Wydawnictwo Czarne od jakiegoś czasu wypuszcza kilka razy w roku jakieś bardziej „zwierzęce” reportaże. Były dwa teksty o wilkach (czyli szwedzki „Dobry wilk” i polski „Instynkt”), oba świetne. Zastanawiałam się, jaka w takim razie została nam jeszcze lokalna (o tej egzotycznej jakoś polscy wydawcy nie bardzo chcą wydawać książki, jeśli nie ma skrzydeł) fauna i pomyślałam, że w sumie bobry mają potencjał, bo jest to dość polaryzujący opinię publiczną gatunek. I w jakiś czas później w zapowiedziach pojawiły się „Pałace na wodzie” Adama Robińskiego. Oczywistym było, że prędzej czy później je przeczytam.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarne. Pokaż wszystkie posty
piątek, 9 grudnia 2022
piątek, 31 grudnia 2021
"Instynkt" Anna Maziuk
Jak wiecie, często sarkam, że polska ekoliteratura ptakami stoi i to się już robi nudne, a jak człowiek chciałby dla odmiany o czymś innym poczytać, to nie ma o czym. Dlatego bardzo jaram się każdą zapowiedzią, która mówi o innych zwierzętach. Najlepiej dużych, charyzmatycznych ssakach (te mniejsze i mniej charyzmatyczne też w sumie mogą być). I tutaj w zapowiedziach wydawnictwa Czarne pojawiła się nie lada gratka, bo reportaż. Calutki poświęcony wilkom. I to polskim. A dzięki uprzejmości księgarni TaniaKsiazka.pl „Instynkt” Anny Maziuk trafił do mnie.
czwartek, 23 grudnia 2021
"Czarne lato" Szymon Drobniak
Zanim przyszła pandemia, cały świat żył katastrofalnymi pożarami w Australii. Przyznam, że nie śledziłam wtedy newsów jakoś szczególnie. Sporo do mnie docierało tak czy siak, ale raczej chaotycznie i nie tworząc spójnego obrazu tej katastrofy, choć ciekawiło mnie, jak kontynent sobie z pożarami radził. Dlatego też zainteresowałam się, kiedy wydawnictwo Czarne zapowiedziało reportaż o czarnym lecie (jak nazwano lato przełomu 2020 i 2021 roku). Od razu zanotowałam datę premiery, licząc, że oto dostanę coś, co uporządkuje mi informacje i pokaże szerszą perspektywę. I tak dzięki uprzejmości księgarni TaniaKsiazka.pl trafiło do mnie „Czarne lato” Szymona Drobniaka.
wtorek, 21 września 2021
"Kraj niespokojnego poranka" Roman Husarski
Jak być może wiecie, moja fascynacja krajami Południowo-Wschodniej Azji trwa. Co prawda są to wybrane kraje, ale nie wszyscy muszą się wszystkim interesować, prawda? Pewnym problemem jest ich popularność: zarówno Japonia, jak i Korea Południowa słyną u nas głównie z wytworów szeroko rozumianej popkultury, więc i o tejże poczytać najłatwiej. Za tym idzie zainteresowanie literaturą piękną i takich tytułów, często bardzo ciekawych, mamy na rynku coraz większy wybór. Ale reportaży społecznych ogólnie nie ma zbyt wiele. Dlatego też, kiedy tylko w zapowiedziach pojawiła się pozycja obiecująca zajęcie się tematami społecznymi, od razu się nią zainteresowałam. I tak oto, dzięki uprzejmości księgarni TaniaKsiazka.pl trafił do mnie „Kraj niespokojnego poranka” Romana Husarskiego.
piątek, 17 stycznia 2020
"Dobry wilk" Lars Berge
Przyznam, że „Dobry wilk” Larsa Berge był tym reportażem, który wzbudził moje zainteresowanie, jak tylko pojawił się w zapowiedziach. W końcu, wnioskując z opisu, spokojnie mógłby trafić do serii Menażeria… No ale mniejsza z tym, wypadek z udziałem dzikich zwierząt jest zawsze sprawą dość sensacyjną. Miałam jednak nadzieję, że autor wyjdzie poza poszukiwanie taniej sensacji i poszuka głębiej, przy okazji pisząc może co nieco o kondycji ogrodów zoologicznych jako takich (bo niestety nie jest tak, że są to placówki bez skazy) i o naszym stosunku do wilków. Nie zawiodłam się i od razu przyznam, że chciałabym, żeby ta książka była ze dwa razy dłuższa.
środa, 13 lutego 2019
"Kwiaty w pudełku" Karolina Bednarz
„Kwiaty w pudełku” to jedna z tych książek, które szturmem zdobyły blogosferę. Dotarły nawet do miejsc, które na co dzień nie zajmują się reportażami o sytuacji kobiet w odległych krajach. Niemniej, sama odnotowałam je jako interesujące już od czasu premiery, bo zarówno kobiecy punkt widzenia, jak i Japonia to coś, co w literaturze (zwłaszcza faktu, choć nie tylko) chętnie śledzę. Wiecie rozwinięte kraje Azji są dla mnie bardzo atrakcyjne; o ile reportaże z Afryki czy Ameryki Południowej zwykle kuszą czytelników obcością totalną (bo i warunki, i kultura są zwykle mocno egzotyczne dla przeciętnego krajowego odbiorcy), tak Japonia, Korea etc. kuszą pozornym podobieństwem. Jest to bowiem wspaniała okazja, żeby udowodnić, że rozwój cywilizacyjny czy techniczny nie determinuje podobieństwa społeczności. Tym, co jest naprawdę istotne, jest historia i kultura.
poniedziałek, 22 stycznia 2018
"Gottland" Mariusz Szczygieł
Mariusza Szczygła znam ze zbioru reportaży „Zrób sobie raj”. Pisał tam o Czechach współczesnych i o tym, czym się różnią od Polski. Niemniej, najbardziej znaną i nagradzaną książką autora jest „Gottland”. Też o Czechach, ale jakże inaczej.
W „Gottlandzie” autor uderza w tony poważniejsze – podejmuje próbę zobrazowania, jak komunistyczne rządy wpłynęły na Czechów. Rezygnuje jednak z szerokiej perspektywy narodowej, aby pokazać kilka jednostek (często w ten czy inny sposób wybitnych), których życie zostało złamane przez system. A przyczyny tego złamania bywały różne.
Zbiór otwiera tekst „Ani kroku bez Baty”, który różni się nieco od pozostałych i przyznam, że uznaję go za jeden z najbardziej fascynujących. Opowiada bowiem historię czeskiej potęgi obuwniczej – firmy założonej na początku XX wieku przez Tomasa Batę (wybaczcie brak diakrytyków). Z jednaj strony Bata stworzył kapitalistyczną utopię, której demiurgiem się obwołał (co prawda Batów było dwóch, ale po szczegóły zapraszam do tekstu źródłowego) i w której podobno wszystkim żyło się lepiej pod dyktando wzrastającej wydajności. Z drugiej... no właśnie, pozostaje kwestia ograniczania wolności i tych drobnych szczegółów, które w obrazie idealnego robotniczego życia stanowią o tym, że idealne jest ono tylko na pierwszy rzut oka.
Jednak to wyjątek, resztę tekstu stanowią historie ludzi złamanych okolicznościami. I kiedy przyjdzie bliżej się przyjrzeć tym okolicznościom, to robi się zdziwniej i zdziwniej. Bo tak absurdalne historie mogły mieć miejsce tylko w państwie totalitarnym. To czarny humor dziejów, okraszony ludzką tragedią.
Przykłady? Mamy młodą wokalistkę, której kariera świetnie się rozwijała, aż do momentu, kiedy zaśpiewała piosenkę pod napisy końcowe w pewnym młodzieżowym serialu. Traf chciał, że piosenka stała się hymnem (z braku lepszego słowa) opozycji. Piosenkarkę zdyskredytowano i zakazano jej śpiewać.
Albo pisarz, który tak głęboko wierzył w komunistyczne ideały, tak sprawnie je promował, że władza się przestraszyła i postanowiła go zniszczyć. Inny, aby odciąć się od swojej przedwojennej twórczości i odnaleźć w komunistycznych realiach, nie tylko zmienił nazwisko, ale wręcz uległ całkowitemu przeobrażeniu.
Wszystkie te historie autor opisał w charakterystyczny dla siebie sposób – tworząc patchwork z krótkich migawek, ściśle, ale nie bezpośrednio ze sobą związanych. Krótkie akapity, i jeszcze krótsze, czasem jakby urwane zdania. Mnie odpowiada.
Czas, o którym pisze Szczygieł, był czasem przedziwnym. Tak niesamowitym, że osobie w moim wieku, która zna go tylko z opowieści, trudno się nawet do niego ustosunkować. Wygląda jednak na to, że w każdym kraju było dziwnie na trochę inny sposób. Pokuszę się o powiedzenie, że w Czechach było dziwnie w sposób wyjątkowy.
Tytuł: Gottland
Autor: Mariusz Szczygieł
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2008
Stron: 232
Autor: Mariusz Szczygieł
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2008
Stron: 232
niedziela, 22 października 2017
"Dzieci Norwegii" Maciej Czarnecki
Kilka lat temu gorącym tematem w mediach były sprawy zabierania polskim rodzicom dzieci przez Bernevernet – norweski urząd do spraw ochrony dzieci. Telewizje prześcigały się w publikowaniu rozdzierających serce materiałów ze spłakanymi rodzicami walczącymi o odzyskanie swoich dzieci ze szponów bezdusznej instytucji, powstawały nawet firmy specjalizujące się w nie do końca zgodnym z prawem odbijaniu progenitury znajdującej się pod opieką norweskiego państwa. Ale jak to ze wszystkimi hot newsami bywa, wielkie media dość szybko się tematem znudziły i zwróciły w stronę zieleńszych pastwisk, sprawa przyschła i opinia publiczna o niej zapomniała. Poza może społecznością polskich imigrantów w Norwegii. I Maciejem Czarneckim, który postanowił sprawie przyjrzeć się bardziej wnikliwie i z większej ilości perspektyw, niż pozwalały na to trzydziestosekundowe materiały w programach informacyjnych. Z tego przyglądania powstały „Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym”.
Autor w swojej książce zebrał głownie relacje rodziców – tych pokrzywdzonych przez Bernevernet, ale też tych, którym urząd pomógł albo kontakt z nim wspominają po prostu neutralnie. Przeplatają to wszystko rozmowy z socjologami, kadry z historii Norwegii czy wypowiedzi pracowników samego Bernevernetu.
Już od pierwszych stron książki widać, że głównym celem autora nie było udowodnienie jakiejś konkretnej tezy, ale przedstawienie pewnego zjawiska takim, jakie ono jest w rzeczywistości, na tyle, na ile da się to zrobi na ograniczonej przecież ilości stron. Czarnecki stara się być w swojej książce jak najbardziej niewidzialny, oddając głos swoim interlokutorom czy przedstawiając jako bezosobowy narrator kolejne rodzinne historie. Zależy mu, aby czytelnik, mając do dyspozycji jak najbardziej różnorodne informacje, sam sobie wyrobił zdanie.
A materiał bywa zaskakujący. Poza bowiem przypadkami niejasnymi czy też takimi, w której jakże opiekuńcze państwo zawiodło na całej linii (jeden z opisanych przez Czarneckiego należy do tych autentycznie mrożących krew w żyłach), mamy też obalanie krążących po sieci i rozrastających się niczym hydra o setkach łbów mitów. Niektórych wręcz szalonych, jak ten, jakoby Norwegowie byli szczególnie łasi na polskie dzieci, aby uzupełniać nimi swoją słabującą pulę genetyczną. Mało sensacyjne statystyki mówią zaś, że Bernevernet zabiera procentowo tyle samo dzieci imigrantom, co norweskim obywatelom, a wśród tych pierwszych zdecydowanie dominują dzieci z rodzin arabskich, afrykańskich i azjatyckich.
Poza nakreśleniem obrazu sytuacji, autor stara się też dociec, z czego ona wynika. Dlaczego Polacy, przecież rozsiani po wielu krajach europejskich, z których większość ma zdecydowanie ostrzejsze i konsekwentniej egzekwowane przepisy ochrony dzieci niż u nas, boja się akurat Norwegii? Czy wina leży po stronie różnic kulturowych, bezkompromisowości urzędu, czy też to tylko czarny pijar? Czarnecki stawia te pytania i podsuwa materiały, które mogą przynieść rozwiązanie, ale tego ostatniego czytelnikowi nie narzuca. Trzeba do niego dojść samemu (o ile istnieje).
Przyznam, że ”Dzieci Norwegii” to kawał dobrej, reporterskiej roboty. Takiej, jaką lubię. Takiej, która zamiast sugerować gotowe rozwiązania, zachęca do samodzielnego przemyślenia problemu. I może nie jest to jakiś wybitny literacko reportaż (język jest raczej prosty i surowy, ma prezentować, nie zachwycać), ale z pewnością jeden z lepszych, jakie zdarzyło mi się czytać.
Tytuł: Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym
Autor: Maciej Czarnecki
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2016
Stron: 238
Autor: Maciej Czarnecki
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2016
Stron: 238
piątek, 9 września 2016
"Macierzyństwo non-fiction" Joanna Woźniczko-Czeczott
„Macierzyństwo non-fiction” jest książką, która cztery lata temu otwierała serię „Bez fikcji o” wydawnictwa Czarnego. Musze przyznać, ze już od chwili premiery wzbudzał moje zainteresowanie. Co prawda z autopsji nie znam tematu, ale dobrą literaturę faktu (i to w temacie nietypowym) zawsze chętnie poczytam.
Tematyka, zdawałoby się, banalna. Ot, kolejna relacja z pieluchowego przewrotu. W większości takich relacji przeważa róż, lukier i ćwierkanie nad nowym życiem, które ma takie urocze stópki i totalie zmienia wszystko w życiu matki. Ano zmienia. Joanna Woźniczko-Czeczott opisuje te aspekty zmian, które na ogół okrywa się milczeniem. Bo w obliczu nowego życia nie wypada przecież mówić o takich przyziemnych sprawach jak pogorszenie sytuacji finansowej (przecież pieluchy kosztują, a pensja o jedną mniej), wzrost wymagań logistycznych przy okazji każdego wyjazdu czy stopniowa utrata znajomych. Takie tam drobiazgi.
Przy czym autorka nie straszy, nie demonizuje i nawet nie ostrzega. Po prostu z pewnym wisielczym poczuciem humoru opisuje, jak to wygląda – taki prawie dwustustronicowy wpis z rodzaju „czego przed porodem inne matki wam nie powiedzą”. To nie jest wyraz żalu do otoczenia, raczej relacja z linii frontu (zresztą autorka sama wspomina o sprawozdaniu z rewolucji czy tam przewrotu). A wi-adomo, na froncie bywa znojno, ciężko i brudno. A naturalistyczne opisy czasem powodują oskarżenia o szkalowanie dobrego imienia armii.
Strona językowa książki jest bardzo przystępna. Autorka pisze szczerze, prosto, ale z humorem. Nie sili się na górnolotne stwierdzenia, nie komplikuje przekazu. Pisze krótkimi rozdziałami, ale zawsze w tej formie potrafi zamknąć wywód. Czytanie „Macierzyństwa…” to prawdziwa przyjemność.
Tematyka, zdawałoby się, banalna. Ot, kolejna relacja z pieluchowego przewrotu. W większości takich relacji przeważa róż, lukier i ćwierkanie nad nowym życiem, które ma takie urocze stópki i totalie zmienia wszystko w życiu matki. Ano zmienia. Joanna Woźniczko-Czeczott opisuje te aspekty zmian, które na ogół okrywa się milczeniem. Bo w obliczu nowego życia nie wypada przecież mówić o takich przyziemnych sprawach jak pogorszenie sytuacji finansowej (przecież pieluchy kosztują, a pensja o jedną mniej), wzrost wymagań logistycznych przy okazji każdego wyjazdu czy stopniowa utrata znajomych. Takie tam drobiazgi.
Przy czym autorka nie straszy, nie demonizuje i nawet nie ostrzega. Po prostu z pewnym wisielczym poczuciem humoru opisuje, jak to wygląda – taki prawie dwustustronicowy wpis z rodzaju „czego przed porodem inne matki wam nie powiedzą”. To nie jest wyraz żalu do otoczenia, raczej relacja z linii frontu (zresztą autorka sama wspomina o sprawozdaniu z rewolucji czy tam przewrotu). A wi-adomo, na froncie bywa znojno, ciężko i brudno. A naturalistyczne opisy czasem powodują oskarżenia o szkalowanie dobrego imienia armii.
Strona językowa książki jest bardzo przystępna. Autorka pisze szczerze, prosto, ale z humorem. Nie sili się na górnolotne stwierdzenia, nie komplikuje przekazu. Pisze krótkimi rozdziałami, ale zawsze w tej formie potrafi zamknąć wywód. Czytanie „Macierzyństwa…” to prawdziwa przyjemność.
Co ja się będę rozpisywać. Polecam po prostu. Niezależnie od zapatrywań na sprawę posiadania potomstwa.
Tytuł: Macierzyństwo non-fiction. Relacja z przewrotu domowego
Autor: Joanna Woźniacka-Czeczott
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2012
Stron: 196
wtorek, 12 kwietnia 2016
"Dwanaście srok za ogon" Stanisław Łubieński
„Dwanaście srok za ogon” Stanisława Łubieńskiego to książka, którą seria Menażeria wybrudziła się z kilkumiesięcznego letargu (stagnacja trwała tak długo, że szczerze mówiąc zaczęłam się obawiać, że to już koniec serii). I to się nazywa wybudzenie z przytupem.
Książka Łubieńskiego to zbiór, a jakże, dwunastu esejów. Rozstrzał tematyczny jest dość szeroki – od osobistych wspomnień zaczynając, przez opowieści o znanych pisarzach i zapomnianych badaczach, a na ochronie środowiska skończywszy. Klamrą łączącą wszystkie teksty i będącą metatematem książki są ptaki.
Czytałam już kiedyś dobre eseje o ptakach, ich zbiór nazywał się „Corvus”. Niezmiennie uważam go za najlepszą książkę zamkniętej już serii Biosfera. „Dwanaście srok za ogon” jakością bardzo zbliża się do „Corvusa”. Eseje Łubieńskiego są napisane ze swadą i wyczuciem. Autora nie można nazwać gawędziarzem – jego opowieści są bardzo konkretne i nawet jeśli wydaje się, że odpływa w dygresje, to ostatecznie wychodzi, że ciągle pozostaje w temacie. W żadnym wypadku to nie wada, po prostu nie należy się spodziewać poruszania kwestii „przy okazji”. Każdy esej jest zaplanowany i autor się tego planu rozsądnie trzyma.
Język Łubieńskiego jest niezwykle elastyczny, ale i przystępny. Autor nie sili się na wyszukane słownictwo, bo doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że odpowiedni dobór prostych słów może zagwarantować jeszcze lepsze efekty. I potrafi odpowiednio te słowa dobierać. Przy tym oko ma bystre (czego po amatorskim obserwatorze ptaków należałoby się spodziewać), wychwytujące szczegóły umykające zwykłym obserwatorom.
Ale tak konkretnie, o czym właściwie autor pisze? Na przykład o tym, kto dał nazwisko Jamesowi Bondowi (i to jest mój zdecydowanie ulubiony tekst, choć za samym 007 nie przepadam). Albo o pisarzu, który tak zapamiętale obserwował sokoły, że w końcu napisał o nich nagradzaną książkę (tu mała dygresja: autor narzeka na brak ptaków w literaturze. Szkoda że autor nie czytuje fantastyki. Czytując, mógłby się odnieść na przykład do symboliki użytkowego imienia Geda Krogulca. Albo do olbrzymich orłów Tolkiena. Albo do tej serii, w której to ptaki są bohaterami opowieści tak jak króliki są bohaterami „Wodnikowego wzgórza”. Nazwy nie pamiętam i gugiel nie chce mi podpowiedzieć. Choć może i dobrze, że nie chce, bo nie sprawdzałam jakości dzieła. W sumie o rudziku z „Tajemniczego ogrodu” autor też zapomniał). Ale kwestie ochrony przyrody też nie są mu obce. Łubieński protestuje przeciwko polskiemu pojęciu rewitalizacji przestrzeni miejskiej, która zakłada pozostawienie w miastach tylko prostych, gładkich drzew i równo przyciętych trawników (to nie są warunki dla ptaków). Pokazuje też, jakie gatunki człowiek przez swoja niefrasobliwość już utracił i jeszcze utracić może.
Piękna to była lektura, dla mnie dość osobista, bo dorastałam w domu, w którym co roku gnieździły się jaskółki (a ostatnio kosy i szpaki, ku frustracji rodziców). Byłam dzieckiem, które dostawało podloty jaskółek do głaskania i ratowało te wypadnięte z gniazda przed krwiożerczymi dziobami kur. Miałam też możliwość podziwiania samca błotniaka w locie (to był błotniak zbożowy lub łąkowy. Obstawiałabym zbożowego) z odległości dwóch metrów, co byłoby nawet majestatyczne, gdyby biedak akurat nie próbował uniknąć kolizji z głową mojego Taty. Dla ludzi takich jak ja, „Dwanaście srok za ogon” to po trosze sentymentalny powrót do dzieciństwa, po trosze mieszanie tego powrotu z teraźniejszością, już niekoniecznie sentymentalną. Ale nawet jeśli jesteście ludźmi zupełnie innymi, to też możecie z „Dwunastu srok…” czerpać wiele radości. Zwłaszcza wiosną.
Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Czarne
Tytuł: Dwanaście srok za ogon
Autor: Stanisław Łubieński
Seria: Menażeria
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2016
Stron:206
środa, 21 stycznia 2015
Ciemna karta historii, czyli bardzo poważnie - "Higieniści" Maciej Zaremba Bielawski
To będzie bardzo krótka notka. Książka, o której będę pisać nie ma bohaterów, fabuły ani fascynującego świata przedstawionego, a ja nie jestem specjalistką w poruszanej dziedzinie, żeby ją jakoś szeroko komentować. Za to traktuje o sprawach, które raczej nie są znane szerszej publiczności. A zdecydowanie powinny być.
Szwecja to kraj, który kojarzy się raczej z powszechnym dobrobytem. Nawet czas drugiej wojny światowej nie jest szczególnie kojarzony z nazistowskimi okrucieństwami. Jednak istnieją takie karty w najnowszej historii kraju, o których szwedzki rząd woli nie pamiętać. Jedna z nich zawiera rozdział poświęcony masowym sterylizacjom Szwedów.
Maciej Zaremba Bielawski próbuje z jednej strony opisać zjawisko „higieny rasy” (i tu skupia się nie tylko na Szwecji, ale i na innych krajach, bo w dobie popularności eugeniki pomysły, aby sterylizować „niedostosowanych” obywateli pojawiały się wcale często. Nigdzie jednak nie osiągnęły takiej skali, jak w Szwecji), jak i wytropić wszystkie czynniki, które pozwoliły mu się rozwinąć. Przywołuje też przykłady poszczególnych ofiar systemu.
Najtrudniejsza jest odpowiedź na pytanie, jak doszło do tego, że w imię ograniczania wydatków socjalnych okaleczono dziesiątki tysięcy ludzi, często tylko na podstawie anonimowego doniesienia. Jak system, który w założeniu miał chronić osoby upośledzone przed takimi konsekwencjami działań, którym nie będą w stanie podołać (nie, żebym pochwalała sterylizację kogokolwiek dla jego własnego dobra, ale odnotujmy dobre intencje) w narzędzie systemowego okaleczania ludzi ubogich. A właściwie kobiet, bo sterylizacje dziwnym trafem dotyczyła głównie ich (wbrew logice, w końcu „źle prowadzący się” mężczyzna może teoretycznie odpowiadać za więcej niechcianych ciąż niż źle prowadząca się kobieta. Poza tym, wazektomia jest zabiegiem daleko prostszym, tańszym i bezpieczniejszym niż podwiązanie jajowodów lub usunięcie jajników).
Wadą książki jest sztywny, naukowy styl, który może odstraszyć część czytelników. Na szczęście naukowość tekstu polega tu głównie na używaniu fraz mało potoczystych i suchym języku, nie zaś na przesycie specjalistycznego słownictwa. Przekaz jest więc klarowny, choć może być trudno przyswajalny. Niemniej uważam, ze warto się nieco wysilić.
„Higieniści” to ostrzeżenie dane nam przez naszą własna historię. Myślę, ze każdy powinien się z nim zapoznać. Co zrobi później z tą wiedzą, jego sprawa. Ale przynajmniej będzie ostrzeżony.
Autor: Maciej Zaremba Bielawski
Tytuł oryginalny: De rena och de andra: Om tvångssteriliseringar, rashygien och arvsynd
Tłumacz: Wojciech Chudoba
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2011
Stron: 428
PS. Recenzję sponsoruje JoannazKociewia, która pożyczyła mi książkę. Dzięki!:)
sobota, 4 października 2014
Rozdziobią nas kruki, czyli drugie życie kupy słonia - "Wieczne zycie" Bernard Heinrich
W serii „Menażeria” mieliśmy już reportaż i książkę przyrodniczo-filozoficzną. Najnowsza pozycja, czyli „Wieczne życie” trochę mnie zaskoczyła – jest chyba najbliższa książce popularnonaukowej (właściwie nawet można ją tak zakwalifikować). Z jakichś intuicyjnych przyczyn byłam przekonana, że seria będzie się skłaniać w stronę literatury wspomnieniowej bądź reportażu właśnie (być może jest to wpływ pierwszego wrażenia). Sprawdźmy więc, co nam pan Heinrich przygotował.
„Wieczne życie” to próba opisu, jak to, co w środowisku naturalnym umiera, zamienia się z powrotem w życie. Próba oczywiście niekompletna, bo dwieście stron to zdecydowanie zbyt mało aby zmierzyć się z tematem. Dlatego też autor wybrał kilka intrygujących przykładów i na nich się skupił. Są to przykłady dobrze ilustrujące najczęściej spotykane procesy. Mamy więc pochówek myszy i pożarcie grubszego zwierza, trochę o ptakach ścierwojadach i o kupie słonia, a wreszcie dużo miejsca poświęconego powolnemu procesowi umierania drzewa.
Bernard Heinrich jest emerytowanym profesorem biologii, nie dziwi więc jego rozległa wiedza na tematy, o których pisze. Za to sprawność, z jaką posługuje się piórem jest już znacznie bardziej zaskakująca (zwłaszcza, jeśli porówna się książki pisywane przez polskich naukowców – u nas niestety standardem jest używanie sztywnego, naukowego języka w książkach przeznaczonych dla szerokiej publiczności). Bo pióro ma precyzyjne, celnie podsumowujące najważniejsze fakty. Jednocześnie nieco gawędziarski styl potrafi sprawić, że nawet o wzajemnych relacjach chrząszczy grabarzy z roztoczami czyta się z fascynacją. I bardzo łatwo do tego, bo „Wieczne życie” wręcz pochłania się przez osmozę – co pozwala mi nadać mu tytuł jednaj z najsprawniej napisanych książek z pretensjami do popularnonaukowości, jaką czytałam.
Miałam napisać, że temat może wydawać się nieciekawy, bo rozkład raczej nie jest tym, co ludzi przyciąga, ale najwyraźniej się myliłam – jak można było przeczytać na facebookowym fanpage'u wydawnictwa, pierwszy nakład rozszedł się w ciągu miesiąca. Cóż, najwyraźniej krążenie materii w przyrodzie jednak interesuje ludzi. O ile rozkład drewna jeszcze można zaobserwować we własnym ogródku, mało komu chce się godzinami patrzeć na martwe myszy w celu ustalenia, co się z nimi dzieje. Autor „Wiecznego życia” nas w tym wyręczył, oferując poręczne okienko do zaglądania w świat przyrody. Właśnie w taki, który właściwie mamy na wyciągnięcie ręki, ale z różnych powodów nie poznajemy bliżej (wyłączając może słonie i to, co po nich zostaje. I sępy, bo u nas to jeno kruki i wrony).
Wydawałoby się, że tego typu książka nie ma bohaterów, ale to złudne wrażenie. Głównym bohaterem jest narrator, czyli autor – poznajemy jego wspomnienia, jego przemyślenia i czytamy opowieści o jego badaniach terenowych w Afryce. Ale jest jeszcze kruk Goliat i jego partnerka Białopiórka (chętnie poczytałabym o nich więcej, kruki to fascynujące zwierzęta) i cała rzesza anonimowych chrząszczy, much i sępów. Świetnie się czyta o ich losach.
„Wieczne życie” to kolejna świetna pozycja w „Menażerii”. Temat ciekawy, wykonanie piękne – czegóż chcieć więcej? Pozostaje mi tylko polecić.
Książke otrzymałam od Wydawnictwa Czarne
Autor: Bernd Heinrich
Tytuł oryginalny: Life Everlasting. The Animal Way of Death
Tłumacz: Michał Szczubiałka
Cykl: Menażeria
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2014
Stron: 220
sobota, 6 września 2014
Kup pan nerkę, czyli wanna z lodem zbędna - "Czerwony rynek" Scott Carney
Niniejsza recenzję sponsoruje JoannazKociewia, która pozyczyła mi ksiązkę. Dzięki!:)
Jak część z Was zapewne wie, moje czytelnicze gusta można z grubsza podzielić na trzy kategorie: fantastyka, zwierzęta i literatura faktu, która już to zahacza o kategorię numer dwa, już to krystalizuje się w kilku lubianych przeze mnie podzbiorach. Jednym z takich podzbiorów jest literatura medyczna i do niego można też zaliczyć „Czerwony rynek”. Kiedy tylko pojawiła się w zapowiedziach, wiedziałam, że koniecznie muszę przeczytać. Rozważałam nawet zakup, tyle że koleżanka JoannazKociewia mnie ubiegła i pozwoliła skorzystać. Ale o czym my właściwie rozmawiamy?
Tytułowy czerwony rynek to określenie wszelkich praktyk związanych z handlem częściami ludzkiego ciała, żywymi bądź martwymi. Autor w kilku rozdziałach prezentuje różne oblicza czerwonego rynku, jedne całkiem legalne, inne półlegalne, a jeszcze inne całkowicie niezgodne z prawem. Czasem czytelnik dostaje tylko reportaż pod tytułem „tak jest”, pozwalający zobaczyć kulisy niektórych procesów, częściej jednak można się dowiedzieć, jak wygląda mroczniejsza strona tego, czego nam, ludziom zachodu (szczególnie krajów europejskich, gdzie ubezpieczenie – przynajmniej w teorii – pokrywa koszty leczenia w kraju, a ubezpieczyciel nie szuka tańszej, zagranicznej alternatywy) nawet nie przyszłoby do głowy wiązać z wyzyskiem czy przestępczością.
Mam trochę problem z tymi tekstami. Widać, że autor stara się zachować maksymalny obiektywizm, pokazywać zarówno wynaturzenia systemu, jak i jego lepsze oblicze oraz mieć na uwadze, że gra idzie o czyjeś życie. Z drugiej strony w niektórych przypadkach odnoszę wrażenie, że Carneyowi jest bardzo niewygodnie z tym, że jakiejś praktyki nie może z żadnej strony potępić. Tak jest w przypadku handlu włosami. Pochodzą one najczęściej ze świątyni i są dobrowolnie oddawane w charakterze religijnej ofiary (te gorszej jakości są po prostu skupowane jako odpady z salonów fryzjerskich czy prywatnych domów). Osobiście nie widzę nic zdrożnego w tym, że mnisi, zamiast płacić za utylizację „ofiar”, postanowili sprzedać je z zyskiem (zwłaszcza, że spora część tego zysku jest przeznaczona na cele charytatywne). Za to autor dokłada sporo starań, żebym jednak coś zdrożnego w tym zobaczyła.
Moim drugim problemem jest to, że autor skupił się tylko na jednym aspekcie (choć w wielu różnych odsłonach) problemu – mianowicie chodzi o wyzysk mieszkańców krajów biedniejszych i działalność przestępczą (lub prawie przestępczą) z tym związaną. To jest niezwykle ważne (i bardzo medialne, dodam nieco złośliwie) i stanowi największy problem całej sprawy, ale też sprawia, że do pewnych problemów wygodniej jest podejść tylko pod określonym kontem. Na przykład problemy z dawstwem gamet przedstawione są tylko od strony pobierania komórek jajowych i tylko pod kątem cypryjskich klinik masowo skupujących komórki od dawczyń zza wschodniej granicy. Sama chętnie przeczytałabym bardziej wielopłaszczyznową analizę problemu.
Trochę sobie ponarzekałam, ale wcale nie jest tak, że uważam przez te narzekania ogólny przekaz książki za niesłuszny. Nawet te niedostatecznie czy na wyrost (według mnie) opisane praktyki posiadają aspekty, które nie mogą być tolerowane i wymagają wdrożenia natychmiastowych rozwiązań. Innych natomiast nie usprawiedliwia nic. Jestem w stanie zrozumieć, że osoba jadąca na operację przeszczepu nerki do Indii wypiera fakt, że nerka, którą otrzyma, została za bezcen kupiona od jakiegoś nędzarza, - w końcu nikt chyba nie chciałby żyć z taką wiedzą (co nie znaczy, że automatycznie takie postępowanie staje się bardziej moralne). Wtedy trudno mówić o tym, że chory osobiście i z premedytacją wykorzystuje czyjąś krzywdę. Ale są sytuacje, w których zarówno „dawca” jak i „biorca” jest oszukiwany zarówno w kwestii pochodzenia, jak i przeznaczenia przedmiotu sprawy (a często też są w to zamieszane organizacje charytatywne, nierzadko działające w dobrej wierze). Te uważam za obrzydliwe w dwójnasób.
Uważam, że książka taka jak „Czerwony rynek" jest potrzebna, choćby po to, żebyśmy my, ludzie z krajów w miarę bogatych, mogli zobaczyć, jaka czasem jest cena naszego spokojnego życia. I że trzeba szukać rozwiązań, żeby tę cenę zminimalizować. Często prostych rozwiązań nie ma, czasem są, ale chwilowo poza naszym zasięgiem. Niemniej, trzeba się starać, bo czerwony rynek jest rynkiem, a na rynku nieuregulowanym pojawia się szara strefa. Tam, gdzie dotyczy to często ludzkiego życia, cena istnienia takiej szarej strefy może być straszliwa.
Autor: Scott Carney
Tytuł oryginalny: The Red Market
Tłumacz: Janusz Ochab
Cykl: Reportaż
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2014
Stron: 420
Tytuł oryginalny: The Red Market
Tłumacz: Janusz Ochab
Cykl: Reportaż
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2014
Stron: 420
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
PAJĄKI. PAJĄKI SĄ MIŁE czyli arachnofilozofia dla początujących - "Pająki pana Roberta" Robert Pucek
Po roku doczekałam się drugiej książki w serii Menażeria. Szok, szczerze mówiąc bałam się, że projekt umarł. Szkoda by było, bo uwielbiam „zwierzęce” serie. Tymczasem wydawca na tym nie poprzestał i dołożył jeszcze jeden szok – książka jest polskiego autorstwa. Niby nic takiego, bo Czarne często Polaków wydaje. Problem w tym, że Polacy, poza kilkoma nazwiskami będącymi marką samą w sobie, rzadko piszą o zwierzętach – i najczęściej jeśli już to robią, to w lukrowo-sentymentalnym klimacie (swego czasu „Biuro kotów znalezionych” też mnie zaskoczyło brakiem lukru, no ale tam były koty czyli przynajmniej odpowiednio popularna tematyka). Pan Pucek zaś postanowił stworzyć książkę na kilku poziomach niepopularną: raz, że polskiego autorstwa, dwa, że lekko filozoficzną, a trzy… o pająkach. Takiej dozy planowanej niepopularności nie mogłam minąć obojętnie.
O czym właściwie są „Pająki pana Roberta”? No… o pająkach. Z tym, że pan Robert nie jest arachnonerdem, poświęcającym życie i karierę naukową tym ośmionogim stworzeniom (znam ten typ, potrafi trzymać pięćdziesiąt pająków w terrarium w akademiku), tylko filozofem. I filozoficznie właśnie do pająków podchodzi – zamiast fascynować się najnowszymi odkryciami z dziedziny arachnologii, czyta oczarowany zakurzone stare woluminy o naszych rodzimych stawonogach, po czym cytuje je i porównuje z czynionymi własnoręcznie (własnoocznie?) obserwacjami. Trochę przy tym filozofując.
Książka jest więc filozoficznym atlasem przyrody. Są tam opisane obyczaje pająków, jakie każdy z nas spotyka w swoim otoczeniu, z dodatkiem zdecydowanie nienaukowego komentarza. Każdy rozdział opowiada o innym pająku i czasem mocniejsza stroną jest przyroda, a czasem filozofia, więc każdy znajdzie coś dla siebie (no, może poza zatwardziałymi racjonalistami. Osobiście wyrażam pogląd konsultantki naukowej dzieła, która odżegnuje się jednoznacznie od „herezji, jakie autor wypisywał na temat ewolucji” [125]).
„Pająki pana Roberta” mają też pewien nieokreślony urok. Sam autor-narrator (przy takiej zbieżności skojarzenia są nieuniknione) jest bardzo podobny do herbertowskiego pana Cogito. Z resztą, Herbertowi już w przedmowie oberwało się za pomylenie łątki z jętką i autor w tym momencie podbił moje serce (tak, należę do osób, które niesamowicie się irytują takimi drobiazgami. Zawsze to miło znaleźć z autorem jakąś wspólna płaszczone porozumienia). Poza tym narrator obserwuje świat z dziecięcym zachwytem dla całkiem prozaicznych zjawisk, potrafiąc przy tym wciągać dojrzałe wnioski (z tym, że zgoła nienaukowe). Bardzo przyjemnie się to czyta, zwłaszcza, że podane jest przystępnie. Nawet ulotne wrażenie, że autor musiał momentami poskramiał swą naukową manierę pisarską (czysto subiektywne z resztą) nie przeszkadza w delektowaniu się pajęczymi opowieściami.
Śliczne pan Robert ma pająki. Kocha je i szanuje, choć tak naprawdę do niego nie należą. Może z resztą są częścią czegoś większego? Może pan Robert używa ich tylko jako przykładów, okruszków, za pomocą których zadaje nam pytania o obraz całości? Ja wam nie powiem, zgadnijcie sami.
Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Czarne.
Tytuł: Pająki pana Roberta
Autor: Robert Pucek
Seria: Menażeria
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2014
Stron: 126
środa, 12 marca 2014
Wojenne losy czworonożnej arystokracji - "Czysta biała rasa" Frank Westerman
Wyobraźcie sobie, że wchodzicie na stronę zapowiedzi wydawniczych i widzicie książkę o tytule „Czysta biała rasa”. Do premiery jeszcze sporo czasu, więc nie ma ani okładki, ani opisu, ale wiecie, że wydawnictwo zajmuje się głównie reportażem, w tym także z II wojny światowej i tematami pokrewnymi. Co sobie pomyślicie? Cóż, ja byłam mocno zaskoczona, kiedy okazało się, że tytułowa rasa to nie blond aryjczycy, ale arystokratyczne konie – lipicany. Dla sprawiedliwości muszę jednak dodać, że i hitlerowskie Niemcy miały swój rozdział w historii tych zwierząt.
Podtytuł książki Franka Westermana brzmi „Cesarskie konie, genetyka i wielkie wojny” – idealnie opisuje zawartość. Znajdziemy tam bowiem krótki rys historyczny powstania rasy, jak i założenia Hiszpańskiej Dworskiej Szkoły Jazdy (która wcale nie leży w Hiszpanii), pojedziemy na wycieczkę do współczesnych stadnin, posłuchamy dość obszernego wykładu o Mendlu, Darwinie i Lamarcku a także propagandzie totalitaryzmów. Jednak najwięcej miejsca zajmuje historia wojennych tułaczek – bo lipicany uciekały przed wojną co najmniej czterokrotnie. Jak wysoko musiano je cenić, żeby zawsze znalazł się ktoś gotów zaryzykować życie dla bezpieczeństwa stada?
Autor twierdził, że poprzez badanie losów koni chce dowiedzieć się czegoś o naturze ludzi. Muszę przyznać, że udało mu się to przynajmniej w części. Westerman stawia pytania niedopowiedziane, a odpowiedzi, które uzyskuje, rodzą tylko jeszcze więcej wątpliwości. Bo cóż takiego jest w tych białych koniach (albo w ludziach), że armia amerykańska narażała swoich żołnierzy w akcji ewakuacyjnej stadniny lipicanów? Cóż jest w nich takiego, że wielu totalitarnych przywódców państwowych uważało je za dobro strategiczne? Być może chodzi o niezwykłe przymioty charakteru, może o dystyngowany wygląd (choć, jak pisał autor cytując jednego z rozmówców, każdy hodowca przyzna, że pod względem harmonii budowy lipicanowi daleko do ideału) a może po prostu o to, że biały ogier karnie wykonujący swój taniec był dobrem luksusowym, wyznacznikiem statusu? Cóż, na to pytanie czytelnik musi już odpowiedzieć sobie sam.
Westerman konstruuje swój obszerny reportaż tak, jak najbardziej to lubię – nie skupia się wyłącznie na „samej rzeczy”, ale często ucieka w dygresje. Dzięki temu czytelnik nie tylko może odpocząć od monotonii, ale i poszerza horyzonty. Po zastanowieniu można jednak dojść do wniosku, że dygresje wcale nie są dygresjami. Wątek poświęcony genetyce i różnemu do niej podejściu na początku dwudziestego wieku (eugeniczny zachód versus stawiający na kluczową rolę otoczenia wschód) ma ilustrować podejście do hodowli lipicanów w tym okresie, ale czy na pewno? A może to hodowla koni jest tylko pretekstem, ilustracją i próbą interpretacji trendu mającego znacznie większe znaczenie niż tylko w praktyce zootechnicznej. Może to wykład o dziejach genetyki mendlowskiej w Związku Radzieckim jest tu kluczowy, a jego wpływ na chów koni a tylko zobrazować sprawę?
Miłośnicy osobistych relacji również znajdą coś dla siebie. Mimo dość surowego stylu jest niezwykłe piękno i radość dziecięcych lat we fragmentach opisujących młodość autora spędzoną w sąsiedztwie szkółki jeździeckiej. Przypadkowo złożyło się tak, że w tej właśnie placówce przebywał jedyny podówczas w Holandii rozpłodowy ogier lipicana. Tym samym stylem opisana relacja syna nadzorcy stacji ogierów rozpłodowych z czasów Trzeciej Rzeszy również mogłaby być lekka i młodzieńcza, gdyby nie dotyczyła dość rozpaczliwej ucieczki przed armią Czerwoną. Styl Westermana, pozbawiony zbędnych ozdobników, ale lekki, konkretny i obrazowy idealnie nadaje się do destylacji faktów i emocji, choć czasem autor kładzie akcenty w sposób dość niepokojący. Ale nie wszystko, co dla mnie niepokojące, jest takie w rzeczywistości.
Komu poleciłabym „Czystą białą rasę”? oczywiście wszystkim miłośnikom dobrego reportażu i dobrej literatury faktu. Miłośnicy zwierząt również nie powinni być zawiedzeni, tak jak i ci, którzy lubią poczytać o historycznych zawirowaniach wojen. W zasadzie jestem skłonna stwierdzić, że jeśli ktoś nie dostaje wysypki na wspomnienie o niebeletrystyce, to z lektury „Czystej białej rasy” powinien być zadowolony. W końcu dobry reportaż czyta się jak powieść.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Czarne.
Tytuł: Czysta biała rasa. Cesarskie konie, genetyka i wielkie wojny
Autor: Frank Westerman
Tłumacz: Jadwiga Jędryas
Tytuł oryginalny: Dier, bovendier
Cykl: Reportaż
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2014
Stron: 292
Książka bierze udział w wyzwaniu Klucznik.
poniedziałek, 14 października 2013
Mgła historii - "Jakuck" Michał Książek
Za oknami coraz zimniej, więc takie ciepłoluby jak ja zaczynają narzekać. Niemniej jednak, istnieje na świecie kilka miejsc, gdzie nawet nasze największe mrozy byłyby podsumowane protekcjonalnym prychnięciem. W niektórych z tych miejsc żyją ludzie, w kilku zakładają stałe osady, a nawet miasta. Jednym z takich miejsc jest Jakuck. I właśnie to miasto (i nie tylko) postanowił opisać Michał Książek.
„Jakuck” to oczywiście opowieść o mieście, ale nie tylko, a nawet nie przede wszystkim. Oczywiście sam Jakuck ze swoją historią, topografią i kulturą jest bardzo ważny, ale co najmniej tyle samo uwagi autor poświęcił jakuckiemu językowi i kilku polskim zesłańcom, którzy do rozwoju i propagowania lokalnej kultury bardzo się przyczynili (z Wacławem Sieroszewskim na czele). Ale jest to też swoisty językoznawczo-etnograficzny pamiętnik z pobytu w najzimniejszym mieście na świecie.
Tym, co w opowieści o Jakucku najbardziej urzeka nie jest wcale mroźno obca natura miasta. Tym czymś jest sposób, w jaki Michał Książek snuje swoją opowieść. Rwane notatki, opisowe słowniczki i historyczne przerywniki splatają się w jedną wielopłaszczyznową mozaikę, naturalistyczną i oniryczną zarazem. Bo czy miasto spowite w tak gęstej mgle, że autobus widać dopiero kiedy stanie na przystanku, nie kojarzy się z senną wizją? A jeśli dodam, że w tej gęstej mgle równie łatwo co o krawężnik możemy potknąć się o zamarzniętego psa? Dodatkowo czytając książkę Książeka miałam nieodparte wrażenie, że dzięki gęstemu oparowi autor w pewnym momencie wyłonił się na ulicach Jakucka sprzed stu lat. Jego opisy historycznych budowli i planów miasta były tak żywe (a jednocześnie tak sennie nierealne jak wszystko w opisywanym zimowym mieście), iż trudno uwierzyć, że autora tam wtedy nie było.
Język Książeka jest niesamowity. Wyraźnie poetycki, choć gdy to potrzebne, autor potrafi nim operować z chirurgiczną precyzją. Tak więc liryczne obrazy współczesnej Jakucji przeplatają się z ciekawymi wykładami o historii, by zaraz przejść do rejestrowanych z reporterskim zacięciem rozmów. Wszystko to czyta się świetnie, czytelnik ma wrażenie wsiąkania w opowieść, poznawania miejsca dzięki słowom. Jest to, ze smutkiem stwierdzę, rzadkość w dziedzinie reportażu. Wielu reporterów skupia się bądź to na szokowaniu czytelnika, bądź na własnej osobie. Niewielu chce nam pokazać po prostu miejsce.
| Portret tytułowego bohatera. Z wklejki końcowej. |
Pora na akapit z drobiazgami, które nie mają większego znaczenia, ale dla mnie są ważne. I w przeciwieństwie do recenzji „Tancerzy burzy” tutaj wspomnę o tym, co oceniam na plus. Mianowicie, Książek obficie korzysta z łacińskich nazw gatunków roślin i zwierząt i, co dziwniejsze, zapisuje je poprawnie – czyli z wielkiej litery i kursywą (tak, te zasady obowiązują nie tylko w tekstach naukowych, ale we wszystkich). Rozczuliło mnie to, bo błędny zapis nazw naukowych bardzo mnie uwiera. Tak więc brawa dla tego pana i redaktora jego.
Jakucja to z pewnością kraina niezwykła. Jeśli chcecie, żeby człowiek, który pokochał jej przyrodę, kulturę i język zabrał was w podróż, a nie macie zbyt dużo środków i niezbyt lubicie marznąć, polecam „Jakuck”. Poczujecie się, jakbyście tam byli. Barwne wycieczki w przeszłość wliczone w cenę.
Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Czarne.
Tytuł: Jakuck
Autor: Michał Książek
Cykl: Reportaż
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2013
Stron: 248
sobota, 13 lipca 2013
W imię nauki? - "Szympansy z azylu Fauna" Andrew Westoll
Już kilkukrotnie zdarzało mi się pisać, że uwielbiam czytać o ludziach z pasją. Czasem są to podróżnicy, czasem facet, który postanowiła mieszkać przez rok z dzikimi wilkami. Niedawno wydawnictwo Czarne ruszyło z nową serią o wdzięcznym tytule „Menażeria” (czy już wspominałam, że zawsze popieram inicjatywy wydawania książek poruszających tematykę interakcji świata ludzi i zwierząt?) i od razu oddało do rąk czytelników kolejną opowieść o pasji i poświęceniu. Poświęceniu pewnej kobiety, która postanowiła weteranom eksperymentów medycznych zapewnić spokojną starość.
Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądają procedury dopuszczania do stosowania nowej terapii czy leku? Większość z nich obejmuje etap badań na zwierzętach (wcześniej dotyczyło to również badań nad nowymi kosmetykami, ale obecnie w Europie taka procedura jest zakazana, obowiązuje również zakaz stosowania komponentów testowanych na zwierzętach). Zazwyczaj zwierzętami tymi są gryzonie – łatwo i tanio można zapewnić im przyzwoite warunki do życia, szybko się rozmnażają i, jakkolwiek brutalnie by to zabrzmiało, żyją krótko, więc odpada problem, co zrobić ze zwierzętami po zakończeniu eksperymentów. Niemniej, zwłaszcza w latach 1950-1980 częstymi pensjonariuszami laboratoriów były małpy człekokształtne, ze szczególnym uwzględnieniem szympansów, jako gatunku najbliższego genetycznie człowiekowi. Obecnie większość krajów Unii Europejskiej zakazuje inwazyjnych (lub jakichkolwiek) eksperymentów na małpach człekokształtnych (a i tam, gdzie zakaz nie obowiązuje, odchodzi się od takich metod badań), ale w USA proceder kwitnie mimo wątpliwej wartości medycznej. Niemniej są ludzie, którym zależy na wprowadzeniu zakazu przeprowadzania inwazyjnych badań na małpach człekokształtnych i którzy aktywnie o to zabiegają. Jedną z takich osób jest Gloria Grow. Nie tylko wygłasza prelekcje przed Kongresem, ale też założyła azyl dla szympansów, które są zbyt stare lub chore, aby dłużej brać udział w eksperymentach. Andrew Wesoll na kilka miesięcy został wolontariuszem w tym azylu, aby zebrać materiał do książki.
„Szympansy z azylu Fauna” (zabawne – przez większość czasu byłam przekonana, że nazwa schroniska pochodzi od koźlonogich bożków, a tu niespodzianka: jednak od ogółu królestwa zwierząt) to opowieść z takich, jakie najbladziej lubię. Jest po trosze pamiętnikiem z wolontariatu (a było… no cóż, ciekawie), po trosze historią powstania ośrodka, portretem jego założycielki, dywagacjami na temat historii badań na małpach człekokształtnych i ich praw. Jednak najwięcej miejsca poświęcono pensjonariuszom ośrodka.
W czasie, gdy Westoll odbywał wolontariat, w Faunie przebywało trzynaście szympansów. Każdy z nich miał za sobą długie lata eksperymentów medycznych (szympansy żyją prawie tak długo jak ludzie), nieraz brutalnych i bolesnych. Wszystkie cierpią na schorzenia fizyczne i zaburzenia psychiczne, często bardzo głębokie. Nic w tym dziwnego, te małpy są przecież zwierzętami stadnymi, a w laboratoriach trzyma się je pojedynczo w bardzo małych klatkach, w dodatku odbiera matkom zaraz po urodzeniu, co bardzo utrudnia lub wręcz uniemożliwia prawidłowy dla gatunku rozwój. Pensjonariusze Fauny byli ponadto przez lata (lub dziesiątki lat) poddawani bolesnym zabiegom chirurgicznym (pod narkozą co prawda, ale bez podania później środków przeciwbólowych, bo mogłoby to zafałszować wyniki), zarażani ciężkimi chorobami i traktowani z pogwałceniem praw zwierząt. Tragiczny los małp uderza tym bardziej, jeśli weźmie się pod uwagę, że szympansy dorównują inteligencją trzyletniemu dziecku, a niektóre z nich były wcześniej uczone języka migowego (co prawda akurat te nie przebywają w ośrodku pani Grow), więc mogłyby opowiedzieć o swoich cierpieniach, gdyby nie zaburzenia psychiczne (o takich samych objawach, jakie występują u ludzi).
Panu Westollowi natura nie poskąpiła talentu pisarskiego, więc codzienność i historię Fauny potrafi przedstawić w sposób potoczysty i dynamiczny. W tej smutnej skądinąd opowieści nie brak humoru (co jest główną zasługą samych szympansów, które mają własne poczucie humoru – dość małpie, trzeba przyznać), jak i chwytających za serce momentów, czy dynamicznych akcji. Autor z nimi wszystkimi poraził sobie świetnie, a czytelnikowi pozostawało tylko pochłaniać kolejne strony. Choć dla co bardziej wrażliwych miłośników zwierząt „Szympansy z azylu Fauna” mogą być bardzo trudną lekturą.
Jeszcze kilka słów o jakości wydania. Szkoda, że oprawa nie ma skrzydełek (w skrytości ducha na to właśnie liczyłam), ale to moje prywatne marudzenie. Bardziej obiektywnymi wadami są sztywne kartki (nieuważny czy energiczny czytelnik może przez to złamać książce grzbiet) i drobna czcionka. Co prawda jako rekompensatę do tej drugiej wydawca zastosował szerokie i przejrzyste interlinie, ale to trochę mało. Nagminne jest też stosowanie anglosaskiej numeracji pięter – żaden budynek nie ma parteru, za to do wszystkich wchodzi się od razu najpierwsze piętro (na zamieszczonym w książce zdjęciu widać wyraźnie, że budynki Fauny nie wiszą w powietrzu, tylko mają normalne partery, a jedynie tłumacz o tym zapomniał). Raz zdarzyło się wspomnieć o badaniach nad wolno żyjącymi szympansami prowadzonymi w Tajlandii, ale to już drobiazg. Plus należy się za umieszczenie w książce czarnobiałych fotografii zarówno wszystkich pensjonariuszy, jak i samego ośrodka.
Komu poleciłabym tę książkę? Miłośnikom literatury faktu i przyrody oraz tym wszystkim, którym los zwierząt nie jest obojętny (może z wyłączeniem osób szczególnie wrażliwych na cierpienie naszych braci mniejszych – niektóre fakty przytoczone w „Szympansach…” nie są przeznaczone dla delikatnego czytelnika). Ale generalnie poleciłabym każdemu, kto lubi poczytać dobrą książkę. Nie tylko dla poobcowania z dobrym pisarstwem, ale dla poszerzenia horyzontów. Tego nigdy za wiele.
Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Czarne.
Autor: Andrew Westoll
Tytuł oryginalny: The Chimps of Fauna Sanctuary: A True Story of Resilience and Recovery
Tłumacz: Maria Zawadzka
Cykl: Menażeria
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2013
Stron: 311
niedziela, 20 listopada 2011
Egzotyka za płotem - "Zrób sobie raj" Mariusz Szczygieł
„(…) użyję teraz poglądu Oscara Wilde’a, że najbardziej nie lubimy ludzi, którzy mają takie same wady, jak my.
A więc dlaczego uwielbiamy Czechów.
Bo to naród, który ma zupełnie inne wady.”[11]
Do niedawna sądziłam, że jeśli chodzi o polskie fankluby innych narodowości i kultur, to mamy tylko japoński. Aż tu nagle człowiek dostaje do rąk taką książeczkę, jak „Zrób sobie raj” i okazuje się, że nie. Że istnieje także fanklub kultury czeskiej, a książka wyjaśnia, czym sobie ta kultura na fanklub zasłużyła. I że Czesi jako naród wcale nie są do Polaków tak podobni, jak mogłoby wskazywać położenie geograficzne.
„Zrób sobie raj” to zbiór impresji literackich, esejów, wywiadów i reportaży autorstwa Mariusza Szczygła. Autor próbuje pokazać, co jest w Czechach najciekawszego i za co można tą kulturę kochać, ale także czym się różni od polskiej i jakie ma wady. Chociaż akurat wady inne niż nasze również mogą być fascynujące.
Czechy słyną więc (oprócz piwa naturalnie) z nietuzinkowych artystów, często światowej sławy. O Hrabalu słyszeli chyba wszyscy (osobiście jeszcze nie miałam przyjemności z tym panem; może ktoś byłby w stanie polecić coś jego autorstwa dla początkujących?), a pan Szczygieł poświęcił „Pod nieobecność pana Hrabala” ubolewaniu, że współcześnie nikt nie potrafi patrzeć na świat tak, jak on. Był to człowiek, którego wszystko zachwycało, a nas jakoś już nic nie potrafi. Hrabal niestety już nie żyje, tak jak i pierwowzór opisywanego przezeń Egona Bondy. Egon istniał naprawdę, choć jego imię i nazwisko brzmiało inaczej (a on sam i tak stara się wymusić na otoczeniu nazywanie go Egonem) i autor zbioru nawet przeprowadził z nim wywiad „Zapaliło się łóżko”. Bondy był doktorem filozofii, ale zanim się doktoryzował (a także i później) był poetą podziemnym i członkiem bohemy artystycznej pełną gębą, jeśli można tak się wyrazić. Nie wszyscy interesujący Czesi są już martwi. Ciągle żyje chociażby artystka telewizyjna, satyryczka, pisarka i scenarzystka Halina Pawlowska, autorka min. wydanej u nas powieści „Zdesperowane kobiety postępują desperacko”. Wiele się można z wywiadu z nią dowiedzieć o czeskim poczuciu humoru. No i mamy szokującego i kontrowersyjnego nieco rzeźbiarza Davida Cernego.
W rozmowach z tymi osobami (lub o tych osobach) autor ukazuje nam pewną czeską cechę charakterystyczną. Jest to mianowicie niechęć do patosu i smutku oraz uwielbienie humoru i śmiechu. Wyśmiewać się można ze wszystkiego, nawet w sposób wulgarny. Żadna świętość się nie uchowa. Jednocześnie dramatyzm nie jest dobrze widziany. Dramat w kinie czy teatrze nie przyciągnie publiczności, a nawet jeśli, to spora część wyjdzie w środku seansu. Dramatyzmu śmierci Czesi unikają, rezygnując z ceremonii pogrzebowych, lub nawet w ogóle nie odbierając prochów bliskich z krematorium. Taka postawa ma jednak i negatywne strony: społeczeństwo nie jest w stanie mierzyć się z problemami – woli je zamiatać pod dywan.
Osobnym problemem jest religia, o której traktuje wiele tekstów ze zbioru. Czesi generalnie nie wierzą w Boga – stopień ateizacji społeczeństwa jest bardzo wysoki. Dla Polaka jest to środowisko dość egzotyczne i potrafiące szokować. Ale najlepiej przeczytajcie sami o tym, jak się Czechom żyje bez Boga.
Styl pana Szczygła znacznie się różni od stylów znanych mi już reporterów. Wydaje się lżejszy, nieco filuterny, tak jakby autor puszczał do nas oko. To z pewnością wpływ Czechów. I niezawodny znak, że pisarz opowiada nam o tym, co sam kocha – bo jak kocha, to i pożartuje na temat, i od wad nie ucieknie, i szczerą opinię wyrazi, ciągle szczerze przekonany o pięknie opisywanego kraju.
Książkę polecam wszystkim, którzy lubią kontakt z nieznanym i poszerzanie horyzontów. A książki wydawnictwa Czarne zacznę chyba czytać w ciemno.
Tytuł: Zrób sobie raj
Autor: Mariusz Szczygieł
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2010
Stron: 292
Autor: Mariusz Szczygieł
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2010
Stron: 292
poniedziałek, 11 lipca 2011
Sparwa polsko-niemiecka - "Obwód głowy" Włodzimierz Nowak
Do reportaży zaglądam rzadko. Nie dlatego nawet, że ich nie lubię, ale specjalnie mnie do nich nie ciągnie. Ale czasem lubię sobie przeczytać historie z życia wzięte, mniej lub bardziej dramatyczne. Pełen takich historii jest zbiór reportaży Włodzimierza Nowaka „Obwód głowy”.
Zbiór ten zawiera reportaże o szeroko pojętej tematyce polsko-niemieckiej. Zakres poruszanych tematów sięga daleko zarówno jeśli chodzi o ramy czasowe, jak i tematyczne. A wszystkim im autor poświęcił równie dużo uwagi.
Najbardziej wstrząsające są oczywiście teksty dotyczące tematyki II wojny światowej. Mamy więc wstrząsającą „Noc w Wildenhagen” – pamiętną noc, kiedy Armia Czerwona wkroczyła do niemieckiej wioski. Okrucieństwa żołdaków i zbiorową histerię, jaka wioskę ogarnęła przed wkroczeniem poznajemy z perspektywy Adelheid, wówczas kilkuletniej dziewczynki. Przy okazji tej relacji autor stara się przybliżyć kwestię zbiorowych samobójstw, jakie były zjawiskiem masowym w wioskach zajmowanych przez radzieckie wojska.
Spojrzenie na wojnę z zupełnie innej strony mamy za to w „Przygodach dobrego wojaka Manfreda”. Jest to wywiad i jednocześnie historia żołnierza Wermachtu, któremu z wojaczką nigdy nie było po drodze. Dlatego przy najbliższej okazji zdezerterował i przyłączył się do polskich partyzantów. Porównanie do Szwejka moim zdaniem jak najbardziej trafne.
Podobny do poprzedniego, ale dużo mniej optymistyczny, jest „Mój warszawski szał”. Jest to relacja z Powstania Warszawskiego, ale tym razem zdawana przez niemieckiego żołnierza. Pokazuje, że wśród wojsk tłumiących powstanie, oprócz okrutnych kryminalistów, byli również młodzi chłopcy, którzy byli tym wszystkim równie przerażeni, jak Polacy.
Równie dramatyczny jest tytułowy „Obwód głowy”. Jest to relacja Alodii Witaszek, którą okupant uznał za wystarczająco aryjską, aby odebrać rodzicom i skierować do adopcji przez czyste rasowo rodziny. Dziewczynka trafiła do dobrych ludzi, więc dramatyczna jest nie tyle jej relacja, co fakty i rozporządzenia na temat „rasowych” dzieci, wyciągnięte przy tej okazji przez autora. Kiedy czyta się takie rzeczy, przestaje się mieć wątpliwości, że Trzecia Rzesza Niemiecka była rządzona przez bandę zwyrodniałych psychopatów. Tematyki „sierocej” dotyczy również „Serce majkino, serce cierkino”, ale tutaj mamy sytuację odwrotną: po wojennej zawierusze niemiecką dziewczynkę, której matka zaginęła, przygarnia polska rodzina. Nowak pomaga jej w odnalezieniu biologicznej matki i rodziny.
„Brzegi coraz bliżej, rybka daleko” i „Adam z Ewką żyli w raju” dotyczą sytuacji polskiego pogranicza i o ile ten pierwszy mówi o zacieśnianiu współpracy polsko-niemieckiej pomiędzy przygranicznymi miastami, to drugi pokazuje sytuację wręcz przeciwną – podupadający region, w którym wraz z koniunkturą na przemyt skończył się przypływ gotówki. Niektórzy próbują sobie z tym radzić, zmieniając towar z papierosów na ludzi, o czym jest mowa w „Przejdziem Nysę, przejdziem Odrę”. Ten reportaż z kolei to kawał dobrej, dziennikarskiej roboty, gdyż mamy tu wgląd we wszelkie aspekty przemytu – poznajemy ten proceder zarówno z perspektywy ludzi przemycanych, przemytników, jak i funkcjonariuszy Straży Granicznej. Jest to chyba najsolidniejszy reportaż w zbiorze.
„Za Odrę po togę” jest chyba najoryginalniejszym tekstem, jeśli chodzi o tematykę. Dotyczy on bowiem polsko-niemieckiego uniwersytetu, na którym kształci się m.in. prawników. Dla Polaków jest to furtka do zawodu adwokata – egzamin niemiecki jest państwowy i mimo, że trudny, to niezależny. Obawiam się jednak, że i ten artykuł mógł się już zdezaktualizować.
Reportaże „Dwie minuty kontra trzy” i „Budzik pani Mosh” dotyczą wpływu ekonomii i polityki na życie szarego obywatela. Pierwszy to rzecz o fabryce Opla, która ma zamiar przenieść produkcje z Niemiec do Polski, drugi opowiada o życiu w byłym NRD po upadku muru berlińskiego. Nie jest to jednak tematyka, która porusza w mojej duszy jakąś strunę.
Wszystkie teksty zamieszczone w „Obwodzie głowy” to istny popis profesjonalizmu reporterskiego. Jako dziennikarz potrafi się zupełnie zatracić w słuchanej opowieści, taktownie wyciągnąć z interlokutora wszystkie informacje, a jednocześnie nie zapomina o tym, że powinien przedstawić wszystkie aspekty omawianych zagadnień. Nie upiększa, nie dodaje ozdobników, nie próbuje wskazać jedynie słusznych rozwiązań. Takie reportaże lubię najbardziej.
Polecam wszystkim fanom literatury faktu. Fani ci, jeśli jeszcze o tym nie wiedzą, powinni się ze szczególną uwagą pochylić nad wydawnictwem Czarne – nie pożałujecie!:)
Tytuł: Obwód głowy
Autor: Włodzimierz Nowak
Wydawnictwo: CzarneRok: 2007
Stron: 258
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















