Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DKK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DKK. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 stycznia 2013

Niezbyt o Japonii - "Amerykańska gejsza" Lea Jacobson

O Japonii poczytać sobie od czasu do czasu lubię, bo dalekowschodnie klimaty zawsze kojarzyły mi się z jakąś fantastyką. A że Kraj Kwitnącej Wiśni niedawno modny się zrobił (przynajmniej tak, jak kraje bliskowschodnie), to o nim można przeczytać najwięcej. Ostatnio taką lekturą była „Amerykańska gejsza” Lei Jacobson. I teraz mam problem.


Książka jest swego rodzaju pamiętnikiem, w którym autorka postarała się pokazać obraz wycinka kultury japońskiej. Chodzi mianowicie o swoiste środowisko barów z hostessami, będącymi specyficzną gałęzią przemysłu rozrywkowo-erotycznego. I zgodzę się z autorką, że takich tworów nie ma chyba nigdzie indziej na świecie – jakoś nie wyobrażam sobie, żeby jakiekolwiek miasto w zachodnim kręgu kulturowym dysponowało barem, w którym podstarzali biznesmeni traciliby kupę kasy tylko i wyłącznie po to, żeby porozmawiać i wypić drinka z egzotyczną pięknością, doskonale wiedząc, że na nic więcej nie mogą liczyć. Niemniej, jak każda praca w branży, było niebyło, rozrywkowej, praca w tego typu barze ma swoje ciemne strony.

Jak już mówiłam, mam problem. Ideą książki miało być, zdaje się, pokazanie jak praca w barze wygląda i z czym się wiąże. Ten cel w zasadzie udało się osiągnąć. Z drugiej strony wygląda na to, że napisanie tej książki miało dla autorki wymiar terapeutyczny, co zaszkodziło powieści na poziomie warsztatowym.

„Amerykańska gejsza” jest spisana w formie krótkich rozdzialików, będących w zasadzie samodzielnymi artykułami, w sam raz do prasy. Ponieważ mają też znamiona pamiętnika, początkowy obraz autorki/bohaterki, jaki się z nich wyłania, jest bardzo irytujący. Oto bowiem mamy młoda dziewczynę świeżo po studiach (japonistyce i kulturze azjatyckiej), która przyjechawszy do Japonii jest bardzo zdziwiona, jeśli nie oburzona faktem, że  kultura tego kraju różni się od Amerykańskiej i postępowanie w zgodzie z rodzimymi zwyczajami może skutkować ostracyzmem. Poza tym młoda Lea często wypowiada się na temat Japończyków w wyższością godną dziewiętnastowiecznego antropologa wygłaszającego wykład o ludach Afryki. Gdy mówi o swoich klientach, jest to jeszcze zrozumiałe – trzeba jakoś utrzymywać higienę psychiczną w pracy tak wyczerpującej emocjonalnie. Ale kiedy tematem takich wypowiedzi jest rodzina, u której autorka mieszkała podczas swojej nauczycielskiej kariery, robi to bardzo niemiłe wrażenie.

Może pozwolę sobie na sporą nadinterpretację (na zasadzie „nie znam się, więc się wypowiem”), ale dla mnie „Amerykańska gejsza” to nie jest książka o japońskich barach. To jest fascynujące studium autodestrukcji. W sumie bohaterka/autorka wydaje się ze mną zgadzać. Już przed wyjazdem z kraju Lea miała problemy psychiczne, objawiające się aktami destrukcyjnymi – bulimia i problem z samookaleczeniem. Sama przyznaje, że wywoływał je stres i poczucie winy (czy może stres wywołany poczuciem winy). Wybranie zajęcia dającego szybkie i łatwe pieniądze, a jednocześnie ułatwiającego uzależnienie od alkoholu i narkotyków przy jednoczesnym wypaleniu emocjonalnym wydaje się tylko następnym krokiem (dziewczę znało dwa języki i miało możliwość – z której czasem korzystało – pracy w zawodzie nauczycielki lub modelki, zawsze mogło też wrócić do domu, nie mówimy więc o żadnej zewnętrznej konieczności).

O ile „Amerykańska gejsza”  jest znakomitym materiałem do analiz pychologicznych, o tyle warstwa literacka nie jest już tak dobra. Styl jest trochę przyciężki, a gdy autorka zaczyna (pseudo)filozoficzne rozważania, powiew nudy od razu usypia czytelnika. Poza tym osobiście czułam się w trakcie lektury traktowana trochę jak przygłup, bo autorka ma irytującą manierę powtarzania co klika linijek tej samej informacji (na zasadzie: „X była Amerykanką.” i kilka linijek później „X oczywiście doskonale znała słowa tej piosenki Pink, bo była Amerykanką”.). Mało jest czysto warsztatowych błędów, które bardziej mnie irytują.

Czy polecam? Raczej tak, książka nie jest przecież totalnym gniotem. A komu? W pierwszej kolejności fanom powieści z wątkiem autobiograficznych, w drugiej – tym, którzy lubią historię ludzi po przejściach. Japonofilom raczej powiem, żeby przeczytali, jeśli będą chcieli.

Tytuł: Amerykańska gejsza
Autor: Lea Jacobson
Tłumacz: Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik
Tytuł oryginalny:
Bar Flower
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2009
Stron: 286


 Książka przeczytana w ramach wyzwania "Od A do Z" u takichomiktaki.

piątek, 18 stycznia 2013

Dla moli - "Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek" Mary Ann Shafer, Anne Barrows


Są takie książki, których tytuły nas urzekają. Są wstrząsające, nietypowe, wpadające w ucho, urocze, albo wszystko na raz. Książka z pań Shaffer i Barrows zdecydowanie należy do tych, których tytuły urzekają. Bo czyż można przejść obojętnie obok „Stowarzyszenia Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek”?

Juliett jest pisarką, która wyrusza w trasę promującą jej najnowszą książkę. Jest to jej pierwsza książka powojenna – zbiór felietonów które w czasie wojny publikowało jedno z londyńskich czasopism. Niedawno skończyła się II wojna światowa i cała Europa liże rany, a zbiór humorystycznych tekstów najwyraźniej w tym pomaga, przynajmniej Anglikom. Czas jednak poszukać tematu do nowej powieści. List od obcego mężczyzny i nowi znajomi z Wysp Normandzkich wydatnie w tym pomogą.

Autorki zdecydowały się na bardzo nietypową obecnie formę – stworzyły powieść epistolarną. Dotąd byłam przekonana, że szał na opowieści w listach skończył się przy „Cierpieniach młodego Wertera”, ale najwyraźniej nie. Dla mnie to ogromna zaleta, uwielbiam różnorodność i nietypowe rzeczy. Może trzeba więcej uwagi poświęcać temu, kto i do kogo pisze, ale warto. Bohaterowie bowiem listy piszą dowcipne, ciepłe, często zawierające historie niesamowite czy cudowne, a zawsze wzruszające. Język jest lekki i zgrabny, pozwalając czytelnikowi całkowicie wsiąknąć w cudzą korespondencję.

Zdarzało mi się czasem znaleźć w czeluściach sieci recenzje lekko rozczarowanych czytelniczek. Głównym zarzutem był brak rozdzierającego tragizmu historii, i naturalistycznych opisów cierpień mieszkańców okupowanych wysp. Cóż, ja takich pretensji nie mam. Z jednej strony dlatego, że autentyczne wojenne wspomnienia (z literaturą obozową na czele) są dla mnie zbyt trudne w czytaniu. Poraża mnie ten ogrom cierpienia, dlatego wolę go w wersji wygładzonej, jeśli już koniecznie musze z nim obcować. Z drugiej strony – chyba naturalistyczny rys jest niemożliwy w listach pisanych do obcej osoby w niespełna rok po wojnie. W każdym razie mnie bardzo odpowiadają wojenne opowieści mieszkańców wyspy, które są raz zabawne (sprawa pieczonego prosiaka), innym razem znowu tragiczne czy zwyczajnie pełne smutku i beznadziei. 

Kolejną mocną stroną powieści są bohaterowie. Sama Juliett jest osobą bardzo sympatyczną, choć (a może właśnie dlatego) nieco postrzelaną. Zaś mieszkańcy wyspy to cała galeria osobliwości. Mamy więc i lokalną wiedźmę, która wcale nie wygląda jak wiedźma, mamy farmera rozkochanego w esejach Lamba, mamy lokaja z zacięciem aktorskim i byłego psychiatrę. Wszystkie te postacie są niezwykle sympatyczne (poza tymi, które nie miały takie być) – nawet niemieckich okupantów autorki starały się nie demonizować. Wreszcie jest też postać najważniejsza, choć nieobecna. Elizabeth była duszą wyspy, która pozwoliła mieszkańcom przetrwać wojnę. Razem z Juliett poznajemy jej niezwykłą charyzmę oraz pełne odwagi i codziennego poświęcenia życie.

Zapomniałabym wspomnieć o tym, co książkowe mole lubią najbardziej. Jak sam tytuł wskazuje, że „Stowarzyszenie Miłośników Literatury…” jest przede wszystkim opowieścią o książkach i o tym, jak wielką rolę mogą odegrać w życiu człowieka. Nie tylko pomagają przetrwać wojnę, ubarwić jej beznadziejność – pośrednio mogą nawet zapobiec przestępstwu czy kojarzyć małżeństwa. Jest to więc balsam dla duszy każdego mola, który czuje się nierozumiany przez otoczenie. No i zawsze przyjemnie poczytać o współuzależnionych.;)

Jeśli szukacie autentycznych i brutalnych w swojej tragedii wspomnień wojennych, ta książka z pewnością was nie zadowoli. Jeśli natomiast macie ochotę na ciepłą historię o literaturze i relacjach międzyludzkich na tle wojny, przedstawioną w nietypowej formie, „Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek” to coś dla was. Zatem miłej lektury.

Tytuł: Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek
Autor: Mary Ann Shafer, Anne Barrows
Tłumacz: Joanna Puchalska
Tytuł oryginalny:
The Guernsey Literary and Potato Peel Pie Society
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2010
Stron: 252

sobota, 21 lipca 2012

Ona wam da dziecko - "Kukułka" Antonina Kozłowska

Temat surogatek był swego czasu bardzo głośny w kraju nad Wisłą. Potem państwo wprowadziło regulacje prane (jak zwykle w takich przypadkach – z dużym opóźnieniem) i temat przestał być sensacją. Po okresie debaty społecznej zostały książki, jak np. „Kukułka” Anny Kozłowskiej.

W zasadzie „Kukułka” to historia dwóch kobiet, z których jedna chce mieć dziecko, ale nie może, a druga nie bardzo ma za co utrzymać własne dzieci, więc zgadza się urodzić cudze. Temat jako historia do opisania sprawdza się bardzo wdzięcznie, zwłaszcza, że autorka wykazuje się  sporą wnikliwością i zdolnością obserwacji. Niemniej jednak jest w tej książce kilka rzeczy, które mnie niepokoją.

Nie jest to sama surogacja, bo szczerze mówiąc, nie uważam jej za problem natury etycznej (raczej za problem psychologiczny, ale ja nie o tym). Pierwszym, co mnie mocno zastanawia w tej książce, jest jej depresyjny charakter. Wszystko jest złe, wszystko irytujące, a przez całą powieść przenika nastrój wszechogarniającej depresji. Ja rozumiem, że tematyka jest poważna, że porusza się tu problem trudny, ale klimat każe nam raczej szukać opinii psychiatry, niż ginekologa.

I teraz możemy przejść do drugiej rzeczy, która mnie niepokoi, a która łączy się z trzecią. Jest nią obsesja posiadania potomstwa. Sama nie mam dzieci i może to zaburza mi ogląd sytuacji, ale zachowanie Marty (kobiety, która nie może mieć dziecka) jest wysoce niepokojące. W pewnym momencie zaczęło mieć dla mnie znamiona obsesji, jakby (nad czym zresztą zastanawia się sama bohaterka) dziecko przestało być wartością samą w sobie, a stało się trofeum, niezwykle kosztowną nagrodą, którą trzeba zdobyć za wszelką cenę. Takie podejście jest dla mnie znacznie bardziej niepokojące od samej surogacji. Z resztą, podejście omawianego małżeństwa do progenitury (tej z pierwszego związku męża) jest dość niepokojące, tak jak podejście całej grupy społecznej, do której należą. Niepokojąco się to wszystko zbliża do karykaturalnych mamusiek z „Seksu w Wielkim Mieście”, które karmiły piersią do szóstego roku życia potomstwa. Dziecko w takiej rodzinie już od urodzenia ma zaplanowaną karierę, a na jakikolwiek sprzeciw („nie pójdę na SGH, tylko na kulturoznawstwo”) rodzice grożą restrykcjami finansowymi. Do wymienionego SGH też z resztą zachęcają pieniędzmi, a nie ciekawą pracą, czy możliwościami rozwoju. To dość niepokojąca analiza klasy średniej.

A teraz uwaga, będzie akapit ze spoilerem. Jeśli nie czytaliście książki, a macie zamiar, omińcie go. Po ostrzeżeniu do konkretu: jest w tej powieści jedna rzecz, która mi się nie podoba. Chodzi mianowicie o kwestie finansowe. Dlaczego Iwona, która ledwie wiązała koniec z końcem, kiedy miała dwójkę dzieci, gdy ma trójkę i nie ma pracy w ogóle nie odczuwa problemów finansowych? Wygląda mi to na hurraoptymistyczną wizję, że kiedy na świat przychodzi mały człowiek, wszystko, niczym w znanym cytacie z Coelha, układa się samo. W porównaniu ze szczegółowymi opisami ubóstwa, jakie autorka serwowała nam wcześniej, końcówka wygląda na naciąganą i mało wiarygodną. Trochę to smutne, bo, przynajmniej dla mnie, zmniejsza wiarygodność przedstawionego świata i wygląda na świadomy unik ze strony pisarki.

Wiele jest niepokojących rzeczy w tej książce, wiele jeszcze tematów porusza (rozpad małżeństwa, depresja, sytuacja wykluczonych, dzieci z domów dziecka, sytuacja samotnej matki…) Dlatego raczej nie nadaje się na letnie popołudnie. No chyba że kogoś najdzie ochota na trochę cięższy klimat (i nie przeszkadzają mu zdania bardzo wielokrotnie złożone).

Tytuł: Kukułka
Autor: Antonina Kozłowska

Wydawnictwo: Otwarte
Rok: 2010
Stron: 285

wtorek, 17 stycznia 2012

Muzyka łagodzi ustrój? - "Excentrycy" Włodzimierz Kowalewski

Gdy zaczynałam czytać tę książkę, z piersi mej łabędziej wyrwało się westchnienie rezygnacji. Pierwsza myśl: „Łeee, znowu coś o komunizmie”. Dla niektórych może byłaby to zachęta, ale ja należę do ludzi, którzy ani trochę nie potrafią się wczuć w realia Polski Ludowej (znane mi li tylko z literatury i filmu). Nie bawi mnie „Miś”, martyrologia opozycjonistów wręcz nadludzkimi metodami uwypuklana w literaturze jakoś do mnie nie przemawia. Liczyłam się więc z koniecznością ciężkiej orki na ugorze, bo książka z DKK i przeczytać trzeba. Kiedy skończyłam, doszłam jednak do wniosku, że „Excentrycy” Włodzimierza Kowalewskiego mówią o bardzo wielu rzeczach, ale o komunizmie chyba najmniej.

Późne lata pięćdziesiąte. Wanda, czterdziestotrzyletnia dentystka, obsługuje pacjentów ciechocińskich uzdrowisk. Pewnego ranka otrzymuje list od brata z Wielkiej Brytanii. Fabian pisze w nim, że wraca do kraju. Jak pięćdziesięcioletni muzyk jazzowy zniesie powrót z kraju zgniłego kapitalizmu do Polski Ludowej? Czy w ogóle zechce wpasować się w ramki, które władza ma przygotowane dla każdego? I jak się odnajdzie w kompletnie obcej rzeczywistości z tym, co dla niego najcenniejsze: swingiem? A może przyniesie nadzieję i zastrzyk energii w skostniałą materię ciechocińskich uzdrowisk?

Jest to książka o ludziach, którzy tęsknią. Nie za wolnością patriotyczną i patetyczną, ani im się śni zbrojnie ruszać z odsieczą uciśnionej ojczyźnie. Zresztą, są już przeważnie w wieku, który skutecznie uniemożliwia takie zrywy. Tęsknią za światem, który przeminął, który bezpowrotnie utracili. Za pstrokatym tłumem, który szturmował w sezonie Ciechocinek. Za barwnym życiem towarzyskim przedwojennej Warszawy. Za nietuzinkowymi ludźmi, których nowy porządek skutecznie wygubił. Wreszcie za muzyką, którą kiedyś grali.

I ta tęsknota, pogoń za utraconym światem, za zagubionym sensem daje im impuls do działania. Przy pomocy Fabiana, który jeszcze nie zdążył przesiąknąć ludową beznadzieją i szarością, zakładają big band jazzowy, który pozwala nieco ubarwić rzeczywistość. Co z tego, że jest to ubarwianie fikcyjne, złudne, które na skalę krajową niczego nie zmieni? A może to wszystko w ogóle była tylko fikcja, w którą kilka osób bardzo chciało uwierzyć? W końcu „fikcje są jak antymateria (…) potrafią wybuchać, wchłaniać i niszczyć prawdziwe życie.”[301] Ale czy to zawsze jest niesłuszne?

Pan Kowalewski urzekł mnie tą powieścią, która jest też opowieścią o miłości do sztuki. I tę miłość do jazzu widać w sposobie, w jaki autor o nim pisał. Styl jest barwny i soczysty, ma w sobie coś z klasyków, jakąś iskrę, która sprawia, że czytelnik wie, iż ma do czynienia z literaturą, a nie z miłym czytadłem. Rzadko zdarza mi się obcować z takim stylem, tym bardziej doceniam „Excentryków”.

Tę pięknie wydaną pozycję polecam wszystkim miłośnikom dobrej powieści. Jest to bowiem nieliczna z powieści współczesnych, która ma do opowiedzenia ciekawą historię. O wielu rzeczach i z wieloma ciekawymi epizodami. Ma nawet szczyptę ironii, a także ciepła i humoru, który niewątpliwie przyda się na długi zimowy wieczór.

Tytuł: Excentrycy
Autor: Włodzimierz Kowalewski
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok: 2007
Stron: 319

wtorek, 23 sierpnia 2011

Czterdziestolatek w kancelarii prawniczej - "Świadek mimo woli" Gianrico Carofiglio

Książki, jakie czytam na okoliczność DKK bywają różne. Czasem dokonuję dzięki nim małych odkryć, zdarza się nawet, że któraś mnie zachwyci. Większość jednak oscyluje gdzieś w granicach umiarkowanej przyjemności z czytania. Nie zdarzyło się jeszcze tak, żeby książka była klapą. Przynajmniej do tej pory, bo „Świadek mimo woli” śmiertelnie mnie znudził.

Mecenas Guido Guerrieri, przystojny mężczyzna przed czterdziestką, przechodzi ciężki okres: po niezbyt ostatnimi czasy udanym małżeństwie jego żona wystąpiła o separację. Na domiar złego adwokat traci wiarę i zapał w kwestii własnego zawodu. Powoli usuwa się w depresję, kiedy w jego kancelarii zjawia się pewna Afrykanka. Prosi o obronę jej przyjaciela, Senegalczyka, którego włoski wymiar sprawiedliwości oskarża o porwanie i zamordowanie dziewięcioletniego chłopca. Guido przyjmuje zlecenie, mimo, że sprawa wydaje się beznadziejnie trudna: oskarżonego obciążają zeznania świadków i mocne poszlaki. On sam jednak zapewnia, że jest niewinny. Mecenas również szybko nabiera wątpliwości, jeśli chodzi o siłę i wiarygodność dowodów. Ale czy uda mu się uzyskać uniewinnienie klienta i czy ta sprawa przywróci równowagę w jego życiu, zarówno zawodowym, jak i prywatnym?

To było moje pierwsze spotkanie z thrillerem prawniczym i obawiam się, że jednak ostatnie – po prostu nie mój klimat. Walka włoskiego mecenasa o dobro jego klienta, mimo, że zważywszy na powód rozprawy miała ogromny potencjał emocjonalny była sucha niczym papier, na którym ją wydrukowano. Guido przychodził rozmawiać z klientem, prowadził przesłuchania światków i przemawiał tak, że czytelnik tracił całkowicie zainteresowanie wątkiem kryminalnym. Zero życia, zero emocji, zero jakiegokolwiek poruszenia. Oskarżony ze swoim dramatem pozostaje gdzieś daleko w tle całej opowieści.

Na pierwszy plan wynurzają się za to dramaty osobiste faceta tuż przed czterdziestką – jak sobie (nie)radzi po rozstaniu z żoną, jak przeżywa kryzys dotychczasowych wartości, jak prawie wpada w depresję i jak powoli wszystko wraca do normy, a nawet nasz bohater wychodzi ze swoich kłopotów mądrzejszy i dojrzalszy, niż w nie wpadał. Wbrew pozorom, kreacja psychologiczna mężczyzny w czwartej dekadzie życia jest najmocniejszą stroną powieści. Carofiglio dał czytelnikom (a zwłaszcza czytelniczkom, bo panowie to trochę z autopsji znają) świetny wgląd w to, co się dzieje w męskiej duszy z dużym naciskiem na wiarygodność tejże duszy. Niemniej jednak do ukazania tego motywu przewodniego nie było koniecznym ubieranie go w kostiumik thrillera prawniczego, zwłaszcza, że ten kiepsko leży. Można by go było z całą pewnością wydać jako samodzielną powieść współczesną o kryzysie wieku średniego, a jeżeli autor już zdecydował się na przybranie z danego gatunku powieściowego, to trzeba się było do tworzenia tego przybrania bardziej przyłożyć.

Język powieści pozwala się od razu domyślić, że autorem jest mężczyzna: jest prosty, konkretny i precyzyjny, bez dodatkowych ozdobników czy poetyckich fraz. Minimum formy w porównaniu z treścią, można by powiedzieć. Dodatkowo cechą dość charakterystyczną jest częste używanie mowy zależnej w miejsce dialogów – co uważam za rozwiązanie ciekawe i oryginalne.

Hm, trudno mi napisać coś w podsumowaniu – nie wiem, jak oceniają książkę koneserzy gatunku, więc trudno mi ją im polecić. Za to ci, którzy tego typu literatury nie lubią i tak „Świadka mimo woli” nie przeczytają. Napiszę więc tak, jak swego czasu Magda: nie odradzam.

Tytuł: Świadek mimo woli
Autor: Gianrico Carofiglio
Tytuł oryginalny: Testimone inconsapevole
Tłumacz: Joanna Ugniewska
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok: 2008

Stron: 260

poniedziałek, 11 lipca 2011

Sparwa polsko-niemiecka - "Obwód głowy" Włodzimierz Nowak

Do reportaży zaglądam rzadko. Nie dlatego nawet, że ich nie lubię, ale specjalnie mnie do nich nie ciągnie. Ale czasem lubię sobie przeczytać historie z życia wzięte, mniej lub bardziej dramatyczne. Pełen takich historii jest zbiór reportaży Włodzimierza Nowaka „Obwód głowy”.

Zbiór ten zawiera reportaże o szeroko pojętej tematyce polsko-niemieckiej. Zakres poruszanych tematów sięga daleko zarówno jeśli chodzi o ramy czasowe, jak i tematyczne. A wszystkim im autor poświęcił równie dużo uwagi.

Najbardziej wstrząsające są oczywiście teksty dotyczące tematyki II wojny światowej. Mamy więc wstrząsającą „Noc w Wildenhagen” – pamiętną noc, kiedy Armia Czerwona wkroczyła do niemieckiej wioski. Okrucieństwa żołdaków i zbiorową histerię, jaka wioskę ogarnęła przed wkroczeniem poznajemy z perspektywy Adelheid, wówczas kilkuletniej dziewczynki. Przy okazji tej relacji autor stara się przybliżyć kwestię zbiorowych samobójstw, jakie były zjawiskiem masowym w wioskach zajmowanych przez radzieckie wojska. 

Spojrzenie na wojnę z zupełnie innej strony mamy za to w „Przygodach dobrego wojaka Manfreda”. Jest to wywiad i jednocześnie historia żołnierza Wermachtu, któremu z wojaczką nigdy nie było po drodze. Dlatego przy najbliższej okazji zdezerterował i przyłączył się do polskich partyzantów. Porównanie do Szwejka moim zdaniem jak najbardziej trafne.

Podobny do poprzedniego, ale dużo mniej optymistyczny, jest „Mój warszawski szał”. Jest to relacja z Powstania Warszawskiego, ale tym razem zdawana przez niemieckiego żołnierza. Pokazuje, że wśród wojsk tłumiących powstanie, oprócz okrutnych kryminalistów, byli również młodzi chłopcy, którzy byli tym wszystkim równie przerażeni, jak Polacy.

Równie dramatyczny jest tytułowy „Obwód głowy”. Jest to relacja Alodii Witaszek, którą okupant uznał za wystarczająco aryjską, aby odebrać rodzicom i skierować do adopcji przez czyste rasowo rodziny. Dziewczynka trafiła do dobrych ludzi, więc dramatyczna jest nie tyle jej relacja, co fakty i rozporządzenia na temat „rasowych” dzieci, wyciągnięte przy tej okazji przez autora. Kiedy czyta się takie rzeczy, przestaje się mieć wątpliwości, że Trzecia Rzesza Niemiecka była rządzona przez bandę zwyrodniałych psychopatów. Tematyki „sierocej” dotyczy również „Serce majkino, serce cierkino”, ale tutaj mamy sytuację odwrotną: po wojennej zawierusze niemiecką dziewczynkę, której matka zaginęła, przygarnia polska rodzina. Nowak pomaga jej w odnalezieniu biologicznej matki i rodziny.

„Brzegi coraz bliżej, rybka daleko” i „Adam z Ewką żyli w raju” dotyczą sytuacji polskiego pogranicza i o ile ten pierwszy mówi o zacieśnianiu współpracy polsko-niemieckiej pomiędzy przygranicznymi miastami, to drugi pokazuje sytuację wręcz przeciwną – podupadający region, w którym wraz z koniunkturą na przemyt skończył się przypływ gotówki. Niektórzy próbują sobie z tym radzić, zmieniając towar z papierosów na ludzi, o czym jest mowa w „Przejdziem Nysę, przejdziem Odrę”. Ten reportaż z kolei to kawał dobrej, dziennikarskiej roboty, gdyż mamy tu wgląd we wszelkie aspekty przemytu – poznajemy ten proceder zarówno z perspektywy ludzi przemycanych, przemytników, jak i funkcjonariuszy Straży Granicznej. Jest to chyba najsolidniejszy reportaż w zbiorze.

„Za Odrę po togę” jest chyba najoryginalniejszym tekstem, jeśli chodzi o tematykę. Dotyczy on bowiem polsko-niemieckiego uniwersytetu, na którym kształci się m.in. prawników. Dla Polaków jest to furtka do zawodu adwokata – egzamin niemiecki jest państwowy i mimo, że trudny, to niezależny. Obawiam się jednak, że i ten artykuł mógł się już zdezaktualizować.

Reportaże „Dwie minuty kontra trzy” i „Budzik pani Mosh” dotyczą wpływu ekonomii i polityki na życie szarego obywatela. Pierwszy to rzecz o fabryce Opla, która ma zamiar przenieść produkcje z Niemiec do Polski, drugi opowiada o życiu w byłym NRD po upadku muru berlińskiego. Nie jest to jednak tematyka, która porusza w mojej duszy jakąś strunę.

Wszystkie teksty zamieszczone w „Obwodzie głowy” to istny popis profesjonalizmu reporterskiego. Jako dziennikarz potrafi się zupełnie zatracić w słuchanej opowieści, taktownie wyciągnąć z interlokutora wszystkie informacje, a jednocześnie nie zapomina o tym, że powinien przedstawić wszystkie aspekty omawianych zagadnień. Nie upiększa, nie dodaje ozdobników, nie próbuje wskazać jedynie słusznych rozwiązań. Takie reportaże lubię najbardziej.

Polecam wszystkim fanom literatury faktu. Fani ci, jeśli jeszcze o tym nie wiedzą, powinni się ze szczególną uwagą pochylić nad wydawnictwem Czarne – nie pożałujecie!:)

Tytuł: Obwód głowy
Autor: Włodzimierz Nowak
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2007
Stron: 258

poniedziałek, 4 lipca 2011

Na spalonej słońcem ziemi... - "Słońce Scortów" Laurent Gaudé

„Słońce Scortów” to kolejna powieść, którą przeczytałam tylko i wyłącznie dlatego, że mieliśmy ją omawiać na spotkaniu DKK. Tym razem przyczyną nie była antypatia do gatunku, jaki książka reprezentuje, ale zwyczajny fakt, że marne były szanse, abym zauważyła ją na księgarnianej czy bibliotecznej półce. Może to trochę wina okładki…

Lekturę każdej książki zaczynamy od okładki. Niepozorna okładka „Słońca Scortów” od razu przywodzi na myśl włoską Apulię, krainę, w której rozgrywają się opisane wydarzenia. Jest tak samo szara, jak skały rozpalonych słońcem nadmorskich gór i tak samo ozłacają ją pomarańczowożółte promienie słońca. Jest to miejsce, które wszystkim żyjącym tu stworzeniom stawia twarde warunki, które wymaga oddania mu wielu litrów potu i wielu godzin ciężkiej pracy, aby pozwolić żyć. Nic dziwnego, że taka ziemia rodzi nietypowych ludzi, czasem przy tym okrutnie z nich drwiąc.

Ród Scortów powstał właśnie na tej ziemi, zrodzony z obsesji, żądzy i oszustwa losu. Oto z chwili uniesienia bandyty, który postanowił za wszelką cenę powetować sobie lata zaprzepaszczonego w więzieniu życia na dziewczynie, przez którą do więzienia trafił i starej panny, która dla jedynej w życiu rozkoszy postanowiła nie wyjawiać, że nie jest tą, za którą ją wzięto, zrodził się pierwszy Scorta. Był on człowiekiem twardym, złym i szalonym. I dał początek rodzinie, którą następnie sam przeklął.

Dzieje tej rodziny opowiada nam Carmila, córka protoplasty rodu. Staruszka, przeczuwając, że umysł niedługo przestanie jej służyć, postanowiła powierzyć historię swojej księdzu, aby następnie przekazał ją wnuczce, kiedy dziewczynka osiągnie odpowiedni wiek. Oczywiście staruszka nie zna wszystkich faktów, a więc czasem dane jest nam zobaczyć migawki ze scen jej nieznanych – gdyż tylko autor zna całą historię.

„Słońce Scortów” jest sagą rodzinną. Pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasunęło podczas lektury, to „Sto lat samotności” Marqueza. Co prawda w „Słońcu…” nie uświadczymy realizmu magicznego, tak charakterystycznego dla powieści iberoamerykańskiego pisarza, ale nie styl prozy jest odpowiedzialny za to skojarzenie. Obie powieści opowiadają bowiem o wyobcowaniu pewnego rodu, o samotności i piętnie przekazywanym z pokolenia na pokolenie, w dusznym, spalonym słońcem powietrzu. Zdaję sobie sprawę z tego, że Marquez jest lepszym pisarzem od Gaude’a, ale wydaje mi się, że jeśli ktoś chce zakosztować klimatu „Stu lat samotności”, a jest uczulony na wszelkiego rodzaju realizm magiczny, to „Słońce Scortów” jest dla niego idealnym rozwiązaniem.

Jedynym, co wprowadzało lekki dysonans podczas lektury, był fakt, że autor upodobał sobie krótkie, urywane wręcz zdania. Wyróżnia to co prawda jego styl i nadaje mu rysę indywidualizmu, ale niezbyt pasuje do opisów, powolnej, słonecznej Apulii. Czytelnik czuje rozdźwięk między tum, o czym czyta, a tym, jak to jest napisane, co może utrudniać wczucie się w klimat powieści.

Podsumowując, „Słońce Scortów” szczególnie polecam miłośnikom sag rodzinnych. Poza tym uważam, że książka o najbardziej słonecznym zakątku Włoch będzie świetną lekturą na wakacje, wprowadzającą czasem klimat lekkiej melancholii i zadumy, ale nieprzygnębiającą.

Tytuł:Słońce Scortów
Autor: Laurent Gaudé
Tytuł oryginalny: Le soleil des Scorta
Tłumacz: Jacek Giszczak
Wydawnictwo: W.A.B
Rok: 2005
Stron: 270

piątek, 8 października 2010

Skamieniałe ciało, skamieniała dusza - "Kobieta zaklęta w kamień" Marta Fox


Książkami Marty Fox zaczytywałam się, nastolatką będąc. W wieku lat około czternastu przekopałam całe zapasy biblioteki, a były dość obfite, bo znalazły się tam: cała seria o pierwszej miłości, seria „Agaton – Gagaton”, „Magda.doc”, „Paulina.doc” i jeszcze jakiś zbiorek opowiadań. Wtedy byłam pełna zachwytów, jak to nastolatka czytająca powieści o miłości i to nie takiej lukrowanej, jak miedzy ciapowatą Belcią a boskim Edziem. Jednak, kiedy po długiej, kilkuletniej przerwie, sięgnęłam po „Świętą Ritę od Rzeczy Niemożliwych”, rozczarowałam się. Książka zupełnie do mnie nie trafiła, a skończyłam ją tylko dlatego, że była niewielkich rozmiarów. Dlatego wieść o najnowszej powieści pisarki przyjęłam ze sceptycyzmem i gdybyśmy nie mieli jej omawiać na spotkaniu DKK, pewnie nie sięgnęłabym po nią. Popełniłabym swoisty grzech zaniechania, a żałowałabym za niego szczerze.

Emilia jest kobietą po pięćdziesiątce, spełnioną zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. Jest poczytną pisarką i ma u boku mężczyznę, którego kocha, mimo, że nie jest on jej mężem. Nie znaczy to jednak, że jej życie jest przejrzyste jak kryształ, ma zarysowania i skazy, które jednak Emilia odpycha od siebie, zasklepiając w swym wnętrzu i nie szukając rozwiązania. Pewnego dnia spada na nią wiadomość porażająca: powoli zamienia się w kamień. I drogi czytelniku, nie ma co wietrzyć magicznych konotacji, gdyż jest choroba (pewnie obiła się o uszy fanom doktora Hause’a) dająca takie objawy. Nazywa się twardzina. Wiadomość ta mobilizuje Emilię do podjęcia próby poukładania spraw, które jeszcze są aktualne i rozprawienia się ze wspomnieniami tych, które już dawno zakończyła.

Powieści pani Fox (zwłaszcza te kierowane do starszego czytelnika), mają eklektyczną formę. W „Kobiecie zaklętej w kamień” możemy więc znaleźć wiersze i, co powinno być dla blogowiczów dodatkowym plusem, wtręty w postaci notek blogowych. Notki te są właściwie esejami dotyczące tych sławnych kobiet, które w taki lub inny sposób zostały zaklęte w kamień: bądź to stawia im się kamienne pomniki, bądź to izolowały się od najbliższych skorupą tak grubą, że aż kamienną. Główny trzon powieści stanowi jednak historia Emilii. Zawiera ona elementy autobiograficzne, dotyczące twórczości autorki (nie wiem, czy jakieś elementy prywatnej autobiografii również i szczerze mówiąc mnie to nie interesuje, ale inni czytelnicy mogą oczywiście sprawdzić, jeśli najdzie ich ochota). Czytając trzeba jednak zachować ostrożność, bo przeszłość jest przemieszana z teraźniejszością i łatwo zgubić się w czasie akcji. Nawet mi się to przytrafiło, chyba drugi raz w życiu dopiero.

„Kobieta zaklęta w kamień” to przede wszystkim książka o emocjach i o rozrachunku z samym sobą. Emilia poświęca wiele energii na rozpatrywanie wydarzeń i weryfikację swojego emocjonalnego stosunku do nich. Łatwo się więc domyślić, że mimo iż dzieje się sporo, to najważniejsza część fabuły rozgrywa się w głowie bohaterki. Dokonuje ona bilansu dawno zakończonego małżeństwa, aby do końca pogodzić się z tym, że jego rozpad nie był jej winą. Większą trudność sprawia jej akceptacja faktu, że jej dzieci wyfrunęły z gniazda i już od dawna są na tyle dorosłe, żeby świetnie sobie poradzić. Paradoksalnie, choroba jest w tej książce tylko pretekstem, chociaż to dzięki niej Emilia poznaje Monikę, która w jej życiu gości krótko, ale zostawia niezatarty ślad.

Ci, którzy Martę Fox już znają, wiedzą, czego po autorce się spodziewać. Byłabym jednak ostrożna w polecaniu „Kobiety zaklętej w kamień” osobom bardzo młodym, zauroczonym młodzieżową twórczością pisarki. Ze względu na wiek bohaterki identyfikacja z nią przychodziła mi z niejakim trudem, a i w jakiś sposób także sama musiałam dojrzeć do „dorosłych” powieści pani Fox. Jednak pozostałym czytelnikom polecam z całego serca.

Tytuł:
Kobieta zaklęta w kamień
Autor: Marta Fox
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2009
Stron: 300


P.S. Luby mi wygrzebał filmiki o pewnym kreskówkowym kocie (Simon's Cat). Urocze;) Muszę jednak wkleić linki, gdyż jakoś nie mogę dojść, jak wkleić video beż ściągania go.:(
Cat Man Do
Snow business
Let me in
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...