Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Galeria Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Galeria Książki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 kwietnia 2016

"Władcy dinozaurów" Victor Milán

Powieść o rycerzach ujeżdżających dinozaury to jeden z tych pomysłów fabularnych, który autorzy zazwyczaj rozważają w pijackim widzie, li i jedynie. Czytelnicy zaś rozważają go w kategorii „i chciałabym, i boję się”. Bo gdyby ktoś jednak potraktował ten pomysł poważnie, to mogłoby z niego wyjść coś wspaniałego (wszak jeźdźcy dinozaurów nie są jeszcze tak oklepani, jak jeźdźcy smoków, a kaliber epickości podobny). Ale ryzyko, że wyjdzie kompletna klapa też jest duże. Niemniej, Victor Milán postanowił podjąć wyzwanie i napisać swój cykl fantasy o planecie Raj całkiem na serio.

Raj to świat, w którym obok ludzi żyją prehistoryczne bestie – gady, ptaki, płazy. Jest to świat piękny, pełen rozkwitu, ale też bardzo niebezpieczny, bo jakkolwiek dinozaury można spotkać pod siodłem czy zaprzężone do pługa (tak!), to ich dzicy krewni ciągle stanowią zagrożenie. Ale przyroda przyrodą, a tak naprawdę akcja rozgrywa się na, w i wokół cesarskiego dworu, skonstruowanego na modłę czternastowieczną. Mamy więc intrygi, spiski i bitwy, toczone z grzbietów dinozaurów.

Raj jest zdecydowanie najmocniejszym elementem całej powieści. Autor swój świat skonstruował z godną pozazdroszczenia pieczołowitością. Nie poprzestał tylko na umieszczeniu w nim wielkich gadów – dinozaury wpływają na kulturę i obyczaje, są obecne w powiedzonkach i przysłowiach, wykształciły się związane z nimi zawody. Widać, że bardzo mu zależało na tym, aby Raj nie stał się kolejnym neverlandem wyróżniającym się wyłącznie gatunkiem fantastycznego stwora, doklejonym na siłę i niczego nie zmieniającym. Z drugiej strony, wielkie gady, choć bardzo efektywne, pozostają w przedstawionej rzeczywistości wyłącznie zwierzętami. Autor nie eksponuje ich jakoś specjalnie, nie macha nimi czytelnikowi przed oczami, nie pokazuje palcem, żeby czytelnik czasem nie przeoczył, że oto trafił na Oryginalne Rozwiązanie ™. Po prostu są, tak jak w przestrzeni standardowego fantasylandu po prostu są jelenie, niedźwiedzie, czy wilki. To wszystko sprawia, że cały świat wygląda naturalnie i intrygująco, nienachlanie kusząc czytelnika swoimi sekretami i zagadkami. Ach, i gady są opisane mniej więcej zgodnie z aktualnym stanem nauki (choć jeśli chodzi o ich temperament i behawior, autor poszedł na żywioł), co dla mnie też nie jest bez znaczenia (tak, twórcy Jurrasic World, to do was mówię).

(A jednak złapałam autora na błędzie. Bo wielu ludzi na Raju jeździ na mułach. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że na planecie oprócz ludzi jest tylko pięć gatunków ssaków i co prawda konie w tej piątce się znalazły, ale osły już nie. Więc skąd te muły?)

Niestety, tutaj kończy się obszar, nad którym mogę wydawać pienia bezkrytycznego zachwytu. Teraz czas na rzeczy, których będę się czepiać. Zacznijmy od narracji. W polskiej fantastyce można wyróżnić coś takiego, jak syndrom Sapkowskiego. Polega on na tym, że większość autorów młodego pokolenia (czyli tego, których pierwszy kontakt z fantasy miał miejsce w latach dziewięćdziesiątych) mniej lub bardziej świadomie wzoruje swój sposób narracji na Sapkowskim właśnie. Podobnie budują napięcie, podobnie udzielają głosu bohaterom, nawet triki fabularne stosują podobne. Najwyraźniej Amerykanie mają syndrom Martina, a „Władcy dinozaurów” są jego podręcznikowym przykładem (co widzę nawet z mojej perspektywy znajomości dwóch tomów „Pieśni Lodu i Ognia”). Brakuje tylko imion bohaterów na początku każdego podrozdziału. Dla mnie to minus, bo narracja martinowska mnie męczy, ale pewnie niektórym się spodoba.

Niestety, nie jest to naśladownictwo idealne. Podczas gdy Martin tworzy intrygujących bohaterów, Milán ma z tym pewne problemy. Przez większość powieści (naprawdę większość, jakieś 500 stron) większość jego bohaterów kompletnie mnie nie obchodziła – niech za ilustrację posłuży fakt, że najbardziej zajmował mnie los pewnej samicy allozaura bojowego, która dostała jakieś dwie strony tekstu. Głównym problemem bohaterów jest to, że mimo wysiłków autora by nadać im trójwymiarowość, pozostają dość płascy. Większość z nich charakteryzuje jedna cecha. Mamy więc szlachetnego rycerza, złego rycerza, zbuntowaną księżniczkę, cynicznego włóczęgę i tego, który stracił wszystko. I to właściwie tyle, z czego najbardziej interesujący jest ten ostatni, bo autor kreuje go na bohatera tajemniczego, a więc opisuje przez niedomówienia. Spodziewałam się czegoś lepszego.

Jeszcze dwa słowa o oprawie wizualnej. Okładka książki robi wrażenie i jakkolwiek nie lubię stylu niezobowiązujących maźnięć w fotoskopie, to tutaj pasuje idealnie. W dodatku ma fakturę przywodzącą na myśl gadzią skórę, co jest bardzo ciekawym zagraniem. Każdy rozdział opatrzony jest klimatyczną ilustracją w stylu zbliżonym do okładki i nimi już jestem totalnie zachwycona. Za to kompletnie niezachwycona jestem faktem, że marginesy na stronach są śmiesznie małe (dolny ma pół centymetra, serio). Trochę to niewygodne.

I tak rodzi się problem. Bo na koniec autor zrobił coś takiego, że jego bohaterowie jednak zaczęli mnie interesować. Nie wszyscy, ale zawsze to jakiś postęp. Poza tym jestem wielbicielką światów, a ten się bezsprzecznie panu autorowi udał. Więc dam mu kredyt zaufania i po kolejny tom jednak sięgnę, o ile się u nas ukaże. A czy Wy powinniście? Cóż, zależy, jak bardzo lubicie dinozaury.

Książkę otrzymałam o wydawnictwa Galeria Książki.
Tytuł: Władcy dinozaurów
Autor: Victor Milán
Tytuł oryginalny: The Dinozaur Lords
Tłumacz: Michał Jakuszewski
Cykl: Władcy dinozaurów
Wydawnictwo: Galeria Książki
Rok: 2016
Stron: 552

środa, 4 lipca 2012

Co możesz znaleźć w labiryncie - "Bitwa w Labiryncie" Rick Riordan


Persy Jackson to heros znany i lubiany, więc nikogo chyba nie zdziwi, ze lubię się z nim spotykać. Cóż z tego, że chłopak nie ma jeszcze piętnastu lat, wywalono go z większej ilości szkół, niż kiedykolwiek miałabym okazję zwiedzić i bez przerwy ścigają go mityczne potwory? Przecież na Harrego Pottera nikt nie kręcił nosem tylko dlatego, że ten ciągle potykał się z Voldemortem lub jego sługusami. Percy przynajmniej ma żywych rodziców, w tym jednego boga. A jak już w temacie jesteśmy, w boskich domenach źle się dzieje…

Groźba ze strony Kronosa narasta (dałabym tu ten wyświechtany frazes o gromadzących się czarnych chmurach, ale to takie zajeżdżone, że dajcie spokój). Luke i jego zbuntowani herosi szykują się do ataku na Obóz. Wiadomo, że chcą się tam dostać dzięki Labiryntowi, temu samemu, który kiedyś zbudował Dedal na Krecie. Nikt jednak nie wie, w którym miejscu dokładnie jest wyjście, co stwarza pewne problemy obronne. Zgadnijcie, kto znalazł drzwi? I na kogo spadnie zaszczyt udania się wgłąb Labiryntu na misję, z której może nie wrócić? I jakie zadanie odegra pewna niezwykła śmiertelniczka? A co z poszukiwaniami Pana, prowadzonymi przez Grovera? Na te i wiele innych pytań odpowiedzi znajdziecie w książce. 

W „Bitwie w Labiryncie” znalazłam wszystko, co tak lubię w cyklu o Percym Jacksonie: mitologię przepuszczoną przez maszynę popkultury, dziwaczne potwory, mnóstwo akcji i małe, ale gęsto rozrzucone perełki humoru. Percy i przyjaciele pokonują kolejne potwory, spotykają kolejne mitologiczne postacie i wywołują kolejne katastrofy z szybkością, która zawstydziłaby scenarzystów kina akcji. Książka jest idealna na letni wieczór, pozostaje tylko jedno małe „ale”…

Powieść nie posiada uroku poprzedniczek. Niczym szczególnym nie zaskakuje, a tajemnicze fragmenty układanki nie wskakują w puste miejsca, bo autor zwyczajnie nie przewidział w tym tomie ani żadnych tajemniczych fragmentów, ani pustych miejsc. Powieść się pochłania, bo język autora jest wprost stworzony do pisania „wciągliwych” powieści, ale fabuła nie porywa. Po trzech tomach, od których nie można było się oderwać, jest to dość rozczarowujące doświadczanie.

Cóż, pozostaje mi mieć nadzieję, że autor postanowił zachować wszystkie siły na Grande Finale i tom piąty wręcz wciśnie mnie w fotel. Mimo tego, zrobię sobie przerwę. Na kolejne spotkanie z Percym nieprędko się umówię.

Tytuł: Bitwa w Labiryncie
Autor: Rick Riordan
Tłumacz: Agnieszka Fulińska
Tytuł oryginalny:
The Battle of the Labyrinth
Cykl: Percy Jackson i bogowie olimpijscy
Wydawnictwo: Galeria książki
Rok: 2010
Stron: 364
PS. Tylko teraz nie mam od kogo pożyczyć tomu piątego. Gdyby znalazła się jakaś dobra dusza...^^

piątek, 24 lutego 2012

Szeptem do mnie mów, byle krótko. - "'Szepty dzieci mgły' i inne opowiadania" Trudi Canavan


Po przeczytaniu „Uczennicy maga” zarzekałam się, że powieści pani Canavan długo nie tknę. Powieść powieścią, ale na opowiadania od dawna miałam chrapkę, więc gdy tylko Aria przekazała je w moje parszywe łapki (dzięki!:)), zabrałam się za lekturę. Okazało się, że autorka lepiej wypada w opowiadaniach, niż w powieściach. Ale czy zachwycająco?

„Szepty dzieci mgły” i inne opowiadania to niewielki zbiorek, w którym mieści się pięć krótkich opowiadanek. Nie są one ze sobą powiązane i stanowią zbiorowisko tekstów dość eklektycznych, ale tym lepiej, bo czytelnik nie znudzi się monotonią narracji, jak to często bywa w powieściach tej pani. Tytułowe „Szepty dzieci mgły” są pierwszym opowiadaniem w dorobku autorki. Zostały nawet nagrodzone, ale szczerze mówiąc, trudno mi powiedzieć, za co. Historia z pointą i przesłaniem, ale poziomem oczywistości dorównuje tekstom Paulo Coelho. 

Kolejnym tekstem jest „Szalony Uczeń”, będący uzupełnieniem wątku z „Trylogii Czarnego Maga”. Sam w sobie jest ciekawy, ale nie rewelacyjny, jednak dla miłośników kylariańskich magów to z pewnością gratka. Odpowiada na pytanie, dlaczego wyższa magia (później zwana czarną) została przez Gildię zarzucona.

„Markietanka” jest opowiadaniem najciekawszym pod względem fabularnym. Trudno oczywiście powiedzieć cokolwiek o fabule tak krótkiego tekstu, nie zdradzając jednocześnie zbyt dużo, jednak mogę wspomnieć, że tytułowa markietanka okazuje się kimś dużo bardziej niesamowitym, niż można by wnioskować z jej profesji (co, swoją drogą, w fantastyce nie jest takie niezwykłe; gdyby oprzeć się tylko na literaturze fantastycznej, człowiek niechybnie dojdzie do wniosku, że wszystkie prostytutki są szpiegami, sukkubami i/lub czarodziejkami w przebraniu). Autorce udało się mnie zaciekawić tym tekstem.

„Przestrzeń dla siebie” okazała się najbliższym mi opowiadaniem. Któż z nas nie chciałby  znaleźć magicznego pomieszczenia, które sprawia, że kiedy w nim przebywamy, czas na zewnątrz niesamowicie zwalnia? Główna bohaterka wykorzystywała skradziony w ten sposób czas na doskonalenie umiejętności malarskich, co sprawiło, że łatwo mi było się z nią identyfikować.;) Jak nietrudno się domyślić, takie dary nie są darmowe…

Ostatnim opowiadaniem jest „Biuro Rzeczy Znalezionych”. Muszę przyznać, że tytułowe miejsce od dawna wydawało mi się wręcz stworzone do zagospodarowania jakąś fantastyczną fabułą (a najlepiej niejedną). Ta, jaką stworzyła pani Canavan wydała mi się jednak zbyt mało mroczna, chociaż sam pomysł jest niczego sobie.

Dodatkową gratką dla czytelników może być fakt, że każde opowiadanie jest opatrzone posłowiem. Autorka napisała w nim krótko, jak dany tekst powstawał i co było inspiracją do niego. Uważam, że to bardzo dobry pomysł i należałoby go przeszczepić na nasze rodzime ziemie, najlepiej dla co bardziej eklektycznych zbiorów opowiadań.

Mimo iż zbiór czytało mi się szybko i przyjemnie, nie powiedziałabym, że autorka podbiła moje serce i wzbudziła zachwyt. Jej styl jest dużo bardziej jadalny w opowiadaniach (kiedy z konieczności musi wycinać wszelkie dłużyzny i zbędne opisy) i chętnie przeczytałabym jeszcze jakieś teksty tego typu. Szkoda, że pani Canavan woli produkować raczej opasłe powieści, niż zgrabne opowiadanka.


Tytuł: "Szepty dzieci mgły" i inne opowiadania
Autor: Trudi Canavan
Tytuł oryginalny: Whispers of the Mist Children
Tłumacz: Agnieszka Fulińska
Wydawnictwo: Galeria Książki
Rok: 2010
Stron: 202

sobota, 11 lutego 2012

Panna zbyt idealna - "Uczennica maga" Trudi Canavan

Książeczkę pożyczyła mi Aria. Dziękuję!:)

Pisałam kiedyś o Trudi Canavan jako o rozwijającej się debiutantce, która potrafi swoje błędy wykryć, by następnie w kolejnej powieści ich unikać. W „Trylogii Czarnego Maga” wydawała się tak właśnie postępować. Wrażenie minęło, kiedy przeczytałam „Uczennicę maga” – prequel do wyżej wymienionej trylogii, którego akcja rozgrywa się setki lat wstecz.

Tessia chciałaby tak jak ojciec zostać uzdrowicielką. Niestety, chociaż nie istnieje prawo zakazujące kobietom wykonywania tego zawodu, marne są szanse, aby dostała się do odpowiedniej szkoły. Sytuacja komplikuje się, kiedy okazuje się, że dziewczyna dysponuje samorodnym talentem magicznym. A już kompletnie się gmatwa, kiedy wybucha wojna Kylarii z Sachaką.

Tymczasem po drugiej stronie gór młoda kobieta imieniem Steria podróżuje do posiadłości ojca. Pełna marzeń o wspólnym prowadzeniu rodzinnego interesu boleśnie zderza się z sachakańską rzeczywistością. Okazuje się bowiem, że jedynym, co może osiągnąć tamtejsza kobieta, jest dobre zamążpójście i urodzenie gromadki dzieci, najlepiej chłopców. Oczywiście, jeżeli nie jest niewolnicą.

Książka kipi od ważnych tematów, związanych głównie z dyskryminacją kobiet, trochę więc niezręcznie jest ją krytykować – ale muszę. Bo te wszystkie ważne tematy i ciekawe detale, jakie czytelnik mógłby z niej wyłuskać, giną przytłoczone wszechobecną paplaniną. Marzę o tym, żeby pani Canavan trafił się redaktor-żyleta, który wszystkie zbędne fragmenty bezlitośnie wytnie. Dostalibyśmy wtedy książkę o połowę cieńszą, ale dużo ciekawszą i bardziej wciągającą.

Nie mogę nie wspomnieć o bohaterach. O ile postacie mężczyzn są odmalowane całkiem sprawnie, chociaż nieco sztampowo, to kobiety przyprawiają o ból głowy. Tessii nie da się opisać inaczej niż w samych superlatywach (miła, dzielna, zdolna, z pasją, wrażliwa na cierpienie innych itd.), za to pozostałe kylarianki wydają się niedorozwinięte umysłowo. Jedynym, co zaprząta im głowy, jest zdobycie upatrzonego materiału na męża. Nawet przebywając na froncie młode dziewczęta myślą jedynie o tym, jak poderwać upatrzonego maga (a przecież nie jest tak, że to dla nich jedyna droga do dobrego życia – wszystkie są magiczkami i przy odrobinie pracy mogłyby być w pełni samowystarczalne). Przy książce, która ma w założeniu ukazywać dyskryminację kobiet, to chyba trochę jak strzał w stopę. Sytuację ratuje wątek sachakański, który świetnie ukazuje walkę kobiet jeśli już nie o własne prawa, to chociaż o bezpieczeństwo. Gdyby nie idiotyczne zakończenie, mogłabym powiedzieć, że ratuje całą książkę.

Wspomniana wyżej wojna to jeszcze inna para kaloszy. Ciągnące się przez bite 200 stron opisy walk sprowadzają się do tego, że obie grupy (obrońców i najeźdźców) biegają po mapie niczym kot z pęcherzem – i nic z tego nie wynika (pominę milczeniem fakt, że obrońcy nie są w stanie wytropić i osaczyć kilkudziesięcioosobowej grupy na znanym sobie – a owej grupie właściwie nie –  terenie…). Gdyby nie to, fabuła zyskałaby może trochę dynamiki.

Plusy? Książkę można czytać jako osobną powieść, bo nie ma nawiązań fabularnych do trylogii. Osobiście uważam, że lepiej ją poznać po wcześniejszym zapoznaniu się z „Trylogią Czarnego Maga” – autorka w „Uczennicy…” wyjaśnia genezę kilku magicznych gadżetów, co wywiera dużo większe wrażenie, kiedy już się o nich słyszało. Poza tym nawet najnudniejsze momenty czuta się dość szybko, a historia Sterii jest sama w sobie na tyle ciekawa, że warta polecenia.

Powieściom Trudi Canavan, już chyba więcej nie dam szansy, chociaż chętnie sprawdzę, jak tej pani wychodzą opowiadania. Natomiast „Uczennicę maga” polecam raczej fanom autorki. Reszcie po prostu nie odradzam.

Tytuł: Uczennica maga
Autor: Trudi Canavan
Tytuł oryginalny: The Magician's Apprentice
Tłumacz: Agnieszka Fulińsk
Cykl: Trylogia Czarnego Maga
Wydawnictwo: Galeria Książki
Rok: 2009
Stron: 816

poniedziałek, 30 maja 2011

Artemida pilnie poszukiwana - "Klątwa tytana" Rick Riordan

Chyba wszystkim książkowym blogerom znany jest problem recenzji kolejnych tomów. Zdarzyło i mi się już na niego przy różnych okazjach żalić, więc teraz, przy okazji trzeciego tomu „Percy’ego Jacksona i Bogów Olimpijskich” nie będę się powtarzać i od razu przejdę do rzeczy. Czyli do recenzji.

Trójka naszych ulubionych herosów została pilnie wezwana przez Grovera. Satyr bowiem znalazł dwójkę potężnych dzieci półkrwi, ale miał poważne obawy, czy sam zdoła je bezpiecznie dostarczyć do Obozu Herosów. Obawy okazują się uzasadnione, jako że koło ewentualnych przyszłych bohaterów kręci się potężny potwór i gdyby nie niespodziewana interwencja Artemidy i jej Łowczyń, z naszych przyjaciół zostałaby mokra plama. Zaraz po akcji ratunkowej bogini łowów wyrusza na polowanie, albowiem dowiedziała się, że przebudziła się potężna bestia, która tylko z ręki siostry Apollina zginąć może. I tu zaczynają się poważne problemy…

Artemida zostaje bowiem uprowadzona, a ktoś, mimo zdecydowanych protestów władz obozu, musi wyruszyć jej na ratunek. Właściwie nie tylko jej – do uratowana jest jeszcze ktoś. Na całą akcję zainteresowani mają tylko tydzień, gdyż Artemida musi się stawić na radzie bogów, która odbędzie się za siedem dni właśnie, w noc przesilenia zimowego.

Muszę przyznać, że pan Riordan pisze ciągle na bardzo równym, niezmiennie wysokim poziomie. Takich pisarzy lubię najbardziej, gdyż mnie nie rozczarowują. Wartka akcja, olbrzymia doza humoru i sympatyczni bohaterowie to coś, co przyciąga czytelników w każdym wieku nie tylko do „Klątwy tytana”, ale do całej serii. Nie będę się rozpisywać nad walorami warsztatowymi i językowymi książki, bo nie różniłoby się to wcale od tekstu już wyprodukowanego na użytek wcześniejszych tomów, przejdę od razu do rzeczy, które mi w książce zgrzytały.

Zgrzytały mi głównie niektóre rozwiązania fabularne. Przede wszystkim fakt, że dzieci Wielkiej Trójki już w poprzednim tomie zaczęły wyskakiwać jak króliki z kapelusza, a tutaj bynajmniej nie przestają. Wiem, że owocuje to różnymi ciekawymi zawirowaniami w fabule, ale mnie osobiście irytuje, bo wygląda trochę sztucznie, tzn. tak, jakby nie było zaplanowane od początku, a autor wpychał nowych herosów na siłę. Oprócz tego zdarzył się autorowi jeden klasyczny przypadek deus ex machina, ale jak zazwyczaj nie znoszę takich rozwiązań, tak tutaj wypadło zadziwiająco naturalnie, więc nie będę się czepiać.

Co mi się podobało? Fakt, że bogowie przestali się zachowywać jak banda rozkapryszonych dzieciaków (no, przynajmniej ci, którzy nie powinni). Poznajemy ich mniej irytujące oblicze, a i niektóre zagadki zostają rozwiązane. Ogólnie autor ma u mnie wielkiego plusa za przedstawionych w tym tomie bogów.

Cóż, Ricka Riordana polecam jak zwykle wszystkim. „Klątwa tytana”, tak samo jak poprzednie tomy cyklu to świetna książka zarówno dla starszych, średnich i młodszych czytelników. Czyta się błyskawicznie, idealnie mieści się do torebki i nie zawiera rażących literówek. A więc najpierw poszukajcie „Złodzieja pioruna”, a później nawet się nie obejrzycie, a już będziecie przy „Klątwie tytana”.

Tytuł: Klątwa tytana
Autor: Rick Riordan
Tłumacz: Agnieszka Fulińska
Tytuł oryginalny: 
The Titan's Curse
Cykl: Percy Jackson i bogowie olimpijscy
Wydawnictwo: Galeria książki
Rok: 2010
Stron: 308

piątek, 15 kwietnia 2011

Prawie jak Odyseusz - "Morze Potworów" Rick Riordan

Po pierwszym zachwycie Percym Jacksonem przyszedł czas na spotkanie drugie. Chyba nikt nie lubi pisać o kolejnych tomach cykli. Zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że zepsujemy komuś zabawę, bo wymsknie nam się za dużo. Niemniej jednak zawsze wiadomo, że skoro jest kolejny tom, to znaczy, że główny bohater przeżył (w przypadku Naprawdę Dobrych Autorów przeżywa przynajmniej cześć głównych bohaterów). Nikogo więc nie zaskoczę informacją, że Percy żyje i ma się świetnie. No, przynajmniej na początku.

Rok szkolny po wydarzeniach znanych z poprzedniego tomu, minął Percy’emu nadzwyczaj spokojnie. Żadnych potworów, żadnych ataków, a przede wszystkim przez cały rok nie wywalono go ze szkoły. No i zyskał przyjaciela, co prawda nieco nieporadnego i ogólnie niezbyt rozgarniętego, ale zawsze. Niestety, wszystko to ma się zmienić w ostatnim dniu szkoły. Podczas gry w zbijaka na herosa przypuszczają atak Lajstrygonowie, w związku z czym sala gimnastyczna wylatuje w powietrze. Z całego zamieszania bohatera wyciąga Annabeth, i razem (we trójkę, bo z nowym przyjacielem Percy’ego, Tysonem) ruszają do Obozu Herosów.

A w obozie bardzo źle się dzieje. Ktoś bowiem otruł sosnę Thalii – główny element podtrzymujący barierę ochronną.  Wszyscy wrogowie skorzystali z okazji: potwory podchodzą całymi stadami,  wrogowie Chejrona, koordynatora zajęć, mogą go wreszcie usunąć ze stanowiska, zaś ci, którzy w ogóle młodych herosów nie lubią zarządzają obozem w taki sposób, żeby jak najmniej z niego zostało. W dodatku Groverowi (najlepszemu przyjacielowi Percy’ego) najwyraźniej grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Czy naszym dzielnym bohaterom uda się uratować i obóz, i przyjaciela? Czy mimo zakazu wyruszą na wyprawę na znane jeszcze z „Odysei” Morze Potworów?

Utwierdziłam się w przekonaniu, że bardzo lubię prozę Riordana. Pan ten pisze ciekawie i z humorem (zarówno sytuacyjnym, jak i językowym). Bohaterowie są wiarygodni i nie da się ich nie lubić, zaś akcja toczy się tak wartko, że książkę dosłownie się pochłania. No, może pochłaniało mi się ją nieco wolniej, niż pierwszą cześć, ale wyłącznie dlatego, że brakowało tu elementu zaskoczenia. Poprzednio byłam kompletnie (i bardzo pozytywnie) zaskoczona wysoką jakością przygód Percy’ego, teraz natomiast wiedziałam już, czego się spodziewać. I autor spełnił moje oczekiwania co do joty. Ode mnie zaś dostaje jeszcze nagrodę specjalną za udane i nietuzinkowe tytuły rozdziałów – jego książki są jedynymi chyba, w których czytanie spisu treści może być kwitowane szczerym chichotem.

Krótko tym razem o panu Riordanie było, ale wyszłam z założenia, że po pierwsze: prawie wszyscy już i tak czytali, więc wiedzą, o co chodzi, a po drugie nie ma sensu się powtarzać i przepisywać po raz wtóry tego, co już poprzednio napisałam. Powiem więc krótko: dla każdego miłośnika fantasy i dobrej literatury młodzieżowej, pozycja obowiązkowa (ale oczywiście na początek polecam tom pierwszy;))!


Tytuł: Morze Potworów
Autor: Rick Riordan
Tłumacz: Agnieszka Fulińska
Tytuł oryginalny:
The Sea of Monsters
Cykl: Percy Jackson i bogowie olimpijscy
Wydawnictwo: Galeria książki
Rok: 2009
Stron: 277

sobota, 19 marca 2011

Godny następca Harry'ego P. - "Złodziej pioruna" Rick Riordan

Zawsze lubiłam Harry’ego Pottera. Tak się złożyło, że dorastałam wraz z małym czarodziejem, został mi do niego nieprzeparty sentyment i zastanawiałam się, czy znajdzie się kiedykolwiek ktoś, kto da radę go zastąpić. Wydawcy co rusz machali przed czytelnikami a to Paolinim (który moim skromnym zdaniem nawet się do Rowling nie umywa), a to panią Meyer, której co prawda sukces finansowy udało się powtórzyć, ale jeśli chodzi o subtelności takie, jak kreacja bohaterów, pomysł na świat przedstawiony czy styl to porównania nie ma. Ale niejaki Rick Riordan postanowił podnieść rękawicę i stworzył kolejnego nastoletniego bohatera.

Percy Jackson ma 12 lat i jest tzw. dzieckiem z problemami. Cierpi na dysleksję i ADHD, przez co zmieniał szkołę już sześć razy, swojego ojca w ogóle nie zna, a na dodatek ciągle przytrafiają mu się dziwne wypadki. Na domiar złego nęka go upiorna matematyczka. Podczas jednej ze szkolnych wycieczek Percy ma wątpliwą przyjemność się przekonać, że jest dosłownie upiorna…

Po nieszczęsnej szkolnej eskapadzie życie naszego dwunastolatka zmienia się diametralnie. Mitologia grecka przestaje być szkolną lekturą, a staje się rzeczywistością: nie dość, że sam okazuje się półbogiem, a jego najlepszy kumpel półkozłem, to jeszcze dowiaduje się, że jest ścigany przez pół panteonu za kradzież, której nie popełnił. Trafia do obozu takich jak on herosów, gdzie dowiaduje się, kim jest i o co właściwie chodzi z tą kradzieżą: właśnie o tytułowy Piorun Piorunów, insygnium zeusowej władzy, który w niewyjaśnionych okolicznościach wyparował z Olimpu. Aby oczyścić swoje dobre imię i uratować świat przed wojną bogów, Percy musi odnaleźć tą potężną broń i zwrócić ją właścicielowi. I mimo, że towarzyszy mu dwójka przyjaciół, nie będzie łatwo…

Długo się tej książce opierałam, ale w końcu, po dostrzeżeniu entej recenzji na którymś blogu, złamałam się i poprosiłam koleżankę o pożyczkę. Nie żałuję. Książki fantasy o mitologii (zwłaszcza greckiej, bo celtycka, czy nawet indyjska jeszcze się zdarza) to rzadkość, a już takich, które ściśle trzymają się zgodności bohaterów z oryginalnymi mitami to w ogóle ze świecą szukać. „Złodziej pioruna” jest tu małą perełką: może w młodym czytelniku wzbudzić zainteresowanie mitami dużo skuteczniej i przyjemniej, niż wałkowany w szkołach do znudzenia Parandowski. Jednocześnie nie lukruje bogów i trzyma się zasad pożycia z nimi nakreślonych w mitologii. Poza tym jest książką dobrą pod wieloma względami. Ma jednak wiele cech, które sprawiają, że nie mogę go nie porównywać z Harrym Potterem. Zaczynam więc porównania.

Pierwszą kwestią są bohaterowie. Riordan świetnie sobie poradził ze stworzeniem małoletniego Percy’ego, który nie radzi sobie w nauce, ciągle wpada w kłopoty i z tego powodu ma kompleksy. Jednocześnie uwielbia swoją matkę i przykro mu, że jego słabe wyniki mogą sprawiać jej ból. Jest narwany i nieco nieobliczalny, jak każdy dzieciak w tym wieku, a przy tym dobry, szlachetny i odważny. Jego najlepszy kumpel, Grover, to typowy chłopak stojący w cieniu, który sam w sobie nie jest wybitny, ale bez niego ani rusz. Ostatnia z trójki jest Annabeth, córka Ateny, ze względu na swoje dziedzictwo pełznąca rolę drużynowego mózgowca. Może tylko ja mam jakieś zboczenie, ale dla mnie to wypisz, wymaluj Harry, Ron i Hermiona. Mało tego, mam wrażenie, że autor specjalnie nawiązuje do cyklu pani Rowling, puszczając niejako oczko do czytelnika. W żadnym wypadku nie jest to wada – Riordan robi to z finezją, które zachwyca czytelnika i dodaje książce smaczku.

Miejscem akcji jest obóz szkoleniowy dla młodych półbogów, który chroni ich jednocześnie przed mitologicznymi bestiami, przyciąganymi wonią boskiej krwi. Mimo, że działa głównie w wakacje, przypomina mi pewną Szkołę Magii i Czarodziejstwa. I nie zmieni tego nawet fakt, że główny obozowy wróg jest płci żeńskiej, że zamiast duchów i skrzatów domowych można się natknąć na fauna, centaura czy driadę. Ani tym bardziej fakt, że wymachuje się zaczarowanym mieczem, zamiast różdżki. I znowu ani trochę mi to nie przeszkadza.

Porównywalna do HP byłaby też pod pewnymi względami fabuła, ale o niej pisać nie będę, żeby spoilerów nie było. Dalej będzie już tylko o „Złodzieju pioruna”, bez porówna.

Pierwszą z nich, co oczywiste, jest mechanika świata. I mimo, że tak różne w obu książkach, to obie podobały mi się tak samo. Zwłaszcza, że bogowie nie są dobrotliwymi tatusiami i mamusiami, patrzącymi z pobłażaniem na poczynania swoich pociech, ale istotami potężnymi i w pewnym sensie nieludzkimi, które nierzadko myślą zupełnie innymi niż ludzie kategoriami. Podoba mi się też sposób, w jaki autor wytłumaczył obecność greckiego panteonu w USA, a także wszystkie wynikające z tego niuanse. Może tylko wyjaśnienie kwestii dysleksji trochę mi zgrzyta, ale niech tam.

Akcja powieści jest tak wartka, że nie sposób się od niej oderwać. Ciągnie czytelnika przez kolejne strony z zawrotną prędkością, nie pozwalając się nudzić, czy nawet chwilkę odsapnąć. Zdarzały się momenty, w których mi to przeszkadzało: człowiek chciałby nieco się dowiedzieć, poczytać o co właściwie w tej całej boskiej szopce chodzi i z dlaczego jest tak, a nie inaczej. Nic z tego, ledwie przycupniemy na chwilkę, ciężko dysząc, autor już pogania nas dalej i ciągnie za swoją opowieścią. Jednak nie sądzę, aby młodsze nastolatki, do których jest kierowana powieść, narzekały na taki rozwój sytuacji.

Na koniec o stylu. Narracja jest pierwszoosobowa i to Percy opowiada nam swoją historię. Przyznam szczerze, że mnie to zaskoczyło, ale wypadło świetnie. Styl nawiązuje do młodzieżowego, nie nasiąkając jednocześnie slangiem ulicznym, a sporo wplecionych w akcję odwołań do mitologii i nie tylko sprawia, że co bystrzejszy czytelnik może sobie urozmaicić lekturę ciekawymi spostrzeżeniami, typu: z czym mi się kojarzy kasyno Lotos i dlaczego. Poza tym liczne są sceny komiczne, jak np. atak powietrzny na meduzę za pomocą gałęzi. No i już tytuł pierwszego rozdziału wywołuje uśmiech. Dodatkowo książka jest ładnie wydana, a mi osobiście bardzo podoba się grafika okładki (wreszcie coś mniej sztampowego i do tego związane z treścią!), jak i opracowanie całej serii.

Krótko mówiąc polecam gorąco. Zwłaszcza tym, którzy zrazili się po filmie – w porównaniu z książką dno i wodorosty (jedynym elementem, który w filmie podobał mi się bardziej, był Grover), lub tym, którym nie w smak Harry, bo różnice są na tyle duże, że przy wszystkim, co w małym czarodzieju było dobrego, zostało jeszcze ogromne pole do popisu dla pana Riordana. A sama niecierpliwie czekam na dostawę kolejnego tomu.

P.S. Ciekawe, czy ktoś dobrnie do końca tej długiej do nieprzyzwoitości recenzji.;)

Tytuł: Złodziej pioruna
Autor: Rick Riordan
Tłumacz: Agnieszka Fulińska
Tytuł oryginalny:
The Lighting Thief
Cykl: Percy Jackson i bogowie olimpijscy
Wydawnictwo: Galeria książki
Rok: 2009
Stron: 360

piątek, 2 lipca 2010

Koniec może być początkiem - "WIelki Mistrz" Trudi Canavan



Jeśli chodzi o debiutantów, wyróżniam ich trzy typy. Typ pierwszy to tacy, którym napisanie powieści zajmuje całe lata, ale gdy już zostanie wydana, jest tak dopracowana, że nie można jej niczego zarzucić pod względem warsztatu pisarskiego. Typ drugi to tacy, którym pierwsza powieść wychodzi przeciętnie, ale potrafią uczyć się na własnych błędach i każda kolejna książka wychodzi im coraz lepiej. Typ trzeci to tacy, którym pierwsza powieść wychodzi najwyżej przeciętnie, ale nie chcą lub nie potrafią udoskonalić warsztatu przy kolejnych utworach. Trudi Canavan należy do typu drugiego.

Po kilkuset stronach nudy z „Gildią Magów” i całkiem interesującą przygodą z „Nowicjuszką”, przystąpiłam do lektury „Wielkiego Mistrza” (dzięki uprzejmości JoannyzKociewia:)). Pierwsze strony troszkę mnie irytowały, gdyż autorka w pierwszych rozdziałach skupiła się głównie na streszczaniu dwóch poprzednich tomów. Zrobiła to dość przemyślnie, gdyż nie zamieściła streszczeń w osobnym rozdzialiku, a wplotła je w wypowiedzi bohaterów. Czasem wygląda to nawet naturalnie, ale zdarzają się przydługie monologi wewnętrzne, nużące czytelnika. Na szczęście, kiedy przebrnęłam przez tą drobną niedogodność, zostałam bezczelnie wessana przez opowieść. Zaczyna się ona w rok po zakończeniu tomu drugiego. Znowu widzimy Soneę pobierającą nauki w Gildii. Jednak niedługo będzie ona musiała porzucić poukładaną wizję świata, a losy wszystkich postaci splotą się w niespodziewane wzory.

Powieść czyta się łatwo i przyjemnie. Język jest prosty, ale poprawny, a wydanie nie zawiera literówek czy innych błędów w tekście (przynajmniej nie w ilości zdolnej uprzykrzać czytanie). Powieść jest dynamiczniejsza niż poprzednie części cyklu, brak w niej dłużyzn. Ponadto mam wrażenie, że autorka starała się odejść od konwencji powieści młodzieżowej, w którą doskonale wpasowywały się dwa poprzednie tomy. Plusem są też bohaterowie, z których mi szczególnie do gustu przypadł Akkarin(;)). Nie są już papierowymi ludzikami, dzięki czemu mogę im wybaczyć, że czerpią ze schematów pełnymi garściami. Jedynym zarzutem wobec postaci jest to, że zarówno król, jak i rada starszych w Gildii wydają się być naiwni jak dzieci. Niezbyt to naturalne dla osób na ich stanowiskach.

W zasadzie jedynym zarzutem, jaki mogę postawić tej książce, jest przewidywalność. Rozwój akcji zaskoczył mnie tylko w momencie, kiedy zginą inny bohater, niż wytypowany przeze mnie. Poza tym tworzenie intryg nie jest mocną stroną pani Canavan. Lepiej jej wychodziło oddanie grozy sytuacji ucznia osaczonego przez nieprzychylnych kolegów, niż atmosfery przygotowań do walki totalnej. Ale te wszystkie niedoróbki jestem w stanie wybaczyć, zważywszy, że autorka udowodniła swoją zdolność do doskonalenia się.

Podsumowując, „Wielki Mistrz” może nie jest nadzwyczajny, ale z pewnością zapewni świetną rozrywkę na kilka wieczorów. Ja bawiłam się przy nim tak dobrze, że, wbrew wcześniejszym planom, postanowiłam przeczytać jeszcze kiedyś jakąś powieść pani Canavan. Chociażby po to, żeby sprawdzić, czy dalej się rozwija.

T. Canavan, Wielki Mistrz, Galeria Książki, Kraków 2008, s. 716
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...