Czasem tak jest, że na wyjeździe człowiek szuka czegoś lżejszego do czytania (bo okazuje się, że branie samego non-fiction na wyjazd z dzieckiem bywa średnim pomysłem). I widzi tytuł, który już na orbicie czytelniczych zainteresowań się pojawiał. Ba, widzi tytuł mający być bardzo cozy, a do tego o książkach i nie za długi. I człowiek myśli, że to jest właśnie dobra chwila, już nawet te niekoniecznie lubiane tropy przełknie, a nuż sobie coś do listy dopisze.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niemiecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niemiecki. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 24 kwietnia 2023
piątek, 16 września 2022
"Zwierzęta w Trzeciej Rzeszy" Jan Mohnhaupt
Rzadko czytuję książki historyczne, nie ważne, czy to fikcja, czy nie. Jeszcze rzadziej zdarza mi się sięgać po publikacje traktujące o okresie II wojny światowej, bo tematyka wojenna mnie triggeruje. No chyba, że jest mowa o zwierzętach. Taki właśnie historyczny reportaż niedawno wypuściło Wydawnictwo Poznańskie. I dzięki uprzejmości księgarni TaniaKsiazka.pl miałam okazję zapoznać się ze „Zwierzętami w Trzeciej Rzeszy” Jana Mohnhaupta.
czwartek, 24 września 2020
"Dramat zwierząt domowych" Achim Gruber
Książki o pracy weterynarzy należą do moich ulubionych. Niestety, niewiele się ich w Polsce wydaje, bo poza cyklem Jamesa Herriota (który niezbyt przypadł mi do gustu) wyszły bodajże cztery. Nic więc dziwnego, że kiedy wydawnictwo Feeria zapowiedziało „Dramat zwierząt domowych” Achima Grubera, wzbudziło to we mnie wręcz niezdrowy entuzjazm. Z nadziejami, po ostatnim rozczarowaniu, byłam nieco ostrożniejsza.
Książka Grubera to nie do końca jest opowieść o pracy weterynarza (właściwie jest nią tylko w niewielkim stopniu). Przede wszystkim autor co prawda sam jest weterynarzem, ale patologiem, więc rzadko spotyka się w pracy z żywymi zwierzętami (bo nawet jeśli jego pacjenci akurat nie kopnęli w kalendarz, to dostaje najwyżej wycinki ich tkanek). Co ma swoje zalety, bo o ile o pracy standardowych wetów w przychodniach można obejrzeć multum seriali, jeśli poczytać się nie da, to o pracy takich wysoko wyspecjalizowanych lekarzy weterynarii trudno cokolwiek gdzieś znaleźć (zresztą, jak pisze sam Gruber, większość z nich zostaje na uczelniach i nie prowadzi praktyki). Niemniej, choć autor o swoich przypadkach pisze, zawsze są one tylko pretekstem o omówienia jakiegoś szerszego zagadnienia. Przyznam, że to mój ulubiony zabieg w przypadku książki popularnonaukowej.
wtorek, 26 czerwca 2018
"Misterium życia zwierząt" Karsten Brensing
Przyznam szczerze, że Amber nie jest moim wydawnictwem pierwszego wyboru. Ani nawet drugiego. Ma za uszami całkiem sporo – od paskudnych okładek, przez braki redaktorsko-korekcyjno-translatorskie aż po niekończenie rozgrzebanych cykli. Tym razem jednak postanowili wziąć się za coś, co nieczęsto pojawia się w ich ofercie, mianowicie książkę popularnonaukową. Podchodziłam do tego tytułu trochę jak pies do jeża, ale ciekawość w końcu zwyciężyła. I powiem wam, że bardzo przyjemnie się zaskoczyłam.
Skąd brała się moja nieufność? Po pierwsze tytuł, tak bardzo generyczny w ramach gatunku, że aż zęby bolą – wiadomo, że wszystko, co związane z przyrodą musi być mistyczne, tajemnicze, duchowe, natchnione i co tylko (tutaj dodam na usprawiedliwienie, że polski wydawca po prostu przetłumaczył tytuł oryginalny, o co w sumie nie mam do niego pretensji, ale widzicie, jak to wygląda). Po drugie okładka. Jeśli ktoś śledził tak jak ja cały ten boom na ekoliteraturę to mógł zauważyć, że niejakim wyznacznikiem gatunku są okładki z rysowaną ilustracją w kolorach ziemi. Tutaj mamy tylko fotkę (znowu – nawiązującą do oryginalnej okładki), ale w sepii, żeby jakoś wpasować się w odpowiednią kolorystykę jak najmniejszym wysiłkiem... A liternictwo tylko pogarsza sytuację.
Niemniej, temat wydawał mi się na tyle intrygujący, że postanowiłam nie oceniać książki po okładce i sięgnąć głębiej. I choć grafika nie zachęcała, to okazało się, że wydane jest toto całkiem solidnie – na twardo i może nie szyte, ale sklejone konkretnie. Poza tym w procesie redakcyjnym postarano się o konsultację naukową! Rzecz, która powinna być oczywista przy tego typu pozycjach, ale wcale nie jest (i to niestety bardzo widać). W dodatku sam autor może się pochwalić konkretnymi dokonaniami naukowymi, więc raczej umie interpretować źródła i wiedzy mu nie brakuje.
Pokrzepiona tymi rozważaniami wzięłam się za lekturę i poczułam się bardzo usatysfakcjonowana. Karsten Brensing podzielił swoją dość obszerną książkę na tematyczne rozdziały, trochę podobnie jak zrobił to Wohlleben (i cynicznie zaczął od rozdziału o seksie, ale jest to chyba najsłabszy rozdział – przynajmniej mnie niczym nie zaskoczył), przy czym jednak analizuje opisywane zjawiska znacznie głębiej. W przeciwieństwie do Wohllebena nie podpiera własnych twierdzeń jednym czy dwoma artykułami naukowymi, tylko stara się przybliżyć laickiemu było nie było czytelnikowi obecny stan wiedzy i trendów naukowych, bazując na rzeszy artykułów i eksperymentów, podaje też linki do ilustrujących pewne zjawiska filmików na YT (w ramach dygresji dodam jeszcze, ze bibliografia do ”Duchowego życia zwierząt” Wohllebena zajmuje 5 stron. Do „Misterium życia zwierząt” Brensinga – 30 stron).
Przy czym Brensing nie jest wobec naukowych osiągnięć bezkrytyczny – w książce zamieszcza nawet cały rozdział poświęcony błędom nauki na polu etologii. Nie boi się też mówić, że wiele negatywnych wyników w testach różnych aspektów samoświadomości i umiejętności poznawczych jest skutkiem niedopasowania do zwierzęcia, a nie braku testowanych cech. Jak choćby test lustra, którego zaliczenia przez lata odmawiano waleniom, zupełnie ignorując fakt, że istocie pozbawionej rąk czy łap raczej nie uda się zetrzeć czerwonej kropki z czoła.
„Misterium życia zwierząt” jest typowo popularnonaukową pozycją, a więc autor dokłada wszelkich starań, aby czytelnik wszystko zrozumiał. Stąd też wiele miejsca poświęca na wyjaśnianie krok po kroku pewnych zagadnień neurologicznych czy terminów z zakresu psychologii oraz zastrzeganiu, że znaczenie naukowe danego terminu niekoniecznie pokrywa się z tym potocznym. Robi to językiem przystępnym, często używając analogii i ułatwiających zrozumienie porównań (które mnie czasem wydawały się nazbyt łopatologiczne, ale nie do końca jestem targetem) więc myślę, że odpowiednim nawet dla trochę młodszych czytelników.
Przyznam, że to chyba jedna z lepszych pozycji popularnonaukowych, jakie miałam okazję przeczytać w ciągu ostatnich kilku lat. Na pewno zajmie poczesne miejsce na moim regale, jako trzecia ulubiona książka z tego gatunku i tematyki. Jeśli chcecie kupić (komuś lub sobie) książkę o zachowaniach i emocjonalności zwierząt, o tym, jak działają ich umysły, to olejcie Wohllebena. Brensing zrobił to lepiej, solidniej i dogłębniej. Kupujcie, póki jest.
Skąd brała się moja nieufność? Po pierwsze tytuł, tak bardzo generyczny w ramach gatunku, że aż zęby bolą – wiadomo, że wszystko, co związane z przyrodą musi być mistyczne, tajemnicze, duchowe, natchnione i co tylko (tutaj dodam na usprawiedliwienie, że polski wydawca po prostu przetłumaczył tytuł oryginalny, o co w sumie nie mam do niego pretensji, ale widzicie, jak to wygląda). Po drugie okładka. Jeśli ktoś śledził tak jak ja cały ten boom na ekoliteraturę to mógł zauważyć, że niejakim wyznacznikiem gatunku są okładki z rysowaną ilustracją w kolorach ziemi. Tutaj mamy tylko fotkę (znowu – nawiązującą do oryginalnej okładki), ale w sepii, żeby jakoś wpasować się w odpowiednią kolorystykę jak najmniejszym wysiłkiem... A liternictwo tylko pogarsza sytuację.
Niemniej, temat wydawał mi się na tyle intrygujący, że postanowiłam nie oceniać książki po okładce i sięgnąć głębiej. I choć grafika nie zachęcała, to okazało się, że wydane jest toto całkiem solidnie – na twardo i może nie szyte, ale sklejone konkretnie. Poza tym w procesie redakcyjnym postarano się o konsultację naukową! Rzecz, która powinna być oczywista przy tego typu pozycjach, ale wcale nie jest (i to niestety bardzo widać). W dodatku sam autor może się pochwalić konkretnymi dokonaniami naukowymi, więc raczej umie interpretować źródła i wiedzy mu nie brakuje.
Pokrzepiona tymi rozważaniami wzięłam się za lekturę i poczułam się bardzo usatysfakcjonowana. Karsten Brensing podzielił swoją dość obszerną książkę na tematyczne rozdziały, trochę podobnie jak zrobił to Wohlleben (i cynicznie zaczął od rozdziału o seksie, ale jest to chyba najsłabszy rozdział – przynajmniej mnie niczym nie zaskoczył), przy czym jednak analizuje opisywane zjawiska znacznie głębiej. W przeciwieństwie do Wohllebena nie podpiera własnych twierdzeń jednym czy dwoma artykułami naukowymi, tylko stara się przybliżyć laickiemu było nie było czytelnikowi obecny stan wiedzy i trendów naukowych, bazując na rzeszy artykułów i eksperymentów, podaje też linki do ilustrujących pewne zjawiska filmików na YT (w ramach dygresji dodam jeszcze, ze bibliografia do ”Duchowego życia zwierząt” Wohllebena zajmuje 5 stron. Do „Misterium życia zwierząt” Brensinga – 30 stron).
Przy czym Brensing nie jest wobec naukowych osiągnięć bezkrytyczny – w książce zamieszcza nawet cały rozdział poświęcony błędom nauki na polu etologii. Nie boi się też mówić, że wiele negatywnych wyników w testach różnych aspektów samoświadomości i umiejętności poznawczych jest skutkiem niedopasowania do zwierzęcia, a nie braku testowanych cech. Jak choćby test lustra, którego zaliczenia przez lata odmawiano waleniom, zupełnie ignorując fakt, że istocie pozbawionej rąk czy łap raczej nie uda się zetrzeć czerwonej kropki z czoła.
„Misterium życia zwierząt” jest typowo popularnonaukową pozycją, a więc autor dokłada wszelkich starań, aby czytelnik wszystko zrozumiał. Stąd też wiele miejsca poświęca na wyjaśnianie krok po kroku pewnych zagadnień neurologicznych czy terminów z zakresu psychologii oraz zastrzeganiu, że znaczenie naukowe danego terminu niekoniecznie pokrywa się z tym potocznym. Robi to językiem przystępnym, często używając analogii i ułatwiających zrozumienie porównań (które mnie czasem wydawały się nazbyt łopatologiczne, ale nie do końca jestem targetem) więc myślę, że odpowiednim nawet dla trochę młodszych czytelników.
Przyznam, że to chyba jedna z lepszych pozycji popularnonaukowych, jakie miałam okazję przeczytać w ciągu ostatnich kilku lat. Na pewno zajmie poczesne miejsce na moim regale, jako trzecia ulubiona książka z tego gatunku i tematyki. Jeśli chcecie kupić (komuś lub sobie) książkę o zachowaniach i emocjonalności zwierząt, o tym, jak działają ich umysły, to olejcie Wohllebena. Brensing zrobił to lepiej, solidniej i dogłębniej. Kupujcie, póki jest.
Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Amber.
Tytuł: Misterium życia zwierząt
Autor: Karsten Brensing
Tłumacz: Ewa Walewska-Wilk, Rafał Sarna
Tytuł oryginalny: Das Mysterium der Tiere
Wydawnictwo: Amber
Rok: 2018
Stron: 416
Tłumacz: Ewa Walewska-Wilk, Rafał Sarna
Tytuł oryginalny: Das Mysterium der Tiere
Wydawnictwo: Amber
Rok: 2018
Stron: 416
środa, 30 sierpnia 2017
"Duchowe życie zwierząt" Peter Wohlleben
Był taki czas (na początku boomu na „przyrodniczą” literaturę), że książka Wohllebena, ta o sekretnym życiu drzew, wyłaziła nawet z lodówki. I wszyscy ją chwalili – ze świecą szukać recenzji negatywnych czy choćby umiarkowanie niechętnych. Dlatego też nie dałam się do niej przekonać. Raz, że jestem zwykle sceptycznie nastawione do powszechnie chwalonych hitów, a dwa, że akurat książkami o roślinach jaram się jakby mniej. Ale kiedy zobaczyłam w zapowiedziach „Duchowe życie zwierząt” tegoż autora, pomyślałam, że to może być niezła okazja do testów – w końcu styl raczej się nie zmienił, a i temat mi milszy. Nabyłam więc książkę i zaczęłam testy.
Książka, jak podpowiada tytuł, traktuje o wewnętrznym życiu braci naszych najmniejszych. Jest podzielona na tematyczne rozdziały, już to mówiące o emocjach, już to o poczynaniach konkretnych gatunków. Każdy ma formę eseju, w którym autor miesza wiadomości wyszukane w naukowych artykułach z własnymi doświadczeniami jako leśniczego i właściciela zwierząt.
I… w sumie chyba główny problem polega na tym, że formuła, którą autor stosował poprzednio, w starciu z nową tematyką nie wypaliła. Jeśli wierzyć internetowym opiniom (bo sama jeszcze nie czytałam), w „Sekretnym życiu drzew” autor postawił na uczłowieczanie roślin – co mogło się o tyle sprawdzać, że większość laików czy hobbystów raczej nie traktuje ich jako osoby, a raczej jako wymagające pewnego zachodu ozdoby. Stąd nowe podejście mogło wydawać się czymś świeżym i atrakcyjnym. Niestety, w przypadku zwierząt to tak nie działa, bowiem każdy choć trochę zaangażowany właściciel traktuje swojego futrzaka jako mniej lub bardziej ukształtowaną osobę – toteż przedstawienie faktu że, och ach, twój pies odczuwa emocje jest kwitowane najwyżej wzruszeniem ramion i wymruczeniem pod nosem „thanks, captain Obvious”. Szczerze mówiąc, oddałabym całe rozdziały „Duchowego życia zwierząt” za kilka akapitów rozważań Haskella w tym samym temacie.
Przy czym widać, że Wohlleben znacznie swobodniej czuje się opisując tematy, które zna z autopsji, a nie tylko z naukowych relacji. Rozdziały, w których może powołać się na własne doświadczenia z psami, końmi czy dzikami czyta się zdecydowanie płynniej i przyjemniej, choć zmiany stylu są tak subtelne, że poza ogólnym wrażeniem nie da się wskazać nic konkretnego.
Wohlleben nie jest jednak przypadkiem beznadziejnym – w mojej osobistej klasyfikacji autorów piszących o przyrodzie jest gawędziarzem. Czyli opowiada bardzo przyjemnie o tym, co go kręci i choć może nie ma to znamion literatury wysokich lotów, to mnie w zupełności wystarcza poziom zajmującej gawędy przy ognisku, jaki reprezentuje. Choć w tej akurat książce widać, że nie wszystkie poruszane tematy go kręcą.
I teraz mam dylemat. Normalnie po prostu pozbyłabym się książki z domu, żeby nie zajmowała mi miejsca, bo raczej wracać do niej nie będę. Ale ona jest tak ślicznie wydana! (mam „biedawersję” w mniejszym formacie i bez ilustracji, but still). Okładka bez problemu zajmuje miejsce w pierwszej dziesiątce najpiękniejszych w historii bloga, a i designe całości jest przemyślany i dopracowany (wklejki, obrazki w nagłówkach rozdziałów, kolorystyka – wszystko współgra). Cóż, będę ją po prostu traktować jako kolejny piękny przedmiot na półce (a jeśli zastanawiacie się nad zakupem na prezent, to polecam jednak wersję z ilustracjami. Nawet jak tekst się nie spodoba, to pozostaje jeszcze multum pięknych zdjęć na kredowym papierze).
Tytuł: Duchowe życie zwierząt
Autor: Peter Wohlleben
Tłumacz: Ewa Kohanowska
Tytuł oryginalny: Das Seelenleben der Tiere
Wydawnictwo: Otwarte
Rok: 2017
Stron: 266
wtorek, 31 stycznia 2017
"Strażniczka książek" Mechthild Gläser
Lubię książki o książkach. I tu w zasadzie mam dwie możliwości. Mogę wybrać bardziej realistycznie – czyli felietony, eseje, wywiady z autorami. Albo mogę pójść w stronę fantastyki – poszukać autorów, którzy bardzo kreatywnie wykorzystują świat literatury do budowania własnych światów. W tym ostatnim osobliwie przodują Niemcy, zwłaszcza jeśli chodzi o literaturę dziecięca i młodzieżową. „Miasto Śniących Książek” jest niemieckie, „Atramentowe serce” też, wreszcie „Niekończąca się opowieść”. Dlatego nie dziwi mnie, że i kolejna niemiecka autorka sięgnęła po ten motyw. Mechthild Gläser miała teoretycznie całkiem niezły pomysł – chciała wpuścić bohaterów we wszystkie opowieści na raz i pozwolić im ich strzec. A jak wyszło?
W tym miejscu chciałabym ostrzec, że recenzja zawiera śladowe ilości spoilerów.
Ten rok szkolny nie był dobry ani dla Amy, ani dla jej mamy, Alexis. W przypływie frustracji i w myśl hasła „szybko, szybko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu” postanawiają spędzić wakacje na rodzinnej szkockiej wyspie Stormsday, z której Alexis uciekła, będąc jeszcze w ciąży z siedemnastoletnią obecnie Amy. Nastolatka nie wie, czemu jej matka opuściła dom rodzinny – właściwie zupełnie nie zna swojej rodziny. Nie ma też pojęcia, że wszyscy w jej rodzie dysponują darem: potrafią wnikać do książek. I dlatego podjęli się ochrony ich delikatnego świata.
To jest jedna z tych książek, w których na pierwszy rzut kaprawego oka wszystko gra, ale na kolejny wyłażą problemy. Zresztą, nawet ten pierwszy już niektóre ujawnia, jeśli oko kaprawe nie jest. Większość z nich, mam wrażenie, w prostej linii wynika z tego, że autorka od początku do końca nie za bardzo wiedziała, jaką książkę chce napisać. Na pewno młodzieżową, bo mamy nastoletnią bohaterkę. Mamy też element „magicznej” szkoły, przygotowującej do „magicznych” zawodów. Oczywiście znamy to wszyscy od kiedy wyszła pierwsza powieść Rowling (nie, żeby wcześniej taki motyw się nie pojawiał, ale rozumiecie, wcześniej nie znali go absolutnie wszyscy). Tyle że o ile w Harry Potter czy Percy Jackson ucząc się rzeczywiście poznawali razem z czytelnikiem świat własnej opowieści oraz prawidła nim rządzące, o tyle szkolenie Amy nie daje czytelnikowi nic. O samym zawodzie strażnika książek dowiadujemy się tylko tyle, że pełni się go do 25 roku życia czynnie, potem biernie, bo już do opowieści wnikać nie można (na czym wobec tego polega wtedy zawód strażnika, nie wiadomo). I że trzeba zapobiegać kryzysom. Jakim kryzysom i jak zapobiegać już nikt nie wyjaśnia – nowicjuszka Amy nie dostaje żadnej instrukcji, żadnej listy zakazów i nakazów i żadnych ostrzeżeń (choć wiadomo, że jeśli coś jej się stanie w książce, to stanie się to naprawdę, a nie tylko w opowieści). Czytelnik razem z bohaterka porusza się w świecie, którego zasad nikt mu nie przedstawia. Przez co ten świat zdaje się mieć zasady wymyślane na bieżąco, tak, jak autorkę chwila poniosła.
Pozwólcie, że poznęcam się jeszcze nad szumnie zwaną szkołą strażników i zawodem samym w sobie, bo to jest ten element opowieści, który sprawia, że mi kołek od zawieszania niewiary niebezpiecznie trzeszczy. Bo widzicie – w takiej formie, w jakiej przedstawiła je autorka, to szkolenie i całe stróżowanie nie ma sensu. Nowicjuszce nie wyjaśnia się ograniczeń i możliwości, to raz. Pal sześć, że przez to czytelnik ich nie zna, ale bez tego nie da się wydajnie (i z zachowaniem zasad BHP) wykonywać swoich zadań. Właściwie wygląda na to, że cały motyw szkoły został dodany tylko po to, żeby przedstawić jedno, (kluczowe co prawda dla fabuły, ale możliwe do przedstawienia i bez wątku ciągnącego się przez całą książkę jak smród za pospolitym ruszeniem) wydarzenie z przeszłości, a autorka nie wzięła pod uwagę, że w międzyczasie też dobrze byłoby go wypełnić jakąś treścią. Strażniczenie w książkach też wygląda na mocno nieprzemyślane. Niby ma polegać na zapobieganiu kryzysom, ale okazuje się od razu, że każdy strażnik piastuje tylko jedną opowieść. Zważywszy, że jest ich całych trzech, średnio to wydajne. Zwłaszcza, że w zasadzie jedyną bronią strażnika w walce z kryzysem są… negocjacje. Co może i przydaje się, kiedy trzeba przekonać obrażoną księżniczkę, żeby się jednak przespała na ziarnku grochu, ale w obliczu bardziej krwawego zagrożenia już nie za bardzo.
Wewnętrzny świat literatury też szczególnie spójny nie jest – brak mu zasad łączących go w logiczną całość. Z jednej strony widzimy, że postacie w fabułach swoich opowieści występują jak aktorzy na scenie – najważniejsze to żeby się nie spóźnić i bezbłędnie wypowiedzieć swoją kwestię. Między wystąpieniami można wpaść do miasteczka na ziemi niczyjej na zakupy i drinka, a Amy włóczy się w towarzystwie Wertera i Sheer Khana – bohaterów, którzy nie dożywają końca swoich historii – i jakoś nikt się szczególnie ich losem nie przejmuje. Z drugiej autorka wychodzi ze skóry, żebyśmy strasznie się przejęli faktem, że bohater innej opowieści na jaj końcu ginie. Z jednej strony za żadne skarby nie można zmieniać opowieści, z drugiej chyba nikt tych zmian nie pilnuje, bo liczne spowodowane przez Amy przechodzą bez echa… I tak dalej. Przy czym trochę mnie uwiera też to, że Amy porusza się i fascynuje wyłącznie światami z klasycznej literatury. Rozumiem, że to wszystko przez prawa autorskie do nowszych i popularniejszych światów, ale szczerze mówiąc, będąc współczesną nastolatką ze zdolnością do wnikania w książki pobiegłabym raczej szukać Hogwartu albo Katniss Everdeen niż eksplorować prozę Dickensa. Czyli: rozumiem, ale uwiera.
Przejdźmy może do relacji między bohaterami. I tu też wtopa, bo jedna w pełni zarysowana i ciekawa jest ta pomiędzy Amy a Willem, innym młodym strażnikiem. Wszystko to urocze i interesujące, ale tak bardzo pasuje do kliszy nastoletniej pierwszej miłości, że nie zaskakuje niczym. Aby dodać nieco charakteru Willowi, autorka kreuje go na niezrozumianego wrażliwca o buntowniczych zapędach, ale to też wypada bardzo sztampowo. Druga jest pomiędzy Amy a jej matką i przyznam, że jest to ciepła, zdrowa i podnosząca na duchu relacja matki z córką, całkiem dobrze opisana. Poza tym mamy jeszcze relację Alexis z jej matką a babką Amy – która jest konfliktowa (nastoletnie matki nie uciekają z domu na końcu świata dla kaprysu) i miałaby ciekawy potencjał, ale autorka postanowiła poprzestać na kilku nierozwiązujących niczego pyskówkach i porzuciła temat. W ogóle niewnoszące niczego pyskówki zdają się być główną formą komunikacji dorosłych na Stormsday. No i jest jeszcze Betty. Z którą ma problem najbardziej.
Betty bowiem jest uosobieniem kliszy pustej, zarozumiałej blondi, zainteresowanej przede wszystkim ciuchami i kosmetykami (a chłopakami nie chyba tylko dlatego, że jedyny dostępny na Stormsday jest jej bliskim kuzynem). Mało co mnie tak irytuje, jak wykorzystanie tej kliszy. Autorka co prawda starała się dodać Betty nieco głębi – dziewczyna naprawdę sumiennie wykonuje obowiązki strażniczki i przejmuje się rzeczami, które Amy nawet nie przyszłyby do głowy, ale cóż, widać jak na dłoni, że służy tylko zbudowaniu opozycji między „jedyną taką” Amy, która nie lubi kosmetyków a kiecki nosi wyłącznie, kiedy musi i podobną do tych niewdzięcznych szkolnych koleżaneczek Betty, co to jej głównie własny wygląd w głowie. A była scena, która mogłaby to naprawić, która mogłaby pokazać, że nie szata zdobi człowieka a inni miewają motywacje równie ważne, jak nasze, tylko inaczej je realizują… Kiedy można było pokazać, że subiektywne spojrzenie Amy (bo narratorką jest właśnie ona, przez większość czasu) nie jest jedynie słusznym i że człowiek czasem pewnych rzeczy nie dostrzega… Jednak autorka temat zbyła i zostaliśmy z uroczą kujonką i pustą blondi.
„Strażniczka książek” miała potencjał – ten pomysł mógł wyewoluować w coś interesującego. Jednak autorka nie potrafiła go wykorzystać. Właściwie jedyna interesującą rzeczą w powieści jest zakończenie, w którym wyjątkowo pani Gläsernie poszła po linii najmniejszego oporu. Ale nie wiem, czy warto się dla niego przebijać przez całą powieść.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i s-ka
Tytuł: Strażniczka książek
Autor: Mechthild Gläser
Tytuł oryginalny: Die Buchspringer
Tłumacz: Mirosława Sobolewska
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2016
Stron: 392
piątek, 30 września 2016
"Triumf owiec" Leonie Swann
Nigdy nie ukrywałam, że lubię książki o zwierzętach. Zarówno te non-fiction, jak i te z gatunku nazywanego na zachodzie bodajże animal fantasy (pośrednie, czyli zwykła zmyślona beletrystyka interesuje mnie nieszczególnie). Dlatego też pierwszą powieść Leonie Swann o detektywistycznych owcach przeczytałam, jak tylko wpadła mi w łapki i po lekturze postanowiłam przeczytać też drugą, która mi jednak w łapki nie chciała wpaść. No ale w końcu ją zdobyłam i przeczytałam. I niestety, nie trzyma poziomu pierwszej.
Zgodnie z testamentem ojca, Rebeka zabrała owce na wycieczkę do Europy. Jednak owcom Europa nie za bardzo się podoba. Zwłaszcza teraz, kiedy wszędzie leży śnieg, jest zimno i nigdzie nie widać świeżej trawy. Górujący nad pastwiskiem zamek też im się nie podoba, ani towarzystwo kóz (śmierdzą i chyba nie mają wszystkich klepek). Ale najbardziej im się nie podoba nocne wycie. I te rozszarpane sarny, znajdowane w lesie zaraz obok pastwiska. I legendy o wilkołaku. To wszystko jest jakieś podejrzane.
Wiecie, co jest największym problemem tej książki? Że nie zaczyna się od trupa. Poprzednia część właśnie tak się zaczynała i akcja od razu jako tako toczyła się do przodu, coś się działo. „Triumf owiec” natomiast zaczyna się jakieś dwieście stron zanim pojawi się pierwszy trup. Te dwieście stron jest niepotrzebne. Wróć, może inaczej – tylko niewielka część z tych dwustu stron w jakikolwiek sposób popycha akcję do przodu. Reszta niby ma budować napięcie, ale tak naprawdę jedynym, co buduje, jest bolesna nuda czytelnika.
Być może jest to wina samych owiec. Bo mam wrażenie, że autorka chciała (być może w odpowiedzi na sugestie czytelników) pokazać więcej z ich życia. I o ile owce zostały sportretowane przez Swann bardzo celnie, to jednak, nie oszukujmy się, na co dzień nie są szczególnie ekscytującymi zwierzętami. I czytanie przez dwieście stron de facto o ich życiu na pastwisku też szczególnie ekscytujące nie jest.
Acz sama kreacja owczych bohaterów jest bardzo przyjemnie poprowadzona. Owce (przynajmniej niektóre) mają własne charaktery i choć większość z nich według ludzkich standardów rozumem nie grzeszy, to nie da się ich nie lubić. Bohaterowie ludzcy zaś… są nieco irytujący. Ale sądzę, że to celowy zabieg – w końcu wiele z ludzkich działań wydaje się owcom zbędne, niezrozumiałe i irytujące właśnie.
Cóż, jeśli Leonie Swann napisze jeszcze jakąś książkę o owcach, to zapewne ją przeczytam. Pod dwoma warunkami. Po pierwsze: możliwie szybko musi się pojawić trup. A po drugie: całość nie może mieć więcej niż czterysta stron.
Tytuł: Triumf owiec. Thriller... a zarazem komedia filozoficzna
Autor: Leonie Swann
Tytuł oryginalny: Garou: Ein Schaf-Thriller
Tłumacz: Maciej Nowak-Kreyer
Cykl: Sprawiedliwość owiec
Wydawnictwo: Amber
Rok: 2010
Stron: 464
poniedziałek, 22 grudnia 2014
Dalej wgłąb po raz drugi, czyli straciłeś pan Orma, panie Rzeźbiarz Mitów - "Labirynt Śniących Książek" Wolter Moers
Z cyklu o Camonii Waltera Moersa znałam jak dotąd tylko „Miasto Śniących Książek” (reszty nie tykałam, bo opisy wydawały mi się zanadto makabryczne). Zauroczyło mnie ono formą i treścią, ale zapowiedzi autora, że Hildegunst Rzeźbiarz Mitów odwiedził Księgogród jeszcze raz i on, Moers, „przełoży” opowieść i o tej podróży nie traktowałam poważnie. Ot, po prostu sztuczka mająca nas utwierdzić w przekonaniu, że mamy do czynienia z dziełem osadzonym w historii i kulturze całkiem obcej krainy. Zresztą, „Miasto…” do tej pory uważam za pięknie zamkniętą kompozycję, niepotrzebującą kontynuacji. Tym bardziej zdziwiła mnie wiadomość o premierze „Labiryntu Śniących Książek”. Musiałam go przeczytać.
Rzeźbiarz Mitów po dwustu latach od pamiętnego wielkiego pożaru powraca do Księgogrodu. Jest teraz dojrzałym smokiem i znanym pisarzem, więc powraca incognito (trzeba wam bowiem wiedzieć, że sława naszych wielkich hollywoodzkich gwiazd przy popularności znanego pisarza w Camonii to niewart wspomnienia pikuś). Poza podziwianiem, jak zmieniło się miasto od czasu jego ostatniej wizyty, zajmuje go jedna myśl – co może oznaczać list, który niedawno otrzymał, a który zmusił go do powrotu w miejsce związane z tyloma przykrymi wspomnieniami?
Nie będę owijać w bawełnę: „Labirynt Śniących Książek” jest rozczarowujący. Przede wszystkim, jest to tylko pierwsza część historii. Tym razem skoku na kasę nie dokonało wydawnictwo, a jak się zdaje autor (choć nie wykluczam, że mogło to być jakieś założenie artystyczne, żeby zagrać na nosie czytelnikom. To pasuje do Moersa). Sama praktyka dzielenia powieści jednak nie jest najgorszą zbrodnią, jaką w „Labiryncie…” popełniono.
Największą zbrodnią „Labiryntu…” jest… nuda. Ta książka to prawie czterysta stron wprowadzenia, z których fabuły starczyłoby może na sto. Częściowo oczywiście uzasadnionego – cuda odbudowanego Księgogrodu zasługują na opisanie, między innymi właśnie dla nich po „Labirynt…” sięgnęłam. Ale w pewnym momencie (tak po dwustu stronach) ta opisowość zaczyna irytować. Do tego dochodzą nic niewnoszące dłużyzny i fakt, że w tej książce o mieście książek samych książek jest jak na lekarstwo – większość opisywanych cudów dotyczy… teatrów kukiełkowych. Co samo w sobie jest ciekawą inicjatywą, ale na litość, nie na taką skalę. I jeszcze to streszczenie wydarzeń z „Miasta Śniących Książek”. Znowu: pomysł bardzo fajny, bo po ośmiu latach czytelnik może nie pamiętać, co tam się dokładnie wydarzyło. Kolejnym fajnym pomysłem była forma streszczenia: relacja z przedstawienia kukiełkowego, na które poszedł Hildegunst. Ale relacjonowanie tego przez sześćdziesiąt stron to już jednak zdecydowanie przesada.
Na plus za to przemawia strona wizualna. Jak i w poprzedniej powieści z Księgogrodu, jest tu mnóstwo ilustracji, często nierozerwalnie związanych z tekstem i bardzo sympatycznych (powieści Moersa w ogóle czyta mi się jak jakąś hybrydę komiksu z klasyczną literaturą. I to jest zawsze wielki plus). Tłumaczka też się napracowała, zwłaszcza przy wierszach i rymowankach. Nie wiem, jak wypada porównanie pod względem wierności oryginałowi, ale miejscami polskie wersje są prześwietne. A posłowie od tłumaczki utwierdza mnie w przekonaniu, ze każdy przekład powinien takie posiadać.
Z jednej strony jestem „Labiryntem Śniących Książek” bardzo rozczarowana. Z drugiej – po kolejną część na pewno sięgnę. Bo rozpocznie się w miejscu, które wreszcie zapowiada jakąś akcję. Bo z pewnością będzie imponująca wizualnie. Bo lubię Hildegunsta, choć bywa nieznośnym megalomanem. Ale przede wszystkim dlatego, że chcę wiedzieć, jak to się skończy. No i liczę na ponowne spotkanie z buchlingami i Królem Cieni.
Tytuł: Labirynt Śniących Książek
Autor: Walter Moers
Tytuł oryginalny: Das Labyrinth der Traumenden Bucher
Tłumacz: Katarzyna Bena
Cykl: Camonia
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Rok: 2014
Stron: 380
Tłumacz: Katarzyna Bena
Cykl: Camonia
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Rok: 2014
Stron: 380
poniedziałek, 27 stycznia 2014
Gargulec w Paryżu - "Grim. Pieczęć ognia" Gesa Schwartz
„Grim. Pieczęć ognia” to jedna z tych książek, do których przyciągnęła mnie okładka. To zazwyczaj dobry omen – mam szczęście zakochiwać się w okładkach ciekawych książek. „Grim” nie był wyjątkiem, ale nie był też tak rewelacyjny, jak oczekiwałam. Opowiem wam, dlaczego.
Środowiskiem magicznych istot Paryża wstrząsa seria brutalnych morderstw. Wykonujący rutynowy patrol na ulicach miasta gargulec Grim jest wściekły, że z powodu osobistych uprzedzeń głównodowodzący Najwyższej Policji Gargulców odsunął go od sprawy. Tymczasem włócząc się po mieście przypadkiem widzi, jak jego przyjaciółka Moira spotyka się z człowiekiem, a niedługo później popełnia samobójstwo. Czy chłopaka, z którym się spotkała i jego siostrę coś łączy z makabrycznymi zbrodniami? Grim niedługo się przekona. I odkryje znacznie więcej, niż kiedykolwiek chciałby wiedzieć.
Pierwszym, co rzuca się w oczy podczas lektury powieści pani Schwartz, jest ogromne bogactwo świata przedstawionego. Już sama różnorodność magicznych istot może przyprawić o zawrót głowy (po lekturze nielicznych pozycji niemieckiej fantastyki mam nieodparte wrażenie, że mnogość magicznych gatunków jest cecha rozpoznawczą niemieckiej fantastyki – ani w anglosaskiej, ani w rodzimej nie spotkałam się jeszcze z tym zjawiskiem na tak wielką skalę). Bo czego tam nie ma – gnomy, trolle, niezliczone odmiany skrzatów (w tym jedna w radosnej, smerfowej stylizacji), wróżki, elfy i klasyczne wampiry. Nawet smok się znalazł, choć jego status ontologiczny jest dość nieokreślony. No i gargulce, na których autorka się skupiłam a które popkultura traktuje zazwyczaj po macoszemu. Jest to jeden z powodów, dla których nie polecałabym „Grima” początkującym czytaczom fantastyki, ale starym wyjadaczom ta barwna różnorodność powinna przypaść do gustu. Zwłaszcza, ze nie kończy się tylko na stworzeniach. Autorka nie ograniczyła się bowiem do zaprezentowania jednego świata, podzielonego ewentualnie na część widoczna i „ukrytą”. Co to, to nie, tutaj mamy wiele wymiarów. Zazwyczaj ten motyw mnie irytuje – często okazuje się, ze autor mający tyle pomysłów na świat przedstawiony, nie ma umiejętności lub chęci, aby każdy wymiar przybliżyć czytelnikowi. Skutkuje to rozgrywaniem się utworu w szaroburych, nieokreślonych, ale według autora różniących się od siebie realiach. Tutaj jednak widać, ze pani Schwartz miała pomysł i bardzo sugestywnie opisała to, co wymyśliła. Czytelnik jest więc zadowolony, bo ileż można się włóczyć po terenach zurbanizowanych.
Fajnie też wypadają bohaterowie, choć z tytułowym mam mały problem. Grim na moje oko niebezpiecznie zbliża się do bycia Garym Stu: jest niezależny, inny od wszystkich, nienawidzi się podporządkowywać, siłą magiczną przewyższa wielu (autorka co prawda podkreśla, ze są silniejsze od niego gargulce, ale raz, że wypada to mało wiarygodnie, a dwa, na końcu i tak okazuje się, że to ściema), przystojny jest, ma seksowną bliznę na oku i mroczny sekret w przeszłości. Ratuje go w zasadzie to, że czasoprzestrzeń świata przedstawionego nie zagina się wokół niego, aby podkreślić walory i że jest zwyczajnie sympatyczny. Mia, dziewczyna z magicznymi zdolnościami, z którą gargulec występuje w duecie, wypada nieco bezbarwnie i schematycznie – ot, zbuntowana nastolatka odkrywająca swoje przeznaczenie. Naprawdę warte uwagi są postacie drugoplanowe i poboczne. Taki na przykład brat Mii, Jakub. Autorka świetnie oddała jego zaszczucie i desperację, tworząc przedtem niezwykle sympatyczną postać (bardzo żałuje, ze to jego siostra została główna bohaterką – chłopak na tym stanowisku wypadłby dużo ciekawiej). Albo mocno na początku przerysowany przełożony Grima – mimo iż początkowo wyraźnie pełnił rolę elementu komicznego, autorka potrafiła pokazać, jak zmienia się jego miejsce w opowiadanej historii. Właściwie to jedna z lepszych przemian postaci (i mam tu też na myśli zmianę stosunku Grima do przełożonego), na jakie ostatnio się natknęłam. Tylko główny czarny charakter mnie zawiódł.
Spoiler!
Serafin z Aten na początku został opisany jako standardowy czarny charakter nr 240, czyli maniak ogarnięty żądzą przejęcia władzy nad światem w celu zrealizowania swego planu, co prawda nikomu nieznanego, ale na pewno mrocznego i szalonego. W trakcie akcji autorka zasugerowała, że zamiary Serafina niekoniecznie są tak mordercze, jak można by sądzić. Zrodziła się bardzo ciekawa niejednoznaczność. Osobiście mam słabość do antagonistów, którzy są tacy sami główni bohaterowie, to znaczy nie przejawiają objawów psychopatii, szaleństwa, ogólnej mroczności, czy opętania złem. Po prostu nie mieli tyle szczęścia, żeby stanąć po stronie wskazanej przez autora jako „dobra”. Jak dotąd z takim zabiegiem spotkałam się tylko raz i przez chwilę miałam nadzieję, że „Pieczęć ognia” będzie drugim razem. Niestety, autorka wróciła do ogranego schematu. To było chyba moje największe rozczarowanie w całej powieści, bo o ileż ciekawiej byłoby, gdyby Mia musiała wybrać między lojalnością wobec przyjaciół, a równie słusznym rozwiązaniem drugiej strony...
Koniec spoilera.
Fabułę powieści zdecydowanie należy zaliczyć na plus. Pędzi na złamanie karku i mam wrażenie, że wydarzeń zawartych w „Grimie” wystarczyłoby na kilka tomów. Mimo to nie czułam się nimi jakoś przytłoczona, tempo akcji nie powodowało zadyszki tylko miłe uczucie, ze cały czas coś się dzieje. Trudne do osiągnięcia przy takim natłoku pościgów, ucieczek, walk i poszukiwań zaginionych artefaktów.
Jeszcze słów kilka o technikaliach. Tłumaczenie jednej powieści przez dwóch tłumaczy nie jest dobrym pomysłem i nie innym okazało się w przypadku „Grima”. Żeby jeszcze ktoś się porządnie zajął redakcją i nierówności wygładził, niestety tak się nie stało. I mamy na przykład nazwy klanów gargulców w pierwszej połowie książki przełożone na polski, a w drugiej pozostawione w wywodzącym się z łaciny oryginale (z resztą, trochę szerzej pisała o tym Agnieszka). Korekta też nie stoi na najwyższym poziomie. Interpunkcja często szaleje, składnia też (im bliżej końca powieści, tym bardziej), zdarzają się zagubione wyrazy. Szkoda. Na szczęście drugi tom ma już przekładać jedna osoba, więc połowa problemów powinna się rozwiązać.
Mimo drobnych wad, „Grima” uważam za powieść udaną. Poza zgrzytającym momentami tłumaczeniem i nienajwnikliwszą redakcją niewiele jest rzeczy, do których można się przyczepić, a nawet jeśli, równoważą je zalety książki. Czekam więc na drugi tom, bo interesuje mnie na przykład, czy autorka zdecyduje się wprowadzić sugerowany wątek miłosny, czy jednak z niego zrezygnuje.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Jaguar.
Tytuł: Grim. Pieczęć ognia
Autor: Gesa Schwartz
Tytuł oryginalny: Grim: Das Siegel des Feuers
Tłumacz: Ryszard Turczyn, K. Żak
Seria: Grim
Wydawnictwo: Jaguar
Rok: 2013
Stron: 632
wtorek, 24 września 2013
Angielskie wszyscy znamy, czas na niemieckie - "Elfy" t.1 Bernhart Hennen
Zdarzało mi się ostatnio dość mocno narzekać na brak klasycznej fantasy – takiej z wyprawą, wierną drużyną i jakimś określonym (albo i nie) złem w tle. Chciałam tylko, żeby to jeszcze było dobrze napisane. W tym momencie wpadła mi w oko powieść Bernharta Hennena, którą właśnie wydała Fabryka Słów. „Elfy”, bo o nich mowa, dawały nadzieję, że dostanę to, czego chciałam. Teraz jestem po lekturze i nie bardzo wiem, co mogę o książce powiedzieć.
Gdy jarl Mandred wyruszał ze swoimi dzielnymi wojami na poszukiwanie potwora, który podobno zszedł z gór, nie wierzył, że opowieści o pół-człowieku, pół-dziku są prawdziwe. Szybko i boleśnie dotarło do niego, że się mylił. Uciekając przed potworem, schronił się w kamiennym kręgu – bramie do świata elfów. Ku zdziwieniu jarla, brama otwarła się i przeniosła go do Alfenmarchii. Tam udało mu się uzyskać od królowej pomoc – drużyna wojowników miała mu towarzyszyć w polowaniu na potwora. Jednak elfy niczego nie robią za darmo, a cena ich pomocy jest wysoka. Nawet one nie są w stanie przewidzieć, jak bardzo…
Może zaczniemy od tego, z czym mam problemy w tej książce, a jest takich rzeczy kilka. Pierwsza i najważniejsza to bohaterowie. I to nie jest tak, że autor błędnie ich skonstruował, bo wręcz przeciwnie. Po prostu na tych pawie pięciuset stronach nie bardzo jest kogo polubić. Mandred ma pełne prawo być hałaśliwym, porywczym i zapalczywym wikingiem, gardzącym bardziej subtelnymi elfami i uwielbiającym chlać na umór, ale taka postać wzbudza irytację, a nie sympatię. Podobnie z wyniosłą królowa elfów – choć tu mamy jeszcze fakt, że jakoś kłóci mi się wizerunek sprawnej władczyni mającej za sobą tysiąclecia doświadczenia z rozkapryszoną histeryczką, która z niej często wychodzi. Ale najbardziej mnie zabolało, kiedy jedyna zdawałoby się naprawdę sensowna postać kobieca została prędziutko zamieniona w dziewicę w opałach, w sam raz do ratowania. I to w dość nieprzyjemnych okolicznościach.
Największym problemem pierwszej księgi „Elfów”, z którego w większości wynikają wszystkie powyższe, jest to, że to w zasadzie dopiero połowa części pierwszego tomu cyklu. I to dość nieszczęśliwie podzielona, bo w momencie, kiedy bohaterowie zaczynają się zmieniać, a czytelnik do nich przywiązywać, dostajemy planszę z komunikatem, że „ciąg dalszy nastąpi”. W tym momencie zostajemy z nielubianymi bohaterami, akcją zawieszoną gdzieś pośrodku niczego i tym niemożliwie wyświechtanym i znienawidzonym chyba przez wszystkich motywem damsel in distress. Ja widzę, że wszystko idzie ku lepszemu i mam nadzieję (choć marną), że może nawet ta koszmarna zagrożona dziewica okaże się dekonstrukcją wątku i nas zaskoczy, ale nie wiem, ilu czytelników będzie miało tyle nadziei i dobrej woli co ja.
Jakie mamy plusy? Opisy walk i dynamicznych scen wychodzą autorowi świetnie. Hennen potrafi uchwycić ruch i pokazać go jak na filmie, nie zanudzając czytelnika opisami ekwilibrystyki. Co prawda sceny, w których ukazuje życie wewnętrzne bohaterów bywają przeraźliwie nudne, ale na szczęście nie jest ich znowu tak wiele. Inna rzecz, że język jest dość sztywny i niektóre kwestie brzmią bardzo pompatycznie i nienaturalnie, ale taki już widać urok tego autora.
Bardzo trudno mi polecić lub nie tom pierwszy „Elfów”. Byłoby o de facto polecanie (lub nie) połowy powieści, a nikt rozsądny tego nie robi. Radzę poczekać, aż ukaże się reszta, bo mam wrażenie, że to jednak będzie dobra książka. Tylko niech wydawca pozwoli nam doczytać ją do końca.
Gdy jarl Mandred wyruszał ze swoimi dzielnymi wojami na poszukiwanie potwora, który podobno zszedł z gór, nie wierzył, że opowieści o pół-człowieku, pół-dziku są prawdziwe. Szybko i boleśnie dotarło do niego, że się mylił. Uciekając przed potworem, schronił się w kamiennym kręgu – bramie do świata elfów. Ku zdziwieniu jarla, brama otwarła się i przeniosła go do Alfenmarchii. Tam udało mu się uzyskać od królowej pomoc – drużyna wojowników miała mu towarzyszyć w polowaniu na potwora. Jednak elfy niczego nie robią za darmo, a cena ich pomocy jest wysoka. Nawet one nie są w stanie przewidzieć, jak bardzo…
Może zaczniemy od tego, z czym mam problemy w tej książce, a jest takich rzeczy kilka. Pierwsza i najważniejsza to bohaterowie. I to nie jest tak, że autor błędnie ich skonstruował, bo wręcz przeciwnie. Po prostu na tych pawie pięciuset stronach nie bardzo jest kogo polubić. Mandred ma pełne prawo być hałaśliwym, porywczym i zapalczywym wikingiem, gardzącym bardziej subtelnymi elfami i uwielbiającym chlać na umór, ale taka postać wzbudza irytację, a nie sympatię. Podobnie z wyniosłą królowa elfów – choć tu mamy jeszcze fakt, że jakoś kłóci mi się wizerunek sprawnej władczyni mającej za sobą tysiąclecia doświadczenia z rozkapryszoną histeryczką, która z niej często wychodzi. Ale najbardziej mnie zabolało, kiedy jedyna zdawałoby się naprawdę sensowna postać kobieca została prędziutko zamieniona w dziewicę w opałach, w sam raz do ratowania. I to w dość nieprzyjemnych okolicznościach.
Największym problemem pierwszej księgi „Elfów”, z którego w większości wynikają wszystkie powyższe, jest to, że to w zasadzie dopiero połowa części pierwszego tomu cyklu. I to dość nieszczęśliwie podzielona, bo w momencie, kiedy bohaterowie zaczynają się zmieniać, a czytelnik do nich przywiązywać, dostajemy planszę z komunikatem, że „ciąg dalszy nastąpi”. W tym momencie zostajemy z nielubianymi bohaterami, akcją zawieszoną gdzieś pośrodku niczego i tym niemożliwie wyświechtanym i znienawidzonym chyba przez wszystkich motywem damsel in distress. Ja widzę, że wszystko idzie ku lepszemu i mam nadzieję (choć marną), że może nawet ta koszmarna zagrożona dziewica okaże się dekonstrukcją wątku i nas zaskoczy, ale nie wiem, ilu czytelników będzie miało tyle nadziei i dobrej woli co ja.
Jakie mamy plusy? Opisy walk i dynamicznych scen wychodzą autorowi świetnie. Hennen potrafi uchwycić ruch i pokazać go jak na filmie, nie zanudzając czytelnika opisami ekwilibrystyki. Co prawda sceny, w których ukazuje życie wewnętrzne bohaterów bywają przeraźliwie nudne, ale na szczęście nie jest ich znowu tak wiele. Inna rzecz, że język jest dość sztywny i niektóre kwestie brzmią bardzo pompatycznie i nienaturalnie, ale taki już widać urok tego autora.
Bardzo trudno mi polecić lub nie tom pierwszy „Elfów”. Byłoby o de facto polecanie (lub nie) połowy powieści, a nikt rozsądny tego nie robi. Radzę poczekać, aż ukaże się reszta, bo mam wrażenie, że to jednak będzie dobra książka. Tylko niech wydawca pozwoli nam doczytać ją do końca.
Recenzja dla portalu Insimilion.
Tytuł: Elfy. Księga 1
Autor: Bernhart Hennen
Tytuł oryginalny: Die Elfen
Tłumacz: Małgorzata Wilk
Cykl: Elfy
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2013
Stron: 460
Autor: Bernhart Hennen
Tytuł oryginalny: Die Elfen
Tłumacz: Małgorzata Wilk
Cykl: Elfy
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2013
Stron: 460
PS. Przypominam, że można polubić "Z pamiętnika książkoholika" na Facebooku.:)
sobota, 29 czerwca 2013
Patchwork fabularny - "Gobeliniarze" Andreas Eschbach
W dziedzinie fantastyki królują Anglosasi. Nie chodzi nawet o to, ze w innych krajach się jej nie pisze – chodzi po prostu o skalę i siłę przebicia. Mają więcej pisarzy, więc jest i większe prawdopodobieństwo, ze trafi się ktoś wart eksportu, a i fan przyzwyczajony już do oglądania amerykańsko (lub brytyjsko, rzadziej australijsko) brzmiących nazwisk na okładkach. Czasem trafi się jakiś inny autor, hiszpański, niemiecki, lub z szeroko pojętego bloku wschodniego. Tym razem wpadł mi w ręce autor niemiecki i o ile fantasy zza zachodniej granicy zdarzało mi się czytać, to z science fiction spotkałam się po raz pierwszy. Choć dla ścisłości trzeba dodać, że jest to z pewnością SF o poetyce fantasy.
Gdzieś w odległej galaktyce, na planecie będącej częścią olbrzymiego, międzygalaktycznego cesarstwa, mieszkają i pracują gobeliniarze. Całe swoje życie poświęcają służbie mitycznemu, boskiemu cesarzowi, tkając dla niego kobierce z włosów swoich córek i żon oraz poświęcając swoich synów, gdyż każdy tkacz może mieć tylko jednego dziedzica. Co prawda od dwudziestu lat słychać pogłoski, że władca został obalony, skoro jednak kosmiczni żeglarze ciągle odbierają produkty gobeliniarzy, to ani chybi mamy do czynienia z herezją. Ci wszyscy „rebelianci” z pewnością kłamią. Nawet jeśli widać, że pochodzą z bardzo daleka. W końcu życie tylu rzemieślników i ich dzieci nie mogło pójść na marne, to musi mieć głębszy sens!
Na początek wspomnę może o formie, bo jest dość nietypowa. Kolejne rozdziały autor uczynił całkiem autonomicznymi na pierwszy rzut oka opowiadaniami, które doskonale obroniłyby się na łamach dowolnego czasopisma branżowego. Wszystkie jednak są ze sobą luźno powiązane (podobnie jak w opisywanej kiedyś „Umierającej Ziemii” Jacka Vance’a) losami epizodycznych bohaterów i dopiero po przeczytaniu kilku widać, że tworzą spójną całość, poskładaną jak patchwork z pozornie nieprzystających do siebie elementów. Dodatkowo pan Eschbach lubi się bawić kolejnością zdarzeń, przeskakiwać w czasie i przestrzeni, a nawet (a raczej zwłaszcza) prezentować najpierw skutek, a później przyczynę. Niemniej, cała historia (choć jest opowieścią o gobelinach, a nie o ludziach i choć czytelnikowi zdarza się czasem uwierzyć, że autor robi sobie z niego jaja, nie mając zamiaru niczego wyjaśniać) jest spięta klamrą i potrafi zaskoczyć.
Zazwyczaj w tym miejscu piszę coś o bohaterach czy świecie przedstawionym, ale w przypadku powieści skonstruowanej tak jak „Gobeliniarze” te tematy są polem minowym. Nie da się powiedzieć czegoś konkretnego nie sadząc pięknego spoilera. Będzie więc trochę ogólnikowo. Jak już wspominałam, głównym bohaterem zbiorowym są włosiane gobeliny i zagadka ich przeznaczenia (po mistrzowsku przez autora rozwiązana, nie powiem). Także świat przedstawiony jest nieco pretekstowy, ale nie płaski czy bezbarwny. Nie znaczy to, że Eschbachowi brak umiejętności – nie raz i nie dwa naturalistycznie obnaża podłości ludzkiego charakteru i możliwość wypaczenia nawet cech, które obiektywnie uznajemy za dobre. Jednocześnie tworzy postacie, które można polubić i którym często współczujemy (wiadomo, jak są podłości i system, to musi być jakaś ofiara), więc element gry na emocjach czytelnika również możemy odhaczyć. Dobrze wykonany dodam, bo nie czuć w tym nachalnej manipulacji.
Styl powieści jest dość drętwy – trudno mi powiedzieć, czy to zasługa autora, czy tłumacza (czy redakcji; książki Solarisu jakoś dziwnie często wykazują się drętwością języka, niezależnie od autora i tematyki), niemniej czyta się go przyjemnie, a całość jest plastyczna i klimatyczna. A jeśli już dotarliśmy do wydawcy, to sobie ponarzekam. Trzy czwarte objętości „Gobeliniarzy” wydrukowano na papierze grubym i sztywnym, co bardzo utrudnia czytanie. Ponadto, im dalej w książkę, tym bardziej wyłażą niedostatni korekty: a to braki w spacjach i interpunkcji, a to błędy gramatyczne, a to wreszcie słowo będące ewidentnym babolem tłumacza, bo zupełnie nie pasują do kontekstu. Zwłaszcza te ostatnie są irytująco częste w niektórych rozdziałach. Na szczęście nie na tyle, żeby skutecznie zabić przyjemność z lektury.
„Gobeliniarze” to powieść nietypowa i już samo to powinno być w jakiejś części rekomendacją. Początek to trochę fantasy (co prawda bez magii, ale za to z boskim, odległym cesarzem), koniec jest już bliższy klasycznemu SF, ale tak naprawdę to opowieść o ludziach, ich słabościach i przywarach. Polecam każdemu, bo nie warto tej powieści zamykać w fantastycznym getcie.
Tytuł: Gobeliniarze
Autor: Andreas EschbachTytuł oryginalny: Die Haarteppichknüpfer
Tłumacz: Joanna Filipek
Wydawnictwo: Solaris
Rok: 2004
Stron: 248
sobota, 21 kwietnia 2012
Ja ci tokuję, a ty nic - "Cena miłości" Vitus B. Dröscher
Książki popularnonaukowe są fajne. Najfajniejsze są te świeżutkie, najlepiej jeszcze z tego roku, chociaż te sprzed pięciu lat też jeszcze są smakowite. Problem rodzi się wtedy, kiedy w nasze łapki wpadnie starsza. Nie oszukujmy się, większość ludzi wierzy w to, co przeczyta. Jeśli czytają głównie beletrystykę, to może w nich wyewoluować nieuświadomiony pogląd, że wiek książki jest nieważny (przecież nikt nie krytykuje dziewiętnastowiecznych powieści za to, że zostały napisane w XIX wieku). Dlatego apeluję do wszystkich: jeśli sięgacie po starszą pozycję popularnonaukową, zapoznajcie się najpierw (choćby „po łebkach”) z najnowszymi teoriami.
„Cena miłości” to właśnie jedna z takich leciwych książek – obecnie ma ponad 30 lat. Autor opisuje w niej godowe zwyczaje wielu gatunków zwierząt, od owadów czy nawet jamochłonów aż po ssaki, z człowiekiem włącznie. Dodatkowo próbuje na ich przykładzie wytłumaczyć teorię zakładającą, że sympatia osobnicza jest najważniejszą siłą regulującą kontakty rozrodcze (i nie tylko) zwierząt. Czy mimo swojego wieku książka się zestarzała? Cóż, i tak, i nie.
Tym, co pozostaje ponadczasowe, jest z pewnością spis ciekawych zachowań godowych. Zwierzęta nie są w stanie zmienić swoich zwyczajów w okresie tak krótkim, jak 30 lat, więc możemy tu znaleźć wiele wciąż aktualnych opisów. Wiecie, z czego słynie ryba głębinowa zwana matronicą? Gdzie składają ikrę księżycówki? Jak „to” robią pająki albo kraby? Nie? A chcielibyście? Jeśli tak, to „Cena miłości” jest książką dla was.
Co przegrało walkę z czasem? Większość interpretacji wyżej wymienionych zachowań, uzasadnienie teoretyczne czy próba przenoszenia tego na ludzi. Dodatkową trudnością jest fakt, że autor pisze w taki sposób, że przenosi czasem pojęcia charakterystyczne wyłącznie dla ludzi na zwierzęta – ale przed tym ostrzega tłumacz. Oczywiście są fragmenty, które wciąż pasują do obecnego stanu wiedzy, ale trzeba troszkę interesować się biologią, żeby je wyłapać. Taka teoria samolubnego genu chociażby sprawiła, że teorię sympatii trzeba było przesunąć z pozycji nadrzędnej na niższą. A jeszcze przypadki gatunków ptaków, u których samice prezentują samczy model zachowania (tzn. są większe i barwniejsze, bronią zaciekle rewiru, na którym utrzymują harem z kilku samców). Autor bierze je za niewytłumaczalny wyjątek od reguły, który nie ma celu ni sensu. Tymczasem wystarczy spojrzeć na problem z energetycznego punktu widzenia i wszystko staje się jasne…
Stylu niemożna nazwać gawędziarskim, ale z pewnością jest przystępny i nikt nie powinien mieć z nim trudności. Dodatkowego smaczku dodają komentarze tłumacza (polskie wydanie powstało około 10 lat później, niż niemieckie), który próbuje aktualizować niektóre kwestie. Czasem jednak pozwala sobie na drobne złośliwości (oczywiście zawsze w granicach odpowiedniej, merytorycznej wiedzy – chociaż czasem na wyrost) i jakkolwiek niektórym czytelnikom może się to nie spodobać, ja niecierpliwie czekałam na te momenty. Znakomicie ożywiały czytanie.
Podsumowując, „Cena miłości” to książka warta uwagi. Przystępnie napisana, bogato (choć w czerni i bieli) ilustrowana i zasobna w ciekawostki. Polecam miłośnikom przyrody, chociaż jednocześnie zalecam ostrożność i odrobinę krytycznego podejścia.
Tytuł: Cena miłości. U źródeł zachowań godowych
Autor: Vitus B. Dröscher
Tytuł oryginalny: Sie töten und sie lieben sich: Naturgeschichte sozialen Verhaltens
Tłumacz: Zuzanna Stromenger
Wydawnictwo: Cyklady
Rok: 1980(?)
Stron: 350
czwartek, 28 lipca 2011
Z perspektywy kota. I to jakiego! - "Księżniczka Sissi" Stefanie Zweig
Chyba nikt, kto mieszka z kotem nie ma wątpliwości, kto jest czyim właścicielem. To zwierzę potrafi wiele wysiłku włożyć w wychowanie swojego dwunożnego podopiecznego. Jak ten proces wygląda z perspektywy człowieka, powszechnie wiadomo. Co jednak widać z perspektywy kota? Książka Stefanie Zweig to świetna okazja, aby się przekonać, że wszystko, co koty dla nas robią, robią dla naszego dobra.
Tytułowa księżniczka to młoda kotka syjamska, prawdziwa arystokratka – dobrze wychowana, dystyngowana, ale i z odpowiednimi dla jej rasy wymaganiami. Kiedy więc dowiaduje się, że jej właściciele, z którymi i tak nie układało jej się najlepiej, chcą ją wywieść na działkę w charakterze pospolitego szczurołapa, postanawia się ulotnić i poszukać kogoś, kto okaże się godzien jej towarzystwa. Tą szczęściarą okazuje się Julia – pani psycholog co prawda z niedoborem pewności siebie, ale za to z zamiłowaniem do dobrego jedzenia i gotowania. Oczywiście gustownie urządzony domek z ogródkiem też nie był bez znaczenia. Sissi wkłada dużo pracy i serca w wychowanie swojej nowej podopiecznej, świetnie się też odnajduje w roli psychologa – dostaje honorową posadę specjalistki od trudnych przypadków w gabinecie Julii.
Pierwszoosobowa narracja z perspektywy kota nie jest czymś często spotykanym w literaturze. Tym bardziej, jeśli jest prowadzona ze znawstwem i humorem takim, jak u pani Zweig. Sissi jest stuprocentowym rasowym syjamem - upartym, konsekwentnym, wyniosłym i czasem mimowolnie aroganckim, ale przy tym inteligentnym, miłym i wyczulonym na potrzeby podopiecznej. Autorka świetnie odmalowała zadziwienie kotki niedorzecznościami wyprawianymi przez ludzi i ich skłonnością do utrudniania sobie życia, a także niezwykłą finezję, jaką Sissi prezentuje przy rozwiązywaniu cudzych problemów. Mimo wad, Księżniczki nie można nie polubić.
Język książki to również sama przyjemność. Barwne porównania i swoboda, z jaką autorce przychodzi pisanie o emocjach, a także duża doza humoru to niewątpliwe atuty „Księżniczki Sissi”, tak jak i sympatyczni bohaterowie. Odnoszę jednak wrażenie, że tłumaczka nie poradziła sobie do końca z niemieckimi idiomami – czasem przekładając je dosłownie. Ale to tylko takie moje czepianie się.
Jako że koty uwielbiam, „Księżniczka Sissi” była dla mnie samą przyjemnością. Polecam ją szczerze wszystkim – ciepło emanujące z tej opowieści powinno poprawić humor w nawet najbardziej ponury dzień, a miłość i znajomość tematu, jakie przelała w ten tekst autorka powinny przekonać nawet najbardziej wybrednego kociarza. Krótko mówiąc, polecam gorąco – zwłaszcza, że książkę wydano w sposób godny jej arystokratycznej bohaterki.
Tytuł: Księżniczka Sissi
Autor: Stefanie ZweigTytuł oryginalny: Katze fürs Leben
Tłumacz: Urszula Pawlik
Wydawnictwo:Galaktyka
Rok: 2006
Stron: 340
sobota, 18 grudnia 2010
Zamknąć książkę w książce - "Atramentowa śmierć" Cornelia Funke
Ci, którzy przyglądają się mojemu blogowi od dłuższego czasu, mogli zauważyć, że „Atramentowa śmierć” wisiała w teraz czytanych od samego początku, czyli już bez mała pół roku. A przecież zaczęłam czytać ją jeszcze wcześniej… Cóż, gdyby nie fakt, że książek pożyczonych od ludzi (czyli rodziny, znajomych itd.) nie zwracam nieprzeczytanych, pewnie już dawno bym się poddała. Ale „Atramentowa śmierć” należy właśnie do tej kategorii, więc trwałam dzielnie. Chwilami myślałam, że jestem już za stara, żeby docenić dobrą powieść młodzieżową, dlatego tak mi się wlecze. Jednak okazało się, że nie w tym rzecz.
Każdy czytelnik zna to uczucie, kiedy chciałoby się przeniknąć do świata książki, móc zwiedzić wszystkie miejsca w nim opisane i spotkać swoje ulubione postacie. Bohaterom atramentowej trylogii się to udało. Jednak tak jak i oni, tak i my często zapominamy, że każdy świat ma swoją mroczną stronę, a napotkani w nim bohaterowie nie zawsze są dobrzy. Że bezsilność, którą odczuwamy, żyjąc tutaj, nie zniknie nagle, kiedy zaczniemy żyć gdzieś. Zła nie da się uniknąć, przechodząc gdzie indziej, walczyć z nim trzeba zawsze, zarówno tu i teraz, jak i gdzieś i kiedyś.
„Atramentowa śmierć” to trzeci i ostatni tom atramentowej trylogii. Tym, którzy czytali poprzednie części nie muszę mówić, o czym rzeczona seria jest, jednak z uwagi na resztę społeczeństwa, kilka słów wprowadzenia. Kiedy wszystko się zaczyna, Meggie jest dziesięcioletnią dziewczynką, której mama zaginęła dawno temu. Ojciec dziewczynki, Mortimer, jest introligatorem i, tak jak córka, posiada pewien niezwykły dar: potrafi głosem sprowadzić książkowych bohaterów do naszego świata (innymi słowy, potrafi sprawić, aby słowo stało się ciałem). Problem polega na tym, że nie zawsze są to bohaterowie dobrzy… Część pierwsza („Atramentowe serce”) opowiada nam więc o zmaganiach tej dwójki (ale nie tylko, bohaterów jest dosłownie na pęczki) z przeróżnego autoramentu kreaturami sprowadzonymi przypadkiem z pewnej specyficznej książki. Część druga („Atramentowa krew”) zaś rozpoczyna się ucieczką Meggie do świata powieści i mówi o tym, jak ojciec ruszył jej na ratunek. Część trzecia rozgrywa się już w całości w magicznym świecie książki i w przeciwieństwie do pierwszej jest ściśle powiązana z drugą częścią, tzn. jest jej ścisłą kontynuacją. A więc wszyscy nasi bohaterowie zostają przeniesieni do atramentowego świata, gdzie introligator musi przemienić się w zbójcę, aby chociaż częściowo zapobiec złu, które na ten świat osobiście sprowadził. Bruździ więc głównemu schwartzcharakterowi, jak tylko może: a to napadnie na jego zbrojnych, a to rozda żywność biednym, a to skazańców uwolni… Jednak w pewnym momencie dostaje propozycję nie do odrzucenia od osoby, której się nie odmawia i od tej pory musi podjąć bardziej konkretne działania.
Jak wyżej wspomniałam, myślałam chwilami, że jestem za stara, aby docenić dobrą powieść młodzieżową, bo taką z pewnością jest zarówno „Atramentowa śmierć”, jak i cały cykl. Jednak po skończeniu lektury uznałam, że to jednak wina mankamentów powieści. A właściwie jednego mankamentu: przez pierwsze 300 stron nie dzieje się nic ciekawego, w związku z czym czytelnik się zwyczajnie nudzi. Mnie samozaparcia starczyło, ale nie wiem, czy każdy młodociany czytelnik będzie w stanie wykazać się takim uporem. Z drugiej strony, jest to już ostatni tom, więc jeśli będzie chciał poznać zakończenie, będzie musiał przebrnąć.
Świat powieści jest bardzo bogaty. Roi się od przeróżnego kształtu rozumnych ras, co, jak zauważyłam, jest dla fantastyki niemieckiej dość charakterystyczne (w przeciwieństwie do fantastyki anglosaskiej, gdzie mamy zazwyczaj ludzi, elfy, krasnoludy i orki w kilku podgatunkach). Także i bohaterowie są nieźle skonstruowani. Jest to powieść młodzieżowa, więc nie poczytałam autorce za wadę faktu, że są to bohaterowie albo czarni, albo biali: jak źli, to gorsi od diabła, a jak dobrzy, to świętsi od aniołów. Przynajmniej w tej swojej dobroci, względnie złośliwości, są autentyczni – co przy takich skrajnych rozróżnieniach, jest nie lada sztuką. Jedyną postacią nieokreśloną w tej kwestii jest tytułowa Śmierć (bohaterka epizodyczna choć kładąca się cieniem na całą historię), przedstawiona jako istota mogąc przybrać dowolną postać. I chociaż bardziej lubię Śmierć Świata Dysku, to ta atramentowa, mimo, że nie zdobyła aż tyle sympatii, to na pewno zyskała sporo szacunku z mojej strony.
Język Cornelii Funke jest prosty, ale sugestywny, doskonały wręcz do powieści młodzieżowej: nie męczy wyszukanym słownictwem, ale z drugiej strony jest na tyle bogaty, żeby czytelnik mógł coś z niego wynieść. Zgrzyta tylko tłumaczenie nazw własnych, głównie imion i przydomków. Książka jest tłumaczona z języka niemieckiego, a o ile się orientuję, tam kilkudziesięcioliterowe zbitki słowne nie są niczym nagannym. Gorzej, że tłumacz to wszystko przełożył dosłownie, co daje komiczny efekt w przypadku postaci negatywnych. O ile jeszcze Atramentowy Tkacz brzmi nieźle, o tyle Cielęca Głowa czy Świecąca Gęba wyglądają dziwacznie. No i jakoś niezręcznie mi brzmi Baptiste spolszczony na Baptystę – z niewiadomych względów miałam wrażenie, że zaraz zacznie śpiewać gospel…
Słów jeszcze kilka o wydaniu. Okładka, jak widać powyżej, bardzo stylowa, pasuje do pozostałych w serii. Wewnątrz również zadbano o tego nieco młodszego czytelnika: duże litery i przejrzysta interlinia bardzo ułatwia czytanie, a żeby jeszcze dodać smaczku, każdy rozdział rozpoczyna się jakimś cytatem i kończy niewielką ilustracją. Na końcu zaś dodano spis owych cytatów i (głównie na użytek młodszych czytelników jak mniemam) spis postaci i miejsc. Może być bardzo użyteczny, zważywszy, że trzeba było ładnych kilku stron, aby go pomieścić. Cała seria jest moim zdaniem jednym z najlepszych przykładów na to, jak powinna wyglądać przyjazna czytelnikom powieść młodzieżowa.
Myślę, że każdy, a zwłaszcza czytelnik wczesno nastoletni, może się bez obaw z cyklem zapoznać, zwłaszcza, jeśli nie miał jeszcze do czynienia z żadnym z tomów. Tom trzeci zaś polecam tylko wytrwałym, bo te 300 pierwszych stron to wcale niebłaha przeszkoda.
Tytuł: Atramentowa śmierć
Autor: Cornelia Funke
Tłumacz: Jan Koźbiał
Tytuł oryginalny: Tintentod
Cykl: Atraentowy świat
Wydawnictwo: Egmont
Rok: 2008
Stron: 671
Subskrybuj:
Posty (Atom)















