Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Tochman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Tochman. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 lipca 2011

Wściekłość i żal - "Wściekły pies" Wojciech Tochman

Wojciech Tochman należy do ścisłego kręgu moich ulubionych reporterów. Jego teksty niezmiennie poruszają, może dlatego, że wszystkie mogłyby dotyczyć kogoś znajomego, albo może nawet i nas, czytelników, osobiście. Budzą całą paletę emocji i dlatego czasem lubię je sobie poczytać.

Zbiór „Wściekły pies” zawiera dziewięć reportaży, z których osiem można przeczytać również w zbiorze „Bóg zapłać” wydawnictwa Czarne. Pierwszy „Mojżeszowy krzak” wraz z ostatnim „Amen” tworzą klamrę dla całej zawartości zbioru, dotyczą bowiem poniekąd tego samego wydarzenia. „Mojżeszowy krzak” to relacja z tragicznego wypadku autokaru, którym białostoccy maturzyści pielgrzymowali do Częstochowy. Tochman rozmawiał z uczestnikami wypadku, rodzicami i dyrekcją szkoły. Reportaż jest bardzo smutny, jednak „Amen” jest w pewnym sensie przerażający. Autor pokazała w nim chaotyczne i bezlitosne poszukiwanie kozła ofiarnego przez zrozpaczonych rodziców, którzy zupełnie nie zwracają uwagi na fakt, że krzywdzą i oczerniają niewinnych ludzi. Nikt się jednak nie odważy ich powstrzymać.

„Atmosfera miłości” i „Wściekły pies”, mimo, że tak różne, poruszają temat hipokryzji i nienawiści, jakie narastają i wychodzą ze środowisk kościelnych. Bo czy nie czymś takim jest szykanowanie i prześladowanie kobiety, która jako jedyna odważyła się głośno mówić, że księżulo w jej parafii jest pedofilem-recydywistą? Z drugiej strony, cóż można powiedzieć o jego parafianach, którzy zamiast chronić własne dzieci, biciem zmuszają je do zmiany zeznań? Przerażający pokaz zaściankowości i głupoty – i wstyd, że coś takiego dzieje się w Polsce. „Wściekły pies” ma dużo szerszy kontekst – jest bowiem rozpaczliwym apelem księdza-homoseksualisty. Wyobcowanie i beznadzieja emanująca z tego tekstu są wręcz porażające. Cztery powyżej omówione teksty uważam za najlepsze i najbardziej poruszające w zbiorze.

Ciekawą tematyką wyróżniają się „Więzień” (opowieść o mężczyźnie z zespołem Toreuta) oraz „Człowiek, który powstał z torów”. O ile bohater „Więźnia” nie wzbudził we mnie żadnych emocji (głównie dlatego, że osoba, która nie wykazuje żadnej chęci walki z chorobą, a do tego bezlitośnie wykorzystuje rodziców chyba nie zasługuje na współczucie), o tyle człowiek, który powstał z torów jest postacią niezwykłą. Mimo, że nie pamięta niczego ze swojej przeszłości (tzn. do momentu, kiedy obudził się na pewnym torowisku), pozostały mu umiejętności z dawnego życia. Mimo, że amnezja, której jest ofiarą sprawia, że psychicznie nieco przypomina dziecko, potrafi być solidnym i uczciwym pracownikiem. Czytelnik cały czas trzyma kciuki, żeby jego odyseja jak najlepiej się skończyła.

„Zażalenie” i „Młodzi lubią szybko” dotyczą tragedii o kontekście kryminalnym. W drodze ze szkolnej dyskoteki znika dziewczynka. Policja popełnia haniebne błędy podczas śledztwa, a sąd umarza postępowanie. Ani od ośmiu lat nikt nie widział. Młody mężczyzna pędząc samochodem z nadmierną prędkością traci panowanie nad kierownicą i wjeżdża w grupę pieszych. Trzech z nich ginie, reszta jest poważnie ranna – niektórzy do końca życia będą mieli problemy z chodzeniem. Tym razem sąd wymierza sprawiedliwość, ale czy dla ofiar, zwłaszcza śmiertelnych, ma to jakieś znaczenie?

„Leży we mnie martwy anioł” to rzecz o Tomaszu Bekasińskim, synu znanego malarza. Coś we mnie jest takiego, że życiorysy znanych osobistości jakoś mnie nie poruszają. Nie inaczej było i tym razem.

Tochman wykazała się w tym zbiorze swoim znacznym kunsztem dziennikarskim. Sporo o nim napisałam przy okazji recenzji „Schodów się nie pali”, nie będę się więc niepotrzebnie powtarzać. Powiem tylko, że polecam wszystkim. Warto przeczytać.

Tytuł: Wściekły pies
Autor: Wojciech Tochman
Wydawnictwo: Znak
Rok: 2007
Stron: 163

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Zwyczajni niezwyczajni - "Schodów się nie pali" Wojciech Tochman



Jeśli chodzi o polski reportaż, do tej pory miałam styczność tylko z twórczością Kapuścińskiego. A ponieważ tego pana interesowały raczej sprawy zagranicznych reżimów, ucieszyłam się, że na kolejnym spotkaniu DKK mamy omawiać prozę Tochmana. Po pierwsze, reportaże z naszego podwórka i z czasu, który już mogę pamiętać, po drugie, dotyczące spraw jednostek, a nie całych narodów. I mimo, że obaj panowie piszą całkiem różnie, okazało się, że obaj też potrafią przypaść mi do gustu.

W przeciwieństwie do Kapuścińskiego, Tochman nie używa ozdobników językowych. Mimo tego tworzy reportaże, które wywołują emocje. W prostych, żołnierskich słowach potrafi zawrzeć sedno historii. Potrafi u czytelnika wywołać wstrząs.

U mnie największy wstrząs wywołał jeden z reportaży, mianowicie „Czekam pod adresem: Berlin”. Opowiadał on o losach kilku dziewcząt z Europy Wschodniej, które zostały sprzedane na zachód. Czasem porwane z ulicy, czasem mamione obietnicami dobrze płatnej pracy. Czasem przeczuwające, że trafią do burdelu. A stamtąd trudno się uwolnić. Czasem jedyną ucieczką jest śmierć. Policja jest bezsilna – pokrzywdzone, ze strachu bądź wstydu, nie chcą zeznawać, a bez ich zeznań nie ma szans na skazanie sutenerów czy handlarzy. Reportaż powstał w 1996 roku. Zastanawiam się, czy w tej kwestii coś się zmieniło. Zastanawiam się też, czy w dobie galerianek i sponsorów, kiedy wystarczy skusić miejscowe dziewczęta wysokimi zarobkami, ciągle jeszcze porywa się kobiety z tej części Europy.

Poruszyły mnie też inne historie. O chłopcu z zespołem McCarthy’ego, który, mimo, że porzucony przez rodziców, znalazł nowy dom. O rodzeństwie, wychowywanym przez dom dziecka, które bez słowa zabrano rodzicom. O rozdzielonych adopcją bliźniakach, których relacje okazują się bardziej skomplikowane, niż mogłoby się zdawać. O tym, co sekta może zrobić z człowiekiem.

Nie przemówiły do mnie za to reportaże o znanych ludziach. O członkach późno komunistycznej bohemy. Nie potrafiłam polubić tych ludzi. Mogę doceniać ich dorobek artystyczny, jednak żaden opisywany przez Tochmana artysta nie zdobyłby mojego szacunku jako człowiek. Prawdopodobnie dlatego, że dekadencja i ogólnie zasady funkcjonowania cyganerii wszelakiej są dla mnie ucieleśnieniem życiowego tchórzostwa i nieodpowiedzialności. Regułę dotyczącą reportaży potwierdza jeden wyjątek (co prawda spoza strefy artystycznej). Wzruszył mnie reportaż o Wandzie Rutkiewicz. Była niezwykłą kobietą.

Tochman, zgodnie z oczekiwaniami, okazał się autorem ciekawym i utalentowanym. Wiem już, czyje reportaże będę czytać, kiedy znuży mnie Kapuściński.

W. Tochamn, Schodów się nie pali, Znak, Kraków 2008, 208 s.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...