Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prasówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prasówka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 marca 2015

Subiektywne prasowanie #33 - Nowa Fantastyka 03/2015

Okładka marcowego numeru „Nowej Fantastyki” wprawiła mnie w pewną konsternację, nie z winy redakcji bynajmniej. Po prostu nigdy bym się nie spodziewała, że Xena na stare lata postanowi zostać Wonder Woman.

Jerzy Rzymowski zaczyna od rozważań nad globalną zagładą, pozostawiając jakiś taki niepokój. Mateusz Wielgosz też z niezbyt radosnymi nowinami – okazuje się bowiem, że w społeczeństwie wiedza o nauce maleje zamiast rosnąć. Wielgosz trochę próbuje wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje, a trochę duma, jak temu zaradzić.

Marcowy numer tematycznie przynajmniej częściowo nawiązuje do dnia kobiet, toteż nie zdziwi nikogo artykuł o filmowych (nie tylko, ale głównie) robodziewczynach. Artykuł ostatecznie trochę smutny, bo tych mechanicznych dziewczyn było zaskakująco mało, a jeśli już, to zazwyczaj w formie jakiejś nagrody dla głównego bohatera. Za to już artykuł o superdziewczynach, czyli bohaterkach, które kopały tyłki villainom wszelakim zanim narodziła się Wonder Woman ma wymowę znacznie bardziej optymistyczną. Całkiem sporo ich było i zaskakująco międzynarodowych.

Dalej mamy tekst o tematyce chyba ekstremalnie niszowej. Otóż Andrzej Kaczmarczyk postanowił napisać o kultowym teleturnieju młodzieżowym z lat osiemdziesiątych. Tyle, że kultowym w Anglii, u nas praktycznie nieznanym. Przyznam, że „Knightmare”, bo o nim mowa, miał bardzo ciekawą formułę. Potem, pozostając w klimatach filmowo-telewizyjnych, możemy przeczytać wywiad z Terri Tatchell, scenarzystką m.in. „Chappiego”.

Po przerwie wraca też cykl podróży z fantastyką dookoła świata. Tym razem odwiedzamy Filipiny, na których Fantastyka jest stosunkowo nowym gatunkiem kultury. Mamy też znowu możliwość zajrzeć do lamusa, a tam… przeszczepy. Agnieszka Haska i Jerzy Stachowicz pochylają się nad wczesnopopkulturowym wykorzystaniem motywu transplantacji, najczęściej w horrorze. A książka miesiąca są oczywiście „Niebezpieczne kobiety”.

Przejdźmy do felietonów. Maciej Parowski kończy swoją opowieść o historii czasopisma i chyba nie będę za nią tęsknić (czy pisałam już, że nie podzielam nostalgii?). Rafał Kosik zastanawia się nad możliwościami wykorzystania sterowanego odgórnie trollingu i dochodzi do wniosków ani nowych, ani zaskakujących. Peter Watts opowiada o swojej ulubionej teorii naukowej (a przynajmniej jednej z ulubionych). Co prawda teoria staje się coraz trudniejsza do obrony, ale jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. Zaś Łukasz Orbitowski tym razem o „Czasie na miłość” (skończyły mu się horrory do oglądania, czy co? Nie, żebym narzekała, ale dziwnie jakoś). Sama raczej nie obejrzę, bo nie moje klimaty (choć może, kiedyś…), ale pomysł wygląda fajnie.

Przejdźmy do literatury. Polskich tekstów mamy dwa. „Wojna Vasyla Kavalenko” Szymona Stoczka to trzecie opowiadanie z „Nowych Perspektyw” i jak dotąd najlepsze. Zdaje się być na poły inspirowane obecną sytuacją na wschodzie, a na poły grą „This War of Mine”. W każdym razie, jest to opis wojny z przyszłości oczami cywila, któremu mina okaleczyła córeczkę. A nad wszystkim unosi się statek kosmiczny. „Draconitas” Anny Łagan to również całkiem fajny tekst, wykorzystujący motyw smoka i jego skarbu w nietuzinkowy sposób. Mamy tu też drobny wątek romansu i niepohamowanego apetytu (choć nie ma to nic wspólnego z jedzeniem). To ten lepszy z polskich tekstów.

Zagranicznie również tylko dwie pozycje. „Serce kniei” Mari Ness wzbudziło zachwyt redakcji, którego, szczerze mówiąc, nie tylko nie podzielam, ale i nieszczególnie rozumiem. Owszem, całkiem sprawny retelling opowieści o Robin Hoodzie, ale ani językowo, ani koncepcyjnie mnie nie zachwycił. Choć trzeba przyznać, że rozłożenie akcentów opowieści jest bardzo interesujące. Niekwestionowanym gwoździem programu pozostaje „Słońce i ja” K. J. Parker. Było to moje pierwsze spotkanie z autorem/ką i powiem wam, że jeśli tylko w powieściach utrzymuje ten sam poziom, to nie pożałuję wydanych na nie pieniędzy (i pewnie kupię kolejną, jeśli wyjdzie). Sama historia okazała się, jak na pisarza/rkę, o której słyszałam, że pisze „poważnie”, zaskakująco pratchettowska. Nie tylko dzięki tematowi, który można streścić dwoma zdaniami: „Nie masz kasy? Wymyśl nową religię!”, ale także językowo, choć oczywiście żarty nie sypały się tak gęsto jak u sir Terry’ego (były raczej radośnie zaskakującą przyprawą). Podejrzewam, że również spora w tym rola tłumaczki – Patricii Sorensen, która świetnie się spisała.

sobota, 7 marca 2015

Subiektywne prasowanie #32 - Nowa Fantastyka 02/2015

Założenie było takie, żeby ta notka pojawiła się jeszcze w lutym, ale życie zweryfikowało, prawdaż. Tymczasem trzeba nadrobić zaległości, więc oto czas na kilka słów o lutowym numerze Nowej Fantastyki.

We wstępniaku Jerzy Rzymowski zastanawia się nad miejscem Bizancjum we współczesnej kulturze, czym zresztą nawiązuje do przewodniego (choć chyba niezamierzenie) leitmotivu numeru. Po nim Mateusz Wielgosz pisze o nowych odkryciach dotyczących pozaziemskiego życia i robi to jak zwykle bardzo interesująco.

Czas na pierwszy z artykułów bizantyjskich, czyli „Fantastyczne Bizancjum” Przemysława Marciniaka. Jest to przegląd tekstów, głównie literackich (choć trafiają się też filmy i seriale) nawiązujących do motywu Cesarstwa Wschodniorzymskiego. Nie wszystkie z nich było dane poznać polskiemu czytelnikowi i patrząc na tytuły takie jak „Zombies of Bizantium” jakoś nie żałuję. Drugi tekst w temacie to „Gondor – Bizancjum Śródziemia”. Autor przedstawia tu tezę, jakoby Gondor był tolkienowskim odpowiednikiem Cesarstwa i muszę przyznać, że bardzo sensownie ją argumentuje.

Pozostając w temacie Tolkiena, mamy też drugą część „O pochodzeniu hobbistów”, znowu poświęconą literackim inspiracjom Profesora. Jak poprzednio omówiono mitologiczne i starożytne, tak tym razem skupiono się na współczesnych i okazuje się, że było ich całkiem sporo. Dalej mamy jeszcze bardzo interesujący (jak zwykle) tekst Wawrzyńca Podrzuckiego o kluczowej roli wyobraźni w ewolucji człowieka. Jest też wywiad ze Stefanem Dardą, bardzo sympatyczny, aczkolwiek sądzę, że bardziej ucieszyłby dowolnie wybranego fana grozy, bo jako osoba, do której takowa kompletnie nie trafia pewnie nie doceniam należycie. A na dokładkę, skoro już przy horrorze jesteśmy, dostajemy artykuł o prozie Ligottiego, podobno szczególnie polecanej koneserom gatunku.

Felietonów znowu sporo, bo poza wspomnianym tekstem Wielgosza jest jeszcze pięć. Maciej Parowski prezentuje drugą odsłonę subiektywnej historii miesięcznika, ale przyznam, że jako czytelniczka kolejnego pokolenia jakoś nie podzielam płynącej z tekstu nostalgii. Rafał Kosik ubolewa nad ogólnym ogłupieniem światowego społeczeństwa, które według jego przewidywań będzie głupieć dalej, chyba że coś się stanie (ale jak dotąd nic na zmianę trendu nie wskazuje). Peter Watts równie pesymistyczne, ale o czymś innym – o ekonomii mianowicie, ciekawie porównując ją do ekosystemu (a jest jeszcze przy tym trochę informatyki i innych ciekawych rzeczy). Robert Ziębiński prowadzi rozważania na temat prekursora seryjnych mordów w popkulturze (a w każdym razie prekursora pewnego typu seryjnych mordów). Zaś Łukasz Orbitowski tym razem nie o horrorze, tylko o czarnej komedii, którą udało mu się mnie zainteresować. Mowa o „Co robimy w ukryciu”.

Pora przejść do sekcji literackiej, którą w lutym opanowały krótkie teksty. „Ostatni pierdziel na świecie” Jarosława Urbaniuka to druga odsłona projektu Nowe Perspektywy. Jest co prawda ciekawiej niż poprzednio, bo mamy dość nietypowe podejście do idei przedłużania ludzkiego życia, ale ostatecznie tekst trudno uznać za wybitny. Do założeń Nowych Persektyw jakoś bardziej mi pasują „Tuziemcy/Zaziemcy” Jędrzeja Burszta, bo pokazują naprawdę nietuzinkowy pomysł na wykorzystanie motywu pierwszego kontaktu. Choć z drugiej strony idea, że znalezienie szczątków starożytnych, pozaziemskich cywilizacji zrodzi sporą grupę zafiksowanych na tym fetyszystów nie powinna dziwić – nie takie rzeczy można w sieci znaleźć. „Euforystia” Iwony Michałowskiej to już zupełnie inny klimat, bardziej psychodeliczny i nieokreślony, podobno dickowski. „Objawienica” Tomasza Kaczmarka też trochę do tej aury nawiązuje. Opowiada historię, w której ludzie, broniąc się przed kosmiczną inwazją, jako broni postanowili użyć szaleństwa. Niestety, broń rykoszetowała.

W prozie zagranicznej również mamy dwa teksty krótkie i jeden zdecydowanie bardziej rozbudowany. „Cykle” Charlesa Yu to interesująca zabawa konwencją buntu maszyn, o tyleż ciekawa, że do buntu ostatecznie nie dochodzi z powodu rozczulenia. „Każdy cywilizowany człowiek” Mike’a Gelprina to krótka historia postapokaliptyczna z wojną nuklearną w tle. Trzeba przyznać, że podejście do tematu jest dość oryginalne, bo takiego pomysłu na odrodzenie ludzkości jeszcze nie spotkałam (fajnie wypada też pierwszoosobowa narracja, początkowo z perspektywy dziecka). Najlepszym tekstem numeru pozostaje dla mnie jednak „Epoka” Cory’ego Doctorowa. Byłam jej szczególnie ciekawa, bo jedną książkę autora mam na półce, ale nie czytaną i to opowiadanie miało mi powiedzieć, czego się po nim spodziewać. Najwyraźniej tego, co najlepsze. Opowieść o pierwszej (i wszystko wskazuje na to, że ostatniej) SI stworzonej i zniszczonej przez człowieka jest o tyle niepokojąca, że autor manipuluje czytelnikiem równie sprawnie, jak BIGMAC (rzeczona SI) bohaterami. Nie jest to może zachwyt na poziomie ostatniego tekstu Kena Liu, ale z pewnością rzecz warta przeczytania.

sobota, 10 stycznia 2015

Subiektywne prasowanie #31 - Nowa Fantastyka 01/2015

Za mną pierwszy tegoroczny numer Nowej Fantastyki. I jak kilka ostatnich prezentowało bardzo wysoki poziom (głównie myślę tu o opowiadaniach, bo publicystyka raczej nie zalicza spadków formy), tak najnowszy pod tym względem jakby trochę kuleje. Ale może od początku.

Jerzy Rzymowski we wstępniaku przybliża czytelnikom noworoczne plany i uprawia autopromocję. Czego nie mam mu za złe, bo sama odnoszę wrażenie, że większość popularnonaukowych artykułów publikowanych w NF jest na znacznie wyższym poziomie niż te z choćby „Focusa” (a właśnie poziomu publikacji autopromocja dotyczy). Choć może „unikanie awanturnictwa” o którym wspomina, przybiera trochę zbyt skrajne formy.

W styczniu wrócił z felietonem Marcin Wielgosz. Przybliża czytelnikom lądowanie sondy na komecie, bo jakkolwiek fakt ten był w mediach komentowany (choć nieco przyćmiony przez sempiternę pewnej gwiazdy), to jego szczegóły komentowane nie były. A są dość istotne, bo nie obyło się bez problemów. 

Na okładce hobbit, czyli temat z okładki - artykuł „O pochodzeniu hobbitów” cz. 1. Tytuł trochę mylący, bo tu akurat o hobbitach autor (jeszcze?) nie wspomniał, natomiast szeroko i nawet zajmująco, rozpisał się o literackich inspiracjach Tolkiena. Do tematu nawiązuje też kolejny artykuł - „Wojna o hobbita” Bartłomieja Urbańskiego – ale z fantastyką nie ma nic wspólnego. Autor pisze w nim o naukowych kontrowersjach i sporach narosłych wokół całkiem prawdziwego „hobbita”, czyli Homo floresiensis. Mój ulubiony artykuł numeru.

Dalej mamy długi rys o Warrenie Ellisie. Którego nie potrafię ocenić, bo komiksem interesuję się miernie, ale przynajmniej czytało się to miło. Co innego kolejny artykuł. Mówi głównie o projekcie „Endgame” (i to w sposób krytyczny, acz zrównoważony), ale zahacza też o inne projekty z motywem nagrody do zgarnięcia dla wnikliwego czytelnika. Ciekawy temat.

Z lamusa wyglądają w tym numerze zbiorowe napady tańca, zaskakująco powszechne w średniowieczu, jak się okazuje. A książka miesiąca zostaje „Świat Lodu i Ognia” (prześlicznie wydany podobno, muszę go kiedyś obejrzeć).

Od felietonów w styczniowym numerze aż gęsto. Maciej Parowski rozpoczął kolejny tryptyk(?), tym razem o historii pisma (tzn. Nowej Fantastyki). Rafał Kosik dworuje sobie z reguł i ich nadmiernego przestrzegania, ale jakoś nie podzielam jego poczucia humoru. Powrócił też Peter Watts, z felietonem dwukrotnie dłuższym niż zwykle. Jest to ładna analiza porównawcza dwóch ekranizacji „Solaris” Lema. Pewnie bardziej by mi się spodobała, gdybym widziała którykolwiek z filmów (albo choć przeczytała książkę). A Robert Ziębiński pisze tym razem o duchach, choć dygresji w tekście co niemiara. Łukasz Orbitowski zaś przedstawia ciekawą interpretację nagradzanego „Babadooka”.

Jest jeszcze jeden felieton. Wraz ze styczniem bowiem rusza nowy projekt NF, czyli „Nowe perspektywy”. W skrócie, celem jest zebranie tekstów nietuzinkowych, a jednocześnie znaczących, takich na miarę antologii SF z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Jedno z projektowych opowiadań można przeczytać już w tym numerze.

„Tasiemiec.S01.Complete.480p.WEB-DL.x264-NIHIL” Piotra Mirskiego, bo to on jest tym projektowym tekstem, wypada... rozczarowująco. Redakcja zachwala go jako kontrowersyjny, a jednocześnie inteligentny, ale dla mnie był po prostu niezmiernie nudny. Owszem, kilka autoironicznych elementów wypadło ciekawie, ale to trochę za mało, żeby nazwać tekst kontrowersyjnym. A reszta? Nihilizm i autodestrukcyjne (realizowane, a jakże, za pomocą używek, seksu i przemocy) zapędy kolejnego młodego pokolenia są tematem już tak wyeksploatowanym w mainstreamie, że dorzucenie do tego odrobiny groteskowego realizmu magicznego (ze szczyptą gore) to zdecydowanie za mało, aby uczynić podejście do tematu świeżym.

Kolejne dwa polskie teksty są raczej przeciętniakami. „Dybuk” Piotra Nesterowicza, traktujący o sytuacji podlaskiej zubożałej szlachty i Żydów w XIX wieku właściwie nie przechodzi testu brzytwą Lema. Ale jest przy tym nienagannie napisany, więc przyjemnie się go czytało (choć historia do przyjemnych nie należy). Krótki „Sidlarz” Piotra Kenca podobał mi się najbardziej w numerze. Ot, wycinek z zycia losowego członka plemienia z jakiegoś neverlandu stylizowanego na wczesnosłowiański. Historia dość klasyczna, ale świat bardzo interesujący.

Dział prozy zagranicznej również zawiera trzy pozycje. „Lato Tongtong” Xia Jia to historia kameralna i grająca na emocjach (i, moim zdaniem, znacznie lepsza niż poprzednie opowiadanie autorki prezentowane w NF). Redakcja zwraca uwagę na ciekawą wizję robotyki, dla mnie ważniejszy był inny przekaz – że starsi ludzie wciąż mogą być przydatni, a nowe technologie mogą ich zmienić ze społecznego ciężaru w najbardziej produktywnych społeczników (jakby mnie kto pytał, to tekst idealnie nadaje się do walki z ageyzmem, czyli wykluczeniem ludzi starszych). „Piąty smok” Iana McDonalda to również ciekawy i świetnie napisany tekst, tylko że bardziej obyczajowy niż fantastyczny – kolonizacja księżyca jest tu tylko pretekstem do ukazania relacji dwóch kobiet. „Nienarodzonego boga” Stephena Case'a uważam za najsłabszy z tej trójki, choć to nie znaczy, że kiepski. Takie dość klasyczne fantasy z uczniem czarnoksiężnika, które jednak nie porwało mojego serca. 

sobota, 20 grudnia 2014

Subiektywne prasowanie #30 - Nowa Fantastyka 12/2014

Trochę mi się w tym miesiącu opóźniło, ale nadszedł wreszcie czas na kilka słów o grudniowym numerze „Nowej Fantastyki”. Bardzo gracko redakcja pożegnała stary rok.

We wstępniaku Jerzy Rzymowski na podstawie jednego przykładu analizuje przekradanie się antyutopijnych schematów do rzeczywistości. Cały numer jest w ogóle mocno antyutopijny, być może w związku z premierą pierwszej części „Kosogłosu” (okładka ilustrowana tematycznie). Niestety, w tym miesiącu nie ma felietonu Wielgosza. Trudno, jakoś przeżyję.

W klimacie temat z okładki – Adam Rotter i Karolina Cisowska analizują motyw antyutopii w kulturze i popkulturze. Sama nie wiem, co o tym tekście myśleć, bo z jednej strony szczególnie odkrywczy nie jest – o Huxleyu czy Orwellu powiedziano już praktycznie wszystko. Ale z drugiej, autorzy wyciągają jeszcze „Wodnikowe Wzgórze”, „Player One” czy gry komputerowe, i to jest świetne. Świetne tak bardzo, że ubolewam nad potrzebą zmieszczenia się w krótkiej artykułowej formie. Gdyby nie to, mogłaby z tego wyjść ciekawa i dogłębna analiza popkultury (po odpękaniu obowiązkowego wspomnienia o Orwellu). A tak pozostaje niedosyt.

Robert Skowroński analizuje „Mechaniczną pomarańczę”, a właściwie jej filmową wersję. Robi to w sposób dość ciekawy, więc fani tytułu powinni być zadowoleni. Wawrzyniec Podrzucki zaś zajmuje się motywem tworzenia inteligentnych zwierząt. No i merytorycznie się z nim zgadzam, bo samą naukową prawdę pisze (w dodatku okraszoną wynikami ciekawych badań, o których w telewizji na pewno nie mówili), ale wydaje mi się, ze przyjął niewłaściwą tezę. Wydaje mi się, że większość szarych obywateli nie chciałaby, aby ich pies czy kot był równie mądry jak oni. W zupełności wystarczy, żeby był mądrzejszy niż jest.

Agnieszka Haska i Jerzy Stachowicz z lamusa wyciągają śpiączkę. A konkretnie śpiączkowe zapalenie mózgu, chorobę, która intensywnie atakowała ludzi w latach końca I wojny światowej. I miała bardzo niepokojący przebieg. Aż dziw, ze nikt dotąd nie wykorzystał jej w horrorze (choć może wszelkie zombie, porywacze ciał i tym podobne sprawy są jej odległymi echami). Dla mnie to jeden z najwartościowszych artykułów w serii, bo mówi o czymś o czym jeszcze nawet przelotnie nie słyszałam.

Podróżując dookoła świata, trafiamy tym razem na fantastyczną Kubę. Zaskakująco bogatą ma Kuba fantastykę, szkoda tylko, że w większości na emigracji. Ale to mało zaskakujące. Tak samo, jak fakt, ze książką miesiąca został „Marsjanin”.

Grudniowy numer jest wyjątkowo ubogi w felietony, bo brakuje w nim aż dwóch cykli, zostają więc trzy. Maciej Parowski dalej zgłębia temat wzajemnego inspirowania się polskich pisarzy fantastycznych. Tym razem trochę o motywach religijnych, a trochę o twórczości własnej. Rafał Kosik medytuje nad faktem, że zasady moralne, jakie nam się wpaja w dzieciństwie są weryfikowane i „uelastyczniane” przez rzeczywistość. Łukasz Orbitowski opowiada o „The Town That Dreaded Sundown” i przy okazji snuje rozważania na temat źródeł i natury inspiracji.

Przejdźmy do prozy. „Wiara. Opowiadanie bizantyńskie” Bartosza Działoszyńskiego to rzut oka na rzeczywistość alternatywną, w której Cesarstwo Wschodniorzymskie ciągle ma się dobrze. Intryga nawet ciekawa, rozważania teologiczno filozoficzne już mniej, ale za to tworzą interesujący klimat. Podobno o część zapowiadanego tryptyku, więc podejrzewam, że odpowiednio ocenić da się dopiero po przeczytaniu całości. „Radość” Pawła Palińskiego za to kompletnie do mnie nie trafiła. Mamy tu do czynienia z miksem baśni i przypowieści, ale autor używa takiego języka metafor który się z moją percepcją rozmija, ergo nie wywołuje ani emocji, ani refleksji. Z króciutkim i również metaforycznym w pewnym sensie „Królem” Piotra Rogoży jest już lepiej – przynajmniej udało się zbudować ciekawy klimat.

Proza zagraniczna to tym razem dwa opowiadania na podobnym poziomie (choć zupełnie różne gatunkowo). „Bohater z Five Points” Alana Gratza to kawałek dobrego, przygodowego steampunku z historią alternatywną w tle. Mamy więc potwory, roboty, i gangi quaziNowego Jorku, a do tego jeszcze Edisona w zastępstwie Tesli. Jak głosi moja teoria, steampunk bez Tesli się nie liczy, ale ponieważ opowiadanie rozgrywa się w świecie rozwijanym w serii powieści, liczę, że w tych powieściach znajdzie się i Tesla. Szkoda, że pewnie nie dane mi będzie się o tym przekonać. „Cegły, patyki, słoma” Gwyneth Jones to opowieść o porzuconych wskutek awarii klonach umysłowych. Nie wiem, czy autorce przyświecała jakaś głębsza idea, ale sama wierzchnia warstwa fabularna już wystarczyła, żeby całkowicie mnie ukontentować. A do tego jeszcze całkiem zaskakujące zakończenie.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Subiektywne prasowanie #29 - Nowa Fantastyka 11/2014

Już na dzień dobry listopadowy numer Nowej Fantastyki ucieszył mnie Hellboyem na okładce (wiecie, bardzo lubię Hellobya). W środku straszą, że miał być bardziej horrorowy, ale jakoś tego na szczęście nie odczułam. Ale do rzeczy.

Jerzy Rzymowski we wstępniaku poświęca chwilę na krótką analizę horroru i jego roli w kulturze. Mateusz Wielgosz w swoim popularnonaukowym felietonie odnosi się do zagadnienia sztucznych inteligencji. Jest to podejście bardzo różne od lubiących straszyć twórców SF. Muszę przyznać, że takie zrównoważone zdanie na ten temat jest zaskakująco ożywcze.

Dalej mamy artykuł poniekąd z okładki, bo poświęcony Hellboyowi właśnie. Czytanie go sprawiło mi dużo radości, bo autor skupił się na komiksowej serii, której nie znam. Dzięki temu dostałam przynajmniej pobieżny wgląd w to, co się działo poza filmowym kadrem. Zapowiedziany na okładce tekst o rogatych bohaterach, wbrew pochodzącym z filmów ilustracjom, traktuje o mitologicznej i ogólnie starożytnej roli rogów, a także o pewnym fenomenie medycznym. Niby też ciekawie, poziom treści nie rozczarowuje, ale po co wprowadzać czytelnika w błąd ilustracjami?

Następnie dostajemy artykuł dość zaskakujący. Jego tematem jest krótka historia paryskiego Teatru Wielkiej Lalki. Bardzo pouczająca, zważywszy że (pewnie tak jak i większość czytelników) nawet nie wiedziałam o istnieniu takiego przybytku.

Kolejny jest wywiad z Paulem J. McAuleyem. To już kolejny wywiad z pisarzem w kolejnym numerze i mam nadzieję, że ta tradycja się utrwali (aczkolwiek nie wymagam za każdym razem rozmów z pisarzami, filmowcy czy ludzie od komiksów również są mile widziani). Zaś sama rozmowa bardzo interesująca. Potem dostajemy jeszcze artykuł o wschodnim kinie fantastycznym – zaskakująco bogatym, jak się okazuje. A książką miesiąca jest „Drugie spojrzenie na planetę Ksi”.

Maciej Parowski w swoim felietonie dalej zajmuje się zjawiskiem wzajemnego inspirowania się pisarzy. Zaczyna od Sapkowskiego, a kończy na Zajdlu (znowu!) i Wolskim. Felieton Rafała Kosika tym razem bardo mi się spodobał, a traktuje o znakach diakrytycznych w dobie globalizacji. Ciekawe podejście i wnioski może nie zaskakujące, ale trafne. Robert Ziębiński też jakby lepiej niż poprzednio. Na tapecie cyrografy i proces ich powolnego wymierania w popkulturze. A Łukasz Orbitowski pisze o „Re-animatorze”.

Dział prozy polskiej zdominowały klimaty narodowe, jako iż pora temu sprzyjająca. Szczęściem, nie są nachalne. „Krótka odwilż Szczepana Dracza” Piotra Górskiego, to przyjemny, lekko postmodernistyczny widoczek na PRL z anachronizmami, okraszony odrobiną sensacyjnej akcji. Dobrze napisany i o przyjemnym klimacie, choć mnie nie zachwycił mimo przyjemności z czytania (ale to nie autora wina, po prostu czasy PRL-u nie są moim ulubionym czasem akcji). „Ballada o Bogdanie wyklętym” Huberta Fryca zaczyna się jako groteskowa humoreska, przechodzi przez fazę rojeń chorego umysłu, by zakończyć się podsumowaniem kondycji współczesnych bojowników, którzy nie za bardzo mają z kim walczyć i przez to cierpią. Mimo kilku bardzo wartościowych elementów i niewątpliwie poprawnego warsztatu autora, przyciężki klimat tekstu nie przypadł mi do gustu.

Proza zagraniczna prezentuje się zdecydowanie ciekawiej. „Kimmeria. Ze „Siudrów z antropologii imaginacyjnej” Theodory Gross to na wielu poziomach interesujący tekst. Fabułę generalnie można zamknąć w jednym pytaniu: „Co by było, gdyby wymyślony w ramach zajęć na studiach kraj pewnego dnia okazał się istnieć naprawdę?”, ale nie wyczerpuje to szeregu zagadnień. Dla mnie jest to najbardziej opowieść o odpowiedzialności twórcy za swoje dzieło i konsekwencjach, jakie musi ponieść w związku z jego powstaniem. Ale interpretacji jest znacznie więcej. „Szybki jak sen, ulotny niczym westchnienie” Johna Barnesa zupełnie do mnie nie trafił. To znaczy tę opowieść o przewrotności losu i psychoterapeutycznych SI czytało mi się całkiem dobrze, ale nie porwała zupełnie. „Kwiaty zła, ciernie dobra” Julii Zonis i Igora Awilczenko dla odmiany podobały mi się bardzo, choć były typowo przygodowym opowiadankiem nie silącym się na głębokie treści – co zdecydowanie wyszło mu na dobre. Prosta historia, epizod z niekończącej się wojny ludzi z rozumnymi roślinami ma jakiś nieprzeparty urok.

poniedziałek, 6 października 2014

Subiektywne prasowanie #28 - Nowa Fantastyka 10/2014

Okładka październikowego numeru Nowej Fantastyki została ozdobiona fotosem ze „Strażników”. Nie żeby coś o nich pisano w środku (a przynajmniej nie jakoś szczególnie o nich), ale w Łodzi akurat odbywał się Międzynarodowy Festiwal Komiksu, więc komiksowa grafika to sensowne rozwiązanie (choć myślę, że można byłoby poszukać jakiejś niefilmowej. Ale nie będę się czepiać).

Jerzy Rzymowski we wstępniaku poświęca kilka słów rocznicy swego wstąpienia na rednaczowski stołek i uchyla rąbka tajemnicy odnośnie planów na przyszłość. A w planach jest na przykład poszerzenie oferty elektronicznych form czasopisma (sama najchętniej bym się na taką przestawiła, ale to może dopiero wtedy, gdy zakupię czytnik). Szykuje się też coś grubego, ale chwilowo rednacz nie zdradza więcej szczegółów.

Mateusz Wielgosz tym razem z lekką nutką goryczy, ale w krótkich słowach rozprawia nad tym, jak to media traktują informacje naukowe. A traktują kiepsko, bo wybierają tylko zdania brzmiące sensacyjnie, a niekoniecznie sensownie (zwłaszcza wyrwane z kontekstu). Dalej mamy temat z okładki, czyli tekst z okazji łódzkiego MFK. Nie dotyczy on jednak samego festiwalu, a naświetla nam historię komiksu (zwłaszcza zachodniego) w Polsce. Tekst zapewne mocno skrótowy ze względu na formę, ale zawiera wiele ważnych faktów, więc dla laika w sam raz.

Wawrzyniec Podrzucki tym razem zaserwował czytelnikom tekst nieco inny niż zwykle. Nie rozprawia się bowiem z fiction za pomocą science, a pozwala sobie na nieco luźniejszą refleksję na temat wykorzystania motywów religijnych i metafizycznych w hard SF. Bardzo ciekawie to wyszło. Zaraz potem możemy przejść do wywiadu z Elżbietą Cherezińską.

Fantastyczna podróż dookoła świat znowu zabierze nasz do Indii. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że niektóre tytuły wspomniane w artykule zostały wydane w Polsce. Kilka innych niestety nie, a szkoda, bo bardzo chciałabym je poznać. A książka miesiąca została oczywiście „Echopraksja”, bo cóż by innego.

Artykułów jakoś mniej w tym numerze (przynajmniej takie robią wrażenie – choć trzeba przyznać, że recenzji za to jest wyraźnie więcej), przejdźmy więc do felietonów. Maciej Parowski pisze o wzajemnym oddziaływaniu na siebie polskich fantastów i skupia się na Snergu i Zajdlu. To dopiero pierwsza część, może później pojawią się inni. Rafał Kosik dochodzi do dość smutnego wniosku, że wielkie inwestycje typu nie lot na księżyc nawet, ale zakrojone na szeroką skalę projekty budowlane mogą być przeprowadzane tylko przez totalitarny rząd światowy. Ja bym jeszcze dodała korporacje, bo czemu by nie. Robert Ziębiński zastanawia się, czy budżet (lub jego brak) oddziaływuje na geniusz reżysera i jeśli tak, to jak. Ciągle jeszcze nie mogę się zgrać ze stylem autora, popadanie w liczne dygresje i odpływanie na chwilę do innych tematów to niekoniecznie to, czego w felietonie szukam. Ale to dopiero drugi tekst, więc może się przyzwyczaję. A Łukasz Orbitowski pisze o „Dust Devil”. Co prawda film kompletnie nie dla mnie, ale autor felietonu bardzo ciekawie podszedł do tematu różnych interpretacji tego horroru i śmiem twierdzić, że jest to jeden z jego najlepszych tekstów opisujących film kompletnie dla mnie nieatrakcyjny (bo jeśli czytam o filmie, który mogłabym obejrzeć, to jednak taki tekst oceniam trochę inaczej).

Opowiadania znowu prezentują wysoki poziom, choć może ich liczba nie jest imponująca. „Nawet cienie będą szeptać” Sebastiana Uznańskiego nie przechodzi testu brzytwą Lema. Co nie oznacza, że jest złe. Wręcz przeciwnie – bezsprzecznie jest to najlepsze spośród zamieszczonych w tym numerze polskich opowiadań. Bardzo podobała mi się konstrukcja tego tekstu, prosta i precyzyjna, jednocześnie z mistrzowskim użyciem metafor i przypowieści. Dodajmy do tego, że autor nie wątpi w inteligencję czytelnika i stara się go wciągnąć w opowieść, zagrać na jego emocjach, a otrzymamy coś zaiste smakowitego. „Powrót demonów słońca” Jana Żerańskiego to udana zabawa formą – autor chciał opowiedzieć historię fantasy za pomocą języka zarezerwowanego dla cyberpunku. Eksperyment można uznać za udany, aczkolwiek byłby zapewne udany bardziej, gdybyśmy poznali całość tej historii, bo teraz dostaliśmy tylko urywek. „Daję życie, biorę śmierć” Marty Krajewskiej to chyba próba pożenienia „Starej baśni” z horrorem. Całkiem udana, choć mnie najbardziej fascynowało to, jak autorka pokazała codzienność swoich bohaterów, która przecież była ściśle związana z tym, co ponadnaturalne. Z naszego punktu widzenia mamy tu horror i fantastykę, bo jakiś element grozy się pojawił. Ale dla tych bohaterów byłaby to codzienność, coś, o może nie zdarza się często, ale z czym trzeba się liczyć. Przy takim nastawieniu tekst czyta się o wiele przyjemniej.

Tekst zagraniczny mamy tylko jeden, za to całkiem spory i na poziomie. „Anioły sublimacji” Jasona Stanforda to historia rebelii (w sumie podobnie jak „Gliniane ławice” z czerwcowego numeru. Właśnie sobie uświadomiłam, jak bardzo jest zbliżona ich tematyka) z obcymi w tle. Mamy tu dobrze zarysowanych bohaterów, mamy personalne dramaty, mamy przemiany i dochodzenie do prawdy. Wszystko to świetnie napisane (choć próby stylizacji językowej wyszły moim zdaniem jednak niezgrabnie), nawet jeśli niezbyt odkrywcze. Krótko mówiąc, kawał solidnej, choć może nie genialnej fantastyki.

poniedziałek, 15 września 2014

Subiektywne prasowanie #27 - Nowa Fantastyka 09/2014

Tematem z okładki wrześniowego numeru Nowej Fantastyki są jak widać piraci. Jednak i inne tematy poruszane na łamach numeru zasługują na uwagę.

Zaczynamy oczywiście od wstępniaka Jerzego Rzymowskiego, który tym razem pisze o ponurych aspektach osiągnięcia nieśmiertelności (i chodzi mu o rzeczy bardziej przyziemne niż nuda egzystencjalna).

Mateusz Wielgosz (którego felietony wyrastają na moje ulubione artykuły w NF zaraz po Wattsie) zaczyna od powiadomienia o bardzo słusznym kroku BBC, żeby skończyć na streszczeniu tego, o co chodzi z tym efektem cieplarnianym. Wbrew pozorom, na katastrofę nie trzeba będzie czekać, aż stopnieje ostatni lodowiec.

Dalej mamy już temat z okładki, czyli piracki artykuł Andrzeja Kaczmarczyka. Ciekawy o tyle, że autor sporo miejsca poświęcił na tłumaczenie czytelnikowi, że ten oryginalny kapitan Hak znacznie się różnił od disneyowskiego. „Piotrusia Pana” nie znam, więc było to dla mnie pewne odkrycie. Poza tym autor znacznie więcej miejsca poświęca początkom piratów we współczesnej popkulturze, niż chwili obecnej czy głębiej sięgającym korzeniom.

„90 procent bezmyślności”
to tekst, w którym trudno określić tezę przewodnią. Z jednej strony autor chyba miał zamiar przedstawić czytelnikowi kilka przykładów, jak popkultury wykorzystuje motyw nagłego przyrostu inteligencji bohatera. Z drugiej, energicznie bombarduje dość popularny mit dotyczący rzekomego wykorzystywania przez ludzi tylko 10% mózgu. I o ile to drugie wychodzi mu bardzo zgrabnie, to to pierwsze wypada ubogo.

Dalej mamy wywiad kolegi Shadowa z Lauren Beukes. Bardzo interesujący, z ciekawymi pytaniami i jeszcze ciekawszymi odpowiedziami. A podróż dookoła świata tym razem zawiedzie nas do fantastycznych Indii. Za to z lamusa wyciągniemy I wojnę światową i sprawdzimy, jak odbiła się we współczesnej sobie fantastyce.

Przejdźmy do felietonów. Maciej Parowski w trzecim tekście o cenzurze przechodzi do jej bardziej współczesnego oblicza. Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego niektóre filmy nie doczekały się w Polsce żadnej dystrybucji? Oczywiście, pewnie chodziło o zyski, ale warto zastanowić się, co wynika z faktu, że wartościowe filmy są uznawane za mało zyskowne i niepokazywane szerszej publiczności. Rafał Kosik pisze o socjopatach na szczytach władzy. W przeciwieństwie do niego jednak nie uważam, aby to zjawisko miałoby być czymś pozytywnym. Oczywiście, na wysokich stanowiskach bez pewnej dozy przedmiotowego podejścia do podwładnych raczej imperium nie zbudujemy. Ale wciąż pozostają dwa pytania: dlaczego ktokolwiek miałby budować imperium naszym kosztem (bo większość z nas jest tymi przedmiotowo traktowanymi pracownikami, a takiemu psychopatycznemu imperatorowi będzie zależało przecież wyłącznie na własnym dobru – póki siła robocza nie zdycha masowo z głodu, można ją cisnąć) i czy w ogóle potrzebujemy jakiegoś wielkiego imperium? Z Kosikiem zwykle sąsiadował Watts, ale przez jakiś czas go nie będzie. Wakat zajął Robert Ziębiński i ma zamiar pisać o przemijaniu. Zaczyna od rozważań nad tym, jak szybko starzeją się filmowe realia. A Łukasz Orbitowski o „Absentii” - horrorze z dużo większymi możliwościami interpretacji, niż wydaje się na pierwszy rzut oka.

Czas na opowiadania, które znowu stoją na stosunkowo wysokim poziomie. „Dobranoc, Pimky Limky” Marcina Podlewskiego to moim zdaniem najlepsze opowiadanie w zbiorze. Klimaty cyber-biopunkowe, ponure, coś jak wprowadzenie postaci z disneyowskich kreskówek do kryminału nior. Co prawda nie obraziłabym się, gdyby zakończenie było bardziej zrozumiałe, ale nie narzekam. „Matki na przemiał” Dawida Kaina to króciutki tekst w klimacie nietypowej postapokalipsy ze sporą domieszką nihilizmu. Nie można mu wiele zarzucić, jednak zdecydowanie nie mój klimat ani pod względem tematyki, ani stylistyki językowej. „Druciara” Alexandra Guetsche to świetny i subtelny opis powstawania patologii w rodzinie. Dla mnie największa wartość miało pokazanie, jak poczucie winy matki zmienia się w agresję wobec najbliższych (słowną i emocjonalną, bo do rękoczynów przecież nie dochodzi). Przemoc w białych rękawiczkach, z której nawet ofiary nie zdają sobie sprawy. A to wszystko w otoczce łudzącej normalności.

Teksty zagraniczne nietypowo oceniam niżej niż polskie. „Rozdział szósty” Stephena Grahama Jonesa to dość surrealistyczne skrzyżowanie apokalipsy zombie z dysputa naukową i odrobiną przypowieści(?). Zaskakująco ciekawy. „Olbrzymy” Petera Wattsa rozczarowały mnie. Po poprzednim tekście autora miałam pewne oczekiwania, tymczasem dostałam opowiadanie co prawda poprawnie skonstruowane, ale ani poruszające, ani dające do myślenia. Mocno przeciętnie jak na tego autora. „Koniec końca wszystkiego” Dale'a Baileya to pocztówki z zagłady. Mamy tu obrazki z dekadenckiego pożegnania umierającego świata przez bogatych artystów. Obrazek ładny, ale również nie wybitny.

sobota, 16 sierpnia 2014

Subiektywne prasowanie #26 - Nowa Fantastyka 08/2014

Z okładki sierpniowego numeru Nowej Fantastyki spogląda na nas Herkules. Trochę mnie to zdziwiło, bo przecież hitem miesiąca są „Strażnicy Galaktyki” i to raczej ich bym się spodziewała, a nie fotosu z filmu o znacznie słabszej promocji. Ale nie przedłużając, zajrzyjmy do środka.

Wstępniak to tym razem rozważania o naturze humanisty w klasycznym tego słowa znaczeniu. Całkiem to zmyślnie napisane, choć może niespecjalnie odkrywcze. Mateusz Wielgosz sarka na piarowe posunięcia NASA, która postanowiła swoim sztandarowym produktem uczynić napęd WRAP. Bardzo trafiają do mnie jego argumenty.

Dalej mamy to, czego zabrakło mi na okładce, czyli długi artykuł o kolejnych (przeważnie komiksowych) inkarnacjach Strażników Galaktyki. Film co prawda przede mną, więc nie wiem, jak treść artykułu ma się do niego, ale pouczyłam się nieco podbudowana wiedzą. Zaraz za strażnikami kolejny filmowy temat, czyli historia Wojowniczych Żółwi Ninja. Artykuł sprawnie nakreśla ich genezę i karierę, więc jeśli ktoś chciałby się zapoznać ze wszystkimi dziełami z udziałem wojowniczych gadów, to znajdzie tu idealny przewodnik. Dla tych, którzy wybierają się na film, tekst może się stać ciekawym uzupełnieniem.

Następny jest długi (w ogóle w tym numerze teksty wydają mi się dłuższe niż zazwyczaj) wywiad z Tadem Williamsem. Choć moje pierwsze spotkanie z autorem nie przebiegło zbyt pomyślnie, to rozmowę przeczytałam ze sporą przyjemnością, bo autor zdaje się być interesującym człowiekiem, a i pytania otrzymywał sensowne. Po rozmowie z Williamsem kończymy literacką wycieczkę do Brazylii rantem o współczesnym obliczu fantastyki w tym kraju.

I dopiero teraz docieramy do tematu z okładki, czyli artykułu o wizerunku Herkulesa w filmie, w którym Jerzy Rzymowski ubolewa (poniekąd słusznie), że mało kto sili się na pokazanie dramatycznej strony tej postaci (i podaje dość zaskakujące dla mnie dane o popularności disnejowskiego „Herkulesa”. Choć moje zaskoczenie bierze się pewnie z tego, że pan Rzymowski kierował się być może wynikami sprzedaży tudzież oceną na Filmwebie a ja brakiem entuzjastycznego (uznajmy to za gruby eufemizm) fandomu). W charakterze książki miesiąca tym razem „Pozostawieni” Toma Perrotta. Samej książki nie czytałam, ale pomysł na fabułę mogę skomentować tylko słowami przypisywanymi George’owi Martinowi: „Zniknęło 2% ludzkości? I ktoś to w ogóle zauważył?”

Przejdźmy o felietonów. Maciej Parowski prezentuje drugą odsłonę rozważań o cenzurze i tym razem bardziej się skupia na zagadnieniu autocenzury. Rafał Kosik pisze o bezsensie nadregulacji prawnych. Z zasadniczą tezą felietonu się zgadzam, ze szczegółami już nie, bo moja i autora definicja nadregulacji diametralnie się różnią. Poza tym znowu przyłapałam go na reaserchu ziemkiewiczowskim – wstyd, panie Kosik, nikomu już nie można ufać. Za to Peter Watts komentuje niepokojące wyniki pewnych badań naukowych dotyczących związku między zdolnością weryfikacji faktów a ich zgodnością z poglądami badanych. Jak zwykle bardzo ciekawy tekst. Łukasz Orbitowski znowu pisze o filmie, który nie jest horrorem. I tym razem wydaje się to być film dla mnie, aczkolwiek należy go przeznaczyć na oglądanie w specyficznym stanie ducha. A mowa o „Kin Dza Dza!”.

Poświęcę jeszcze klika zdań recenzjom, bo tak się złożyło, że tym razem przeczytałam niektóre książki zrecenzowane w numerze, więc mogę się odnieść. „Szczęśliwej godziny w piekle” Tada Williamsa co prawda postanowiłam nie czytać, a Jerzy Rzymowski utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiłam, choć jemu akurat książka się podobała. Za to „Krew tyranów” oceniamy podobnie wysoko, choć znowu mnie podobały się zupełnie inne elementy powieści niż rednaczowi. Za to ze zdaniem Jerzego Stachowicza o „Aposiopesis” zgadzam się w całej rozciągłości, choć to i owo jeszcze bym dodała (i dodam niebawem, bo książka już przeczytana).

Opowiadania w tym numerze trzymają zaskakująco wysoki poziom. „Księżniczka i śpiący rycerze” wspomnianego wyżej Andrzeja W. Sawickiego to bardzo sprawnie napisane przygodowe opowiadanie w klimacie steampunku zmieszanego z cyberpunkiem. Dawno nie czytałam w dziale prozy polskiej tak sprawnie napisanego, czysto rozrywkowego tekstu. Gdybym wcześniej nie czytała „Aposiopesis”, historia księżniczki i jej nietypowych rycerzy (zamach stanu gratis) z pewnością pozytywnie by mnie zaskoczyła. A tak dostałam tylko potwierdzenie, że Sawicki to autor, któremu z pewnością warto się bliżej przyjrzeć. „Kolczasty” Tomasza Duszyńskiego to opowiadanie w zupełnie innym klimacie – bliżej mu moim zdaniem do realizmu magicznego niż do czystej fantastyki. Klimat przypomina mi raczej powieści Marqueza pożenione z Shepardem w bardziej odrealnionej odsłonie. Aczkolwiek tematyka około wojenna raczej nie jest moją ulubioną.

Proza zagraniczna to standardowo trzy teksty. „Ilustrowana biografia Lorda Grima” Daryla Gragory’ego to przewrotna próba pokazania jak wygląda rzeczywistość szarych mieszkańców w świecie superbohaterów. Jeśli dodam, że owi mieszkańcy żyją akurat w kraju rządzonym przez superprzestępcę, robi się jeszcze ciekawiej. Okazuje się bowiem, że w pewnym momencie nikt już nie chce, żeby go wyzwalać – ludzie po prostu chcą mieć święty spokój (myślę, że można się doszukiwać głębszych konotacji, jeśli ktoś ma ochotę). „Odrodzenie” Kena Liu to dla mnie najlepsze opowiadanie w numerze. W zasadzie zasługuje na osobną notkę (której kiedyś może się doczeka), bo w ta krótkiej wzmiance niewiele mogę o nim powiedzieć. Dość zdradzić, że autor porusza w nim kwestię kontaktu z obcym znaczenia pamięci i zadaje pytania o to, co definiuje naszą tożsamość. A to tylko czubek góry lodowej. „Raj na pustyni” Adriana Simmonsa dla odmiany oceniam jako najsłabsze w numerze – z tym, że to ciągle jest opowiadanie przynajmniej dobre. Prosta, mało zaskakująca, ale solidnie napisana historia fantasy z ciekawie zarysowanymi bohaterami. W innym towarzystwie mogłaby uchodzić za gwiazdę wieczoru, ale tym razem przypadła jej rola szarej myszki.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Subiektywne prasowanie #25 - Nowa Fantastyka 07/2014

Wiedziałam, że rozprawienie się z lipcową Nową Fantastyką będzie wymagało większego samozaparcia niż z poprzednimi numerami. Powód jest prosty – przewodnim tematem są horrory, a ja zdecydowanie z horrorami nie jestem kompatybilna. Jak widać, czytanie trochę przeciągnęło się w czasie, ale podołałam.

Wstępniak Jerzego Rzymowskiego tym razem bardzo interesujący – red. nacz. ostrzega w nim przed ryzykiem wynikającym z pokusy wyręczania się we wszystkim technologią (mam nadzieję, że już na dobre dał sobie spokój z minirozprawami o kulturze dyskusji. Temat dawno się wyczerpał). Felieton Mateusza Wielgosza wstępniakowi nie ustępuje, nawet wręcz przeciwnie. Tym razem rzecz o tym, dlaczego „bliźniaczki Ziemi” wcale nie są bliźniaczkami, a nawet do przyrodniego rodzeństwa często im daleko. Swoją drogą, coraz bardziej lubię ten cykl, takie małe, precyzyjne i atrakcyjnie podane dawki naukowych faktów to był strzał w dziesiątkę.

Dalej temat z okładki, czyli bardzo obszerny artykuł na temat kultowego już serialu „American Horror Story”. Jak wspominałam, z tematem jestem kompletnie niekompatybilna, ale przynajmniej miałam okazję dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. W tych samych klimatach pozostaje tekst „Małe miasta, duży strach”, czyli przegląd seriali eksploatujących ulubiony przez Kinga motyw horroru na amerykańskiej prowincji.

Kolejny tekst odbiega od tematu przewodniego (choć powiązania, jak sądzę, można by bez trudu znaleźć) i traktuje o związku malarstwa z fantastycznym kinem. Interesujący, choć jak mi się wydaje, dość powierzchowny z konieczności. A na wyprawę w świat tym razem wyruszamy do Brazylii, żeby prześledzić początki tamtejszej dziedziny fantastycznej. Współczesność w następnym numerze.

Kolejna odsłona cyklu „Z lamusa” zabiera nas na wycieczkę po przedwojennym (i mam tu na myśli I wojnę światową) i międzywojennym duńskim kinie fantastycznym. Zadziwiającym, zważywszy na fakt, że do tej pory nie wiedziałam nawet, że takowe istniało. Tekst ciekawy, choć osobiście wolę raczej ogólniejsze odsłony cyklu niż te dotyczące konkretnych grup wytworów kultury. A książka miesiąca tym razem został „Golem i dżin”, o którym już pisałam (nawet dwa razy). Jerzy Rzymowski zrobił to lepiej.

Obejrzyjmy sobie teraz pozostałe felietony. Rafał Kosik pisze o akcjach często na wielką skalę, podejmowanych przez (grupy) ludzi często wbrew logice. Tekst mógłby być ciekawy, ale zabiła go spora dawka reaserchu ziemkiewiczowskiego – po pisarzu pokroju Kosika spodziewałabym się jednak więcej. Za to Watts zastanawia się, jak bardzo trwałe i bezpieczne są dane przechowywane w chmurach i jak wielką kontrolę mamy nad najnowszymi urządzeniami, które wymagają częstego łączenia z „bazą”, żeby w ogóle działać. Bardzo zrównoważony wywód, bez apokaliptycznego czy spiskowoteoretycznego rysu, a to rzadkość w tej tematyce. Maciej Parowski prezentuje pierwszą część tekstu o cenzurze i przyznam, że czytałam go z ogromnym zainteresowaniem, bo dla kogoś takiego jak ja perypetie peerelowskiej inteligencji to całkiem niezbadany świat. A Łukasz Orbitowski, jakby stwierdzając, że skoro tylu ludzi w tym numerze pisało o horrorach, to on już nie musi, przedstawia nam „Frequencies” - i jest to dopiero drugi w historii moich spotkań z jego felietonami przypadek, kiedy opisany film chciałabym zobaczyć.

Czas na sekcję literacką, czyli opowiadania – nie bardziej obfite w horrory niż zwykle. „Róża wiatrów” Cezarego Zbierzchowskiego jest przez redakcję określana jako ciężki, brutalny horror, ale nie zgodziłabym się. To raczej ciężki kryminał, który nawet nie przechodzi testu brzytwą Lema. Co nie znaczy, że jest zły – wręcz przeciwnie. Sam pomysł, choć makabryczny, jest bardzo intrygujący – zastanawialiście się kiedyś, co może wyniknąć ze spotkania dwóch seryjnych morderców? „Starcie ultymatywne” Wiktora Ruszkiewicza to opowiadanie dziwne dziwnością dukajową i przyznam, że ku zdziwieniu mi się podobało, choć próba opisu o czym właściwie jest mija się z celem. Za to „MMA” Michała Nowina nie przypadło mi do gustu – miała być humorystyczna walka magów w klatce, ale ten typ humoru kompletnie do mnie nie trafia.

Zagraniczne teksty zaczynają się od „Kadrów apokalipsy” Paolo Bacigalupiego i jest to tekst rozczarowujący. Nie chodzi o to, że jest słaby, po prostu po autorze tak chwalonym spodziewałam się czegoś więcej, niż sprawnie napisanych kadrów z życia lokalnej dziennikarskiej hienki na tle umierającej Ameryki. Mam nadzieję, że nie jest to tekst reprezentatywny dla poziomu pisarza. Lepiej wypadają „Ciemne ogrody” Grega Kurzawy – rasowy horror z niepokojąca atmosferą i legionem tworzących ją niedopowiedzeń. Ale najbardziej przypadły mi do gustu „Shoggothy w rozkwicie” Elizabeth Bear – nietypowa odsłona kontaktu z czymś niezbadanym. Dodatkowo zaprawiona smaczkiem klasycznych badań zoologicznych, więc tym bardziej satysfakcjonująca. Coraz bardziej lubię tę autorkę.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Subiektywne prasowanie #24 - Nowa Fantastyka 06/2014

Czerwcowy numer Nowej Fantastyki nie był już tak dobry jak majowy, nie miał też tak interesujących opowiadań jak kwietniowy. Właściwie był dość przeciętny – co nie znaczy, że kiepski.

Jerzy Rzymowski we wstępniaku tym razem o dziwo nie odnosi się do zagadnień związanych ze sztuką dyskusji, ale do wynalazków. Przypadkowych. I jest to jeden z ciekawszych wstępniaków w tym roku. Dalej mamy temat z okładki, czyli bardzo długi artykuł o tym, jak fantastyka adaptowała western (czy też jak western adaptował fantastykę) na swoje potrzeby. Poza oczywistym przykładem „Firefly” (którego nie oglądałam z premedytacją, bo nie chcę, żeby mi żal za niedokończonym dziełem pozostał) było też wiele przykładów mniej znanych – osobiście za najciekawsze uważam te powiązane ze znanymi komiksowymi superbohaterami. A że western bez Indian nie może istnieć, to zaraz na następnej stronie nie mniej obszerny „W cieniu totemów” Kamila Jacha. Tutaj mam uczucia mieszane, bo z jednej strony tematyka bardzo ciekawa, z drugiej autor chyba chciał złapać za ogon zbyt wiele srok. Jest więc próba przedstawienia najczęściej występujących mitów indiańskich (bardzo szlachetna i właściwie skazana na porażkę, bo ilość materiału zdecydowanie przekracza możliwości jednego artykułu w gazecie), próba naszkicowania ogólnej kultury ludów amerykańskich (a właściwie podania najbardziej niezbędnych informacji) i jakieś minimum dzieł kultury, które do tych mitologii nawiązują. Pozostał mi ogromny niedosyt – marzy mi się, że ten artykuł będzie wstępem do serii bardziej szczegółowo opisującej zagadnienie. Pomarzyć zawsze można…

Następny jest kolejny z artykułów Wawrzyńca Podrzuckiego, które bardzo lubię, choć nie zawsze coś wnoszą (dla mnie, bo jednak większość ludzi dowie się z nich czegoś nowego). Tym razem rzecz o drobno(i trochę większych)ustrojach kontrolujących nasze mózgi. Ciekawe, zwłaszcza akapit o toksoplazmie. Dalej słów kilka o Moorcocku, a następnie dość obszerny tekst o kranizacjach komiksów – dla odmiany tych nieudanych. Bardzo ciekawy, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę renesans tego działu kinematografii.

Jeśli chodzi o wywiad, to w tym numerze jest z Kewinem J. Andersonem i za tytuł posłużył mu cytat z rozmowy, czyli „Nie piszę fanfików”. Mam ochotę odpowiedzieć „Och yes, you do”. Pomijając już ciekawe i neutralne fragmenty wywiadu (w temacie np. tego, czym się różni pisanie opowieści osadzonych w cudzych uniwersach od pisania we własnym i czy czasem to pierwsze w tym drugim nie przeszkadza), mam wrażenie, że pan Anderson gardzi trochę fanami piszącymi opowiadania do ulubionych uniwersów i choć przyznaje, że kierują nim te same pobudki, to zapiera się, że jego i innych fanów pisanie to nie to samo pisanie (pomijając oczywiście poziom techniczny). Nie wiem, co miałoby pana Andersona różnić od innych pisaczy fanfików z dobrym warsztatem. Chyba tylko hipokryzja. I pensja, bo przecież już nie kanoniczność (nie od momentu, kiedy Disney jako nowy właściciel marki uznał za niekanoniczny starwarsowy Expanded Universe (dla tych, co nie słyszeli – były to wszystkie gwiezdnowojenne powieści, gry i komiksy sygnowane przez wytwórnię, często dziejące się tysiące lat przed lub po oryginalnych, filmowych trylogiach. Czasem trafiały się antologie z opowiadań szarych fanów, przez nikogo nie opłacanych.), do którego pan Anderson również często pisywał). A jako książka miesiąca – „Takeshi. Cień śmierci” Kossakowskiej.

Zajrzyjmy do felietonów. Rafał Kosik tym razem pisze… właściwie nie wiem, o czym. Chyba o empatii jako ewolucyjnej fanaberii stosunkowo dobrze prosperującego gatunku. I że empatia niechybnie zniknie, gdy nasza bezpieczna cywilizacja się zdegeneruje. Co uważam za bzdurę, bo empatia jest przecież umiejętnością wczucia się w inną osobę, a umiejętność wywnioskowania, czy ten koleś ma zamiar nas zaatakować nawet w najdzikszej postapokalipsie będzie w cenie (pomijając już fakt, że najskuteczniej manipulować innymi można tylko wtedy, gdy potrafimy wyczuć ich pragnienia i emocje). Watts dość nietypowo, bo nie o kondycji ludzkości, a o kondycji kultury, czyli dlaczego gra nigdy nie zastąpi powieści (choć niewykluczone, ze powieść kiedyś przyjmie formę gry). Łukasz Orbitowski zaś mało zajmująco „The Borderlands”. Maciej Parowski rozważa fundamentalną kwestię „Czytać czy pisać” i jest to jak dotąd tekst jego autorstwa, który najbardziej mi się podobał.

Czas na prozę, która również niczego nie urywa, ale i nic przy niej nie opada (witki na przykład). „Rekordzista” Szymona Stoczeka (mam nadzieję, że tak się odmienia) to proste fabularnie opowiadanie w bardzo surrealistycznych dekoracjach. Śmiem twierdzić, że gdyby komuś przytrafił się Bad trip po środkach odurzających, mógłby przyjąć taką formę. Niemniej, nie jest to horror, a prosta historia, której dziwna otoczka jest największym atutem. „Starzec z bagien” Artura Wierzchowskiego to chyba tekst, na którym najbardziej się w tym numerze zawiodłam. Niby zostałam ostrzeżona, że chodzi o „dramat losu i wolnej woli rodem z antycznej tragedii”, ale nie sądziłam, że rzecz zostanie przedstawiona w sposób tak oczywisty. Skutkiem tego czytelnik już od początku wie, jak historia się skończy, więc licząc na zaskoczenie przez autora (wszak tak klasycznych tematów nie porusza się w sposób idealnie zgodny ze starożytnymi pierwowzorami, prawda?) śledzi kolejne strony, cóż bardziej rozczarowany. Bo niczego zaskakującego tam nie ma. Na szczęście, przynajmniej warsztat bardzo sprawny. „Utracone światy Nino Sandovala” Jakuba Małeckiego to miniaturka z pogranicza gatunków o dość hipnotycznym, choć mało fantastycznym klimacie.

Literatura obca tym razem reprezentowana jest tylko przez dwa teksty. „Gliniane ławice” Dereka Kunskena to jak dla mnie faworyt numeru. Uwielbiam historie o obcych gatunkach (w „Glinianych ławicach” nie pojawia się nawet wspomnienie o ludziach), podane tak, żeby nie wyglądały jak wyimek z zoologicznego vademecum. To wręcz niesamowite, jak bardzo można się przejąć losem ceramicznych, mrówko podobnych płaszczek. Redakcja porównuje Kunskena do Wattsa i jeśli tak ma wyglądać Watts, to musze chyba na nowo przemyśleć sprawę zakupu „Ślepowidzenia”. Ponieważ „Gliniane ławice” są bardzo obszerne, zostało miejsca już tylko na miniaturkę i taką właśnie jest „Wyschnięta rzeka” Rachel Sobel. Najmocniejszym punktem tej historii jest matematyczno-magiczny świat, gdzie równania stanowią zaklęcia.

A poza tym w numerze recenzja „Transcendencji”, która pokazuje, jak bardzo rzeczywistość rozminęła się z oczekiwaniami z majowej NF.

sobota, 31 maja 2014

Subiektywne prasowanie #23 - "Nowa Fantastyka" 05/2014

Majowy numer Nowej Fantastyki obfitował w ciekawe teksty, szczególnie w dziale publicystycznym. Z opowiadaniami już aż tak dobrze nie było, ale cóż, nie każdy numer może być dobry we wszystkim. Przejdźmy do rzeczy.

Wstępniak Jerzego Rzymowskiego tym razem, jakże zaskakująco, znowu o kulturze dyskusji. Dodatkowo, dla odmiany jest też słowo o teorii powstania wszechświata – i o ile zgadzam się, że flirtowanie z kreacjonizmem może mieć zbawienny wpływ na fabułę powieści, to jakoś nie widzę go w dyskursie naukowym.

Mateusz Wielgosz pisze o nowej edycji kultowego w niektórych kręgach serialu popularnonaukowego „Kosmos”. Jest zadowolony, więc można się spodziewać czegoś ciekawego. Dalej mamy temat z okładki, czyli sprowokowany „Transcendencją” (która okazała się słaba, jak można przeczytać w numerze czerwcowym) artykuł o posthumanizmie i duszy w maszynie. Trochę chaotycznie miesza tematykę naukową z popkulturową, ale wychodzi zaskakująco ciekawie. Następny (ciągle pozostajemy w tematyce filmowej) jest tekst o Godzilli z okazji rebootu serii. Trochę gdybań o nowej, rys historyczny starej – ogólnie ciekawie, choć pozostaje pewien niedosyt (ja już zresztą na „Godzilli” byłam i nawet o tym pisałam, ale to na pewno nie jest recenzja filmu).

Tymczasem kontynuujemy fantastyczną podróż dookoła świata i zaglądamy do krajów arabskich. Cóż, okazuje się, że trochę się tam dzieje, choć na zachodzie znane są bardziej utwory pisarzy pochodzenia arabskiego, ale piszących po angielsku. W każdym razie tekst jest bardzo solidny, trzeba przyznać.

Dalej mamy rozmowę, która okazała się chyba największym rozczarowaniem numeru, czyli wywiad z profesorem Piotrem Tryjanowskim. Wywiad był bardzo ogólnikowy, pytania mało dociekliwe i nieszczególnie ciekawe – dotyczyły rzeczy raczej oczywistych. Mimo że spodziewałam się wiele i nic z tego nie dostałam, to jestem w stanie dopuścić możliwość, że inni z tego tekstu wynieść więcej. Na plus trzeba zaliczyć to, że profesor okazał się bardzo sympatycznym rozmówcą.

„Życie to zmiana” zostało zilustrowane kilkoma plakatami najnowszych X-manów, ale wbrew pozorom nie traktuje o nowym filmie. Porusza za to problem mutanta jako część motywu odmieńca w kulturze. I jest to kolejny świetny artykuł w tym numerze. A z lamusa tym razem spogląda na nas polska, metafizyczna wersja Sherlocka Holmesa, czyli William Talmes, stworzony przez Włodzimierza Bełcikowskiego. Fascynująca wyprawa w świat międzywojennych powieści pulpowych.

Maciej Parowski tym razem pisze o zależnościach między powieścią a filmem i jest to najciekawszy jego tekst z „filmowego tryptyku” (także dlatego, że najmniej chaotyczny). Rafał Kosik pisze o tym, że wszystko jest indoktrynacją, a bez indoktrynacji człowiek nie może funkcjonować. Z tym, ze wychodząc z tych samych przesłanek, doszłabym do nieco innych wniosków w niektórych kwestiach. Peter Watts pisze o przywracaniu wymarłych i zagrożonych gatunków i podzielam jego obawy co do konsekwencji powstania takich technologii (i nie mają one nic wspólnego z Parkiem Jurajskim). A Łukasz Orbitowski na podstawi filmu „In Fear” snuje hipotezy na temat kondycji młodych pokoleń.

Przejdźmy do działu literackiego, który tym razem nie przedstawia się tak imponująco, jak w poprzednim numerze. „Gambit Petermanna” Sławomira Prochockiego to dla mnie całkiem fajny miks thrillera z horrorem w realiach kosmicznych – jest i czynnik nieznany, i poczucie osaczenia, i wreszcie trochę śmierci, wszystko łanie spięte i podane. Zakończenie może nie zaskakuje, ale idealnie pasuje do całości. Tylko te pseudofilozoficzne wstawki są niepotrzebna. „Najcenniejszy skarb na świecie” Jacka Wróbla to mały kawałek humorystycznego fantasy. Założenie ciekawe, ale humor dla mnie zbyt przaśny i łopatologiczny. Dodatkowo mam wrażenie, że całość jest zapisem jednej z bardziej jajcarskich sesji RPG, w jakiej autor brał udział. „Treser” Piotra Górskiego (i dlaczego „Treser”, a nie „Treserka”? Przecież forma żeńska też jest powszechna w języku polskim) to dla odmiany ciekawa miniaturka w realiach postapokalipsy. Może niezbyt odkrywcza, ale przyjemnie się czyta.

Proza zagraniczna prezentuje się ciut lepiej. „Historia Nikczemnego” Johna Scalzi to typowa space opera w klasycznym stylu, z wojną z obcą rasą, statkami kosmicznymi i sztuczną inteligencją w tle. Jeśli dodam jeszcze prawa Asimova, to chyba wiadomo, czego się spodziewać. „Siarka i marmolada” Aarona Corwina to z kolei całkiem urocza, humorystyczna historyjka. Co powiecie na pomysł, żeby demony były popularnymi zwierzątkami domowymi? Bo ja zapałałam nagłą chęcią hodowania Mrocznego Władcy Miniaturki. „Wróć do Morza” Jasona Vanhee było trochę rozczarowujące – owszem, klimatyczne i wywołujące emocje, ale nieszczególnie ciekawe.

sobota, 24 maja 2014

Subiektywne prasowanie #22 - "Nowa Fantastyka" 04/2014

Kwietniowa Nowa Fantastyka ma na okładce serialową Dany – nic dziwnego, na początku kwietnia ruszył nowy sezon „Gry o Tron”. Co prawda brak tym razem obszernego artykułu o serialu (to chyba już jest etap, w którym raz, że nie da się nie spoilerować wcześniejszych sezonów, a dwa, że nic nowego na temat ogólnoserialowy nie da się napisać). Niemniej, miłośnicy uniwersum Martina znajdą coś dla siebie.

Wstępniak Jerzego Rzymowskiego tym razem znowu porusza temat kultury dyskusji (co robi się już trochę nudne, moim skromnym zdaniem). Za to wrócił felieton Mateusza Wielgosza i rozwija temat popularnego niedawno w mediach bozonu Higgsa. Felieton udany i bardzo potrzebny, bo zwięźle i przystępnie tłumaczy, o co z tą cząsteczką chodzi. Wiem, że od czasu sławnego odkrycia w CERNie kto był zainteresowany, to sobie wyguglał, ale po pierwsze daleko nie wszystkie linki wypluwane przez wyszukiwarkę zawierają wiarygodne dane (że o przystępności nie wspomnę). Po drugie nie wszyscy byli aż tak zainteresowani, żeby grzebać w sieci, ale sporo chętnie poczyta fajnie napisany tekst na temat.

„Żołnierz przyszłości” mówi o tym, co sugeruje tytuł i przyznam, że trochę mnie rozczarował. Owszem, autor odrobił prace domową, sypnął kilkoma ciekawostkami i naprawdę solidnie się przygotował – właściwie nie mam mu nic do zarzucenia. Problem w tym, że tekstów o podobnej tematyce czytałam już kilka i ten wcale się na ich tle nie wyróżnia.

Dalej mamy krótki wywiad z producentem marvelowskich filmów, Kevinem Feige,em (to w ogóle jest numer obfity w wywiady). Za nim tekst, który uważam za najlepszy w numerze, przynajmniej w dziale publicystycznym. „Jaka piękna katastrofa” Andrzeja Kaczmarczyka to krótka wycieczka po filmach tak kiepskich, że aż legendarnych. Nie dość, ze świetnie się przy nim bawiłam, to jeszcze poszerzyłam swoje horyzonty. Choć nie wiem, czy z wiedzą o istnieniu „Star Wars Holiday Special” moje życie stało się bogatsze.

Wawrzyniec Podrzucki tym razem o możliwościach przedłużania życia ludzkiego i unikaniu śmierci. Tekst, jak to u autora, bardzo dobry, choć niektórych obaw nie podzielam. A dalej mamy już drugi w numerze wywiad, z Michałem Szolcem – człowiekiem odpowiedzialnym za audiobook Thorgala i „Żywych trupów”. Ciekawy – można się nieco dowiedzieć o tworzeniu audiobooków.

W nawiązaniu do okładki dostaliśmy obszerny artykuł o „Rycerzach Siedmiu Królestw”. Jakkolwiek jest to moim zdaniem poświęcanie kilku opowiadaniom zbyt wielkiej uwagi, poczułam się zachęcona do lektury. Mam wrażenie, że „Rycerze...” mogą do mnie przemówić bardziej niż główny cykl. A na końcu dostaliśmy jeszcze zestawienie nowych postaci w serialu. Jako książka miesiąca tym razem występuje „Unicestwienie” VanderMeera.

Maciej Parowski prezentuje drugą część tekstu o pisaniu o kinie. Rafał Kosik trochę nostalgicznie mówi o wyższości papieru nad elektronicznymi formami zapisu (i trudno mu odmówić racji w niektórych aspektach). Peter Watts ubolewa nad tym, że główny nurt wydziera fantastyce należące do niej wizjonerstwo. Łukasz Orbitowski znowu bardzo ciekawie pisze o filmie (choć mam wrażenie, że jakość tekstu jest w większym stopniu zasługą materiału wyjściowego niż umiejętności autora). Tym razem na tapecie „Cień wampira”.

Przejdźmy do opowiadań, które w tym numerze prezentują bardzo wysoki poziom. „Córka Aegira” Łukasza Malinowskiego jest osadzona w uniwersum powieści „Skald. Karmiciel kroków” i przedstawia krótką przygodę na morzu tytułowego bohatera cyklu (bo na jednej książce autor oczywiście nie poprzestanie). Opowiadanie sprawnie napisane i pod względem warsztatowym nie można mu niczego zarzucić – jeśli ktoś lubi wikińskie klimaty, powinien być zachwycony. Ja nie lubię. „Przypadek Guliwera Kruzoe” Przemysława Zańko to jedno z tych opowiadań, gdzie gust redakcji idealnie pokrywa się z moim. Historia prosta, trochę futurystyczna, trochę magiczna, z licznymi nawiązaniami do popkultury... Zresztą, co bym tu nie napisała, nie będę w stanie oddać urody tego opowiadania. Może nie jest to dzieło wybitne, ale zawiera wszystko, co lubię. I obiektywnie jest co najmniej bardzo dobre. Za to „Czyściec 3D” Kazimierza Krycza Jr kompletnie do mnie nie przemawia – nie lubię horrorów gore (ani w ogóle żadnych) i nawiązywanie do tej estetyki, nawet w formie pastiszu czy próby uchwycenia pewnych zjawisk do mnie nie przemawia.

Proza zagraniczna to tym razem jedno znane nazwisko i dwie ciekawe miniaturki. „KZIDKA 1.0” Lilian Wheeler to tekst... w zasadzie trudno powiedzieć o czym. Mamy robota monitorującego sytuacje na drogach i jedną kobietę z problemami – co z tego wyniknie? Musze przyznać, że mimo iż tekst jest dobry, jeśli chodzi o warsztat, to raczej nie zachwyca. „Machina sterowana zdalnie” Scotta Lyncha to gwóźdź numeru ze względu na nazwisko autora. Jest to bardzo solidny tekst w stylu Lyncha, choć z „Niecnymi Dżentelmenami” nie ma nic wspólnego – opowiada o przygodach najemnej kompanii magów, zwanej Czerwonymi Kapeluszami. Poczytałabym więcej historii o nich, jak i więcej krótkich tekstów Lyncha, bo i w tej formie sprawdza się bardzo dobrze. „Sterta porwanych obrazów” Sunny Moraine to króciutki tekst o spotkaniu z obcą rasą, z dramatycznymi wydarzeniami w tle. Jest bardziej zapisem emocji niż czegokolwiek innego.

A jako dodatek do numeru mamy obwolutę na „Sezon burz” do samodzielnego montażu i lista laureatów Nagrody „Nowej Fantastyki”.

sobota, 17 maja 2014

Subiektywne prasowanie #21 - "Nowa Fantastyka" 03/2014

Czas na ciąg dalszy nadrabiania zaległości prasowych. Marcowy numer „Nowej Fantastyki” jest nieco eklektyczny, ale bynajmniej nie uważam tego za wadę.

Wstępniak Jerzego Rzymowskiego tym razem traktuje o korzyściach z przegranych dyskusji. W miejscu zwyczajowego już, popularnonaukowego felietonu Mateusza Wielgosza mamy sponsorowany tekst o ekonomicznym RPG „E.U.ROPA”. Mimo że pomysł wydaje się nawet ciekawy (o ile ktoś lubi takie rozrywki), to jednak wolałabym felieton.

W „Obliczach hydrozagłady” Przemysław Pieniążek zajmuje się dwoma tematami. Po pierwsze przedstawia mity o potopie z różnych zakątków świata, a po drugie przybliża czytelnikom film „Noe”, który niedawno wszedł na ekrany. Mimo ciekawych opowieści autora, nie poczułam się zachęcona do spotkania z kinematografią (choć też nie przypuszczam, żeby tekst w założeniu miał do czegokolwiek zachęcać).

Interesujący jest „Mały srebrny ekran” Adama Siennica, czyli rzecz o serialach tworzonych na podstawie przebojów kinowych. Każdy fan historii w odcinkach zapewne znajdzie w nim kilka interesujących ciekawostek. Niestety, na uzupełnienie listy tytułów do obejrzenia raczej nie ma co liczyć, bo omawiane produkcje albo są jeszcze na wczesnych etapach planowania, albo okazały się kompletna porażką.

Dalej mamy dwie strony poświęcone przybliżeniu wręczonej po raz pierwszy na tegorocznym Pyrkonie Nagrody „Nowej Fantastyki”. Choć jestem raczej sceptycznie nastawione do idei rozmnażania wyróżnień w bardzo małym i już i tak w nie obfitym polskim światku fantastycznym, to pomysłodawcy przynajmniej sensownie wykładają swoje intencje.

Kolejna strona przynosi kontynuacje artykułu o fantastyce w Izraelu – zgodnie z obietnicą, tym razem dane jest nam rzucić okiem na młodych twórców. W bonusie, niejako w charakterze przedłużenia tematu, długi wywiad z Lavie Tidharem, znanym u nas z niedawno wydanego w Uczcie Wyobraźni „Osamy”. Musze przyznać, ze pan Tidhar jawi się bardzo interesującym i wszechstronnym twórcą.

Maciej Parowski przedstawia nam pierwsza część wynurzeń o krytyce filmu fantastycznego. Robi to w sposób ciekawy, choć nieco (jak to on w tych nowofantastycznych artykułach) chaotyczny. Książka miesiąca tym razem została „Trupia otucha” Simmonsa, a z lamusa wypełzł potwór z Loch Ness. Tym ostatnim jestem nieco rozczarowana, ale najwyraźniej Nessie nie jest szczególnie wdzięcznym bohaterem artykułów o swoim PR.

Felietonu Wattsa nie ma (zamiast niego jest wyczerpująca recenzja nowego „Robocopa”). Na swojej stronie Rafał Kosik ubolewa nad „cenzurowaniem języka” i wrzuca do tego pojęcia-worka zjawiska tak różne, że przynajmniej częściowo muszę się z nim zgodzić. Na przykład z akapitem o marketingowych manipulacjach językiem się zgadzam, ale już nie z tym, że nagle „adoracja okazuje się molestowaniem, a dżentelmeni zmienili się w szowinistów” nie. (Serio, dziwią mnie mężczyźni, którzy robią wielkie halo z faktu, że kobieta może sobie zwyczajnie nie życzyć raczenia uwagami na jej temat. Nawet miłymi, choć to akurat rzadkość. I nie, „Ru*ał bym!” to nie jest miła uwaga.) A ubolewanie nad tym, że nagle pojawiają się żeńskie nazwy zawodów wydaje mi się zabawne (serio, gdziekolwiek ktokolwiek na co dzień mówi „stomatolożka”? U nas wszyscy po prostu idą do dentystki). Przywoływania „genderu” nawet nie skomentuję. Zmieniając tematykę – Łukasz Orbitowski tym razem o „Opętaniu” i jest to muszę przyznać jego najciekawszy felieton od jakiegoś półtora roku.

Przejdźmy do sekcji literackiej – w tej kategorii marcowy numer wypada jak na razie najlepiej z tegorocznych, choć mamy tylko dwa polskie opowiadania. „Falstart” Wawrzyńca Podrzuckiego to świetny, futurystyczny kryminał (a pisze to osoba, która kryminałów nie znosi). Nie ma tam żadnych z odwłoka wyciągniętych dedukcji, ani przytępych (bądź odwrotnie – piekielnie inteligentnych na tle towarzyszy) detektywów, jest za to interesujące układanie puzzli z dowodów, poszlak i intuicji. Tekstu na dokładnie takim poziomie spodziewałam się po autorze. „Kre(jz)olka” Krystyny Chodorowskiej jest... ciekawa. Ma rzadko poruszaną tematykę i w gruncie rzeczy to przystępne opowiadanie o ewolucji języka, które bardzo przyjemnie się czyta.

Proza zagraniczna jest trochę liczniej reprezentowana. „Coś najbliższego” Genevieve Valentine to futurystyczna (cyberpunkowa?) odsłona mitu o Pigmalionie i Galatei okraszona odrobiną analizy sytuacji w korporacji przyszłości. Literacko co najmniej dobra. „Dzika farma” Charlesa Strossa trochę mnie rozczarowała, bo po nim spodziewałam się czegoś więcej. Co prawda cały futuryzm, zabawy genami i w posthumanizm tworzą klimatyczna otoczkę, ale fauła jest do bólu przewidywalna. „Utracona dusza Marguerite Espinozy” Jeremiaha Tolberta jest bardzo fajnym fantasy, którego klimat mocno skojarzył mi się z „Cieniorytem” Piskorskiego. Wcześniej od Tolberta dostawaliśmy znacznie bardziej szalone pomysły, ale okazuje się, że i w klasycznym sztafażu daje sobie radę.

sobota, 26 kwietnia 2014

Subiektywne prasowanie #20 - "Nowa Fantastyka" 02/2014

Nadrabiania zaległości ciąg dalszy, czas więc przejść do lutowego numeru „Nowej Fantastyki”. Co w nim było?

We wstępniaku Jerzy Rzymowski nieco złośliwie, a nieco z rezygnacją podśmiewa się z ludzi, którzy w powieściach fantastycznych doszukują się propagowania treści rasistowskich, homofobicznych czy totalitarnych, których zupełnie tam nie ma (bo czasem są, ale to już zupełnie inna bajka). W minidziale naukowym Mateusz Wielgosz zrezygnował z podania garści mininotek o najnowszych i najciekawszych osiągnięciach nauki na rzecz dłuższego felietonu o tym, jak też naukowcy próbują coś radzić na problemy starzenia się. Musze przyznać, że ta forma dużo bardziej do mnie przemawia niż poprzednia – dłuższy, spójny tekst widzę dużo ciekawszym. A i treśc zadowalająca.

Następnie mamy długi artykuł Andrzeja Kaczmarczyka o Robocopie i jego wszystkich popkulturowych odsłonach. Ciekawy i dość wyczerpujący, a bodźcem do jego ukazania była zapewne premiera remake'u historii o roboglinie (jeszcze jej nie widziałam, ale pewnie kiedyś z ciekawości obejrzę, choć projekt postaci głównego bohatera zupełnie do mnie nie trafia). Dalej mamy kolejna nawiązanie o Robocopa, tym razem w kontekście popkulturowego wskrzeszenia umarłych w artykule Tomasza Miecznikowskiego. Co do samego tekstu to mam mieszane uczucia, bo niekoniecznie zgadzam się z tezami postawionymi przez autora, ale całość wypada dość interesująco (a całośc jednak bardziej nawiązuje do Frankensteina, niż Robocopa).

Wawrzyniec Podrzucki w „Czerni zieleni” rozprawia się z ekologicznym pesymizmem w science fiction. Pisze, że na chwilę obecną jest on niczym nieuzasadniony, a wręcz tendencje są odwrotne i ładnie swoje zdanie argumentuje. Rzadko zdarza mi się czytać artykuł tego pana, z którym tak bardzo bym się zgadzała.

Dalej mamy tekst poświęcony komiksowi o króliku roninie, czyli serii „Usagi Yojimbo”. Muszę przyznać, że jest to jedna z tych nielicznych serii komiksowych, które może nawet chciałabym poznać, ale kreska zdecydowanie nie jest w moim guście (a i sama seria rozrosła się już do takich rozmiarów, że biedny laik nawet nie wie, od czego miałby zacząć). Natomiast wahających się artykuł z pewnością zachęci.

W cyklu „Fanatstyczny świat” tym razem pojechaliśmy do Izraela. Jest to dopiero pierwsza część dotycząca tego kraju i jak na razie poznajemy rys historyczny izraelskiego fandomu. Muszę przyznac, ze ta wycieczka podobała mi się znacznie bardziej niż poprzednia do Meksyku. Może dlatego, że fandom izraelski nie jest w stanie zamierania i coś tam ciągle się dzieje. A co teraz konkretnie, to przekonamy się w drugiej części artykułu, w następnym numerze.

Po kolejnej porcji wspomnień Macieja Parowskiego (tym razem to raczej refleksje dotyczące procesu twórczego) i „Rycerzach Siedmiu Królestw” w charakterze książki miesiąca, możemy przejść do felietonów. „Etyka żarcia” Rafała Kosika wypada dość słabo, bo odnosi się w dużej mierze do tego, z czego w swoim artykule naśmiewał się Wawrzyniec Podrzucki. Peter Watts dla odmiany zastanawiał się, czy w związku z rosnącym użyciem dronów i elektroniki na polach bitew odpowiedzialność za zbrodnie wojenne nie ulegnie podobnemu rozmyciu jak odpowiedzialność za cokolwiek w dużych korporacjach. Troce przerażająca wizja. Łukasz Orbitowski tym razem pisze o „Livide” jako o horrorze eklektycznym.

Przejdxmy do opowiadań. W tym numerze dominowały teksty spowinowacone z horrorem. Redakcja twierdzi, że jest nim „Nieistotna ofiara profesora Prysypkina” Jarosława Urbaniuka, ale jak dla mnie to po prostu thriller medyczny w formie reportażu. Warsztatowo bez zarzutu, ale mało wyrazisty. „Poglądomat” Bartosza Działoszyńskiego to coś w rodzaju gorzkiej, ironicznej satyry, bardzo, niestety, trafnej. Przypadła mi do gustu dużo bardziej, niż poprzedni tekst tego autora. „Żywoty bóstw śmiertelnych” Marcina Mleczaka być może nie powalają rozmachem fabuły, ale są oparte na ciekawym pomyśle, mianowicie co by było, gdyby historia zależała tylko od wyobrażeń społeczeństwa na jej temat.


Opowiadania zagraniczne w tym numerze ogólnie oceniam o oczko wyżej od polskich. „Dziewczę, które poszło na sushi” Pat Cadigan zdobyło w zeszłym roku nagrodę Hugo, ale szczerze mówiąc, nie uznała bym go za szczególnie wybitne. Owszem, jest to ciekawe połączenie space opery z cyberpunkiem z dodatkiem kontaktu z obcymi (którzy nie są obcy), ale nic poza tym. „Historia naturalna jesieni” Jeffreya Forda to powrót do klimatu grozy i to w japońskich dekoracjach, w typowym dla autora stylu. „Horyzont zdarzeń” Sunny Moraine to znów horror, z motywem nawiedzonego domu tym razem. Dość subtelny – dla mnie więcej w nim było zagubienia głównej bohaterki niż straszenia sensu stricto. Opowiadanie przyzwoite, choć nie wybitne. Na koniec szorcik Celii Friedman „Doskonały dzień”, czyli jeden dzień z życia obywatela mocno cyberpunkowej, ale przez to i bardzo nijakiej dla zainteresowanego, przyszłości. Nic szczególnego.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Subiektywne prasowanie #19 - "Nowa Fantastyka" 01/2014

Po długiej przerwie (nieprzyzwoicie długiej, rzekłabym) niniejszym wracam do tradycji pisania notek o kolejnych numerach „Nowej Fantastyki”. Jako że nazbierało mi się trochę zaległości, spodziewajcie się w niedługim czasie wielu notek o numerach archiwalnych – zaczniemy od nadrabiania zaległości z tego roku, a później co jakiś czas trafi się zaległość z poprzedniego. Nie przedłużając, pomówmy chwilę o numerze styczniowym.

Jerzy Rzymowski we wstępniaku zaczyna od problemu produkcji odpadów, by skończyć na rozważaniach dotyczących recyklingu kulturowego. Następnie kilka słów o nowościach i zapowiedziach (na ten moment już mocno nieświeżych, więc pominę) i nowinki ze świata nauki i techniki (uwielbiam ten dział, podaje w pigułce to, co musiałam żmudnie wyłuskiwać z różnych „Focusów” i „XXI wieków”). Dalej są już regularne artykuły.

„Krasnoludy i ich brodate żony” Artura Szejtera jest o tym, co w tytule. Idealny dla początkujących tolkienistów i fanów mitologicznych źródeł. Pięknie też rozprawia się z kwestią bród krasno ludzkich kobiet i dla mnie była to najciekawsza informacja w całym tekście. Następnie mamy artykuł Andrzeja Kaczmarczyka o smokach w filmie, mitologii i popkulturze. Rozumiem ograniczenia narzucane przez druk w prasie, ale chyba autor nie trafił z formułą tekstu – z konieczności jest on strasznie wybiórczy i traktuje temat mocno po łebkach.

Następnie mamy tekst należący do bardzo ciekawego cyklu, opisującego oblicze fantastyki w różnych krajach. Tym razem Marek Grzywacz zabrał nas do Meksyku. I okazało się, że kraj ten fanowi nie ma zbyt wiele do zaoferowania, bo i tradycja fantastyczna tam lichutka. Ale zawsze warto wiedzieć, jak to wygląda gdzie indziej. Mój największy problem z tym cyklem jest chyba taki, że robi apetyt na powieści, których polski czytelnik najprawdopodobniej nigdy nie pozna. A szkoda…

Dalej mamy wywiad z Piotrem Kowalskim – polskim rysownikiem (niektórzy czytelnicy mogą kojarzyć jego ilustracje do niektórych opowiadań w NF), który robi karierę w komiksie w USA. Gratka zwłaszcza dla tych, których interesuje komiks i graficzna strona fantastyki. Później mamy drugą część wspomnień Macieja Parowskiego. Ciekawe są, nie powiem, ale większość dotyczy czasów sprzed mojego urodzenia i ludzi, których nawet jakbym chciała, to nie miałabym okazji poznać. Zdecydowanie więcej z artykułu wyniosą starsi czytelnicy.

W moim ulubionym cyklu („Z lamusa”) tym razem mowa o frenologii – trochę jestem zawiedziona, bo temat mi znany i niewiele z niego wyniosłam. Książka miesiąca tym razem też mi doskonale znana (w końcu Scott Lynch i jego cykl „Niecni Dżentelmeni”).

Przejdźmy do felietonów. Rafał Kosik ubolewa nad niefrasobliwością społeczną odnoście przyszłości dalszej niż jakieś kolejne pięćdziesiąt lat i muszę przyznać, że ma facet sporo racji. Za to Peter Watts wybrał się dla odmiany w podróż w przeszłość i wyszła z tego prawdziwa perełka. Wziął się bowiem za racjonalizowanie historii Jezusa z Nazaretu, a zrobił to nie jak naukowiec, ale jak zdroworozsądkowy pisarz – i wyszło coś, co rozwinięte w powieść bardzo chętnie bym przeczytała. Łukasz Orbitowski tym razem dzieli się wrażeniami z horroru o kanibalach, choć wątpię, żeby „Somos lo que Hay” spodobało się fanom „Hannibala”.

Przejdźmy może do opowiadań, które w tym numerze trzymają równy, dobry poziom, choć żadne nie jest wybitne. „Rzeźbiarz bogów” Pawła Nesterwicza to kawał dobrego, pisarskiego rzemiosła z całkiem interesującym światem przedstawionym i historią do opowiedzenia. Niemniej, nie zawiera pomysłu ani pointy, które mogłyby pozostać pamięci czytelnika na dłużej. „Jak uniknąłem służby wojskowej” Lucyny Grad to sympatyczne opowiadanko napisane gładkim, przyjemnym stylem. Akcja rozgrywa się w Turkiestanie w XIX wieku (czas zaborów), a bohaterem i narratorem jest polski zesłaniec. Treść zaś odpowiada na pytanie „co by było, gdyby przypadkowego żołnierza wciągnąć w tryby klasycznej, lokalnej baśni?” i robi to w sposób bardzo przyjemny. „O-Bon Matsuri” Marii Sobieckiej, jak wskazuje sama autorka, było inspirowane twórczością Kena Liu i to bardzo widać – podobna poetyka, styl i tematyka. Niestety, brakuje trochę do wyrazistości i mocy pointy oryginału, w związku z tym dostaliśmy nieco mdławy (ale wciąż dobry warsztatowo) zapis ze spotkania z ojcem w dniu święta zmarłych.

Zagraniczne opowiadania nie odbiegają poziomem od polskich, ale gatunkowo owszem – rodzime krążyły wokół fantasy, zagranica zdecydowanie woli science fiction. „Enigma” Seana McMullena opowiada historię odkrycia planety – pozostałości po nieznanej cywilizacji. Pomysł nie jest jakoś szczególnie zaskakujący, ale wykonanie solidne. „Poniedziałkowy mnich” Jasona Sanforda ma w sobie coś z opowieści o walce z reżimem i uciskiem i jest chyba znacznie bardziej oniryczny, niż autor planował. Jest też najlepszym opowiadaniem numeru, choć przewagę ma niewielką. „Wesprzyjcie moją armię robotów!!!” Keffy R. M. Kehril to zabawny shorcik oparty na zapisie z akcji zbierania na tytułowy pomysł na Kickstarterze czy podobnym portalu. Byłby o wiele zabawniejszy, gdyby nie tak bardzo rzeczywisty.

A niedługo ciąg dalszy nadrabiania zaległości.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...