Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 września 2022

"Meluzyna Noctis i Mroczna Głębia" Philip Reeve


Nie jestem szczególną fanką powieści dziecięcej, ale ponieważ trzeba już myśleć o kompletowaniu biblioteczki progeniturze, lubię czasem sprawdzić, co ten segment rynku oferuje. Do „Meluzyny Noctis i Mrocznej Głębi” przyciągnęło mnie nazwisko autora. Philip Reeve jest u nas znany głównie z młodzieżowego cyklu „Żywe/Zabójcze maszyny” (w zależności od wydania), który z kolei stał się znany dzięki ekranizacji (podobno średniej). Oczywiście go nie czytałam, ale stwierdziłam, że może jednotomowa powieść dziecięca będzie lepszą drogą do zapoznania się z autorem. A z czasem może i moje dziecię przeczyta.

środa, 9 lutego 2022

"Straszliwe młode damy i inne osobliwe historie" Kelly Barnhill


Kelly Barnhill mam na swojej liście do przeczytania (i na półce Legimi) już od dawna. Jej powieści dla młodszych czytelników nieodmiennie są bardzo ciepło przyjmowane, a mi właśnie rośnie młodszy czytelnik, więc warto trzymać rękę na pulsie. Tymczasem autorka napisała zbiór opowiadań dla dorosłych, a Wydawnictwo Literackie postanowiło go wydać po polsku. Sami więc rozumiecie, że lektura była tylko kwestią czasu.

poniedziałek, 14 października 2019

"To nie powinno się zdarzyć" James Herriot


James Herriot jest uważany za swego rodzaju klasyka, choć mam wrażenie, że jego popularność ogranicza się głównie do Wielkiej Brytanii i anglosaskiego kręgu kulturowego. W Polsce, jak się zdaje, nie przyjął się tak dobrze, bo choć w latach dziewięćdziesiątych wydano cały jego cykl, to próba jego wznowienia kilka lat temu zakończyła się na tomie drugim. Sama byłam dość rozczarowana pierwszym tomem i pewnie po kolejny bym nie sięgnęła, gdyby nie to, że znalazłam go na Legimi (są tam obie wznowione przez Wydawnictwo Literackie powieści Herriota). Pomyślałam, że ponieważ już wiem, czego się spodziewać, może dam autorowi drugą szansę.

wtorek, 8 listopada 2016

"Czterdzieści i cztery" Krzysztof Piskorski

Jest coś takiego, co anglosaskim fantastom wychodzi świetnie, a u nas dość mocno kuleje. Jest to mianowicie wykorzystywanie i popularyzowanie w popkulturze motywów z klasyki literatury (już pominę retteling, bo zdaje się, że tego typu teksty dla rodzimych pisarzy mogłyby nie istnieć, takie to rzadkie. I tak, wiem o „Legendach polskich”, kiedyś je przeczytam, jak już wszyscy o nich zapomną). Co jakiś czas ktoś przywołuje w swoim dziele Dickensa, Austen czy Doyle’a. U nas Mickiewicza, Prusa czy Sienkiewicza unika się jak ognia, ewentualnie rzuca dyskretnymi nawiązaniami. Tym większe brawa dla Krzysztofa Piskorskiego, który polskich romantyków postanowił potraktować z iście anglosaskim podejściem. A to nie jest jedyna zaleta „Czterdzieści i cztery”.

Eliza Żmijewska właśnie płynie do Anglii. Ot, zwykły rejs starej panny, chciałoby się powiedzieć. Tyle, że nie. Rejs nie jest zwykły, bowiem odbywa się w alternatywnym świecie Anglii2, do którego można dostać się przez eterowe bramy. Sama Eliza też zwykłą starą panną nie jest (no, najpopularniejszy wiek zamążpójścia ma już za sobą, ale umówmy się, nad trumną się jeszcze nie chwieje) – ma oto bowiem wykonać wyrok, jaki na pewnego polskiego, a odnoszącego ogromne sukcesy w Anglii przedsiębiorcę wydała Rada Narodowa. Przy okazji chce też wyjaśnić dawne zaszłości, bo tak się składa, że przedsiębiorca jeszcze kilkanaście lat temu był jej bliskim przyjacielem… A potem nastąpiło powstanie i wszystko się pokomplikowało. Niemniej, Eliza nie wie jeszcze, że podczas tej podróży spotka więcej niż jednego dawnego przyjaciela, a także pozna wielu nowych. Niekoniecznie ludzkich. Oraz będzie musiała zdecydować, która sprawa jest naprawdę ważna, a która ostatecznie tylko osobista.

Na początek napiszę, że nie czytałam (jeszcze, bo leży na półce) „Zadry”, w której świecie rozgrywa się „Czterdzieści i cztery” (oraz z pomysłu na kontynuację której wyewoluowało). „Krawędzi czasu” też nie czytałam. I dlatego być może nie mam odpowiedniego odniesienia, ale najnowsza powieść Piskorskiego jest zdecydowanie tą, którą najlepiej mi się czytało. Owszem, nie jest tak innowacyjna jak „Cienioryt”, właściwie nic szczególnie odkrywczego nie wprowadza, pomysł na intrygę też do rewolucyjnych nie należy… Ale czysto subiektywna satysfakcja z poznawania opowieści znacznie większa.

Sama opowieść, jak to u Piskorskiego - wieloetapowa. Większość fantastów przyzwyczaja nas do dość liniowych fabuł (w czym nic złego nie ma), w których co prawda mamy punkty widzenia różnych bohaterów i kilka mniejszych opowieści, ale od początku mniej więcej wiadomo, do czego to zmierza, a jeśli jakiś wątek się kończy, to najwyżej wpłynięciem do wątku głównego, jak jeden z dopływów do głównej rzeki. U Piskorskiego dopływy-wątki kończą się raczej w jeziorach, z których wypływa nowa rzeka, mająca jednak korzenie w starej (tak, wiem, nie umiem w metafory). Mamy więc wątek podróży Elizy do Londynu, który sam w sobie tworzy dość zamkniętą całość, później mamy kilka aspektów jej działalności w Londynie, a to, co po Londynie, to także całkiem właściwie zamknięta historia. Każdej starczyłoby na osobną powieść. Chwalić dowolnie wybranego boga, że autor jednak nie zwykł chodzić tą drogą.

Jakby co, to warto polubić fanpejdża,
bo tam częściej wrzucam rysunki.
Co do głównej bohaterki, to jest to ten typ kobiecej postaci, który lubię najbardziej. Silna i zdecydowana, a jednocześnie osadzona w historii tak, że jej płeć nie robi fabule różnicy. Choć przyznam szczerze, że Eliza Żmijewska nie jest typem bohaterki, którą chciałabym poznać bezpośrednio. Mimo że jest postacią złożoną i jak najbardziej prawidłowo skonstruowaną.

Niemniej, z całym szacunkiem i sympatią do Elizy, najfajniejsi są bohaterowie drugo- i dalszoplanowi. Jej skazaniec na przykład czy też inny dawny przyjaciel z dzieciństwa, o których za dużo napisać nie mogę, bo mogłabym komuś popsuć radość z odkrywania wzajemnych relacji. Dlatego wspomnę o moim ulubionym bohaterze, czyli wielkim, inteligentnym owadzie. Xa’ru (i w sumie towarzyszący mu w charakterze gadającej głowy lor Mitchell trochę też, tylko on swoje już zrobił) to w zasadzie postać jak z antycznej tragedii – niezależnie od tego, jakie rozwiązanie wybierze, jego historia nie może skończyć się dobrze. Tacy bohaterowie zawsze wydają mi się interesujący. No i plus za stworzenie obcej, inteligentnej rasy w sposób, który dobitnie uzmysławia czytelnikowi, że Xa’ru i jego pobratymcy to jednak obce formy życia, których ludzie być może nigdy nie będą w stanie do końca zrozumieć.

(A kolejny plus za smoki, bo zawsze daję plusa za smoki. Szkoda tylko, że pojawiły się na chwilę. Oraz mam wrażenie, że autor jednak czytał smoczy cykl Novik. Zaś Napoleon i cała jego otoczka przypomina mi silnie Imperatora i jego Złoty Tron z uniwersum Warhammer 40 000. W ogóle nawiązań do różnych rzeczy, tak historycznych, jak i kulturowych jest w tej książce mnóstwo.)

Lubię Piskorskiego. Zawsze ma dla mnie coś fajnego – jeśli nie oryginalny pomysł, to przynajmniej solidnie napisaną, wciągającą fabułę. Będę go dalej czytać, bo nawet jeśli wielkim poetą nie był, to zasługuje na uwagę na poletku polskiej fantastyki. 

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.
Tytuł: Czterdzieści i cztery
Autor: Krzysztof Piskorski
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2016
Stron: 548

piątek, 19 lutego 2016

"Zagubieni Książęta" Garth Nix

Garth Nix jest w u nas znany głownie z cyklu o Starym Królestwie. Niedawno Wydawnictwo Literackie go wznowiło, dorzucając całkiem nowy prequel. Poza tym wznowiło (i wydało do końca) jeszcze jeden cykl fantasy, przeznaczony dla młodszych czytelników. Idąc za ciosem, wydali „Zagubionych Książąt” – całkiem świeżą jeszcze powieść, jak na razie pozbawioną kontynuacji. Biorąc pod uwagę, że kilka powieści autora jeszcze nie zostało przetłumaczonych, czekam na rozwój sytuacji. Tymczasem pochylmy się nad „Zagubionymi Książętami”.

Kemri urodził się jako zwykły człowiek, ale teraz jest Księciem Imperium, jednym z milionów sobie podobnych, co nie znaczy, że pospolitych. Ma udoskonalone ciało oraz odpowiednio uwarunkowany umysł, a zwykli ludzie mają obowiązek spełniać każdą jego zachciankę. Mało tego, jeśli Kemri umrze może się odrodzić – niektórzy Książęta dokonali tej sztuki już kilkadziesiąt razy. Wydawałoby się, że jest panem samego siebie, a cały wszechświat tylko czeka, żeby wykonywać jego zachcianki. Kemri jednak dość szybko przekonuje się, że ten lukrowany obrazek jest tylko iluzją, a wartości wdrukowane mu podczas imperialnego szkolenia nie koniecznie są jedynym istniejącym systemem życia w społeczeństwie…

Zacznę może od tego, że bardzo podoba mi się wykreowany przez autora świat Imperium galaktycznego. Składa się ono z miliardów planet („Prawie tyle, co Stara Republika” – zakrzyknął z offu Luby), ale Nix nie skupia się na prezentowaniu nam jego uroków i różnorodności. A to dlatego, że jego bohater i narrator jednocześnie jest Księciem. A to oznacza, że co prawda urodził się zwyczajnie, ale od maleńkości był poddawany licznym zabiegom, mającym przekształcić go w nadczłowieka oraz, że wychowywany był w przekonaniu, że reszta świata istnieje tylko po to, by spełnić jego zachcianki (poza innymi Książętami, bo oni mogą stanowić zagrożenie). Świat Książąt jest izolowany od zwykłych ludzi (nawet służba jest odpowiednio programowana), a Książęta izolują się od siebie, bo każdy stanowi zagrożenie dla reszty.

Tak więc relacje Książąt są skrajnie makiaweliczne, żeby nie powiedzieć patologiczne. Od początku uczy się ich skrajnego egocentryzmu i postrzegania innych przez pryzmat tego, jak bardzo użytecznymi narzędziami mogą być, zaś wszelkie uczucia altruistyczne są w miarę możliwości rugowane, gdyż jedynym pragnieniem Księcia powinno być zostanie Imperatorem. W dodatku wpaja się im przekonanie o wyjątkowości. Niestety, jak dość szybko przekonuje się Kemri, wyjątkowość ta jest tylko iluzją. Tak samo, jak książęca wolność. Co prawda oczywiście młody Książę może postąpić jak chce, ale raczej prędzej niż później źle to się dla niego skończy, więc lepiej się nie sprzeciwiać. To uczucie prowadzania na złotej smyczy oraz rozczarowanie Kemriego, kiedy dociera do niego, że nigdy tak naprawdę nie będzie wolny, stanowią o sile powieści.

Ale właściwie miałam napisać kilka słów o świecie przedstawionym. Spodobało mi się, z jaką łatwością autor opisuje wysoce stechnicyzowane jakby nie patrzeć, środowisko imperium. Mamy tu mnóstwo technologii (dość sztampowej na tle innych utworów gatunku, ale to nie przeszkadza), która nie dość, że przy opisie nie atakuje niezrozumiałym techobełkotem, to jeszcze wplata się idealnie w opowieść i buduje doskonały świat biotechowych statków, zdolnych porozumiewać się telepatycznie z pilotami i tym podobnych zjawisk. Być może, kiedy opisuję to teraz, wygląda na kicz nad kicze, ale Nix jest lepszym pisarzem ode mnie i kiczowatości u niego nie widać. Tylko przemyślnie skonstruowany świat.

Właśnie, a propos języka i pisania. Nie wiem, czy to kwestia przekładu czy zmiany gatunku (raczej nie rozwoju autora, „Clariel” pisana całkiem niedawno nie rożni się pod tym względem od znacznie starszych książek), ale wydaje mi się, że język Nixa w „Zagubionych Książętach” nabrał lekkości i bezpośredniości, której w „Starym Królestwie” nie było. Dla mnie jest to zmiana bardzo na plus.

Podsumowując, „Zagubieni Książęta” to bardzo udana powieść młodzieżowa, o której nie bardzo wiem co napisać (co mówię po wyprodukowaniu ponad pół tysiąca słów tej notki). Dodatkowym plusem jest fakt, że na razie nic nie wiadomo o kontynuacji, a więc jeśli ktoś poszukuje jednotomowej lektury, ta będzie jak znalazł. Mam tylko nadzieję, że paskudna okładka nie zrobi jej niedźwiedziej przysługi. 

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.

Tytuł: Zagubieni Książęta
Autor: Garth Nix
Tytuł oryginalny: A Confusion of Princes
Tłumacz: Natalia Wiśniewska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2016
Stron: 360

środa, 6 maja 2015

"Zawołajcie położną" Jennifer Worth

„W styczniu 1998 roku magazyn „Midwives” opublikował artykuł Terri Coates zatytułowany „Wizerunek położnej w literaturze”. Terri przeprowadziła skrupulatne badania, po czym stwierdziła, że w zasadzie postać położnej w literaturze w ogóle nie występuje. (…) zakończyła swój artykuł życzeniem: „Być może jest gdzieś położna, która potrafiłaby zrobić dla położnictwa to, co James Herriot zrobił dla weterynarzy”. Przeczytałam te słowa i podjęłam wyzwanie.”

To cytat z posłowia (piszę o tym „posłowie”, bo jest na końcu książki. Tematycznie bardziej pasuje na przedmowę) książki Jennifer Worth. I rzeczywiście, pewne podobieństwa do pisarstwa Herriota da się zauważyć, choćby sposób prowadzenia narracji – pierwszoosobowej i skupiającej się głownie na pacjentach. Jednak gdyby mnie ktoś pytał, powiedziałabym, że Worth zrobiła to lepiej – przy lekturze „Zawołajcie położną” czas spędziłam zdecydowanie ciekawiej, niż z angielskim weterynarzem.

Opowieść autorki możnaby nazwać zbeletryzowaną autobiografią – ze szczególnym naciskiem na „zbeletryzowaną”, jak sądzę. Poznajemy młodą Jennifer, kiedy zaczyna pracę w Domu Nonnata, instytucji zajmującej się świadczeniem usług położniczych mieszkańcom najbiedniejszych dzielnic Londynu. Tam poznaje wiele ciekawych kobiet – zarówno tych, które z nią pracują, jak i pacjentek, a każda ma do opowiedzenia własną historię, czasem tak niewiarygodną, że trudno w nią uwierzyć.

Język autorki całkowicie mnie urzekł. Wiem, że wiele razy pisałam już o pisaniu prostym, acz celnym, ale Worth właśnie takim się posługuje. Jest przy tym lekko figlarna, lubi uraczyć czytelnika żartem czy nietuzinkowym porównaniem. Szczerze mówiąc, historie jakie opowiada broniłyby się nawet napisane znacznie bardziej drętwo, ale ileż przyjemniej czyta się coś, co tak gładko spływa do mózgu (końcówka tego zdania dobitnie świadczy o tym, że nie mam nawet ułamka tego talentu, jakim dysponuje Worth).

Nie wie, czy powinnam coś pisać o kreacji bohaterów, bo bądź co bądź byli to, przynajmniej w jakimś stopniu, prawdziwi ludzie. Niemniej trzeba powiedzieć, że autorka świetnie potrafiła odmalować ich portrety (podejrzewam że są na nich znacznie barwniejsi, niż byli w rzeczywistości – to przecież cecha dobrej prozy, dać portret ciekawszy niż rzeczywistość). Jest to też w jakimś, dość dużym jak sądzę, stopniu prawdziwy obraz biedniejszej części londyńskiej społeczności w latach powojennych. I jest to z pewnością wartość dodana.

Przyznam się wam, że książkę kończyłam już jakiś czas temu. Przeglądając ją na potrzeby tej notki, nabrałam ochoty na ponowną lekturę, a to już samo w sobie o czymś świadczy. Tak więc polecam „Zawołajcie położną” wszystkim – tym, którzy lubią powieści o kobietach, tym, którzy kochają wątki medyczne, a trochę i tym, którzy najbardziej cenią powieści obyczajowe czy te z wątkami biograficznymi. Czytajcie.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.

Tytuł: Zawołajcie położną
Autor: Jennifer Worth
Tytuł oryginalny: Call the Midwife
Tłumacz: Marta Kisiel-Małecka
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2014
Stron: 426

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

"Clariel" Garth Nix

Cykl o Starym Królestwie przez długi czas pozostawał trylogią, nie licząc oczywiście pojawiających się okazjonalnie opowiadań. Po latach jednak autor postanowił wrócić do tego świata, najwyraźniej zatęskniwszy za nim tak, jak i stosunkowo liczni fani. Z jednej strony podążył szlakiem dobrze znanym – postanowił ukazać młodą dziewczynę (znowu) na rozdrożu, poddaną działaniu sił znacznie potężniejszych niż ona. Z drugiej, obrał dla Clariel zupełnie inną ścieżkę rozwoju.

Clariel jest córką najbardziej utalentowanej złotniczki w kraju i jednocześnie wnuczką Abhorsena (choć ten ostatni fakt raczej nie odgrywa roli w jej życiu). Wcześniej mieszkała na głębokiej prowincji, w pobliżu ukochanego Wielkiego Lasu, lecz rozwój kariery matki wymusił na całej rodzinie przeprowadzkę do stolicy. Niepokorna dziewczyna o naturze samotnika bardzo męczy się wśród murów i konwenansów oplatających wyższe sfery. Z każdym kolejnym dniem zaczyna coraz poważniej myśleć o ucieczce, choćby i wbrew woli rodziców. Jednak sprawy ulegają poważnej komplikacji.

Nix postanowił pokazać czytelnikom obraz innego Starego Królestwa, niż znane im do tej pory i w tym celu cofnął się o sześćset lat. Nie patrzymy już na resztki po dawnej potędze, rozkładającej się na oczach bohaterów. Widzimy królestwo silne i dostatnie, nie nękane przez Zmarłych, nekromantów i istoty Wolnej Magii. Król co prawda jest stary i niedołężny, dawno odmówił sprawowania obowiązków, pogrążony w oczekiwaniu na powrót dawno zaginionej wnuczki, ale szeregowy obywatel nie odczuwa braku władzy. Abhorsenowie od trzech pokoleń nie mieli ani jednego Zmarłego czy istoty Wolnej Magii do zwalczenia, toteż zgnuśnieli całkowicie i zajęli się organizowaniem imprez terenowych (czyli wielkich polowań). To właściwie tyle zmian, bo jeśli chodzi o rozwój technologiczny czy społeczny to sześćset lat nic w tej materii nie zmieniło (choć przyznam autorowi, że do czasu akcji „Sabriel” zaginęło sporo wiedzy magicznej). Z drugiej strony, całkowicie brak tu wzmianek o Ancestriell. Trochę szkoda, mogłyby ubarwić świat przedstawiony (ale niestety, w opowieści, którą otrzymaliśmy, nie ma nawet miejsca, żeby je dodać). Za to mamy kilka elementów, które wzbogacają wiedzę o świecie, a o których nie było mowy wcześniej (i szczerze mówiąc, ataki berserku, które podobno często zdarzają się u ludzi z królewskiego rodu, wyglądają mi na wymyślone specjalnie na potrzeby Clariel. Z drugiej strony, można je ładnie wpasować w przypadek Kerrigora z trylogii…).

Ale przejdźmy może do samej bohaterki, bo nieco się różni od dotychczasowych dziewczyn Nixa. I Sabriel, i Lirael pokornie przyjmowały swój los, postawione przed jego nieuchronnością, wykazując się przy tym niezłomnością i siłą charakteru, a także łamiąc własne ograniczenia. Clariel jest inna. Buntuje się przeciw rzeczywistości i pragnie zrealizować swoje marzenia bez względu na okoliczności (trzeba dodać, że nad jej głową nie wisi żadne przeznaczenie, buntuje się więc nie przeciw siłom wyższym, ale przeciw woli ludzi, chcących nią manipulować i wykorzystać do własnych celów). Zdecydowanie więcej w niej egoizmu niż w znanych dotąd bohaterkach, ale Nix podkreśla, że w dążeniu do tego, co czyni nas szczęśliwymi nie ma nic złego (kluczowe za to są metody i nieuleganie pokusom łatwej drogi). Trochę zanadto upraszcza, szczerze mówiąc. O ile ciekawiej by było, gdyby Aronzo, z którym rodzice chcą wyswatać Clariel, nie był skończonym, zarozumiałym dupkiem, tylko sympatycznym chłopakiem (choć z drugiej strony, nastoletnim odbiorcom mogłoby byś trudno sympatyzować z Clariel, jeśli ta mimo wszystko odrzuciłaby jego zaloty. Względnie odezwałyby się głosy starszych czytelników, że znowu powieść dla młodzieży, gdzie aranżowane małżeństwo jest kreowane na najźlejsze zło bez żadnego powodu. I tak źle, i tak niedobrze).

Szczerze mówiąc, po „Clariel” pozostał mi spory niedosyt – równie chętnie jak jej historię, przeczytałabym opowieść o Belu (chłopaku, koniec końców okazującym się pierwszym od trzech pokoleń Abhorsenem z prawdziwego zdarzenia) czy zaginionej księżniczce. Ale jeśli opowieść otwiera więcej szlaków niż zamyka i jeszcze sprawia, że chciałoby się nimi podążyć, to jest to raczej zaleta, prawda?

PS. Odnośnie smoka na okładce – rzeczywiście pojawia się w książce. I jakkolwiek bestia wygląda całkiem ciekawie, tak jej wątek mnie rozczarował. Wolę chyba, gdy autor pozostaje przy zwierzętach futerkowych.

PS.2. Nix w posłowiu zapowiada kolejną książkę, tym razem kontynuację trylogii (mam nadzieję, że jak już ją wreszcie napisze i dostaniemy polskie wydanie, będzie ono wzbogacone o opowiadanie, którego wątki rozwija). Czekam niecierpliwie.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.
Tytuł: Clariell
Autor: Garth Nix
Tytuł oryginalny: Clariel. The Lost Abhorsen
Tłumacz: Agnieszka Kuc
Cykl: Stare Królestwo
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2015
Stron: 496

środa, 4 lutego 2015

Druga część drugiej części, czyli podróż spadkobiercy Budowniczych Mostu - "Abhorsen" Garth Nix

I tak dotarłam do kresu tej historii. Nie powiem, że poczułam się rozczarowana – wręcz przeciwnie, to kawałek solidnej historii z rodzaju takich, które lubię. Ale pewien niedosyt pozostał. Nie spodziewałam się zaskoczenia, ale jakaś mała, uparta część mojej podświadomości ciągle miała nadzieję. Więc nie rozczarowałam się, choć ciągle szkoda, że mała część podświadomości się myliła.

W „Lirael” zakończyliśmy przygotowania do wielkiego starcia. Teraz zmierzamy już tylko do nieuchronnego końca, czyli decydującej bitwy z wielkim złem. Tajemnice zostaną odkryte, przeciwnicy staną naprzeciw siebie, a przeznaczenie się dokona. Dlatego też dajmy już spokój fabule, nie będę przecież spolerować.

Prawda jest taka, że trudno mi coś napisać o „Abhorsenie”. Jest bezpośrednią kontynuacją „Lirael” i tworzy z nią spójną całość – są właściwie jedną powieścią. Dlatego dam sobie z tym spokój i odpłynę w dygresje.

Powiem wam, że ta powieść w dwóch częściach nie bawiła mnie tak, jak „Sabriel”. Nie pomyślcie po tym, co napiszę dalej, że nie jest to książka dobra, bo jest i można się przy niej fajnie bawić. Ale… wszystko to już było – w „Sabriel” właśnie. Autor przedstawił nam bardziej rozbudowaną wersję schematu, który poznaliśmy wcześniej. Owszem, ma to swoje dobre strony – możemy znacznie lepiej poznać Stare Królestwo, dotrzemy wreszcie do dziewiątej strefy Śmierci i poznamy genezę tego i owego zjawiska. Można więc powiedzieć, że walor krajoznawczy jest wielki.

Niemniej, pozostaje niedosyt. Co prawda uwielbiam rozbudowywanie uniwersów, nawet kosztem fabuły, ale niech ona będzie rachityczna czy pretekstowa. Tylko nie powtarzalna. To samo dotyczy bohaterów, którzy co prawda są przesympatyczni, ale jakby skądś ich znam. Lirael, choć zaczynała inaczej, teraz jest już drugą Sabriel, a tę historię już czytałam. To samo dotyczy Sametha, który krok za krokiem podąża ścieżką swojego ojca. I tylko powracająca wojna podjazdowa Moggeta z Podłym Psiskiem jest pewnym novum.

Nie chcę, żebyście odnieśli wrażenie, że „Abhorsena” nie warto czytać. Warto. To naprawdę ciekawa powieść. Tylko mało odkrywcza i dość powtarzalna. W sumie nie przeszkadza mi to. Nawet jeśli kolejna książka Nixa z tego uniwersum będzie równie powtarzalna, to i tak ją przeczytam. Bo najbardziej lubimy piosenki, które znamy. Zwłaszcza, jeśli to całkiem niezłe covery.

Książkę otrzymam od Wydawnictwa Literackiego.
Tytuł: Abhorsen
Autor: Garth Nix
Tytuł oryginalny: Abhorsen
Tłumacz: Agnieszka Kuc
Cykl: Stare Królestwo
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2014
Stron: 424

środa, 14 stycznia 2015

Razem ze mną kundel bury, czyli Książę Sameth - "Lirael" Garth Nix

Zaczynając „Lirael” myślałam, że mam do czynienia z podręcznikową trylogią (czyli taką, gdzie każdy tom jest o czymś innym, ale rozgrywają się w tym samym świecie i bohaterowie poprzednich pojawiają się na drugim i dalszych planach kolejnych). „Sabriel” miała ładnie zamkniętą historię, „Lirael” zaczęła się jakieś czternaście lat później, wszystko się zgadzało. Jednak zakończenia opowieści rozpoczętej w „Lirael” najwyraźniej doczekamy się dopiero w „Abhorsenie”. Jakie to szczęście, ze dostałam od razu trzy tomy.

Stare Królestwo znowu ma swojego Króla, któremu Clayry, Widzące przyszłość, mogą służyć radą. Niestety, czternastoletnia Lirael nie otrzymała jeszcze daru widzenia. Co oznacza, ze ciągle jest uważana za dziecko i odszczepieńca, podczas gdy już o kilka lat młodsze kuzynki mogą wdziać „dorosłą” biel. Na szczęście, udaje jej się zdobyć pracę w Bibliotece. Dzięki temu udaje jej się z pewna pomocą magii uzyskać wiernego przyjaciela – Podłe Psisko. Jeszcze nie wie, ze za kilka lat przyjdzie jej wyruszyć na samotna wyprawę.

Pewnie trochę się czepiam, ale widzę u Nixa pewne schematy – nie walą po oczach (dlatego też może mi się tylko wydaje i jestem przewrażliwiona), ale chyba są. Znowu osią fabuły staje się nastoletnia bohaterka, jednak w przeciwieństwie do tych z nowszych powieści, Lirael dostaje swoje zadanie do wypełnienia, gdy jest już pełnoletnia. Znowu też towarzyszy jej magiczne zwierzę i spotkany po drodze chłopak w zbliżonym wieku, z problemami egzystencjalnymi i wyrzutami sumienia (choć tym razem autor męskiego protagonistę rozwija i przed spotkaniem, nie tak jak w „Sabriel”). Wbrew pozorom, nie widzę tego jako wady, raczej jako powracający leitmotiv. Choć momentami bywa irytujący.

Sami bohaterowie, mimo że oparci na podobnym jak wcześniej schemacie, jednak nie są klonami Sabriel i Touchstone'a. Gdy Lirael staje przed swoim pierwszym wyzwaniem, nie ma za sobą ani chwili treningu czy nauki (za to ma dość specyficznego nauczyciela, który najwyraźniej uważa, że uczyć się należy przez praktykę). Niemniej, jest dzielną dziewczyną i kiedy pięć lat później musi stanąć przed swoim przeznaczeniem, jest gotowa, choć przerażona i pełna wątpliwości. Trochę inaczej wygląda sytuacja z księciem Samethem. Ten kompletnie nie widzi się w roli, jaką najwyraźniej mu przeznaczono, a sytuację pogarszają jeszcze traumatyczne przeżycia w Śmierci. Co ciekawe, zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nim ciąży. Na szczęście dla czytelnika, nie pogrąża się w odmętach nastoletniego angstu i nie użala nad faktem, że nie jest wolny jako ta ptaszyna, tylko musi wykonywać obowiązki ciążące na nim z racji urodzenia. Nie potrafi sobie jednak z nimi poradzić i nie widzi możliwości zmiany tego stanu rzeczy (co gorsza wie, że kiedyś wszyscy będą mogli liczyć na niego i tylko na niego), więc popada w coraz głębszą depresję i wyrzuty sumienia. To ciekawy pomysł na bohatera, ale trochę niecodziennie wypada w tym cyklu drugi już tandem z silną kobiecą i znacznie słabszą męską połową.

Przejdźmy teraz do kwestii, na której kompletnie się nie znam, czyli do tłumaczenia. Jak wspominałam poprzednio, każdy tom trylogii tłumaczył ktoś inny i to widać. Przyznam, że styl Rafała Śmietany (tłumacza „Lirael”) odpowiada mi dużo bardziej niż Elżbiety Nowakowskiej (tłumaczki „Sabriel”). Jest dużo bardziej swobodny, nie tak sztywny i tę różnicę dałoby się wyczuć nawet bez wiedzy, że przekłady wykonywały dwie rożne osoby. Niestety, wydawnictwo nie ujednoliciło terminologii. Nie jest to może szczególnie irytujące – większość nazw nie różni się w obu tomach – ale trochę zgrzyta. Teraz nastąpią laickie dywagacje od czapy, więc jeśli zajrzy tu jakiś tłumacz i zobaczy, że plotę dyrdymały, to niech da znać. Zmiana dotyczy głównie dwóch terminów: Krwawych Wron/Kruków i Zjaw/posłańców Kodeksu. Przy tym pierwszym przyznam, że bardziej odpowiada mi wersja pana Śmietany. Angielskie crows tłumaczy się przeważnie jako wrony, ale gugiel twierdzi, że użycie go w stosunku do kruka też jest dopuszczalne. No i większość zagranicznych wron jest jednak całkowicie czarna, w przeciwieństwie do polskich, które są szare z czarnymi skrzydłami. Kruki są czarne wszędzie, więc polski czytelnik, czytając o kruku zobaczy coś bliższego zamysłowi autora, czyli czarnego ptaka. Last not least, to kruki są kojarzone z magią, często czarną, więc jakby bardziej trzymają się klimatu. Co do Zjaw Kodeksu, to szczerze przyznam, że nie wiem, który przekład bym wybrała. Posłańcy pana Śmietany są co prawda wierniejsi oryginałowi (właściwie dosłownie go tłumaczą), ale z kolei zjawy pani Nowakowskiej lepiej oddają wygląd tych istot. Z drugiej strony, niezbyt oddają ich naturę.

Nix nie należy do tych autorów, którzy lubują się w cliffhangerach, więc jeśli nie macie pod ręką „Abhorsena”, to będziecie mogli spokojnie go zdobyć, wiedząc, gdzie bohaterowie na was zaczekają. Niemniej zalecam kompleksowy zakup. To historia, którą chce się poznać do końca. 
Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.
Tytuł: Lirael. Córka Clayrów
Autor: Garth Nix
Tytuł oryginalny: Lirael. The Daughter of Clayr
Tłumacz: Rafał Śmietana
Cykl: Stare Królestwo
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2014
Stron: 488


PS. W tworzeniu odczapistego akapitu o przekładzie pomogła mi Gauleiter Sida, służąc swym oryginalnym Nixem.

sobota, 27 grudnia 2014

Ze śmiercią jej do twarzy, czyli kot, czarownica i stary galion - "Sabriel" Garth Nix

Cykl o Starym Królestwie Gartha Nixa był mi polecany już kilkukrotnie, niestety, zazwyczaj w momencie, kiedy nie można już było go kupić (a w bibliotekach też nie mieli). Co dziwniejsze, jak dotąd niezbyt interesowałam się tym, o czym właściwie ta trylogia opowiada. Na szczęście pod koniec roku Wydawnictwo Literackie postanowiło przypomnieć czytelnikom o tej pozycji i wypuściło nowe wydanie. Już trzecie, co w polskich realiach świadczy o sporej popularności.

Sabriel jest córką Abhorsena – maga, który zajmuje się odsyłaniem opornych Zmarłych raz na zawsze do Śmierci. Ojciec postanowił, że będzie się wychowywać w Ancelstierre, kraju pozbawionym magii, oddzielonym Murem od Starego Królestwa. Często ją tam jednak odwiedzał. Pewnego razu nie pojawił się o umówionej porze, udało mu się tylko przesłać córce atrybuty Abhorsena – miecz i dzwonki. Teraz to Sabriel będzie musiała walczyć ze Zmarłymi. I przede wszystkim odnaleźć zaginionego ojca.

„Sbariel” to dobra powieść młodzieżowa. Nie ma wszystkoumiejącej i och jak bardzo wyemancypowanej bohaterki (od razu powiem, że lubię wyemancypowane bohaterki. Nie lubię takich, które gardzą mniej wyemancypowanymi koleżankami, a to się często zdarza w młodzieżowej fantastyce), zajmującej się głównie udowadnianiem, jak wyjątkowa na tle rówieśniczek jest. Sabriel jest zrównoważona, silna i dojrzała jak na swój wiek, a tego wszystkiego nie wykłada prosto z mostu narrator – widać to po jej czynach. Jednocześnie, mimo całej siły i magicznych umiejętności, wrzucona do świata, którego praktycznie nie zna i wykonując zadanie, której ją przerasta, czuje się zagubiona. To zagubienie i niepewność sprawiają, że tym bardziej jest ludzka i można ja polubić. To też jedna z nielicznych książek w tym gatunku, kiedy nie możemy być pewni, czy główni bohaterowie wyjdą cało z przygód.

Poza tytułową bohaterką, mamy kilka ciekawych postaci drugoplanowych. Jest więc Mogget, niezidentyfikowana, potężna istota, chwilowo pod postacią białego kota. Ma idealnie koci charakter i bardzo go polubiłam, bo mam słabość do zgryźliwych, szorstkich i lekko egoistycznych kotów. Touchstone z kolei miał być tajemniczym młodzieńcem, ale po prawdzie to od razu wiadomo, kim tak naprawdę jest (choć sam tego nie pamięta). Trochę też brak mu charakteru, a fakt, że definiuje go głównie poczucie winy, w pewnym momencie staje się męczący. Jednak i tak można go lubić. I w tym momencie trzeba uświadomić sobie, że „Sabriel” to jednak powieść bardzo kameralna – poza czarnym charakterem i gościnnie występującym Abhorsenem nie ma już znaczących postaci, choć bohaterów epizodycznych poznajemy jeszcze sporo.

Nowe wydanie jest bardzo ładne - tłoczone nazwisko autora,
lakieorwane znaki kodeksu na okładce i skrzydełka, a w środku
śliczna mapa. No i taka fajna, magnetyczna zakładka.:)
Świat powieści i system magiczny w nim obowiązujący również oparto na ciekawym pomyśle. Akcja rozgrywa się w Starym Królestwie i Ancelstierre. Pierwsze to typowa, chyląca się ku upadkowi pseudośredniowieczna kraina fantasy z magią, żywymi trupami i zaginionymi rodami. Oddzielone Murem Ancelstierre przypomina raczej angielska prowincje z początku dwudziestego wieku i poza strefą graniczną sąsiadującą bezpośrednio z Królestwem jest magii pozbawione. Gdybym miała zgadywać, powiedziałabym, że to sztuczny podział, wprowadzony być może przez tajemniczych Budowniczych Muru – być może oczyścili oni Ancelstrierre z magii i postawili Mur, aby ten stan rzeczy utrzymać. Ale to tylko moje insynuacje, choć wysnute z tego, co napisał Nix.

Magia Starego Królestwa oparta jest na dźwięku. Do walki ze Zmarłymi służą dzwony, siedem magicznych dzwonków to podstawowe wyposażenie każdego nekromanty. Znaki magicznego Kodeksu, który przesyca wszystko w Starym Królestwie (a przynajmniej tak było, gdy królestwo kwitło), można wygwizdać, a pewnie i wyśpiewać też by się udało. Przyznam, że ten system to swego rodzaju powiew świeżości w gatunku opanowanym przez rożne przejawy Prawdziwej Mowy i siły Woli.

Sama fabuła może nie jest szczególnie odkrywcza czy nowatorska – ot, quest w celu uratowania ojca. Ale autor poprowadził ją wartko, przy okazji umiejętnie odsłaniając nam tajniki stworzonego przez siebie świata. Co prawda język jest dość sztywny, ale trudno powiedzieć, czy to wina tłumacza, czy autora. Okaże się, kiedy przeczytam drugi tom, tłumaczony przez kogoś innego (to niepokojące, że każdy tom trylogii miał innego tłumacza, ale mam nadzieję, że przynajmniej redakcja odrobiła pracę domową).

Gdybym teraz robiła swoja listę ekranizacji, które chciałabym zobaczyć, „Sabriel” z pewnością by się na niej znalazła. Jest idealna do przeniesienia na ekran. Chwilowo pozostaje mi jednak zachwyt nad słowem pisanym, wracam więc do lektury. Przede mną jeszcze dwa tomy, a na horyzoncie majaczy prequel. Nie mogę się doczekać.

Ksiązke otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.

Tytuł: Sabriel
Autor: Garth Nix
Tytuł oryginalny: Sabriel
Tłumacz: Ewa Elżbieta Nowakowska
Cykl: Stare Królestwo
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2014
Stron: 358

sobota, 15 listopada 2014

Wiele twarzy niewolnictwa czyli historia kobiet - "Czarne skrzydła" Sue Monk Kidd

Uwielbiam powieści o kobietach – wydają mi się zawsze ciekawsze niż te o mężczyznach, przynajmniej jeśli poruszamy się w realiach historycznych. Bo wiecie, tak jakoś drzewiej bywało, że kobieta zwykle miała pod górkę i jeśli miała coś osiągnąć, musiała pokonać znacznie więcej trudności. A o pokonywaniu trudności czyta się świetnie i im więcej ich jest, tym mocniej się kibicuje bohaterkom. Bo jeśli im może się udać, to nam przecież też.

W Karolinie Południowej, w pewnym domu mieszkają dwie dziewczynki. Jedna z nich jest drobna i ma problemy z mówieniem. Ale przynajmniej jest ulubienicą ojca, któremu jej wywrotowe poglądy wydają się zabawnie urocze. Druga staje się własnością tej pierwszej. Wbrew pozorom łączy je wiele wspólnego – w Karolinie Południowej nie traktuj się kobiet poważnie, białych czy czarnych, bez różnicy. Białe są tylko droższe, bo pan mąż musi poważnie zainwestować w nabycie żony.

Zainteresowałam się Sue Monk Kidd, kiedy ktoś gdzieś napisał, że to pisarka zbliżona do Fannie Flagg, bo podobną tematykę porusza w podobny sposób. Flagg lubiłam (nie wiem, czy lubię nadal; „Smażone zielone pomidory” na pewno, ale czy nowsze powieści też podobałyby mi się jak kiedyś, trudno powiedzieć), więc pomyślałam, że i Kidd spróbuję. Nie powiem, że się rozczarowałam, bo nie byłaby to prawda, jednak porównanie tych autorek uznaję za nietrafione. Flagg opowiada zupełnie inaczej – trochę jak babcia opowiadająca wnukom historie ze swojego życia i wygładzająca pewne szczegóły, choć starsze latorośle bez trudu mogą się domyślić mrocznych szczegółów. Kidd nie owija w bawełnę. Co prawda nie lubuje się w naturalistycznych opisach, ale też jej styl jest przejrzysty. Nie ma w nim niedopowiedzeń, zawoalowanych sugestii czy półsłówek, ale za to jest równowaga niezbędna, aby nie zniesmaczyć czytelnika (nie jest to autorka lubiąca szokować. Może dlatego, ze szok często wywołuje wyparcie, a Kidd chce, żebyśmy dokładnie przyjrzeli się życiu jej bohaterek). Czysty i klarowny, choć nie pozbawiony odrobiny poetyki przekaz.

Tym przekazem w „Czarnych skrzydłach” jest historia buntu. Każdy buntuj się w taki sposób, na jaki go stać. Matka Szelmy kradnie i niszczy drobne przedmioty należące do swoich panów, bo innej możliwości nie ma. Jej córka pod nieobecność państwa korzysta z przynależnych im luksusów, żeby udowodnić chyba przede wszystkim sobie, że jest takim samym człowiekiem, choć ma skórę innego koloru. To drobne rzeczy, a wybór metody nie wynika z wrodzonej subtelności, tylko z prostego faktu, że innej możliwości nie ma. Jest w tym coś strasznie smutnego.

Białe dziewczęta mogą buntować się inaczej. Ale dopiero wtedy, gdy z panien na wydaniu staną się starymi pannami. Wtedy dławiąca ręka dobrego obyczaju i honoru rodziny staje się trochę lżejsza i można się wyrwać. Zacząć się oddawać męskim zajęciom, jak na przykład publiczne wygłaszanie odczytów na polityczne tematy. Można próbować pomóc tym, których prawo ustawia na gorszej pozycji.

Bunt ma jednak swoją cenę. Czasem trzeba za niego zapłacić krwią, czasem odrzuceniem miłości, która nas krępuje. Zawsze będzie trzeba znosić ostracyzm społeczny i liczyć się z tym, że jeśli bunt będzie w jakimś stopniu udany, staniemy się w najlepszym wypadku osobliwością, którą ludzie będą przychodzili oglądać jak dziwowisko, a w najgorszym – osobą niepożądaną, której grozi się aresztowaniem i pobiciem. W idealnym świecie nic takiego nie miałoby miejsca. Ale świat (zwłaszcza ten dziewiętnastowiecznej Ameryki) nie jest idealny. W idealnym świecie nie trzeba się buntować.

Poza opowieścią o buncie Kidd postanowiła napisać po swojemu kawałek historii. Sara Grimke i jej siostra Angelina istniały naprawdę i naprawdę prowadziły swoją abolicjonistyczną działalność. Historia lubi zapominać o takich przypadkach i tutaj jest miejsce dla literatury. Archiwalne damy bowiem w „Czarnych skrzydłach” dostają nowy głos (nie tylko one zresztą). Zyskują też życie, które w historycznych dokumentach słabo się przechowuje. A jest to opowieść fascynująca, bo rozgrywająca się w świecie dla nas na szczęście zupełnie nieznanym. Nieznanym właśnie dzięki takim kobietom jak siostry Grimke.

Nie zawiodłam się „Czarnymi skrzydłami”, bo to powieść, w której kilka kobiet pokonuje wiele trudności, część z nich w walce o lepsze jutro dla wszystkich. Udowadnia też, że nie tylko mężczyzny walczyli o słuszną sprawę (nie zawsze trzeba przecież walczyć zbrojnie). Jednak taka walka nigdy nie obywa się bez poświęceń. Cena często jest wysoka, jak to cena marzeń. Dlatego warto przeczytać tę książkę – udowadnia, że czasem i taką cenę warto zapłacić. Jeśli nie dla siebie, to dla innych.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.

Tytuł: Czarne skrzydła
Autor: Sue Monk Kidd
Tytuł oryginalny: The Invention of Wings
Tłumacz: Marta Kisiel-Małecka
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2014
Stron: 485

sobota, 5 kwietnia 2014

Pokaż mi swój cień, a powiem ci, kim jesteś - "Cienioryt" Krzysztof Piskorski

Krzysztof Piskorski jest jednym z tych pisarzy, od których zaczynałam przygodę z fantastyką. Wtedy, w tych zamierzchłych czasach, kiedy jeszcze nie miałam Internetu, trafiłam w lokalnej gazetce na króciutką recenzję któregoś tomu „Opowieści piasków” – o dziwo całą trylogię mieli w bibliotece. Wtedy debiutant Piskorski zachwycił nieopierzoną fankę fantastyki. Od tamtego czasu się zestarzałam i zdążyłam przeczytać morze książek (a "Opowieci piasków" nie uznaję juz za tak zachwycające, widzę sporo grzechów debiutanta, ale to wciąż może być przyjemna lektura. I ma jaszczuroludzi. To nie to samo co smoki, ale prawie), autor też parę rzeczy napisał. Czy zdążył też popracować nad brakami warsztatu?

Arahon Y’Barratora jest najlepszym szermierzem w Serivie. Niestety, „najlepszy” nie jest równoważne ani z „najmłodszy”, ani z „najlepiej opłacany”, dlatego też nasz bohater żyje dość skromnie, choć póki co do biedy mu jeszcze daleko. Tymczasem los jakby się na niego uwziął: najpierw w pojedynku zabija młodą wyspiarkę, którą postanawia pomścić o wiele potężniejsza matka, potem wplątuje się w spisek, w który zdają się być zamieszane nie tylko najbardziej wpływowe rody Serivy, ale też potężni cieńmistrzowie. Czy wierny rapier i lata doświadczenia pozwolą szermierzowi wyjść cało z opresji?

Na początek zajmę się może światem przedstawionym. Seriva przypomina hiszpańskie miasta portowe epoki oświecenia – położona wśród wypalonych słońcem terenów, żyjąca z handlu, dopiero co odbudowana po wyniszczających (głównie finansowo) wojnach. Sposobem opisu przypomina trochę Paryż z „Trzech muszkieterów”. Tym razem miasta nie można nazwać równoprawnym bohaterem powieści, ale jego koloryt, historia, a nawet lokalne obyczaje, o których autor nie tylko wspomina, ale także wykorzystuje jako integralne elementy fabuły sprawiają, że staje się idealnym, pełnowymiarowym tłem wydarzeń. Z resztą, nie oszukujmy się – miasto i sytuacja geopolityczna i ekonomiczna (o których informacje autor również przemyca), jest bardzo ważne, ale tym co fantastów interesuje, są różnice względem znanego świata. Istnieje jedna, zasadnicza – magia cienia.

Piskorski wykorzystał tu pomysł bardzo prosty, ale jednocześnie tak przyciął go na własną miarę, że powstało coś bardzo interesującego. W uniwersum „Cieniorytu” istnieje bowiem nie tylko świat nam znany, widziany za dnia. Pod nim kryje się cieńprzestrzeń. A każdy cień rzucany pod ostrym słońcem Serivy (a już osobliwie cienie istot żywych) może stać się pułapką i wrotami do niej. Oczywiście z cieńprzestrzenią jest związana swoista magia, ale nie ona jest tutaj ważna (choć dla fabuły niezbędna). Najważniejsze jest to, że autor pokazał, co obecność cieńprzestrzeni oznacza dla zwykłych ludzi, jak zmienia obyczaje i wpływa na życie mieszkańców. Rzadkość, bo nawet jeśli w fantasy mamy do czynienia z systemem magicznym, to zwykłych ludzi nie dotyczy on tak dalece, że poza polami walki/warsztatami alchemicznymi mógłby nie istnieć. U Piskorskiego jest inaczej i bardzo dobrze wpływa na jakość powieści.

Bohaterowie również są sprawnie wykreowani, choć postaciom drugoplanowym można było dać więcej czasu antenowego. Sam Arahon, będący głównym bohaterem, jest człowiekiem jeszcze niestarym, ale i nie młodzieniaszkiem. Nieco zgorzkniały, mimo doświadczeń wojny i pracy w wywiadzie nigdy nie porzucił do końca swojego idealizmu. Muszę przyznać, że mimo całej mojej sympatii do szermierza, uważam go za jedną z mniej barwnych postaci. Jest trochę jak D’Artagnan - akuratny, do polubienia i kibicowania, ale jednocześnie bardzo przewidywalny (tu zdecydowanie lepiej wypada jego.. hm, „mroczna” połowa). Lepiej wyglądają postacie drugoplanowe, prezentujące cały wachlarz charakterów, dziwactw i niesamowitych pomysłów. Mamy więc niepoważnego artystę, naiwnego uczonego, jego bystrą córeczkę, stateczną i twardą jak skała wdowę, banitę, kobietę, która zdecydowanie nie jest tym, co widać na pierwszy rzut oka i wiele innych. Aż żal, że niektórzy pojawiają się jedynie na kilka akapitów.

Jeszcze kilka słów o akcji. Piskorski poprowadził fabułę w sposób typowy dla opowieści płaszcza i szpady, do którego bardzo pasuje wartka akcja. Mamy mnóstwo scen szermierczych pojedynków, bójek, ucieczek, pogoni i podchodów. Ale uwaga – powieść, zanim nabieże odpowiedniego tempa, bardzo długo się rozkręca. Nie porzucajcie jej więc przez pierwsze sto pięćdziesiąt stron, nawet jeśli zaczniecie przysypiać. Opłaci się.

„Cienioryt” to książka zdecydowanie warta polecenia. Autor bardzo poprawił warsztat, mimo kilku bardzo zaskakujących zwrotów akcji nie musi korzystać z rozwiązań typu „deus ex machina” (co trochę zepsuło mi lekturę „Opowieci piasków”), pióro ma bardzo sprawne, a styl przystępny i zróżnicowany. Czytajcie, bo dobre.

Książke otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.

Tytuł: Cienioryt
Autor: Krzysztof Piskorski
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2013
Stron: 452


Książka bierze udział w wyzwaniu Klucznik.

niedziela, 27 października 2013

Dojrzewający owoc - "Persymona" Katarzyna Maicher

Współczesna polska literatura głównego nurtu nie jest tym, co czytam na co dzień. Jak bywalcy tego bloga wiedzą, wolę fantastykę, więc nie śledzę trendów tak zwanej wysokiej literatury. Niemniej, nie ma się co zamykać we własnym getcie, warto od czasu do czasu sprawdzić, co się dzieje poza wyimaginowanymi murami oddzielającymi gatunki, zwłaszcza, gdy pojawia się jakieś nowe, ciekawe nazwisko. Tym razem zainteresowała mnie Katarzyna Maicher. Od razu was ostrzegę, że to, co tutaj przeczytacie, będzie bardzo osobistą interpretacją historii napisanej przez panią Maicher, bo to książka przeznaczona do bardzo zindywidualizowanej interpretacji. Trudno o niej pisać obiektywnie, zwłaszcza, że każda kolejna lektura może doprowadzić do nowych wniosków.

Jak pisze sama autorka, jest to opowieść o zawodnej pamięci, dojrzewaniu i nienazwanej przemocy psychicznej. Opowiada nam ją dziewczyna (młoda kobieta? Nie znamy jej obecnego wieku), której imienia nie poznajemy. Relacje dziewczyny przeplatane są krótkimi fragmentami z chaotycznego dziennika jej matki. Narratorka obserwuje skomplikowane i trudne relacje między swoimi rodzicami, wspomina je i próbuje zbadać wpływ, jaki na nią wywarły.

„Persymona”, mimo kilku pojawiających się postaci pobocznych, ma tylko troje bohaterów – matkę, ojca i córkę. To w tym rodzinnym trójkącie rozgrywa się historia. Opowiadająca nam ją dziewczynka jest o tyle ważna, że to z jej perspektywy poznajemy wydarzenia. Utrwaliły się w niej jak na kliszy fotograficznej, wywołały emocje, zaciążyły na całym dalszym życiu. Autorka bardzo się stara, aby narrator nie był wiarygodny – dziewczyna często powtarza, że pamięć ją zawodzi albo niektórych rzeczy nie potrafi nazwać po imieniu. Zasiewa wątpliwości, czy wydarzenia, którymi dzieli się z czytelnikiem, naprawdę miały miejsce. Może tylko wyolbrzymiała je dziecięca wyobraźnia, a później nastoletni bunt? Ten narracyjny eksperyment sprawia, że liczba możliwych interpretacji tekstu znacznie wzrasta. Jeszcze wszystkich nie odkryłam.

Osobą, która miała największy wpływ na życie dziewczyny, był niewątpliwie ojciec i jego toksyczna relacja z matką. To, co poniżej przeczytacie będzie jedynie moim odczytaniem tej relacji - jak już kilkukrotnie podkreślałam, tylko jednym z możliwych. Otóż nie widzę w ich związku przemocy, jaką zwykliśmy kojarzyć z gazet. Ojciec nikogo nie bił, nie wpadał w szał, nie poniżał matki ani córki. Natomiast wykonywany zawód sprawił, że mógł być mistrzem manipulacji. Nigdy się nie dowiemy, czy użył swojej wiedzy w tym zakresie, żeby uzależnić od siebie żonę, czy też ona, wrażliwa, często zagubiona i wyraźnie potrzebująca w kimś oparcia, zrobiła to nieświadomie i bez niczyjej pomocy. Ostatecznie jednak nie potrafiła żyć bez męża, który wręcz przeciwnie – chciał się od niej uwolnić. Przy tym był neurotycznym egocentrykiem, więc jedyna ucieczka, na jaką się zdobył, to milczenie i szorstkość na granicy brutalności w stosunku do bliskich. Jednocześnie ojciec miał ogromną potrzebę kontroli nad bliskimi, a taką najłatwiej uzyskać poprzez uzależnienie...

To oczywiście tylko część splątanych zależności między bohaterami, ale odkrywanie reszty pozostawię czytelnikom. Teraz przejdę do języka, jakim autorka się posługuje. Jest on bliski kategorii „nie wiem, o czym czytam, ale jakie to piękne!”. Z tym że tu jednak wiadomo, co autorka miała na myśli, co znacznie zwiększa przyjemność obcowania z klasycznie pięknym językiem emocji, barw i obrazów. Dzięki temu narzędziu autorka prezentuje na wskroś kobiece postrzeganie świata, a czytelnik przewrotnie zastanawia się, czy pod tymi estetycznymi frazami nie kryją się aby jakieś okropieństwa.

Pozostaje mi polecić „Persymnę” jako kawał doskonałej literatury. Wielopoziomowa na mnóstwo sposobów, pięknie napisana, pełna emocji i doskonale, choć subiektywnie i niejednoznacznie nakreślonych postaci, zaspokoi gusta nawet najbardziej wymagającego czytelnika. Mocna rzecz – nawet dla tych, którzy nie lubią mocnych rzeczy.

Ksiązke otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.


Tytuł:
Persymona
Autor: Katarzyna Maicher
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2013
Stron: 260

sobota, 20 lipca 2013

"Gładko idzie przędza..." - "Przędza" Gennifer Albin

„Przędza” od dawna mnie intrygowała. Z jednej strony pomysł na świat tam przedstawiony wydawał mi się fenomenalny (i budził skojarzenia z „Fionavarskim gobelinem” – niesłuszne, jak się okazało), z drugiej okładkowy blurb groził banalnym młodzieżowym romansidłem. Ostatecznie postanowiłam zaufać renomie wydawcy, która sama w sobie znamionuje jakość (w końcu Dukaj i Huberath to od nich) i z duża dozą dobrej woli wzięłam się za lekturę.

Kiedy dziewczyna w Arrasie kończy szesnaście lat, musi przystąpić do obowiązkowego egzaminu, sprawdzającego jej zdolność tkania materii świata. Jeśli go zaliczy, zostanie Kądzielniczką i będzie do końca życia opływać w luksusy, ciesząc się władzą i przywilejami. Jednak rodzice Adelice nie chcą, aby ich córka zdała egzamin, a ponieważ dziewczyna zdradza oznaki ogromnego talentu, od dziecka uczą ją go maskować. Podobno nie chcą, żeby córka została zdeprawowana przez ogromną władzę, która jest udziałem Kądzielniczek. Niestety, Adelice zdaje testy i trafia do Zakonu, szkolącego dziewczęta do odpowiedzialnego zadania tkania materii świata. Tam okazuje się, że rzeczywistość znacznie się różni od strumieniowych i prasowych przekazów.

Zacznijmy może od tego, co mi się w powieści nie podobało, mianowicie głównej bohaterki. Wydawca gdzieś na okładce określił ją mianem charyzmatycznej, ale nie za bardzo mogę się z nim zgodzić. Adelice to po prostu nieprzeciętnie uzdolniona przeciętna nastolatka, która miast obiecanej charyzmy posiada impulsywny charakter i niewyparzoną gębę oraz umiejętność następowania na odcisk wpływowym ludziom, którzy i tak jej nie lubią. Przy tym trzeba oddać autorce, że charakter zbuntowanej młodzieży oddało bardzo trafnie, a sama Adelice jest postacią obiektywnie dobrze napisaną. Szczególnie widać to w momentach, gdy pani Albin opisuje poczucie zagubienia i osaczenia dziewczyny w zupełnie obcej rzeczywistości Zakonu. Niemniej, autorka użyła kilku zabiegów, które stawiają Adelice Lewys niebezpiecznie blisko granicy, za którą już tylko Mary Sue (podejrzewam, że jest to wina trochę braku doświadczenia pisarki, a trochę przyjętego sposobu narracji), a nie wydaje mi się, żeby to była zamierzona gra z konwencją. Po pierwsze, Adelice jest jedną z niewielu postaci, które posiadają własny charakter. Poza nią bohaterów będących indywidualnościami można policzyć na palcach jednej ręki (swoją drogą, powieść jest ogólnie bardzo uboga w bohaterów, ale może to i lepiej). Po drugie, mimo że znajduje się w budynku zajmowanym praktycznie przez same kobiety, wszystkie dostępne portki latają właśnie za nią (nawet te podstarzałe i dobrze sytuowane). Po trzecie wreszcie, wolno jej o wiele więcej, niż każdej innej Kądzielniczce. Trzeci zarzut można wyjaśnić niezwykłym talentem, półtora z pozostałych pierwszoosobową narracją, która automatycznie stawia głównego bohatera w centrum uwagi i ułatwia usuwanie pozostałych poza nawias, ale wciąż zostaje pytanie, czemu Adelis tak mało interesuje się innymi ludźmi.

Pozostawmy jednak kwestię głównej bohaterki i przejdźmy do pozostałych. Jak już pisałam, niewielu z nich może poszczycić się własnym charakterem. Pani Albin ma skłonności do tworzenia postaci z potencjałem, którego później nie wykorzystuje. Taka na przykład Maela jest wrednym, złośliwym babsztylem, który nie lubi naszej Adelice właściwie nie wiadomo dlaczego. Autorka próbuje ratować sytuację dodając zawiedzione nadzieje karierowiczki a później zazdrość o chłopaka, ale to wszystko wypada jakoś sztucznie i mało wiarygodnie. Zmarnowanym potencjałem jest również Enora, z którą co prawda autorka przygotowała świetny plot twist, ale można było z tej postaci wyciągnąć znacznie więcej, zwłaszcza w obliczu problematyki, do poruszenia której została wykorzystana. Świetnie natomiast naszkicowano sylwetki dwóch osób dzierżących największą władzę w świecie Adelice: Prządki Loricel i dygnitarza Cormaca. Dzięki nim autorka pięknie podsumowała różne sposoby postrzegania dobra ogółu – a czytelnik od razu wie, który jest właściwszy (nie, to nie jest przytyk – jakkolwiek niejednoznacznych bohaterów lubię, tak uważam, że w powieściach młodzieżowych niezbędna jest jednoznaczna ocena pewnych postaw).
Pierwotnie polska okładka "Przędzy" miała być taka.

Pora przejść do tego, co w książce się podobało. Jest to fenomenalny świat przedstawiony. Dobrze, może jest zarażony modnym ostatnio wśród young adult dystopizmem, ale mimo tego pozostaje oryginalny. Ogromnie podoba mi się pomysł świata jako skomplikowanej tkaniny o wielu stopniach złożoności, który osoba o odpowiednich umiejętnościach może kształtować wedle woli, ale który jest tak delikatny, że aby nie dopuścić do jego rozpadu trzeba czuwać dniem i nocą. Podoba mi się też organizacja, jaką autora wymyśliła do sprawowania rządów w tym świecie. I nie jest to podobanie się na zasadzie poczucia braterstwa poglądów. Raczej takie, które wyrosło z przeświadczenia, że właśnie tak mogłoby być, choćby nie wiem jak bardzo nam się to nie podobało. Mogłabym tak jeszcze długo, ale prawdziwa natura Arrasu jest jedną z najciekawszych zagadek powieści, więc nie będę spoinować.

Kilka słów na temat problematyki poruszanej w „Przędzy”, która jest różnoraka i bardzo ciężkiego kalibru. Krótko wymienię: totalitaryzm, seksizm, homofobia, manipulowanie faktami przez władze i najważniejsza chyba kwestia totalnej kontroli. Troszkę za dużo tych grzybków w barszczu, czasem nie wszystkie logicznie się łączą, a wszystkie wydają się wprowadzone tylko po to, aby podkreślić grozę sytuacji, w której władza dąży do przejęcia całkowitej kontroli nad wszelkimi aspektami życia obywateli. Sam główny problem bardzo ładnie pani Albin wyszedł: dostaliśmy polityków, którzy gładko mówią o tym, że kolejne zakazy i nakazy to wyłącznie kwestia dobra społecznego i bezpieczeństwa, ale tak naprawdę widać, że są napędzane strachem przed utratą stołka i przywilejów oraz najzwyklejszym pragnieniem posiadania jeszcze większej władzy, niż dotychczas. Szkoda tylko, że inne, niemniej ważkie problemy, robią za tło.

Rozpisałam się strasznie – jeśli ktoś sumiennie doczytał do tego miejsca, to gratuluję. Czas, by podsumować „Przędzę”. Jest to z pewnością jedna z ciekawszych powieści young adult, jakie miałam okazję czytać, pomimo mocno wyświechtanego sposobu, w jaki autorka serwuje nam wątek romantyczny. Nie koncentruje się na nastolatkach ratujących świat i stara się poruszać ważkie problemy, oferując jednocześnie interesującą fabułę. Co prawda od pierwszoosobowej narracji w czasie teraźniejszym niektórzy mogą się odbić, ale nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że wydawnictwo wypuści i drugi tom opowieści, bo pierwszy to raczej preludium do właściwej historii i nie dość, że pozostawia więcej pytań, niż odpowiedzi, to kończy się klasycznym cliffhangerem. I choć mam w nosie, który z pięknych chłopców zostanie z Adelice, z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.

Tytuł: Przędza
Autor: Gennifer Albin
Tytuł oryginalny: Crewel
Tłumacz: Łukasz Małecki
Cykl: Przędza
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2013
Stron: 389

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Antyutopia doskonała - "Nowy wspaniały świat" Aldous Huxley

Pełnoprawne antyutopie to ostatnio rzecz bardzo rzadka (w przeciwieństwie do dystopii, które rozwijają się bardzo dynamicznie – zwłaszcza w dziale młodzieżowym). Ale nie znaczy to, że żadnej takiej książki wartej przeczytania nie można znaleźć. Można – na przykład „Nowy wspaniały świat”. Właśnie go przeczytałam i nie mam ambicji recenzowania go, bo do tego potrzebny mi byłby odpowiedni fakultet oraz znajomość przynajmniej części tekstów, które na temat „Nowego wspaniałego świata” popełnili mądrzejsi ode mnie. Za to chętnie podzielę się swoimi refleksjami czysto subiektywnymi. Acha, no i spodziewajcie się spoilerów, aczkolwiek w tej akurat książce nie mają one większego znaczenia.

Na początek może zarysuję fabułę, żeby czytelnicy nie znający powieści mieli pojęcie, o czym mowa. Oto mamy społeczeństwo przyszłości, idealne, programowane już od wczesnego rozwoju płodowego w sztucznych macicach do roli społecznej, jaka na nie w dorosłości czeka. Nie na wszystkich warunkowanie jednak działa. Dodatkowo istnieją jeszcze rezerwaty dzikich, gdzie żyją ludzie całkowicie pozbawieni technologii (najczęściej wywodzący się z rdzennych ludności kontynentów). Co się stanie, gdy mężczyzna dorastający w rezerwacie zostanie przeniesiony do centrum cywilizacji? Chyba łatwo się domyślić, zważywszy, że mamy do czynienia z antyutopią, a nie z młodzieżową dystopią.

Przyjrzyjmy się teraz społeczności idealnej, jaką wyśnił autor. Jest ona bardzo ciekawa, bowiem Huxleyowi udało się stworzyć byt idealnie antyutopijny, którego nie można podważyć żadnym logicznym argumentem. Że mamy kasty? Co z tego, skoro wszyscy i tak są szczęśliwi? Od maleńkości programuje („warunkuje”, jak pisze autor) się ich do przyjmowania swojego miejsca w społeczności jako najlepszego, co może się przytrafić. Napięć seksualnych też nie ma, bo „każdy należy do każdego”. A że uczucia są czymś nagannym? Że poświęcili sztukę i indywidualizm w imię dobra ogółu? Czy to było poświęcenie, czy jedynie niska cena za ład społeczny?

W zasadzie jedynym słabym punktem antyutopijnego świata Huxleya są dla mnie rezerwaty. Nie pasują mi do tego sielskiego obrazka. Nie bardzo rozumiem, jak społeczność, która wysoce sobie ceni etykę (specyficznie pojmowaną, ale jednak) może dopuszczać istnienie enklaw ludzkiego nieszczęścia, gdzie szerzą się choroby, przemoc i starość, gdzie w dodatku nie zamyka się przecież ochotników znudzonych społecznym ładem. Pewnie nieco światła rzuciłaby na to historia powstania rezerwatów, ale na ten temat w książce nie ma nic.

Bohaterowie w „Nowym wspaniałym świecie” są pretekstowi – mają podkreślić jakiś aspekt nowego ładu, uwypuklić go. I tak mamy Bernarda, którego warunkowanie nie do końca się powiodło, a i fizycznie odstaje od wzorca swojej najwyższej kasty. Trochę dusi się w powszechnej szczęśliwości i braku chwil samotności, do których nie do końca jest dostosowany. Jednocześnie nie jest bohaterem – ceni sobie swoją wygodną posadkę i nie może znieść myśli o utracie jej. W zasadzie jest nikim, jeśli chodzi o siłę charakteru – kiedy ma możliwość, mści się na wszystkich i wykorzystuje (ale niezbyt dużo, nie stać go na prawdziwe okrucieństwo), ale kiedy szczęście się od niego odwraca, nie potrafi sobie poradzić z niechęcią, jaką wzbudził. Jest też Dzikus z rezerwatu, skazany na porażkę w walce z systemem (tu zgodzę się z autorem, że jednostka nie ma szans w takim starciu, chyba, że zbierze wokół siebie więcej jednostek; w idealnie zaprogramowanym społeczeństwie jest to jednak niemożliwe). I jest jeszcze Lenina, której zadaniem chyba miało być gorszenie rozwiązłością obyczajową czytelników z lat trzydziestych. Mnie jednak wydała się niewinną ofiarą cudzych rozgrywek oraz cudzego i własnego niezrozumienia.

Dodam jeszcze z zupełnie innej beczki, że chociaż założenia ogólne Huxleya, jakie na potrzeby powieści poczynił odnośnie rozwoju technologii są wstrząsająco trafne, tak w szczegółach są rozczulająco zacofane. Och, żeby ktoś mu doniósł o teoretycznych możliwościach inżynierii genetycznej, cała linia warunkowania płodowego byłaby zbędna! A doniesienia o możliwości hodowli narządów mogłyby drastycznie zmienić ustrój społeczny! Niezmiernie zabawny wydał mi się też brak ekwiwalentu telefonów komórkowych – jakiejkolwiek mobilnej, personalnej komunikacji na odległość. Choć największy anachronizm, jaki wpadł mi w oczy, był raczej natury obyczajowej. Pytanie do tych, którzy czytali: kojarzycie jakieś kobiety alfy na wysokich stanowiskach? Ja nie, a trochę wierchuszki dano nam obejrzeć. Z pewnością takie również hodowano (eksperyment cypryjski raczej nie odbył się z udziałem samych mężczyzn), niemniej autor ich nie pokazuje. Czyżby pisarzowi okresu dwudziestolecia międzywojennego nie mieściło się w głowie, żeby kobieta dzierżyła władzę, nawet za 600 lat?

„Nowy wspaniały świat” to jedna z tych powieści „o systemie”, których z zasady nie lubię. Tym razem jednak wzbudziła fascynację, głównie z powodu postulatów, z częścią których najpierw się zgadzamy, a później zastanawiamy się, czy aby na pewno wszystko z nami w porządku. Coś, czego nie da się ugryźć. Ale chyba też coś, na czym każdy musi sam sobie połamać zęby.

Tytuł: Nowy wspaniały świat
Autor: Aldous Huxley
Tytuł oryginalny: Brave New World
Tłumacz: Bogdan Baran
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 1988
Stron: 272
 Książka przeczytana w ramach wyzwania "Eksplorując nieznane".

piątek, 8 lipca 2011

To na pewno nie będzie nasze pożegnanie, panie Huberath - "Balsam długiego pożegnania" Marek S. Huberath

Kiedy po raz pierwszy czyta się jakiegoś autora, zawsze jest on niewiadomą. Nawet, jeśli słyszało się od innych opinie czy czytało recenzje, nigdy nie można być pewnym, co nam przyniesie lektura. „Balsam długiego pożegnania” to moja pierwsza książka Huberatha i odbierałam ją jako taką właśnie niewiadomą. Tym bardziej, że jakoś wcześniej unikałam czytania recenzji książek tego pisarza – docierały do mnie tylko ogólnie pochlebne opinie, ot, akurat tyle, żeby nastawić pozytywnie, ale za mało, żeby wyrobić w sobie jakieś konkretne podejście. Właśnie nadszedł czas poznania.

Jak w każdym zbiorze opowiadań, w „Balsamie długiego pożegnania” odnajdziemy zarówno lepsze, jak i gorsze teksty. Trzeba jednak przyznać, że mimo tej wewnętrznej gradacji, wszystkie  reprezentują poziom co najmniej dobry. 

Pierwsze jest „ - Wrócieeś Sneogg, wiedziaam…” które osobiście uważam za najbardziej poruszające w całym zbiorze. W postapokaliptycznej dekoracji, gdzie ludzi się hoduje, a nie wychowuje, a 100% populacji rodzi się z defektami i mutacjami, autor zadaje nam pytanie o to, co jest wyznacznikiem człowieczeństwa. Czy można to ocenić za pomocą jakiegoś testu? Może kryteriów fizycznych? Co decyduje o tym, że jedni są uznawani za ludzi, a inni idą na przemiał? I czy w ogóle ktokolwiek ma prawo do zastosowania takiej oceny? A co, jeśli się pomyli? To wszystko ubrane jest w kostium historii pewnej miłości, dramatycznej i szokującej, tak bardzo różniącej się od tych najczęściej spotykanych obecnie w literaturze. Wysoki poziom i dopracowany warsztat zaskakuje tym bardziej, że jest to debiutanckie opowiadanie Huberatha.

Opowiadanie „Trzy kobiety Dona” jest na równie wysokim poziomie – jeśli chodzi o warsztat. Tak samo, jak we wszystkich tekstach autor i tutaj stworzył wyraziste postacie i dopracowany świat: postapokaliptyczny, w którym w wyniku gwałtownego spadku aktywności Słońca następuje kolejna epoka lodowcowa, a małe grupki ludzi wędrują w cieplejsze, południowe rejony. Właśnie taką grupką jest Don ze swoimi trzema kobietami. Jednak w przeciwieństwie do poprzedniego opowiadanie, to wzbudziło we mnie tylko irytację. Może jestem jakaś dziwna, ale kompletnie nie mogę doszukać się żadnego sensownego przesłania w tym tekście. Jedyne, jakie mi się nasunęło, to „Baby jednak głupie są, nie umieją poprawnie ocenić sytuacji ani planować przyszłości”. Po tym, jak autor rozpieścił mnie pierwszym opowiadaniem, „Trzy kobiety Dona” rozczarowały tym boleśniej.

„Absolutny powiernik Alfreda Dyjaka” jest tekstem z lekka psychodelicznym i niepokojącym, ale z bardzo niecodziennym pomysłem. W trakcie czytania, niepokój bohatera i czytelnika narasta, by dopiero na ostatnich stronach wszystko się wyjaśniło. Nie napiszę nic o treści, gdyż nie mam pojęcia, jak to zrobić, aby nie zdradzić za dużo.

„Kara większa”, za którą Huberath dostał Zajdla w 1991 roku, to kolejny tekst, który mnie zachwycił. Interesującym pomysłem na przedstawienie Piekła, Czyśćca i Nieba, a także koncepcją kar, jakie się tam odbywa. Mamy więc zaświaty zbudowane na modłę karego obozu pracy w którym Kary Większe i Kary Mniejsze odbywają osadzeni, w tym Rudolf Milenkowicz, główny bohater. Ta wersja zaświatów bardzo porusza, zwłaszcza, jeśli dodać do tego obecność Nienarodzonych. I niby żadnej dramatycznej historii tu nie ma, ale w sercu coś zostaje.

„Ostatni, którzy wyszli z Raju” to nie opowiadanie, a mikropowieść. Autor tworzy tutaj rasę Heddenów (Heddenih?), których macierzysta gwiazda umiera, i którzy ratują się przed zagładą, odbywając dwutysiącletnią podróż na Ziemię. Ich promy przybywają do nas już od ponad stu dwudziestu lat. Na jej przykładzie stara się ukazać mechanizmy rządzące rasistowskimi zachowaniami, w których ludzie niekiedy się przeciw przybyszom jednoczą (że sparafrazuję Pratchetta: po co nam rasizm, kiedy możemy mieć gatunkizm?). A na tle tego wszystkiego historia miłości profesora-człowieka i studentki-Hddenki.

Opowiadanie „Kocia obecność” w jakiś dziwaczny sposób skojarzyło mi się z obecną modą na nieumartych i nadprzyrodzonych. Ale nie bójcie się, nie ma w nim iskrzących wampirów czy zakochanych wilkołaków. Jest za to pewna kocia obecność, która odczuł L., pracując w ciemni fotograficznej. Kot-widmo to jednak dopiero początek, bo niedługo do zakładu L. przychodzi pewien osobliwy typ, który nie wychodzi na zdjęciach. Opowiadanie może nie wywołuje takich emocji, jak choćby „Ostatni, którzy wyszli z raju”, ale jest bardzo ciekawą opowiastką w duchu urban fantasy, jedną z niewielu w tym zbiorze, która posiada w miarę pozytywne zakończenie.

„K. miał zwyczaj” to króciusieńka miniaturka literacka, ot, dowcip z gatunku czarnego humoru. „Akt szkicowany ołówkiem” również jest niewielkim utworem, kilkustronicowym opowiadankiem, czyli shortem. Muszę przyznać, że ani jeden, ani drugi utwór nie przypadł mi do gustu. Pierwszy dlatego, że niezbyt lubię taki mini eksperymenty literackie, a drugi dlatego, że pointa całej historii nijak nie pasowała mi do reszty.

Ostatnie dwa opowiadania, czyli „Trzeba przejść groblą” i tytułowy „Balsam długiego pożegnania”  zajmują się tematyką śmierci i umierania. „Trzeba przejść groblą” pokazuje ten problem od strony samego zainteresowanego (że tak to ujmę) i ma klimat dość mocno psychodeliczny – czytając je miałam wrażenie, że jestem w surrealistycznym koszmarze albo mam bardzo zły trip po LSD. „Balsam…” zaś jest opowieścią o żegnaniu się ze zmarłym biskim, o pogodzeniu się ze śmiercią i zaakceptowaniu tego faktu. To ubrana w kostium fantasy metafora, o spokojnej, melancholijnej atmosferze.

Już sam fakt, że nasmarowałam tyle tekstu i opisałam wszystkie opowiadania po kolei świadczy o tym, że książka niezmiernie mi się podobała (tak, na słowotok cierpię tylko wtedy, kiedy książka mi się albo bardzo podoba, albo bardzo nie podoba. Staram się z tym walczyć). Huberach ma świetny warsztat i z jednakową starannością dopieszcza wszystkie swoje teksty. Mamy więc bohaterów jak żywych, trafnie opisywanych kilkoma celnymi zdaniami i ciekawe, dopracowane światy, które czytelnik może z łatwością złożyć z garstki puzzli zmyślnie porozrzucanych w tekście. Huberath zdaje się być negatywnie nastawiony do happy endów – w tym zbiorze trafiło się ich ledwie półtora. Za to każde opowiadanie zawiera elementy mniej lub bardziej psychodeliczno-surrealistyczne. A wydawnictwo dodało nawet ilustracje – trafnie rozmieszczone w tekście i na temat. Szkoda tylko, że czarno-białe, bo nieco tracą w tym wydaniu.

Polecam, polecam, gorąco polecam wszystkim. A sama lecę w te pędy do biblioteki – wszakże czas teraz na powieść. A najlepiej na wszystkie.;)

Tytuł: Balsam długiego pożegnania
Autor: Marek S. Huberath
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2006
Stron: 512
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...