Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z misiem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z misiem. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 czerwca 2013

Strrraszne rzeczy raz jeszcze - „Te paskudne robale”, „Kosmos, gwiazdy i zakichani kosmici” Nick Arnold, „Porażająca galaktyka” Kjatran Poskitt

Jakiś czas temu pisałam o nadrabianiu kultowych serii z dzieciństwa za pomocą „Strrrasznej historii”. Historyczna seria dla dzieci nie była jednak osamotniona w swojej formule – miała siostrę zajmującą się bardziej zróżnicowaną tematyką (czyli wszystkim, co zostało). Siostra ta nazywała się „Monstrrrualna erudycja” i w jej skład wchodziły książeczki z co najmniej dwóch różnych oryginalnych serii („Horrible Science” i „The Knowledge”). W ramach nadrabiania zaległości i cofania się w rozwoju postanowiłam pobrać i przebadać próbkę „Monstrrrualnj erudycji”.

Jako próbka posłużyły mi trzy książeczki: „Te paskudne robale” i „Kosmos, gwiazdy i zakichani kosmici” Nicka Arnolda oraz „Porażająca galaktyka” Kjatrana Poskitta. Zajmijmy się każdą z osobna.

Na pierwszy ogień pójdą „Te paskudne robale”, bo najbardziej odstają tematyką od reszty książeczek. I muszę przyznać, że nie zrobiły na mnie tak dobrego wrażenia, jak „Strrraszne historie”. Od strony merytorycznej nie było tak źle – co prawda znalazłam kilka błędów, wynikających czy to z koniecznych uproszczeń, czy to z różnic między polską a angielską nomenklaturą zwyczajową, których nie wyłapała i nie wygładziła redakcja, ale nie były one szczególnie nieznośne. Problemem był raczej styl. Brakowało mi niewymuszonego humory „Strrrasznych historii”. Ten w „Monstrrrualnej erudycji” wydawał się wymuszony i nieco histeryczny – raczej odstręczający, niż uprzyjemniający lekturę. Wydaje mi się, że dzieciakom można o owadach opowiadać ciekawiej. Na plus mogę zaliczyć polecane przez autora sposoby odłowu i krótkoterminowej opieki nad pospolitymi robaczkami (choć podejrzewam, że mamusie pociech nie będą zachwycone wprowadzaniem ich w życie.

„Kosmos, gwiazdy i zakichani kosmici” to, wbrew pozorom, opowieść raczej o naszym Układzie Słonecznym, niż o cudach kosmosu, miejscami nawet fabularyzowana. Humor jest tu zdecydowanie mniej wymuszony, zaś informacje zdają się zawierać mniej błędów (choć nie są od nich wolne). Reakcja byłaby pewnie bardziej entuzjastyczna, gdybym wcześniej nie przeczytała „Porażającej galaktyki”, traktującej zasadniczo o tym samym. Niemniej, styl i humor Proskitt(a?) podobały mi się znacznie bardziej. Poza tym, praktyczne rady, jakich udzielał odnośnie obserwacji nieba i proste mapki dołączone do książeczki działają zdecydowanie na jego korzyść. Trochę zastanawiający jest z resztą pomysł wydawania w jednej serii książeczek o takiej samej tematyce…

Na razie wystarczy mi nadrabiania zaległości. Przynajmniej do momentu, kiedy wypożyczę „Matyldę”, bo ostatnio ją namierzyłam.;)

Tytuł: „Te paskudne robale”, „Kosmos, gwiazdy i zakichani kosmici”,  „Porażająca galaktyka”
Autor: Nick Arnold, Kjatran Poskitt
Tłumacz: Różni
Cykl: Monstrrrualna Erudycja
Wydawnictwo: Egmnot
Rok: 1998, 2000, 2006
Stron: 127, 142, 157

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Antyutopia doskonała - "Nowy wspaniały świat" Aldous Huxley

Pełnoprawne antyutopie to ostatnio rzecz bardzo rzadka (w przeciwieństwie do dystopii, które rozwijają się bardzo dynamicznie – zwłaszcza w dziale młodzieżowym). Ale nie znaczy to, że żadnej takiej książki wartej przeczytania nie można znaleźć. Można – na przykład „Nowy wspaniały świat”. Właśnie go przeczytałam i nie mam ambicji recenzowania go, bo do tego potrzebny mi byłby odpowiedni fakultet oraz znajomość przynajmniej części tekstów, które na temat „Nowego wspaniałego świata” popełnili mądrzejsi ode mnie. Za to chętnie podzielę się swoimi refleksjami czysto subiektywnymi. Acha, no i spodziewajcie się spoilerów, aczkolwiek w tej akurat książce nie mają one większego znaczenia.

Na początek może zarysuję fabułę, żeby czytelnicy nie znający powieści mieli pojęcie, o czym mowa. Oto mamy społeczeństwo przyszłości, idealne, programowane już od wczesnego rozwoju płodowego w sztucznych macicach do roli społecznej, jaka na nie w dorosłości czeka. Nie na wszystkich warunkowanie jednak działa. Dodatkowo istnieją jeszcze rezerwaty dzikich, gdzie żyją ludzie całkowicie pozbawieni technologii (najczęściej wywodzący się z rdzennych ludności kontynentów). Co się stanie, gdy mężczyzna dorastający w rezerwacie zostanie przeniesiony do centrum cywilizacji? Chyba łatwo się domyślić, zważywszy, że mamy do czynienia z antyutopią, a nie z młodzieżową dystopią.

Przyjrzyjmy się teraz społeczności idealnej, jaką wyśnił autor. Jest ona bardzo ciekawa, bowiem Huxleyowi udało się stworzyć byt idealnie antyutopijny, którego nie można podważyć żadnym logicznym argumentem. Że mamy kasty? Co z tego, skoro wszyscy i tak są szczęśliwi? Od maleńkości programuje („warunkuje”, jak pisze autor) się ich do przyjmowania swojego miejsca w społeczności jako najlepszego, co może się przytrafić. Napięć seksualnych też nie ma, bo „każdy należy do każdego”. A że uczucia są czymś nagannym? Że poświęcili sztukę i indywidualizm w imię dobra ogółu? Czy to było poświęcenie, czy jedynie niska cena za ład społeczny?

W zasadzie jedynym słabym punktem antyutopijnego świata Huxleya są dla mnie rezerwaty. Nie pasują mi do tego sielskiego obrazka. Nie bardzo rozumiem, jak społeczność, która wysoce sobie ceni etykę (specyficznie pojmowaną, ale jednak) może dopuszczać istnienie enklaw ludzkiego nieszczęścia, gdzie szerzą się choroby, przemoc i starość, gdzie w dodatku nie zamyka się przecież ochotników znudzonych społecznym ładem. Pewnie nieco światła rzuciłaby na to historia powstania rezerwatów, ale na ten temat w książce nie ma nic.

Bohaterowie w „Nowym wspaniałym świecie” są pretekstowi – mają podkreślić jakiś aspekt nowego ładu, uwypuklić go. I tak mamy Bernarda, którego warunkowanie nie do końca się powiodło, a i fizycznie odstaje od wzorca swojej najwyższej kasty. Trochę dusi się w powszechnej szczęśliwości i braku chwil samotności, do których nie do końca jest dostosowany. Jednocześnie nie jest bohaterem – ceni sobie swoją wygodną posadkę i nie może znieść myśli o utracie jej. W zasadzie jest nikim, jeśli chodzi o siłę charakteru – kiedy ma możliwość, mści się na wszystkich i wykorzystuje (ale niezbyt dużo, nie stać go na prawdziwe okrucieństwo), ale kiedy szczęście się od niego odwraca, nie potrafi sobie poradzić z niechęcią, jaką wzbudził. Jest też Dzikus z rezerwatu, skazany na porażkę w walce z systemem (tu zgodzę się z autorem, że jednostka nie ma szans w takim starciu, chyba, że zbierze wokół siebie więcej jednostek; w idealnie zaprogramowanym społeczeństwie jest to jednak niemożliwe). I jest jeszcze Lenina, której zadaniem chyba miało być gorszenie rozwiązłością obyczajową czytelników z lat trzydziestych. Mnie jednak wydała się niewinną ofiarą cudzych rozgrywek oraz cudzego i własnego niezrozumienia.

Dodam jeszcze z zupełnie innej beczki, że chociaż założenia ogólne Huxleya, jakie na potrzeby powieści poczynił odnośnie rozwoju technologii są wstrząsająco trafne, tak w szczegółach są rozczulająco zacofane. Och, żeby ktoś mu doniósł o teoretycznych możliwościach inżynierii genetycznej, cała linia warunkowania płodowego byłaby zbędna! A doniesienia o możliwości hodowli narządów mogłyby drastycznie zmienić ustrój społeczny! Niezmiernie zabawny wydał mi się też brak ekwiwalentu telefonów komórkowych – jakiejkolwiek mobilnej, personalnej komunikacji na odległość. Choć największy anachronizm, jaki wpadł mi w oczy, był raczej natury obyczajowej. Pytanie do tych, którzy czytali: kojarzycie jakieś kobiety alfy na wysokich stanowiskach? Ja nie, a trochę wierchuszki dano nam obejrzeć. Z pewnością takie również hodowano (eksperyment cypryjski raczej nie odbył się z udziałem samych mężczyzn), niemniej autor ich nie pokazuje. Czyżby pisarzowi okresu dwudziestolecia międzywojennego nie mieściło się w głowie, żeby kobieta dzierżyła władzę, nawet za 600 lat?

„Nowy wspaniały świat” to jedna z tych powieści „o systemie”, których z zasady nie lubię. Tym razem jednak wzbudziła fascynację, głównie z powodu postulatów, z częścią których najpierw się zgadzamy, a później zastanawiamy się, czy aby na pewno wszystko z nami w porządku. Coś, czego nie da się ugryźć. Ale chyba też coś, na czym każdy musi sam sobie połamać zęby.

Tytuł: Nowy wspaniały świat
Autor: Aldous Huxley
Tytuł oryginalny: Brave New World
Tłumacz: Bogdan Baran
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 1988
Stron: 272
 Książka przeczytana w ramach wyzwania "Eksplorując nieznane".

wtorek, 8 stycznia 2013

Straszne rzeczy - "To okropne średniowiecze", "Wredna wiktoriańska Anglia", "Ci koszmarni Celtowie", "Ci paskudni Aztekowie" Terry Deary

Jest taka seria książek dla młodszego czytelnika, która zyskała sobie w pewnych kręgach miano kultowej. Do tej pory nie miałam okazji się z nimi zapoznać. Umówmy się, nie jestem szczególną pasjonatką historii i nigdy nie byłam, stąd w dzieciństwie wolałam raczej czytać o rekordach zwierząt, niż o dawnych dziejach (chyba, że termin „dawne dzieje” odnosi się do co najmniej dwudziestu tysięcy lat wstecz). Niemniej, seria „Strrraszna historia” była wspominana tyle razy, że poczułam się jakoś wykluczona (wiecie, jak ktoś, kto przyszedł na spotkaniu uberfanów literatury fantasy i zastanawia się, o co chodzi z tym Tolkienem). Kiedy nadarzyła się okazja, wybrałam kilka tomów okazowych i pognałam uzupełniać braki.


Najpierw może wspomnę, co to były za tomy. Oczywiście same takie, które kojarzą się z modnymi motywami fantasy.;) Mamy więc „To okropne średniowiecze” i „Tych koszmarnych Celtów”, bo nawiązują do nie wiem czy nie najpopularniejszych w historii motywów fantasy. A ponieważ ostatnio popularność zdobywa też steampunk, nie mogłam sobie odmówić „Wrednej wiktoriańskiej Anglii”. A jako odskocznia – „Ci paskudni Aztekowie”.

Pierwsze wrażenie? „Za stara już na to jestem, a szkoda”. Gdybym była o te piętnaście lat młodsza, pewnie byłabym żywiołowo zachwycona i chciała więcej. Nawet teraz książeczki czytało mi się bardzo przyjemnie. A dlaczego?

Powodów jest kilka. Po pierwsze – język. Autor całkiem nieźle radzi sobie w komunikacji z dziećmi, nawet jeśli jego straszne historie powoli (bardzo powoli) się starzeją. Całkiem sporo daje też humor zawarty głównie w błyskotliwych rysunkach Martina Browna i czasem nie da się nie zachichotać. Poza tym, książeczki mają raczej strukturę zbioru ciekawostek, niż podręcznika. Dlatego prędzej znajdziemy tam przepisy na dania z epoki, niż spisy kto z kim, gdzie i dlaczego walczył. Osobiście bardzo przypadła mi do gustu perspektywa wypróbowania dań celtyckich, ale że nie przepadam za płatkami owsianymi, to sobie odpuszczę.

Same ciekawostki bliższe są raczej przyziemnym sprawom życia codziennego, niż wspomnianym bitwom (w których to nie bardzo wiadomo, dlaczego się bili). Zwłaszcza dla polskiego czytelnika to może być nęcące – za moich czasów w podręcznikach raczej nie skupiano się na życiu codziennym, nad czym ubolewałam. A tu proszę – można sobie dokładnie zbadać zaułki wiktoriańskiego Londynu (a było co badać; po przeczytaniu „Wrednej wiktoriańskiej Anglii” nabrałam przemożnej ochoty na Dickensa, albo lepiej, na „Drooda” Simonsa), zajrzeć do celtyckiego sioła i podpatrzeć pracę druidów, tudzież powęszyć wokół legendy arturiańskiej (te wszystkie cudowne retellingi, których jeszcze nie przeczytałam, a powinnam, bo to klasyka fantasy…), pobuszować w pracowni średniowiecznego medyka (przyznam, że charakteryzuje mnie wrodzona skłonność do naukowej makabry; zna ktoś jakąś soczystą publikację na temat co ciekawszych praktyk średniowiecznych lekarzy?) czy popatrzeć, jak Aztekowie składają swoje krwawe ofiary (ekhem, „Sagę o Rubieżach” trzeba doczytać…). A nie tylko ci nudni królowie i ich bezsensowne bitwy…

Może z tej entuzjastycznej notki wynika, że cofam się w rozwoju. Wolę jednak twierdzić, że po prostu potrafię docenić dobrą popularnonaukową książeczkę dla dzieci. Nie wiem, czy wszystkie „Strrraszne historie” są na tak wysokim poziomie, ale nawet jeśli nie, to warto je podsunąć dzieciakom w wieku szkolnym (tym z podstawówki raczej). Przynajmniej nie zniechęcą się do historii, a może i trwała miłość do tej dziedziny wiedzy się narodzi.

Tytuł: "To okropne średniowiecze", "Wredna wiktoriańska Anglia", "Ci koszmarni Celtowie", "Ci paskudni Aztekowie"
Autor: Terry Deary
Tłumacz:
Różni
Cykl: Strrraszna historia
Wydawnictwo: Egmnot
Rok: 1997, 2004
Stron: 127

czwartek, 6 września 2012

Kierunki znane i nieznane - "Wszystkie strony świata" Ursula K. LeGuin

O tym, że prozę Le Guin lubię, pisałam tu już kilkukrotnie. Ostatnio z tym swoim lubieniem bardzo się ożywiłam i miesiąc bez jakiejś książki tej autorki wydaje mi się niepełny. Tym razem czytałam „Wszystkie strony świata”. To mój pierwszy kontakt z krótką formą tej pisarki, „Wszystkie strony świata” są bowiem zbiorem siedemnastu opowiadań z dość wczesnego okresu twórczości (pochodzą z lat sześćdziesiątych i wczesnych siedemdziesiątych), mimo to znalazło się już kilka tekstów nagradzanych najbardziej prestiżowymi nagrodami. Czy zasłużenie?


Zanim odpowiem na to pytanie, dodam, że każde z opowiadań autorka opatrzyła krótkim wstępem dotyczącym okoliczności jego powstania. Bardzo lubię takie smaczki, które częściowo wyjaśniają, co autor miał na myśli, innym razem wyjawiają nam trochę jego osobistych poglądów, a jeszcze kiedy indziej zdradzają inspiracje. A do tego pani Le Guin robi to ze swoistym wdziękiem.

„Naszyjnik Semley” został wykorzystany jako wstęp do „Świata Rocannona” i kilka słów o nim znajdziecie w recenzji tej właśnie książki. Nie jest to jedyny tekst związany z cyklem „Hain”. Kolejnym jest „Królowa Zimy”, związane z „Lewą ręką ciemności”. Mówi on w pewnym sensie o dylematach władzy – zarówno tej królewskiej, jak i tej, którą każdy z nas sprawuje nad samym sobą. Co nam pozostaje, gdy wiemy, że ktoś manipuluje naszym umysłem, ale nie wiemy, w jakim stopniu? I kiedy wiemy, że będzie to miało wpływ na życie milionów? I czy gdy już postanowimy usunąć się w cień, mamy prawo powrócić?

„Dzień przed rewolucją” również związany jest z „Hainem” i odnosi się do „Wydziedziczonych” (został też nagrodzony Nebulą). Stara kobieta ma w nim okazję obserwować pierwsze owoce rewolucji, o jaką przez lata walczyła. Niestety, nie potrafi się nimi cieszyć. Autorka zadaje pytanie o cenę, jaką warto zapłacić za urzeczywistnienie własnych ideałów. Ukazuje też, że rozpoczęte przed laty dzieło w pewnym momencie zaczyna sobie radzić samo – co z jednej strony jest ulgą dla autora, a z drugiej wywołuje poczucie bycia zbędnym.

„Szerzej niż imperia i wolniej” też związane jest z „Hainem”, ale już nie z jakimś konkretnym tomem. Fabuła mówi o poszukiwaniach inteligentnego życia poza haińskimi koloniami, ale tak naprawdę tematem tego opowiadania są emocje, które autorka najwyraźniej uważa za uniwersalne dla wszystkich istot rozumnych. Opowiadanie można odbierać na wielu poziomach. Poza tym, że jest to po prostu piękna, urzekająca historia, mówi jeszcze o obcości, o przekleństwie obcowania z cudzymi emocjami, o przekleństwie niemożliwości porozumienia się nie tylko z obcymi, ale także ze współbadaczami. Jedno z opowiadań, które najbardziej mi się w tym zbiorze podobało.

Jeśli już jesteśmy przy cyklach, to może przejdźmy do dwóch opowiadań wczesnoziemiomorskich. Jak autorka wspomina, kiedy je pisała, sama jeszcze dobrze nie znała Ziemiomorza, stąd pewne odstępstwa od cyklu, zaś czytelnik może śledzić pewne zmiany, jakie zachodziły w koncepcji świata. „Magiczne słowo” zawiera pewne motywy użyte później w „Najdalszym brzegu” i poza nimi trudno mi się doszukać tu czegokolwiek poza wątkiem ucieczki maga, pełnej przemian w baśniowym stylu. „Prawo imion” jest już bliższe tej koncepcji Ziemiomorza, którą znamy z cyklu. Jest ciekawym, nieco baśniowym i nieco humorystycznym opowiadaniem z pointą, która byłaby zaskakująca, gdyby autorka nie zdradziła jej we wstępie.

Czas na opowiadania z niczym niezwiązane. „Kwiecień w Paryżu” jest tekstem trochę nostalgicznym, w którym średniowieczny alchemik przyzywa do swojego paryskiego pokoiku ludzi z różnych czasów. Doprowadza do nieco smutnych wniosków, że niekiedy bratnią dusze możemy znaleźć tylko w czasie, który już dawno minął, ale jest pełne swoistego uroku.

„Mistrzowie” są opowiadaniem, gdzie autorka zajmuje się natura nauki jako takiej. Ciekawym pomysłem było stworzenie świat, w którym parowe technologie funkcjonują mimo tego, że matematyka jest zakazana (w ogóle wiele aspektów nauki jest ukazanych bardzo przewrotnie). Również z aspektami nauki (ale tym razem bardziej z ich ludzką częścią) wiążą się „Gwiazdy pod ziemią”. Dla mnie osobiście jest to literacki dowód na to, że pasja człowieka może przetrwać nawet jego samego, nawet jeśli nikt o tym nie wie i nawet, jeśli ujawnia się w zupełnie zaskakującej dziedzinie. Samo opowiadanie jest jednak raczej smutne.

„Dziewięć śmierci” jest z kolei opowiadaniem sci-fi w klasycznym tego słowa znaczeniu. Jego głównym tematem jest klonowanie, ale pokazane w zaskakująco odmienny od znanego mi dotąd sposób. Podoba mi się nacisk, jaki autorka kładzie na psychologiczne aspekty naukowego zagadnienia, o którym pisze. Poza tym tekst w świetny, choć wyolbrzymiony sposób pokazuje wady ściśle wyspecjalizowanych i szkolonych do samowystarczalnej pracy zespołów.

„Pole widzenia” to opowiadanie znacząco różniące się od innych tekstów w zbiorze zarówno klimatem, jaki pointą. Jest dość niepokojące i ja widzę w nim groźbę dobrowolnego zaniknięcia indywidualizmu w obliczu jakiejś jedynie słusznej prawdy.

Pozostałe teksty jakoś do mnie nie trafiły. „Skrzynka ciemności” mimo przesłania, jakie w niej znalazłam, raczej odstraszała surrealistyczną fabułą. „Udana wycieczka” ze swoim motywem oczyszczającej i niemożliwej podróży jest dla mnie bezbarwna. Przesłanie „Rzeczy” nawet do mnie nie dotarło, nie mówiąc już o trafianiu. W psychomicie „Wycieczki do głowy” jest zbyt dużo „psycho”, żeby dobrze to czytać. Zaś „Kierunek drogi”, mimo oryginalnego skądinąd pomysłu opisania szosy z perspektywy drzewa, jest kompletnie nie dla mnie – nie podzielam manii autorki odnośnie drzew (nie ujmując im).

Opowiadania pani Le Guin nie wgniatają w fotel. Do tego bowiem potrzebny jest tekst bazujący na emocjach, w którym właśnie one grają pierwsze skrzypce. Tutaj emocje oczywiście są obecne, bo bez nich, moim skromnym zdaniem, żaden dobry, nienaukowy tekst nie może powstać, ale nie grają pierwszych skrzypiec. Opowiadania mają przede wszystkim skłonić do refleksji, do zastanowienia nad pewnymi podstawowymi, zdawałoby się kwestiami. I to zadanie spełniają świetnie.

Tytuł: Wszystkie strony świata
Autor: Ursula K. Le Guin
Tytuł oryginalny: The Winds Twelve Quarters
Tłumacz: Lech Jęczmyk, Zofia Uhrynowska-Hanasz
Wydawnictwo: Prószyński i s-ks
Rok: 1995
Stron: 340

czwartek, 29 marca 2012

„Mam czasami uczucie… (…) że natknąłem się na strzęp legendy"[25] - "Świat Rocannona" Ursula K. Le Guin

O takich książkach, jak „Świat Rocannona” Andrzej Sapkowski pisał, że to science fiction o poetyce fantasy. Bo mamy tu obcą planetę, statki kosmiczne, lasery i podróże z prędkością nadświetlną czy świetlną, mamy Ligę. A jednocześnie mamy człowieka, który musi podjąć niebezpieczną wyprawę, aby ocalić obcy sobie świat. A poza tym możemy popatrzeć, jak tworzą się mity.

Jak odróżnić legendę od prawdy na tych światach oddalonych o tyle lat? – na bezimiennych planetach, (…) gdzie powracający badacz stwierdza, że jego własne czyny sprzed kilku lat stały się gestem boga.”[5]

Był sobie mały, bezimienny świat. Potem odkryła go Liga Wszystkich Światów, nadała robocze miano Fomalhaut II i zaczęła zbierać podatki na wojnę, która dopiero miała nadejść. (Nie, skojarzenia z „Avatarem” nie są właściwe.) Liga w czasie odkrywania nie była zbyt dokładna, wszak podobnych światów było wiele a podatki same się nie zbiorą, toteż nawiązała kontakt z dwiema rozumnymi rasami, z których jedną postanowiła wesprzeć w rozwoju. To jest opowieść o tej drugiej rasie.

Z tej drugiej rasy, ciemnoskórych i złotowłosych Angyarów, pochodziła piękna Semley, która postanowiła przebyć noc, aby odzyskać swoje dziedzictwo. To także nie jest jej historia.

„Mam czasami uczucie… (…) że natknąłem się na strzęp legendy albo tragicznego mitu, którego nie rozumiem…”[25]

Gaveral Rocannon, etnograf Ligi, również się natknął. Zafascynowało go to tak bardzo, że postanowił wymusić na organizacji zaprzestanie wszelkich działań, poza misjami badawczymi. Następnie sam wziął w takiej udział. Misja zakończyła się tragicznie, a sam Rocannon musiał ratować ten mały, obcy świat przed czymś, co pochodziło z jego uniwersum, wypełnionego statkami kosmicznymi i rebeliami. A jak ta misja ratunkowa mogła wyglądać w oczach rdzennych mieszkańców, których cywilizacja była na poziomie epoki brązu?

Semley na wiatrogonie. Na żywo wygląda lepiej...
Pani Le Guin znowu czaruje słowem. Tka gobelin opowieści z wielu delikatnych nici, często całe historie tworząc z niedomówień. Jednocześnie jej powieść jest kwintesencją prostoty, dowodem na to, że epicką wyprawę można bez uszczerbku opisać na ledwie ponad stu stronach, że minimalizm to coś, co świetnie współgra z konwencją fantastyczną. Za to cenię tę pisarkę – kilkoma słowami potrafi mnie całkowicie uwieść.

Jednocześnie jest to opowieść o nazwach i mitach. O tym, do czego są nam potrzebne nazwy i miana, i czy przypadkiem nie od nich zaczynają się podziały. O tym, jak z rzeczy błahych tworzy się mit i legenda, jak coś przypadkowego (czy aby na pewno?) można dopasować do przepowiedni i wreszcie jak (i czy w ogóle) można oddzielić opowieść od suchych faktów. A przede wszystkim: czy jest to konieczne?

„Świat Rocannona” to kolejna niezwykła opowieść. Klimatem łudząco podobna do „Ziemiomorza”, tematyką mniej, a już zupełnie różna w realiach. Mimo że to fantastyka naukowa, pełno w niej swoistej magii, ale nie tej którą władają czarodzieje. To magia języka, pochodząca tylko od tych jego władców, którzy potrafią nadać właściwe imię każdej rzeczy. Pani Le Guin niewątpliwie jest jedną z nich. Przekonajcie się sami.

Tytuł: Świat Rocannona
Autor: Ursula K. Le Guin
Tytuł oryginalny: Rocannon’s world
Tłumacz: Danuta Górska, Lech Jęczmyk
Cykl: Ekumena (Hain)
Wydawnictwo: Amber
Rok: 1990
Stron: 142

PS. Znajdzie się jakaś dobra dusza, która pożyczy drugi tom "Ekumeny", czyli "Planetę wygnania"? 
PPS. Czy ktoś wie, jak w oryginale nazywały się wiatrogony?

sobota, 10 grudnia 2011

Mikrorecenzja specjalna - "Kot Simona i kociokwik" Simon Tofield

Jest to notka (bo recenzją trudno ją nazwać) specjalna. Specjalna z wielu powodów, ale głównie dlatego, że do jej stworzenia namówił mnie Luby. Niniejszym więc dedykuję poniższy tekst Lubemu, jako pomysłodawcy sprawnie lobbującemu za realizacją. Z tego samego powodu będzie to pierwsza notka "Z Misiem".

Kilka dni temu miałam urodziny. Jak myślicie, co można by podarować książkoholiczce kociarze, w dodatku tak, żeby nie przepadała z prezentem na długie godziny w krainie fantazji i jednocześnie była szczęśliwa? Luby wymyślił (zawsze bardzo domyślny był) i tak oto zostałam uszczęśliwiona simonowym kociokwikiem. Prawda, książka nie z tych, z którymi się znika na fotelu na długie godziny. Raczej z tych, które w małych, ale regularnych dawkach nieodmiennie poprawiają humor. A więc w imię walki z jesienną chandrą, spędź z kotem Simona kilka minut dziennie, codziennie!

A co w obrazkach tym razem? Ano, niewąskie zmiany zawitały w progi spokojnego (ekhem, ekhem) domu Simona i jego kota. Zmiany na początku wyglądały tak:


Zaś po rozpakowaniu, nakarmieniu i wyczyszczeniu, mniej więcej tak:


starszy kot zareagował dość przewidywalnie:


Ale z małego, słodziutkiego kociaczka też było niezłe ziółko:


Panu też potrafił płatać niezłe psikusy:


Czy małemu kotkowi uda się dogadać ze starszym kolegą i czy Simon, jako właściciel dwóch niezwykle cwanych kotów nie popadnie w obłęd? Nie zwlekaj, kup już teraz i dowiedz się wszystkiego!

Osobiście pokochałam kota Simona Tofielda miłością od pierwszego wejrzenia. Do pełnej kolekcji brakuje mi już tylko pierwszego tomu i kiedyś z pewnością go nabędę. Te proste, rysunkowe historyjki tchną najprzedniejszym angielskim humorem, a każdy miłośnik kotów przynajmniej nad częścią z nich pokiwa głową, z rozrzewnieniem wspominając własne perypetie. Polecam każdemu - zimowe chandry miną jak ręką odjął.:)



Tytuł: Kot Simona i kciokwik
Autor: Simon Tofield

Tytuł oryginalny: Simon's Cat in Kitten Chaos
Cykl: Kot Simona
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok: 2011
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...