czy ogólnie popkultury. Ale generalnie wszystkim, bo oprócz gier w książce napisano o wielu sprawach, ważnych niezależnie od wieku czy stopnia wirtualności świata, w którym żyjemy.

Recenzja dla portalu Insimilion.

 
Tytuł: Player one
Autor: Ernest Cline
Tłumacz:
Dariusz Ćwiklak
Tytuł oryginalny: Redy Player One
Wydawnictwo: Amber
Rok: 2012
Stron: 320

niedziela, 15 lipca 2012

Nadchodzi zima i bez skojarzeń proszę! - "Planeta wygnania" Ursula K. Le Guin

Sponsorem niniejszej recenzji jest Oisaj, który wystąpił w roli pożyczkodawcy. Dziękuję!:)

 Ursula K. Le Guin wcale się nie kryje z tym, że jest romantyczką. Najbardziej ten, naiwny jeszcze, romantyzm był widoczny w „Świecie Rocannona”, pierwszej powieści autorki. Jak sama stwierdziła, później starała się go wyrażać subtelniej. Cóż, nie dałabym głowy za to, że w „Planecie Wygnania” romantyzm jest subtelniejszy – sądzę nawet, że wręcz przeciwnie. Ale co jest złego w tym, że w prozie opartej na emocjach pojawia się romantyzm?

Jakob Agat jest członkiem rady sprawującej rządy w jednej z dawnych ziemskich kolonii. Kolonia ta została założona 600 standardowych lat temu i przez samych mieszkańców jest uważana za zapomnianą. Niemniej, potomkowie dawnych kolonistów ciągle przewyższają umiejętnościami rdzennych mieszkańców planety, którzy są na etapie koczowniczego trybu życia i traktują przybyszów jako czarowników i obcych. Niesnaski trzeba będzie jednak odłożyć na później, bo właśnie nadciągają dwaj najwięksi wrogowie: północne plemiona Gallów, silniejsze niż kiedykolwiek i trwająca 5000 dni zima. Czy Agatowi uda się skłonić obie rasy do współpracy? I jak na to wpłynie jego związek z miejscową kobietą?

Zarys akcji raczej nie przedstawia niczego wyjątkowego: ot, jeden ze standardowych tematów fantastyki, okraszony trudną miłością. I jest to prawda. Cała oryginalność i czar tej króciutkiej powieści zawarty jest w sposobie opowiadania. Teraz już nikt nie ma odwagi czy umiejętności zamykania czegoś, co nadaje się na epicką sagę, w stu pięćdziesięciu stronach.

Ursula K. Le Guin nie skupiała się na meandrach polityki, opisach potyczek czy barwnym odmalowywaniu kłótni. Jej celem było pokazanie czegoś innego, a nawet wielu innych rzeczy. Od banalnego, zdawałoby się, stwierdzenia, że miłość jest cenna, po udowodnienie, że różnice najczęściej są tak wielkie, jak powszechne przekonanie o nich. A także to, że wystarczy zmiana przekonań, aby je zatrzeć. Problem polega na tym, że to nigdy nie jest łatwe.

Jeszcze chwilkę poświęcę historii miłosnej. Jest to chyba najbardziej autentyczna, odarta z lukru i swoistej mitologii, relacja z miłości od pierwszego wejrzenia. Brak tu lukrowanych scen, brak powłóczystych spojrzeń, jest tylko swoisty smutek związku dwójki ludzi, którzy się pokochali, ale nie mieli czasu się poznać. Którzy tęsknią i drżą o życie kogoś, kogo pierwszy raz zobaczyli dwa tygodnie wcześniej. A wszystkie ich uczucia są takie prawdziwe, że nawet największemu malkontentowi o zamrożonym sercu szyderczy uśmiech zamiera na wargach.

Cóż mogę powiedzieć? Klimat zarówno tej, jak i innych książek Le Guin jest niepowtarzalny i odurzający. Może niezbyt pasuje do leniwych dni spędzonych na zgiełkliwej plaży, ale jeśli w wakacje znajdziecie jakieś zaciszne miejsce, zabierzcie tam ze sobą „Planetę Wygnania”„Świata Rocannona” nie musicie wcześniej znać.

Tytuł: Planeta Wygnania
Autor: Ursula K. Le Guin
Tytuł oryginalny: Planet of Exile
Tłumacz: Juliusz P. Szeniawski
Cykl: Ekumena (Hain)
Wydawnictwo: Amber
Rok: 1990
Stron: 142

czwartek, 29 marca 2012

„Mam czasami uczucie… (…) że natknąłem się na strzęp legendy"[25] - "Świat Rocannona" Ursula K. Le Guin

O takich książkach, jak „Świat Rocannona” Andrzej Sapkowski pisał, że to science fiction o poetyce fantasy. Bo mamy tu obcą planetę, statki kosmiczne, lasery i podróże z prędkością nadświetlną czy świetlną, mamy Ligę. A jednocześnie mamy człowieka, który musi podjąć niebezpieczną wyprawę, aby ocalić obcy sobie świat. A poza tym możemy popatrzeć, jak tworzą się mity.

Jak odróżnić legendę od prawdy na tych światach oddalonych o tyle lat? – na bezimiennych planetach, (…) gdzie powracający badacz stwierdza, że jego własne czyny sprzed kilku lat stały się gestem boga.”[5]

Był sobie mały, bezimienny świat. Potem odkryła go Liga Wszystkich Światów, nadała robocze miano Fomalhaut II i zaczęła zbierać podatki na wojnę, która dopiero miała nadejść. (Nie, skojarzenia z „Avatarem” nie są właściwe.) Liga w czasie odkrywania nie była zbyt dokładna, wszak podobnych światów było wiele a podatki same się nie zbiorą, toteż nawiązała kontakt z dwiema rozumnymi rasami, z których jedną postanowiła wesprzeć w rozwoju. To jest opowieść o tej drugiej rasie.

Z tej drugiej rasy, ciemnoskórych i złotowłosych Angyarów, pochodziła piękna Semley, która postanowiła przebyć noc, aby odzyskać swoje dziedzictwo. To także nie jest jej historia.

„Mam czasami uczucie… (…) że natknąłem się na strzęp legendy albo tragicznego mitu, którego nie rozumiem…”[25]

Gaveral Rocannon, etnograf Ligi, również się natknął. Zafascynowało go to tak bardzo, że postanowił wymusić na organizacji zaprzestanie wszelkich działań, poza misjami badawczymi. Następnie sam wziął w takiej udział. Misja zakończyła się tragicznie, a sam Rocannon musiał ratować ten mały, obcy świat przed czymś, co pochodziło z jego uniwersum, wypełnionego statkami kosmicznymi i rebeliami. A jak ta misja ratunkowa mogła wyglądać w oczach rdzennych mieszkańców, których cywilizacja była na poziomie epoki brązu?

Semley na wiatrogonie. Na żywo wygląda lepiej...
Pani Le Guin znowu czaruje słowem. Tka gobelin opowieści z wielu delikatnych nici, często całe historie tworząc z niedomówień. Jednocześnie jej powieść jest kwintesencją prostoty, dowodem na to, że epicką wyprawę można bez uszczerbku opisać na ledwie ponad stu stronach, że minimalizm to coś, co świetnie współgra z konwencją fantastyczną. Za to cenię tę pisarkę – kilkoma słowami potrafi mnie całkowicie uwieść.

Jednocześnie jest to opowieść o nazwach i mitach. O tym, do czego są nam potrzebne nazwy i miana, i czy przypadkiem nie od nich zaczynają się podziały. O tym, jak z rzeczy błahych tworzy się mit i legenda, jak coś przypadkowego (czy aby na pewno?) można dopasować do przepowiedni i wreszcie jak (i czy w ogóle) można oddzielić opowieść od suchych faktów. A przede wszystkim: czy jest to konieczne?

„Świat Rocannona” to kolejna niezwykła opowieść. Klimatem łudząco podobna do „Ziemiomorza”, tematyką mniej, a już zupełnie różna w realiach. Mimo że to fantastyka naukowa, pełno w niej swoistej magii, ale nie tej którą władają czarodzieje. To magia języka, pochodząca tylko od tych jego władców, którzy potrafią nadać właściwe imię każdej rzeczy. Pani Le Guin niewątpliwie jest jedną z nich. Przekonajcie się sami.

Tytuł: Świat Rocannona
Autor: Ursula K. Le Guin
Tytuł oryginalny: Rocannon’s world
Tłumacz: Danuta Górska, Lech Jęczmyk
Cykl: Ekumena (Hain)
Wydawnictwo: Amber
Rok: 1990
Stron: 142

PS. Znajdzie się jakaś dobra dusza, która pożyczy drugi tom "Ekumeny", czyli "Planetę wygnania"? 
PPS. Czy ktoś wie, jak w oryginale nazywały się wiatrogony?

środa, 13 kwietnia 2011

Latające miasto i problemy - "Miasto w przestworzach" Grag Keyes

Sponsorem niniejszej recenzji jest Aria, która wspaniałomyślnie podzieliła się książką. Dzięki!:)

Nie przepadam za książkami napisanymi na podstawie gier. Rzadko są czymś więcej niż dobrym czytadłem (a nawet dobrym czytadłem są rzadko…) i autorzy mają skłonność do popełniania w nich takich samych błędów, niezależnie od gry, do jakiej nawiązują. I gdyby nie recenzja Arii, to pewnie nawet nie dowiedziałabym się o istnieniu „Miasta w przestworzach”. Recenzja na tyle mnie przekonała, że wyłudziłam książkę od autorki tejże (recenzji oczywiście, nie książki – tą facet napisał) i postanowiła przeczytać, jak tylko weźmie mnie ochota na niezobowiązującą lekturę. No i właśnie parę dni temu mnie wzięła.

Na początku myślałam, że nie znam gry, w której świecie toczy się akcja książki. Potem jednak okazało się, że owszem, znam – grywał w tą serię swego czasu Luby i chętnie służył mi informacjami na temat świata przedstawionego. Mowa o serii „Elder Scrolls”, a konkretnie o jej IV części „Oblivion”, do której ma nawiązywać fabuła utworu.  Świat przedstawiony wygląda tak:

by Google Earth
Na Czarnych Mokradłach, w mieście Lilmoth, żyje sobie pewne dziewczę o imieniu Annaig. Zawsze miała talent do magicznych eliksirów, ale ojca, podupadłego szlachcica, nigdy nie było stać na opłacenie jej nauki w akademii magów. Toteż Annaig, jako dziewczę o bardzo żywym charakterze, zwyczajnie się nudzi i spędza dnie na szukaniu kłopotów w mieście. Towarzyszy jej w tym Mere-Glim, argonianin i najlepszy przyjaciel. Pewnego dnia okazuje się, że do Mokradeł zbliża się coś strasznego – latające miasto, które sieje śmierć wszędzie, gdzie tylko się pojawi. Jak łatwo można się domyślić, Annaig nie posłuchała „rady” ojca i nie wyniosła się z miasta. Po prostu zupełnym przypadkiem, wraz z Glimem… poleciała do niego. I tam utknęła w swoistej niewoli. Przedtem zdążyła jednak wysłać magicznego posłańca do jedynego bohatera, jakiego znała (z książek) – księcia Attrebusa.

Mere-Glim, argonianin.
Książę zaś wiadomość odbiera i, jako młody i przyzwyczajony do sukcesów idealista, postanawia ruszyć dziewczynie i światu na ratunek, nawet wbrew woli ojca. Niestety, tym razem bohaterowanie okazuje się dużo trudniejsze – już pierwszego dnia wyprawy gwardia księcia zostaje wyrżnięta w pień, a on sam dostaje się do niewoli. Zanim więc będzie mógł wyprawę kontynuować, czeka go weryfikacja oceny własnej osoby i swojego światopoglądu.


No to teraz oberwie się powieściopisarzowi, bo mam zamiar zacząć od minusów. Pierwszy i największy jest taki, że autorowi najwyraźniej w ogóle nie przyszło do głowy, że książkę mógłby zechcieć przeczytać ktoś, kto gry nie widział na oczy. O ile jeszcze fabuła jest zrozumiała nawet dla laika, o tyle świat przedstawiony pozostaje dla takiego delikwenta białą plamą, bo autor nie przejmował się takimi drobiazgami jak opisy ras, miast, krajobrazów i szczegółów charakterystycznych wyłącznie dla świata powieści. Czytelnik dostaje więc całą stertę nazw własnych i mniej własnych (czasem nawet w kilku językach), które kompletnie nic mu nie mówią. Moim ulubionym przykładem są tu khajici – jedna z ras występująca w powieści już od pierwszej strony. Na pierwszej stronie dowiadujemy się, że mają futra. „No fajnie – myśli sobie nieobeznany czytelnik – czyli coś jak wookies”. Po kolejnych 50 stronach lektury dowiadujemy się, że mają ogony – czyli ogoniaści wookies. Aż tu nagle po 200 stronach sypie nam się cały obraz postaci, bo okazuje się, że to nie żadne wookies, tylko zwyczajni ludzie-koty… Osobiście nie cierpię takich sytuacji, a w książce jest ich znacznie więcej.

Drugim minusem, który zasugerowałam już wcześniej, są opisy, a właściwie ich brak. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem fanką wielostronicowych rozważań nad zachodem słońca, ale w fantasy jakieś minimum jest jednak niezbędne. A tutaj nie ma prawie nic, uwagi autora doczekali się tylko główni bohaterowie, a i to nie za bardzo…

Trzeci minus jest związany z fabułą – autor zastosował bowiem najbardziej łopatologiczny sposób zapoznania z nią czytelnika. Otóż, gdy trzeba wtrącić nieco o historii regionu, albo o mechanizmie działania jakiegoś urządzenia odbywa się to w ten sposób, że bohater A idzie do bohatera B, a mądry bohater B udziela mu długich pouczeń w formie wykładu-elaboratu. Coś takiego kojarzy mi się jednoznacznie z Bardzo Złą Fantastyką.

Khajitanka z bratem.;)
Wylałam żale, czas więc teraz na plusy. Największym jest niezmiernie wciągająca fabuła. Prawda, że schematyczna, prawda, że przewidywalna, ale ma w sobie jednak coś takiego, że człowiek otwiera książkę na chwilę, patrzy, a tu już kolejne 50 stron przeczytane. Nie sposób się oderwać od przygód Annaig i Attrebusa, a czyta się je piorunem (na mnie nie patrzcie – dawałam sobie dodatkowy czas na robienie szkiców;)) – jeden, dwa wieczory i nawet się nie obejrzycie, a będziecie już na ostatniej stronie.

Kolejnym wielkim plusem są bohaterowie. Nie zaskakują co prawda głębią psychologiczną czy oryginalnością, ale nie powielają oklepanych schematów, co jest jednym z głównych problemów „growych” książek. Przedstawieni są bardzo barwnie i budzą szczerą sympatię. Czytelnik może się z nimi zżyć i zaczynają go poważnie interesować ich losy: cieszy się sukcesami postaci i smucą go porażki. Pan Keyes, tak jak nie ma ręki do tworzenia i opisu światów, tak zdecydowanie przejawia talent do bohaterów. I bardzo dobrze, bo to właśnie ratuje książkę.

Dodatkowym plusem jest piękna okładka, przyjemna czcionka i… cena. Stosując przelicznik wymyślony i użytkowany przez Pabla, z czystej ciekawości dokonałam pewnych obliczeń i wyszło mi, że cena jednej strony książki wynosi 6gr. To najlepszy wynik w tym roku – a jakoś bardzo dobra.

Podsumowując – pozycja raczej dla fanów fantasy, zaś lektura obowiązkowa dla fanów gry. Poza tym, mimo, że nie jest to właściwa literatura młodzieżowa, polecam ją raczej czytelnikom w wieku nastu lat. Koneserów może znudzić, no, chyba, że tak jak ja, mają ochotę na niewymagającą, ale pobudzającą wyobraźnię wyprawę do krainy pełnej dziwnych stworów i najprzeróżniejszych ras. Ta książka to po prostu świetna baja na majówkę – i dlatego nie żałuję czasu jej poświęconego. Mało tego, jeśli kiedyś wydawnictwo Amber wyda drugi tom tej dylogii (bo niestety, pierwszy nie wyjaśnia żadnego wątku – zakończenie jest na oścież otwarte), to z przyjemnością go przeczytam.

P.S. Mam nadzieję, że obrazki pomogły wam przedrzeć się przez kolejny z moich nieprzyzwoicie długich tekstów...

Tytuł: Miasto w przestworzach
Autor: Greg Keyes
Tłumacz:
Janusz Ochab
Tytuł oryginalny: The Infernal City
Cykl: Elder Scrolls
Wydawnictwo: Amber
Rok: 2010
Stron: 310

poniedziałek, 10 stycznia 2011

I szybko zniknął jak sen jaki złoty... - "Sen" Lisa McMann

Nie miałam w planach czytania tej książki. Nawet nie wiedziałam o jej istnieniu, szczerze mówiąc. Ale traf chciał, że akurat Siostra Lubego była świeżo po lekturze, a jeszcze do biblioteki szkolnej nie odniosła. Przy okazji, warty odnotowania jest sposób, w jaki książka ta trafiła do szkolnej biblioteki. Wiadomo, że żadnej bibliotece się raczej nie przelewa, na nowości ciągle brak funduszy, a w szkolnych bibliotekach to już całkiem. Wpadła tedy miejscowa pani bibliotekarka na pomysł, żeby u wydawców pomocy poszukać i rozesłała do nich pisma z prośbą o wsparcie księgozbioru. Największy odzew pochodził od wydawnictwa Amber, które szkolnej bibliotece podarowało mały zbiorek literatury młodzieżowej (i nie tylko) o wartości około 1000 zł. Piszę o tym dlatego, że bardzo podoba mi się prospołeczna postawa wydawnictwa i uważam, że należy takie postawy propagować. Ale wróćmy już do meritum.

Janie życie nigdy nie rozpieszczało. Nie wie, kto jest jej ojcem, a matka, mimo, że nad dziewczynką się nie znęca, ma wystarczająco dużo własnych, alkoholowych problemów, żeby jeszcze do tego przejmować się córką. Do tego Janie musi sobie radzić z męczącą i całkowicie dezorganizującą jej życie przypadłością: gdy tylko ktoś w pobliżu zasypia, dziewczyna zostaje natychmiast wciągnięta w jego sny, co w skrajnych przypadkach objawia się napadami drgawkowymi. Nastolatka mimo tego ciuła na studia każdy grosz i stara się żyć normalnie. W pewnym momencie na horyzoncie pojawia się niejaki Cabel…

Znacie serię „Nie dla mamy, nie dla taty, lecz dla każdej małolaty”? Pisała w niej pewna autorka, nazwiska niestety nie pomnę, która swoje książki tworzyła pod jeden schemat. I to tak ordynarnie pod niego, że w kolejnych dziełach zmieniała tylko imiona bohaterów i „dekoracje”. (Nawiasem mówiąc, spotkania z prozą tej pani było główną przyczyną znielubienia przeze mnie romansów wszelakich.) Schemat zaś był mniej więcej taki: ona spotyka jego -> wpadają sobie w oko -> dobrze się im układa -> fatalne nieporozumienie -> ona nie chce go znać -> nieporozumienie w mniej lub bardziej spektakularny sposób się wyjaśnia -> godzą się i żyją długo i szczęśliwie. „Sen” idealnie się w ten schemat wpasowuje. Szczegóły jednak sprawiają, że stawiam go wyżej od książek zapomnianej autorki.

Pierwszym z nich jest język i styl powieści. Bardzo młodzieżowy, młodzieżowością nieco nazbyt amerykańską momentami, ale jednak bliską sercu każdego nastolatka. Mamy więc zwroty akcji i wypowiedzi typowe dla tego przedziału wiekowego i to wstawione w taki sposób, że wydają się być naturalnie na miejscu. Pisanie krótkimi, nieraz jednozdaniowymi akapitami może starszego czytelnika nieco irytować, ale idealnie oddaje charakter rozdartej nastolatki, co jest wielkim plusem książki (wolę już rozchwiane emocjonalnie i rzucające urywkami myśli panny od tych uładzonych, o wypowiedziach zawierających niemal wyłącznie zdania złożone. Jakieś to bliższe sercu i rzeczywistości). I tylko towarzyszy mi uporczywie nieprzyjemne wrażenie, że ta cała heca ze snami jest doklejona tylko po to, żeby wypłynąć na pozmierzchowej fali paranormal romance…

Drugi zaś to wydanie. Książeczka jest wydrukowana dużą, przejrzystą czcionką i z szerokimi (chociaż bez przesady) interliniami, co wraz z niewielkimi gabarytami sprawia, że idealnie nadaje się do czytania pod ławką (zwłaszcza, że czyta się błyskawicznie).;)

Podsumowując, nic fenomenalnego. Ale jako odmóżdżacz świetnie się sprawdza; do tych celów polecam ją szczególnie czytelniczkom w wieku 13 – 17 lat. U starszych nie będzie się sprawdzał tak dobrze, ale też powinien sobie poradzić.

Tytuł: Sen
Autor: Lisa McMann
Tłumacz: Agnieszka Kabala
Tytuł oryginalny: Wake
Cykl: Sen
Wydawnictwo: Amber
Rok: 2010 (wyd. II)
Stron: 232


P.S. Natrafiłam dziś na You Tube na filmiki, które tak mnie rozbawiły, że aż postanowiłam się nimi z Wami podzielić. Pierwszy z nich powinien być bliski sercu każdego fana fantasy, a już w szczególności tym, którzy swego czasu brali udział w sporze, czy lepszy jest Harry Potter, czy może Frodo Baggins. Tutaj bohaterowie mają okazję sami udowodnić swoją ewentualną wyższość.;)
A ten filmik dedykuję wszystkim którzy mieli wątpliwą przyjemność bliższego zapoznania się z systemem Windows Vista. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...