Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sue Monk Kidd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sue Monk Kidd. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 grudnia 2014

Różowy ul z sierpniową królową, czyli o dojrzewaniu w lecie traktat - "Sekretne życie pszczół" Sue Monk Kidd

Kiedy ktoś próbuje ironicznie podsumować pozycję literatury kobiecej względem innych gatunków, często mówi, że jeśli kobieta napisze powieść o życiu codziennym i relacjach grupy bohaterów płci obojga, jest to czytadło dla bab, zaś jeśli taką samą powieść popełni mężczyzna, to już głęboka literatura obyczajowa. Jest to oczywiście znaczne wyolbrzymienie i nie sprawdza się nawet w większości przypadków (każdemu, kto zdoła mnie przekonać, że powieści Nicolasa Sparksa to głęboka literatura współczesna przyznam dożywotnio order z ziemniaka). A ja mam tutaj przypadek Schrodingera, bowiem „Sekretne życie pszczół” jest czytadłem i głęboką powieścią jednocześnie (no, nieprzesadnie głęboką, ale wystarczająco). Musisz przeczytać, aby określić, czym ostatecznie jest dla ciebie.

Opowiada o czternastoletniej Lily, która nie mogąc już wytrzymać z despotycznym i brutalnym ojcem, w końcu ucieka z domu (przy okazji organizując ucieczkę swojej czarnoskórej niani z aresztu). Skoro już jest na gigancie, postanawia dowiedzieć się prawdy o dawno zmarłej matce – za przewodnika posłuży jej obrazek Czarnej Madonny (nie, nie z Częstochowy), z napisaną na odwrocie nazwą miejscowości, jedna z niewielu rzeczy, jakie po rodzicielce pozostały. I w ten sposób Lily trafia do różowego domku trzech czarnoskórych sióstr, zajmujących się produkcją miodu. Będzie tam mogła wylizać psychiczne rany i odnaleźć prawdę nie tylko o matce, ale i o samej sobie.

Akcja powieści rozgrywa się na południu USA lat sześćdziesiątych. Autorka pokazała czas przemian jako wątek nie mniej ważny od przygód Lily – oto czarnoskórzy mieszkańcy Stanów mają wreszcie otrzymać pełnię praw obywatelskich, upaść ma oficjalnie nieistniejący apartheid. Nie wszystkim się to podoba – członkowie komisji wyborczych odgrażają się, że zrobią wszystko, aby uniemożliwić Murzynom głosowanie. Na aktora, który zapowiedział wizytę w kinie z kolorową partnerką, czeka komitet powitalny uzbrojony w styliska łopat, a jeśli jesteś czarny i podpadłeś białemu (o co łatwo, tacy oni są drażliwi), to uprzejma policja zadba o to, aby „poszkodowany” mógł cię pobić w areszcie. Nawet biała dziewczynka mieszkająca z czarnymi kobietami budzi niezdrowe zainteresowanie. To straszny świat, którego pozostałości zostaną, mam nadzieję, jak najszybciej usunięte. Jednocześnie nawet tutaj (a może zwłaszcza tutaj) tym, co pozwala przetrwać i w miarę możliwości być szczęśliwym, jest dobroć, siła i spokój ducha. I przyjazne ramię, które wesprze cię w potrzebie – a jakiego będzie koloru jest już nieistotne.

Lily właśnie takiego ramienia potrzebuje. Po czternastu latach mieszkania z ojcem (w tym dziesięciu bez matki) jest zagubiona, roztrzęsiona i nieszczęśliwa. Na miodowej farmie odzyskuje spokój, dojrzewa do zmierzenia się z trudną prawdą o matce, konfrontacji z ojcem i wejścia w dorosłość. Ponieważ to ona jest narratorem, poznajemy jej życie wewnętrzne z pierwszej ręki – nawet miejsce na pierwszą i trudną miłość się znalazło.

Sama Lily jest zagubioną czternastolatką, natomiast siostry o imionach miesięcy (May, June, August) to trzy bardzo różne charaktery. May przypomina dziecko – zbyt mocno odczuwa cierpienie świata, a najmniejsza nawet przykrość potrafi ją doprowadzić do ataku histerii lub katatonii. Niemniej, jest bardzo pogodna i miła jak na swoje warunki. June ma twardy charakter, jest uparta i stanowcza, co czasem sprawia kłopoty, bo utrudnia jej przyjmowanie do wiadomości faktów oczywistych dla innych. August jest spoiwem, które łączy wszystkich domowników, niczym królowa swoje pszczoły. Silna, mądra, zdaje się zawsze wiedzieć, jak należy postąpić. To ona zajmuje się pszczołami i zdaje się od nich czerpać wiedzę i spokój. W domu sióstr znajduje się jeszcze jedna kobieta, nie mniej ważna, choć drewniana. Ale jej znaczenie zależy wyłącznie od nas.

„Sekretne życie pszczół” to obraz minionego lata, które dla pewnej nastolatki stało się punktem zwrotnym w życiu. Obraz ten namalowany jest językiem prostym, konkretnym, nieowijającym niczego w bawełnę, ale jednocześnie nie pozbawionym pewnej poetyckości. Nie wiemy, jak dalej potoczą się losy bohaterów – trochę szkoda, ale zamknięcie powieści i tak jest satysfakcjonujące. Wbrew pozorom, jest to świetna książka na Święta – czytać o upalnym lecie wśród mrozu to czysta przyjemność, a w powieści występuje duże stężenie wiary, nadziei i miłości, odpowiednie na koniec grudnia. Tak więc polecam wszystkim, którzy lubią czytać o silnych kobietach i dojrzewaniu do prawdy.

Tytuł: Sekretne życie pszczół
Autor: Sue Monk Kidd
Tytuł oryginalny: The Secret Life of Bees
Tłumacz: Andrzej Szulc
Wydawnictwo: Albatros
Rok: 2009
Stron: 320

sobota, 15 listopada 2014

Wiele twarzy niewolnictwa czyli historia kobiet - "Czarne skrzydła" Sue Monk Kidd

Uwielbiam powieści o kobietach – wydają mi się zawsze ciekawsze niż te o mężczyznach, przynajmniej jeśli poruszamy się w realiach historycznych. Bo wiecie, tak jakoś drzewiej bywało, że kobieta zwykle miała pod górkę i jeśli miała coś osiągnąć, musiała pokonać znacznie więcej trudności. A o pokonywaniu trudności czyta się świetnie i im więcej ich jest, tym mocniej się kibicuje bohaterkom. Bo jeśli im może się udać, to nam przecież też.

W Karolinie Południowej, w pewnym domu mieszkają dwie dziewczynki. Jedna z nich jest drobna i ma problemy z mówieniem. Ale przynajmniej jest ulubienicą ojca, któremu jej wywrotowe poglądy wydają się zabawnie urocze. Druga staje się własnością tej pierwszej. Wbrew pozorom łączy je wiele wspólnego – w Karolinie Południowej nie traktuj się kobiet poważnie, białych czy czarnych, bez różnicy. Białe są tylko droższe, bo pan mąż musi poważnie zainwestować w nabycie żony.

Zainteresowałam się Sue Monk Kidd, kiedy ktoś gdzieś napisał, że to pisarka zbliżona do Fannie Flagg, bo podobną tematykę porusza w podobny sposób. Flagg lubiłam (nie wiem, czy lubię nadal; „Smażone zielone pomidory” na pewno, ale czy nowsze powieści też podobałyby mi się jak kiedyś, trudno powiedzieć), więc pomyślałam, że i Kidd spróbuję. Nie powiem, że się rozczarowałam, bo nie byłaby to prawda, jednak porównanie tych autorek uznaję za nietrafione. Flagg opowiada zupełnie inaczej – trochę jak babcia opowiadająca wnukom historie ze swojego życia i wygładzająca pewne szczegóły, choć starsze latorośle bez trudu mogą się domyślić mrocznych szczegółów. Kidd nie owija w bawełnę. Co prawda nie lubuje się w naturalistycznych opisach, ale też jej styl jest przejrzysty. Nie ma w nim niedopowiedzeń, zawoalowanych sugestii czy półsłówek, ale za to jest równowaga niezbędna, aby nie zniesmaczyć czytelnika (nie jest to autorka lubiąca szokować. Może dlatego, ze szok często wywołuje wyparcie, a Kidd chce, żebyśmy dokładnie przyjrzeli się życiu jej bohaterek). Czysty i klarowny, choć nie pozbawiony odrobiny poetyki przekaz.

Tym przekazem w „Czarnych skrzydłach” jest historia buntu. Każdy buntuj się w taki sposób, na jaki go stać. Matka Szelmy kradnie i niszczy drobne przedmioty należące do swoich panów, bo innej możliwości nie ma. Jej córka pod nieobecność państwa korzysta z przynależnych im luksusów, żeby udowodnić chyba przede wszystkim sobie, że jest takim samym człowiekiem, choć ma skórę innego koloru. To drobne rzeczy, a wybór metody nie wynika z wrodzonej subtelności, tylko z prostego faktu, że innej możliwości nie ma. Jest w tym coś strasznie smutnego.

Białe dziewczęta mogą buntować się inaczej. Ale dopiero wtedy, gdy z panien na wydaniu staną się starymi pannami. Wtedy dławiąca ręka dobrego obyczaju i honoru rodziny staje się trochę lżejsza i można się wyrwać. Zacząć się oddawać męskim zajęciom, jak na przykład publiczne wygłaszanie odczytów na polityczne tematy. Można próbować pomóc tym, których prawo ustawia na gorszej pozycji.

Bunt ma jednak swoją cenę. Czasem trzeba za niego zapłacić krwią, czasem odrzuceniem miłości, która nas krępuje. Zawsze będzie trzeba znosić ostracyzm społeczny i liczyć się z tym, że jeśli bunt będzie w jakimś stopniu udany, staniemy się w najlepszym wypadku osobliwością, którą ludzie będą przychodzili oglądać jak dziwowisko, a w najgorszym – osobą niepożądaną, której grozi się aresztowaniem i pobiciem. W idealnym świecie nic takiego nie miałoby miejsca. Ale świat (zwłaszcza ten dziewiętnastowiecznej Ameryki) nie jest idealny. W idealnym świecie nie trzeba się buntować.

Poza opowieścią o buncie Kidd postanowiła napisać po swojemu kawałek historii. Sara Grimke i jej siostra Angelina istniały naprawdę i naprawdę prowadziły swoją abolicjonistyczną działalność. Historia lubi zapominać o takich przypadkach i tutaj jest miejsce dla literatury. Archiwalne damy bowiem w „Czarnych skrzydłach” dostają nowy głos (nie tylko one zresztą). Zyskują też życie, które w historycznych dokumentach słabo się przechowuje. A jest to opowieść fascynująca, bo rozgrywająca się w świecie dla nas na szczęście zupełnie nieznanym. Nieznanym właśnie dzięki takim kobietom jak siostry Grimke.

Nie zawiodłam się „Czarnymi skrzydłami”, bo to powieść, w której kilka kobiet pokonuje wiele trudności, część z nich w walce o lepsze jutro dla wszystkich. Udowadnia też, że nie tylko mężczyzny walczyli o słuszną sprawę (nie zawsze trzeba przecież walczyć zbrojnie). Jednak taka walka nigdy nie obywa się bez poświęceń. Cena często jest wysoka, jak to cena marzeń. Dlatego warto przeczytać tę książkę – udowadnia, że czasem i taką cenę warto zapłacić. Jeśli nie dla siebie, to dla innych.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.

Tytuł: Czarne skrzydła
Autor: Sue Monk Kidd
Tytuł oryginalny: The Invention of Wings
Tłumacz: Marta Kisiel-Małecka
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2014
Stron: 485
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...