Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Scott Westerfeld. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Scott Westerfeld. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 lipca 2012

Goliath save the world... - "Goliat" Scott Westerfeld

Goliat to ostatni tom trylogii Scotta Westerfelda o wdzięcznym tytule Lewiatan. Poprzednie tomy zachwycały niesłychanym rozmachem kreowanego świata, barwnymi postaciami, wartką akcją i zaskakującymi wydarzeniami. To były książki, które, mimo że kierowane do „młodych dorosłych”, z wypiekami na twarzy mógł czytać każdy. Czy Goliat trzyma poziom?

Po wydarzeniach w Istambule, Lewiatan wraz z załogą i młodym księciem z rodu Habsburgów, udaje się na wschód. Plan zakładał lot do Tokio, ale nad Syberią okazało się, że wielki podniebny statek musi wziąć udział w misji ratunkowej. W ten sposób na jego pokładzie zjawia się Nicola Tesla – naukowiec tyleż utalentowany, co szalony. Przekonuje on Alka (czyli wspomnianego wyżej księcia), że skonstruował broń mogącą położyć kres toczącej się wojnie. W wyniku tych wydarzeń, Lewiatan rusza do Ameryki. Dopiero tam zacznie się prawdziwa przygoda. 

Akcja powieści rozgrywa się w czasie pierwszej wojny światowej. Niemniej, założeniem autora było napisanie powieści przygodowej, więc zawiedzie się ten, kto oczekuje po piętnastoletnim księciu i jego, ukrywającej się w męskim przebraniu, przyjaciółce Deryn głębokich refleksji odnośnie okropności wojny. Zwłaszcza, że autor tak prowadzi akcję, aby bohaterowie znajdowali się jak najdalej od europejskiego frontu. Sprzeciw wobec wojny przejawia się w czymś innym: we współczuciu dla załogi atakowanego okrętu, w bezsilnej złości na rzeczywistość, czy wreszcie w obsesji Alka, dotyczącej zakończenia konfliktu. Moim zdaniem jest to dużo bardziej wiarygodne, niż długi, wewnętrzny monolog nastoletniego kadeta po trzech miesiącach służby.

Wspominałam o niezwykle barwnym świecie. Nie da się ukryć, że Westerfeld ma bogatą wyobraźnię — w końcu nie każdy wymyśliłby świat podzielony między darwinistów, hodujących najdziwniejsze, sztuczne bestie i chrzęstów, którzy ślepo wierzą w mechanizację, daleko bardziej spektakularną, niż ma to miejsce u nas. Czytelnik ciągle jest bombardowany niesamowitymi obrazami, najdziwniejszymi mechanizmami czy osobliwymi stworzeniami. Wywołują one tym większe wrażenie, że zostały wspaniale i klimatycznie zilustrowane przez Keitha Thompsona, co w ogóle bardziej upodabnia lekturę do czytania komiksu czy oglądania filmu. Chyba nie ma lepszego sposobu do zachęcenia młodego czytelnika.

Bohaterowie również są mocną stroną powieści. Zadziorna, zdeterminowana Deryn, która mimo zewnętrznej twardości ciągle potrafi być zwykłą dziewczyną, a nie zmutowanym babochłopem, idealista Alek, czy wiecznie knująca Nora Brown — to tylko najczęściej pojawiające się na kartach powieści osoby. Każdy znajdzie coś dla siebie, jakiegoś ulubionego, opisanego kilkoma niezwykle trafnymi słowy bohatera. Nie wspominając już o pewnych przemyślnych lemurach, które często są bardziej przemyślne od właścicieli.

Westerfeld operuje prostym, ale nie prostackim językiem, zrozumiałym dla nastoletniego czytelnika, ale jednocześnie tak pomyślanym, aby wzbogacać tegoż czytelnika słownictwo. Jednocześnie stara się różnicować wypowiedzi postaci (a tłumacz razem z nim, za co należą mu się cześć i chwała). I tak Alek wyraża się zawsze poprawnie, po dworsku i z pewną emfazą (chociaż do trzeciego tomu zdążył się już nieco pozbyć tego nawyku), Deryn zaś mówi jak dzieciak z pierwszego-lepszego szkockiego podwórka, czyli używając skrótów i nie do końca literackiej gramatyki. Jednocześnie autor zawarł w powieści mnóstwo humoru, co dodatkowo wzbogaca lekturę.

W Goliacie każdy znajdzie coś dla siebie. Jest konspiracja, wojna, rebelianci w dziczy, nauka, spiski i knowania; jest przyjaźń, pochwała wierności i honoru; jest rodzące się uczucie. Wreszcie są przecudnej urody ilustracje. Nie pozostaje mi nic innego, jak polecić tą wspaniałą trylogię (bo polecanie samego trzeciego tomu nie ma sensu, prawda?) każdemu. Jeśli macie dzieci — kupcie im i sami podczytujcie mniej lub bardziej jawnie. Jeśli nie macie dzieci, to po prostu kupcie sobie. Dobra zabawa gwarantowana, niezależnie od wieku.

Recenzja napisana dla portalu Unreal Fantasy.

Tytuł: Goliat
Autor: Scott Westerfeld
Tytuł oryginalny: Goliath
Tłumacz: Jarosław Rybski
Cykl: Lewiatan
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2012
Stron: 496

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Monster, monster in the sea! - "Behemot" Scott Westerfeld


„Behemot” to drugi tom cyklu „Lewiatan”. Przy okazji tomu pierwszego chwaliłam świetną fabułę, żywe postacie barwny świat. Co pochwalę przy okazji tomu drugiego? To samo i jeszcze kilka innych rzeczy.

„Lewiatan”, olbrzymi, żywy statek powietrzny, jest w drodze do Konstantynopola. Mimo katastrofy i wielu utrudnień, doktor Barlow jest bardzo zdeterminowana, aby ukończyć swoją misję i nie chce słyszeć o zawróceniu statku. Nawet jeśli jedyną możliwość jego poruszania się gwarantują chrzęstowe silniki, obsługiwane przez Alka i jego szkieletową załogę. Alek z kolei powoli obmyśla plan ucieczki, gdyż doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak cennym łupem stałby się dla Anglików, gdyby jego tożsamość została odkryta. Deryn przez większość czasu prowadzi życie zwykłego kadeta. Do chwili, gdy zostaje jej zlecona pewna tajna misja. A nad tym wszystkim unoszą się widma rebelii, wielkiej polityki i pewnego wścibskiego dziennikarza.

Fabuła jest, jak poprzednio, typowo przygodowa – pościgi, tajne misje, tajne spotkania, negocjacje na wysokim szczeblu, konspiracja i wreszcie spektakularne akcje, pościgi, wybuchy i wielka rozwałka. I bardzo dobrze, bo gdyby w powieści przygodowej absolutnie nic się nie działo, to byłaby katastrofa. Jednak, mimo, że wymienione wyżej fajerwerki zajmują najwięcej miejsca, warto zajrzeć trochę głębiej, bo autor sporo rzeczy poukrywał pod tą niezwykle ruchliwą i barwną warstwą.

Jeśli ktoś oczekiwał rozważań o paskudnej naturze wojny, to się rozczaruje. Akcja powieści rozgrywa się głównie w Istambule, który od głównego frontu jest oddalony o setki kilometrów. Nasi młodzi bohaterowie nie mają okazji oglądać okropności wojny. Owszem, dopada ich refleksja nad losem załogi wrogiego statku, z którym akurat prowadzili wymianę ognia i żal im ginących Niemców, ale nie rozpaczają przesadnie – w końcu, z dwojga złego, lepiej, żeby to oni leżeli na dnie, a nie my. Ale ja nie o tym miałam pisać. 

Największe wrażenie zrobiło na mnie wplecenie wątków etnicznych i feministycznych (czytelnicy, którzy na to słowo reagują alergicznie, proszeni są o nieuciekanie z krzykiem). Świetnie opisany jest wielokulturowy charakter przedwojennego Istambułu, a to, że każda mniejszość obstawia swoją dzielnicę maszynami własnej roboty i specyficznego wzornictwa, niezwykle działa na wyobraźnię. Czego mi zabrakło? Ano wyjaśnienia, dlaczego polityka sułtana jest wielkiej liczbie ludzi tak bardzo nie na rękę, żeby wzniecać drugie w ciągu sześciu lat powstanie. Widać emocje i zaangażowanie powstańców, nie widać natomiast, skąd one się wzięły.

Wątki feministyczne są chyba oczywistym wtrętem, jeśli weźmie się pod uwagę, że główna bohaterka musi udawać chłopca. W „Behemocie” Deryn przeciwstawiono Lilit, bardzo podobną, a jednocześnie całkiem odmienną od młodej Angielki. Deryn musi ciągle udowadniać, że jest bardziej męska od dowolnego chłopaka, aby móc robić to, co kocha i aby jej kamuflaż pozostał nienaruszony. Lilit otwarcie udowadnia, ile kobieta może być warta – i nikt z miejscowych tego nie krytykuje. Tylko młodzi europejczycy, mimo dowodów, ciągle nie są w stanie uwierzyć, że kobieta może w czymkolwiek dorównać mężczyźnie. Dla nas takie myślenie jest co najmniej dziwne i kojarzone z fanatyzmem religijnym, ale Westerfeld subtelnie pokazuje, że jeszcze sto lat temu było normą. A przy okazji humorystycznie daje do zrozumienia, że dziewczęta mogą być bardziej męskie, niż chłopcy.;)

Czy powieść ma jakieś wady? Dla mnie osobiście – za mało doktor Barlow. Ta irytująco bystra kobieta wystąpiła co prawda w roli dyplomaty, ale najbardziej ją lubię, kiedy występuje w roli samej siebie. Chyba daruję sobie resztę pisaniny o wadach, bo dotyczą one głównie niedoborów i nadmiarów tego czy owego w fabule i raz, że są czysto subiektywne, a dwa – wymagałyby mnóstwa spoilerów.

Co więc czeka czytelników w „Behemocie”? Mnóstwo wartkiej akcji, nieco intryg, kopy humoru i jedno zwierzątko zdecydowanie mądrzejsze od swojego pana, a poza tym początek (ciągle początek, bo od poprzedniego tomu nic się nie zmieniło) historii miłosnej, a jeśli przeczucie mnie nie myli, to może  następnym tomie wykiełkuje jeszcze jedna. Krótko mówiąc – lektura dla każdego – nic, tylko brać i czytać. 

Jak ja bardzo nie umiem robić zdjęć...


Tytuł: Behemot
Autor: Scott Westerfeld
Tytuł oryginalny: Behemoth
Tłumacz: Jarosław Rybski
Cykl: Lewiatan
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2011
Stron: 465

niedziela, 13 maja 2012

Moby Dick in the sky. And he can fly! - "Lewiatan" Scott Westerfeld

Co lubicie w książkach przygodowych? Ja ostatnio lubię, kiedy są w konwencji fantastycznej. A jeśli już macie książkę przygodową w konwencji fantastycznej, to czego od niej oczekujecie (poza takimi oczywistościami, jak logiczna fabuła i bohaterowie nieco żywsi niż papierowe figurki)? Ja osobiście oczekuję ciekawego świata o konstrukcji na tyle spójnej, żeby mi się kołek od zawieszania niewiary nie złamał. Nic nie poradzę na to, że mam słabość do ładnych dekoracji. Jeśli o nie chodzi, to dawno nie widziałam tak barwnych i bogatych, jak w „Lewiatanie”. A to nie jest jego jedyna zaleta.

28 czerwca 1914 roku. W nocy do pokoju Aleksandra wpadają dwaj jego nauczyciele i każą mu się natychmiast ubierać. Okazuje się, że rodzice chłopca zostali zamordowani podczas wizyty w Sarajewie, zaś on sam może rychło podzielić ich los. Za stajniami na uciekinierów czeka już bojowa machina krocząca, która ma ich zabrać w bezpieczne miejsce. Ucieczka będzie długa i trudna – pościg rusza już po kilku godzinach, zaś wrogowie nie przebierają w środkach…

Tymczasem w Anglii Deryn przygotowuje się do spełnienia swojego marzenia o karierze w siłach powietrznych. Jest tylko jeden mały problem: Deryn to dziewczyna, a na służbę przyjmuje się tylko mężczyzn. Trzeba więc wojskowych oszukać, a ma w tym pomóc doświadczenie zdobyte podczas balonowych lotów z ojcem, brat już pełniący służbę, który zadbał o odpowiednie rekomendacje i kilka krawieckich poprawek w umundurowaniu. W końcu możliwość latania na olbrzymim podniebnym wielorybie jest warta tej odrobiny ryzyka, prawda?

Szybi szkic Tazzy, pewnego wilka workowatego:)
Oczywiście losy dwójki bohaterów w pewnym momencie się splatają, ale ja nie o tym, tylko o zaletach powieści. A więc główną i niezaprzeczalną jest wartka, porywająca fabuła. Ciągle mamy do czynienia z pościgami, potyczkami zarówno w powietrzu, jak i na ziemi oraz niezwykłymi przygodami, że o takich drobiazgach, jak katastrofy nie wspomnę. Nie ma chwili spokoju. To dobrze, wszak „Lewiatan” jest powieścią młodzieżową, a młodzieży nie w głowie poznawanie dylematów egzystencjalnych bohaterów. Niemniej, autor wykazał się nie lada sprytem i umiejętnościami, bo całkiem sporo udało mu się w tę fabułę wpleść. Mamy więc trochę rozważań politycznych z epoki (która, mimo iż alternatywna, generalnie wszystkie główne założenia ma wspólne z prawdziwą), trochę treści historycznych, w tym anegdot i ciekawostek (te, które zaistniały jedynie na kartach powieści, zostały skrupulatnie wyliczone w posłowiu), rozważania o sytuacji jednostki wciągniętej w tryby światowej polityki oraz standardową w książkach dla młodzieży dawkę krzepiącej wiedzy o sile przyjaźni, który to wątek dopiero się rozwija.

Kilka słów o bohaterach. Jak już wspominałam, mamy do czynienia z literaturą młodzieżową, więc nie ma się co spodziewać rozbudowanej psychologizacji postaci. Niemniej, autorowi kilkoma nieraz zdaniami udaje się nakreślić barwny obraz, wypunktować subtelnie główne cechy charakteru, zaś drobniejsze rysy jedynie zasugerować. I tak Alek i Deryn są odważni i zuchwali nastoletnią, niedojrzałą zuchwałością, zaś pani Barlow pozostaje tajemniczą kobietą, której prawdziwej władzy i możliwości możemy się jedynie domyślać (nawiasem, to moja ulubiona postać). Spektrum osobowości jest tak szerokie, że każdy znajdzie sobie ulubieńca.

Fragment ilustracji Keitha Tompsona.
Na początku wspomniałam o dekoracjach. W „Lewiatanie” składają się na nie z jednej strony darwinistyczne stworzenia o niesamowitych kształtach i rozmiarach, które w Anglii, Francji i Rosji są hodowane w miarę potrzeb i zastąpiły praktycznie wszystkie maszyny, z drugiej zaś wielkie mechanizmy chrzęstów (czyli Niemców, Austriaków i Turków) – olbrzymie machiny kroczące, sterowce czy proste aeroplany. I tak sobie myślę, że te ozdobniki nie miałyby nawet połowy swojej siły oddziaływania, gdyby nie fenomenalne ilustracje Keitha Tompsona. Są niewiarygodnie szczegółowe i liczne, co sprawia, że książkę czyta się trochę jak komiks, a trochę ogląda jak film. W każdym razie, nawet jeśli ktoś nie lubi lub mu się nie spodoba, to warto ją mieć choćby po to, żeby pogapić się na obrazki.

„Lewiatan” to powieść nawiązująca do najlepszych tradycji książek przygodowych. I mimo że fabuła nie powala oryginalnością - na litość, nie od tego są takie dziełka. Są od tego, żeby z wypiekami na twarzy spędzić z nimi kilka wieczorów. I to zadanie „Lewiatan” wypełnia znakomicie.

Tytuł: Lewiatan
Autor: Scott Westerfeld
Tytuł oryginalny: Leviathan
Tłumacz: Jarosław Rybski
Cykl: Lewiatan
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2011
Stron: 410

PS. Mam kilka szkiców do "Lewiatana", a z kolejnymi częściami trylogii pewnie jeszcze dojdą nowe. Gdyby znaleźli się jacyś chętni do oglądania, to po zrecenzowaniu całej trylogii mogę wstawić specjalną notkę ze szkicami. Co wy na to? 
PS.2 Tutaj jest przecudnej urody trailer do angielskiego wydania "Lewiatana". Klikajcie, bo warto obejrzeć.:)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...