Pokazywanie postów oznaczonych etykietą francuski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą francuski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 września 2020

"Wilk" Jean-Marc Rochette


Jeśli opuścimy grajdołek komiksów superbohaterskich i fantastycznych, trafimy do swoistego mainstreamu. Jednak mam wrażenie, że w przeciwieństwie do mainstreamu powieściowego w tym komiksowym królują opowieści prawdziwe: całkowicie lub częściowo (auto)biograficzne czy też popularnonaukowe. Zdarzają się też adaptacje innych tekstów, jak powieści czy opowiadania. Całkowicie autorskie prace zdają się być stosunkowo rzadkie (przynajmniej na polskim rynku). Jean-Marc Rochette udowadnia, że komiks nadaje się do opowiadania autorskich historii tak samo, jak każda inna forma twórczości.

Fabuła „Wilka” jest na pierwszy rzut oka banalnie prosta. Oto mamy kolejny konflikt człowieka z przyrodą w najbardziej chyba ikonicznej formie opozycji pasterza i wilka. Tutaj czytelnik niejako spodziewa się, że autor wybierze jeden z dobrze wszystkim znanych schematów. Może mianowicie stworzyć opowieść o ludzkiej sile woli zwyciężającej oporną naturę i zaprowadzającej ład cywilizacji. Może też pójść w zupełnie inną stronę i pokazać nam historię, w której dziewicza przyroda jest obiektem westchnień i swoim majestatem oraz potęgą pokazuje pyszałkowatemu człowieczkowi, gdzie jego miejsce. Na szczęście Rochette porzuca takie oczywiste schematy.

sobota, 19 października 2019

"Nekrosytuacje" Guillaume Bailly

Od paru lat regularnie wychodzą u nas książki o zawodach. Nie jest to jakiś mocny trend, tytułów jest zwykle kilka na kwartał (jeśli odejmiemy te o pracownikach służby zdrowia), ale coś wychodzi w miarę regularnie. O grabarzach (a właściwie pracownikach domu pogrzebowego) jakiś czas temu książkę wydał Znak, teraz z podobnym pomysłem wyszło Wydawnictwo Dolnośląskie. Nie wiem, jak wypadłoby porównanie między tymi dwoma pozycjami, bo przeczytałam jak dotąd tylko „Nekrosytuacje” od Dolnośląskiego, gdyż tytuł wydawał mi się interesujący, no i był na Legimi.

piątek, 24 czerwca 2016

"Zakazane ciało" Diane Ducret

Nie mam bladego pojęcia jak zacząć tę notkę. W ogóle nie bardzo mam pojęcie, jak ją napisać, bo w sumie nie pisałam tutaj jeszcze nic o literaturze feministycznej (rozumianej jako literatura bardziej przedmiotu niż podmiotu. Bo taka Le Guin to jednak w większości przypadków też jest literatura feministyczna, tylko tak jakby bardziej podmiotu – feminizm na fantastycznym przykładzie, nie jako rzeczywiste dane). Co za tym idzie, nie bardzo jestem w stanie przewidzieć, co mi z tego tekstu wyjdzie. Ale będę się starać, żeby wyszedł zrozumiały wywód.

„Zakazane ciało” Ducret to zbiór krótkich tekstów o tym, jak też opisywano, przedstawiano a także odbierano kobiece narządy płciowe na przestrzeni wieków – od starożytności aż po współczesność. Czasem wagina jest tu tylko pretekstem – mamy bowiem przy okazji sporo informacji o pracy położnych albo o tym, jak też na wyzwolenie seksualne wpłynęła pornografia. Tak więc mimo dość konkretnego motywu przewodniego, przekrój tematyczny jest dość szeroki.

Na początku byłam nieco rozczarowana lekturą. Przy opisach rytuałów Starożytnego Egiptu i innych cywilizacji trochę brakowało mi szerszego kontekstu. Wiecie, sam opis rytuału niewiele mówi. Jednak im dalej w epoki, tym kontekstu pojawiało się więcej (jak sądzę, proporcjonalnie do ilości dostępnych tekstów źródłowych) i czasem rozwijały się nawet w historie konkretnych kobiet. A te czytało się bardzo dobrze i niczego im nie brakowało.

Ducret stara się przedstawić pewną drogę, jaką kobieca seksualność przeszła w ciągu tych kilku tysiącleci cywilizacji. A że cywilizacje miewały do tego podejście różne, to i jest o czym pisać. Właściwie zaskakujące jest, jak często waginie przypisywano żarłoczność i nienasycenie, przed którym należy chronić mężczyzn, tak bezbronnych przecież. Ciekawa lektura i jakże pouczająca.

Napisane jest to wszystko bardzo przystępnie i w sposób łagodny, choć wdać, że autorka dobierała argumenty i opowieści pod konkretną tezę (a jaka to teza, to już ustalcie sami). Co nie jest wadą, bo, szczerze mówiąc, w tej dziedzinie bardzo trudno jest stworzyć dokument prezentujący w równym stopniu stanowiska obu stron (choćby z tej przyczyny, ze kobietom bardzo długo odmawiano prawa do edukacji i pracy w niektórych zawodach, a w konsekwencji i tworzenia pism, na których współcześni badacze mogliby opierać zdanie drugiej strony). Z jeszcze innej strony, autorka przecież nie obiecuje obiektywizmu, a jedynie prezentację pewnej drogi, jaką kobiecość przeszła na przestrzeni stuleci.

Książkę polecam. Nie powiem, że jest to literatura wybitna czy cokolwiek, co zrewolucjonizuje czyjekolwiek poglądy, z powodu swoich gabarytów jest też nieco ograniczona (jak sądzę, aby przedstawić wszystkie zagadnienia odpowiednio dokładnie, trzebaby kilkunastu tomów). Jest to raczej coś dobrego na początek. Autorka nawiązuje do wielu ciekawych zagadnień czy postaci, które czytelnik może sobie potem zgłębiać na własna rękę, jeśli chce. A jeśli nie chce, to i tak ukończy lekturę bogatszy o pewną wiedzę.

Tytuł: Zakazane ciało. Historia męskiej obsesji
Autor: Diane Ducret
Tłumacz: Anna Maria Nowak
Tytuł oryginalny: La Chair interdite

Wydawnictwo: Znak
Rok: 2016
Stron: 382

piątek, 12 czerwca 2015

"Dialogi Zwierząt" Colette

To będzie raczej krótka notka, bo i książeczka do obszernych nie należy. Za to należy do tych, które można odpowiednio interpretować dopiero po zapoznaniu się z twórczością i życiorysem autorki. Ja niestety jeszcze się nie zapoznałam.

Mówię tu oczywiście o „Dialogach zwierząt”, wydanych w mojej ukochanej serii Biosfera. „Dialogi…” są w serii pewnym ewenementem, gdyż dotąd ukazywał się w niej raczej książki otwarcie biograficzne (czy też mniej lub bardziej oparte na faktach). Tym razem dostajemy dzieło wybitnie literackie, choć jego bohaterowie są wzorowani na jak najbardziej żywych zwierzętach.

A co tam jest właściwie napisane? Jak wskazuje tytuł – rozmowy zwierząt, zanotowane zgodnie z regułami pisania utworów scenicznych (didaskalia i te sprawy). Zazwyczaj dyskutują kot kartuski Kiki i buldożek francuski Toby, ale nie tylko. Poza tym dostajemy jeszcze bardzo interesujące posłowie autorstwa Kazimiery Szczuki (jak dla mnie zdecydowanie ciekawsze niż część główna książki).

Nie wiem, jak pozostała twórczość Colette (ciągle zbieram się do przeczytania „Klaudyn”), ale „Dialogi…” już dość mocno się zestarzały. Albo jestem niewrażliwą na subtelny humor i piękno francuskiej prozy bułą, co też jest możliwe. Nie chcę przez to powiedzieć, że rozmowy Toby’ego i Kiki są nudne – czyta się je całkiem przyjemnie i jeśli ktoś ma ochotę, może w tych prostych historiach znaleźć mnóstwo odniesień zarówno do biografii autorki, jaki do ogólnej natury ludzkiej. Ale całość nie porywa.

Gdyby nie przynależność „Dialogów…” do serii, pewnie bym ich nie kupiła. I raczej bym tego nie żałowała. Jest to pozycja zdecydowanie dla fanów autorki, bardzo ważna dla niej samej. Jednak jeśli nie czytaliście jeszcze nic Colette, to może jednak nie zaczynajcie od „Dialogów…”.

Tytuł: Dialogi zwierząt
Autor: Colette
Tytuł oryginalny: Dialogues de betes
Tłumacz: Beata Geppert
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok: 2013
Stron: 202

wtorek, 22 maja 2012

Pól Schmitta poproszę. - "Kiki van Beethoven" Eric-Emmanuel Schmitt

Lubię Erica-Emmanuela Schmitta. Pewnie dlatego, że jestem urodzoną pesymistką, a on chociaż chwilowo potrafi wzbudzić we mnie optymizm. Jak sam pisze, nie rozumie, dlaczego współcześnie za godne uwagi i wyniosłe uważa się jedynie negatywne uczucia. Sam woli zajmować się tymi pozytywnymi. Nie oznacza to bynajmniej, że jego utwory poruszają wyłącznie tematy błahe. Można powiedzieć, że mówią o tych najprostszych i jednocześnie najgłębszych.

„Kiki van Beethoven” to niewielka książeczka, na którą składają się dwa utwory. Pierwszym z nich jest opowiadanie o tym właśnie tytule, drugi to esej Schmitta „Kiedy pomyślę, że Beethoven umarł, a tylu kretynów żyje…”.

Opowiadanie nie odbiega jakością od najbardziej udanych tekstów tego autora. Oto pewna starsza pani, tytułowa Kiki, kupuje w sklepie ze starociami maskę Beethovena i zaczyna się zastanawiać, dlaczego maska w pewien sposób nie ożyła, jak zwykła to czynić, gdy staruszka była jeszcze młodym dziewczęciem. Sprawę tę postanowiła rozwiązać razem z trzema przyjaciółkami. Dzięki muzyce tego kompozytora każda z nich powoli na nowo odkrywa to, co głęboko pogrzebała z upływem lat. Esej zaś przedstawia krótki rys historyczny dziejów powyższego opowiadania oraz opis tego, czego autor się od Beethovena nauczył.

Do opowiadania nie mam zastrzeżeń. Zawiera wszystko, co u Schmitta lubię: emocje, magię rzeczy zwyczajnych, odkrycie czegoś, co – z pozoru nieistotne – ma wielkie znaczenie. Opowieść toczy się gładko i mimo niewielkich rozmiarów pozwala czytelnikowi wsiąknąć. Moim problemem jest esej.

Lubię dowiadywać się, jak powstaje dany utwór, dlatego z ufnością zagłębiłam się w „Kiedy pomyślę, że Beethoven umarł, a tylu kretynów żyje…”. Zazwyczaj też jestem ciekawa przemyśleń autora, z Schmitt sporo tutaj pisze o własnym pojęciu humanizmu i o tym, jak wiele składowych tego pojęcia wyniósł z muzyki i życiorysu Beethovena. Gorzej, kiedy autor łopatologicznie wykłada, jak na niego działają poszczególne utwory kompozytora, co należy z nich wynosić i jak sam ja odbiera. Czułam się troszkę jak na lekcji polskiego, kiedy to drobiazgowo, słowo po słowie omawia się dany utwór, mordując nie tylko wolność interpretacji, ale i urodę dzieła. Ale pal licho muzykę, przecież nikt pisarzowi nie zabroni dzielić się własnymi interpretacjami z czytelnikiem. Niestety, cały ten wywód narzuca (podejrzewam, że mimowolnie, bo autor raczej nie miał takiego zamiaru) jedynie słuszną interpretację poprzedzającego opowiadania. To chyba najgorsze, co może zrobić autor swojemu dziełu: całkowicie zepsuć radość z przeczytania.

„Kiki van Beethoven” to książka, którą polecam w połowie. W tej połowie, która jest opowiadaniem. Resztę czytajcie na własną odpowiedzialność.

Tytuł: Kiki van Beethoven
Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tłumacz:
Agata Sylwestrzak-Wszelaki
Tytuł oryginalny: Quand je pense que Beethoven est mort alors que tant de cretins vivent suivi de Kiki van Beethoven
Wydawnictwo: Znak literanova
Rok: 2011
Stron: 152

poniedziałek, 4 lipca 2011

Na spalonej słońcem ziemi... - "Słońce Scortów" Laurent Gaudé

„Słońce Scortów” to kolejna powieść, którą przeczytałam tylko i wyłącznie dlatego, że mieliśmy ją omawiać na spotkaniu DKK. Tym razem przyczyną nie była antypatia do gatunku, jaki książka reprezentuje, ale zwyczajny fakt, że marne były szanse, abym zauważyła ją na księgarnianej czy bibliotecznej półce. Może to trochę wina okładki…

Lekturę każdej książki zaczynamy od okładki. Niepozorna okładka „Słońca Scortów” od razu przywodzi na myśl włoską Apulię, krainę, w której rozgrywają się opisane wydarzenia. Jest tak samo szara, jak skały rozpalonych słońcem nadmorskich gór i tak samo ozłacają ją pomarańczowożółte promienie słońca. Jest to miejsce, które wszystkim żyjącym tu stworzeniom stawia twarde warunki, które wymaga oddania mu wielu litrów potu i wielu godzin ciężkiej pracy, aby pozwolić żyć. Nic dziwnego, że taka ziemia rodzi nietypowych ludzi, czasem przy tym okrutnie z nich drwiąc.

Ród Scortów powstał właśnie na tej ziemi, zrodzony z obsesji, żądzy i oszustwa losu. Oto z chwili uniesienia bandyty, który postanowił za wszelką cenę powetować sobie lata zaprzepaszczonego w więzieniu życia na dziewczynie, przez którą do więzienia trafił i starej panny, która dla jedynej w życiu rozkoszy postanowiła nie wyjawiać, że nie jest tą, za którą ją wzięto, zrodził się pierwszy Scorta. Był on człowiekiem twardym, złym i szalonym. I dał początek rodzinie, którą następnie sam przeklął.

Dzieje tej rodziny opowiada nam Carmila, córka protoplasty rodu. Staruszka, przeczuwając, że umysł niedługo przestanie jej służyć, postanowiła powierzyć historię swojej księdzu, aby następnie przekazał ją wnuczce, kiedy dziewczynka osiągnie odpowiedni wiek. Oczywiście staruszka nie zna wszystkich faktów, a więc czasem dane jest nam zobaczyć migawki ze scen jej nieznanych – gdyż tylko autor zna całą historię.

„Słońce Scortów” jest sagą rodzinną. Pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasunęło podczas lektury, to „Sto lat samotności” Marqueza. Co prawda w „Słońcu…” nie uświadczymy realizmu magicznego, tak charakterystycznego dla powieści iberoamerykańskiego pisarza, ale nie styl prozy jest odpowiedzialny za to skojarzenie. Obie powieści opowiadają bowiem o wyobcowaniu pewnego rodu, o samotności i piętnie przekazywanym z pokolenia na pokolenie, w dusznym, spalonym słońcem powietrzu. Zdaję sobie sprawę z tego, że Marquez jest lepszym pisarzem od Gaude’a, ale wydaje mi się, że jeśli ktoś chce zakosztować klimatu „Stu lat samotności”, a jest uczulony na wszelkiego rodzaju realizm magiczny, to „Słońce Scortów” jest dla niego idealnym rozwiązaniem.

Jedynym, co wprowadzało lekki dysonans podczas lektury, był fakt, że autor upodobał sobie krótkie, urywane wręcz zdania. Wyróżnia to co prawda jego styl i nadaje mu rysę indywidualizmu, ale niezbyt pasuje do opisów, powolnej, słonecznej Apulii. Czytelnik czuje rozdźwięk między tum, o czym czyta, a tym, jak to jest napisane, co może utrudniać wczucie się w klimat powieści.

Podsumowując, „Słońce Scortów” szczególnie polecam miłośnikom sag rodzinnych. Poza tym uważam, że książka o najbardziej słonecznym zakątku Włoch będzie świetną lekturą na wakacje, wprowadzającą czasem klimat lekkiej melancholii i zadumy, ale nieprzygnębiającą.

Tytuł:Słońce Scortów
Autor: Laurent Gaudé
Tytuł oryginalny: Le soleil des Scorta
Tłumacz: Jacek Giszczak
Wydawnictwo: W.A.B
Rok: 2005
Stron: 270

sobota, 7 maja 2011

A upiór nieco trąci myszką... - "Upiór w Operze" Gaston Leroux

Recenzja sponsorowana przez Arię, która mi wspaniałomyślnie książeczkę pożyczyła. Dzięki!:)

Moim pierwszym kontaktem z „Upiorem w Operze” był utwór pod tym samym tytułem wykonywany przez zespołu Nightwish – i muszę przyznać, że to wykonanie podoba mi się dużo bardziej, niż wykonanie filmowe (swoją drogą bardzo bym chciała usłyszeć, jak by to brzmiało, gdyby w filmie partię damską wykonywała Tarja Turunen). Film takoż widziałam, a teraz przyszedł czas na książkę. I muszę przyznać, że chyba jednak wolę film…

Fabułę z grubsza chyba wszyscy znają, ale dla tych, którzy nie znają, albo zapomnieli, nakreślę w kilku zdaniach. Chrystine Daae to młoda, świetnie zapowiadająca się śpiewaczka, której triumf na deskach Opery Paryskiej wszystkich zaskoczył. Szczególnie zaś wicehrabiego Raula de Chagny, który znał ją jeszcze z czasów dzieciństwa i właśnie poczuł, że jest w młodej damie szaleńczo zakochany. Natychmiast pobiegł jej to oświadczyć, ale dziwne zachowanie damy serca podziałało jak kubeł zimnej wody. Tymczasem w budynku opery grasuje upiór. Nie dość, że płata niesmaczne figle, że terroryzuje pracowników, którym zdarzają się czasem śmiertelne wypadki czy tajemnicze zaginięcia, to jeszcze wysuwa bezczelne roszczenia w stosunku do dyrekcji. Jest też na zabój zakochany w Chrystine. I w tym przypadku stwierdzenie „na zabój” może okazać się totalnie dosłowne.

Książka pierwszy raz została wydana równo 100 lat temu i to niestety widać. Niektóre ówczesne prawidła konstrukcji powieści nijak nie przystają do tego, czego oczekuje współczesny czytelnik. Chodzi głównie o rozkład ciężaru poruszanych zagadnień, który momentami dla czytelnika jest zupełnie nieatrakcyjny, chociaż nie mam wątpliwości, że przed wiekiem tego właśnie pożeracze słowa pisanego oczekiwali. Inne cechy to rozbudowane opisy (chociaż dla mnie to dodatkowa atrakcja) oraz specyficzny sposób zaznaczania emocji w tekście (o tym później). Krótko mówiąc, powieść trąci myszką. Na szczęście nie tak bardzo, żeby obecnie nie można było jej z przyjemnością czytać. 

Na początek zajmijmy się warstwą  językową. Pan Leroux charakteryzuje się talentem do budowania wspaniałych opisów, zwłaszcza, jeśli chodzi o śpiew. Nie mam pojęcia, jak on to robi, ale pieśni artystów operowych, jak i samego upiora zdawały mi się tak niesamowicie realne, jakbym je słyszała, a nie tylko o nich czytała. Jeszcze nigdy nie miałam okazji zetknąć się z takim mistrzostwem w opisie dźwięku. Trochę gorzej ma się sprawa z opisami rzeczy bardziej namacalnych, jak choćby pomieszczenia. Tutaj autor potrafi przytłoczyć ilością szczegółów, co w połączeniu z manierą wplatania ich w akcję w sposób często nużący dla czytelnika sprawia, że momentami książka staje się nudna. Najbardziej irytujące wydało mi się jednak nadużywanie wielokropków i wykrzykników, głównie w dialogach, ale również w tekście narracyjnym. Często-gęsto konstrukcje typu wykrzyknik+wielokropek (!...) kończą każde zdanie w półstronicowym (lub dłuższym) akapicie. Może kiedyś było przyjęte taki wyrażanie silnych emocji bohaterów, ale teraz czyta się to jak wynurzenia rozchwianej emocjonalnie dwunastolatki.

Jeśli już przy bohaterach jesteśmy to muszę przyznać, że dwoje z nich mnie szczególnie irytowało. Palmę pierwszeństwa dzierży tu nasza mała Chrystine, o której zawsze się mówi, że to słodkie, niewinne i naiwne dziewczątko. Poza tym cięgle mdleje, tudzież płacze błagając i zaklinając (nie mylić z przeklinając!) – generalnie zachowuje się jak skrzyżowanie Danuśki Jurandówny z zestresowanym królikiem. Wiem, że prawidła powieści podonczas wymagały, aby tragiczno-romantyczna heroina taka właśnie była, ale osobiście nie trawię takich wiotkich dziewczątek. Drugie miejsce zaś zajmuje jej ukochany, wicehrabia Raul – głównie za to, że zachowuje się na zmianę jak rozpuszczony pięciolatek i napalony czternastolatek (tylko proszę się tu nie dopatrywać żadnych podtekstów – autor co drugą stronę raczy nas zapewnieniami, że ich miłość była słodka i niewinna aż do obrzydliwości). Za to tytułowy Upiór udał się świetnie. Autor bardzo przekonująco, chociaż jak na mój gust zbyt oszczędnie odmalował tu psychikę człowieka genialnego, ale odrzuconego przez społeczeństwo ze względu na fizyczną ułomność. Najwięcej mojej sympatii budzi najczarniejszy charakter powieści.

Dwa słowa o wydaniu. O ile papier i klejenie jest świetnej jakości i wydawcy wyraźnie zależało na tym, aby wypuści w świat produkt solidny, to niestety literówek nie udało się ustrzec . Jest ich sporo, co bardziej czepliwy czytelnik może poczuć dyskomfort podczas lektury. Poza tym, oprócz paskudnej grafiki okładkowej, wad brak. Ach, zapomniałabym dodać, że jest to najlepsze z obecnie dostępnych polskich tłumaczeń.

Podsumowując, polecam raczej czytelnikom wytrwałym, zaprawionym w bojach nie tylko z literaturą współczesną, ale też i starszą (jeśli kogoś odstrasza język „Lalki” czy powieści Sienkiewicza, „Upiora w Operze” raczej nie strawi). Inni mogliby się poczuć rozczarowani.

P.S. Czy ktoś mi może powiedzieć, dlaczego w filmach „ten zuy” zawsze jest przystojniejszy i bardziej temperamentny od „tego dobrego”? Przez ten fakt zawsze wychodzi na to, że główna bohaterka jest jakaś mało rozgarnięta, bo wybiera tego brzydszego i bardziej ciapowatego (albo też jest wyrachowana, bo ten ciapowaty zawsze dziwnym trafem jest bogatszy i lepiej sytuowany…).

Tytuł: Upiór w Operze
Autor: Gaston Leroux
Tłumacz: Andrzej Wiśniewski
Tytuł oryginalny:
Fantôme de l'Opéra
Wydawnictwo: Studio Emka
Rok: 2005
Stron: 351

piątek, 8 kwietnia 2011

Tytanic dawno odnaleziony, czas na tajemnicę pisarza - "Saint-Exupery. Ostatnia tajemnica" Jacques Pradel, Luc Vanrell


Książkę otrzymałam od wydawnictwa Znak, za co serdecznie dziękuję.

Nie ma chyba nikogo, kto o Antoine de Saint-Exupery by nie słyszał. „Małego Księcia” omawia się jeszcze w szkole podstawowej, więc jeśli nawet ktoś się książkami brzydzi, to samo nazwisko autora z pewnością mu się o uszy obiło. Ci, którzy się książkami nie brzydzą i autora polubili mieli okazję się dowiedzieć, że zginął (zaginął?) on w niewyjaśnionych okolicznościach. Zważywszy na to, że zagadkowe zniknięcia miało miejsce w czasie wojny, nie ma w im nic sensacyjnego. Nie wyklucza to jednak tajemniczości całego zdarzenia. Bo cóż tak naprawdę stało się z panem de Saint-Exuperym?

Wyjaśnieniem tej zagadki postanowili się zająć panowie Jacques Pradel i Luc Vanrell. I trzeba im przyzna, że zrobili to z wielkim oddaniem, bo nie tylko szperali w przeróżnych archiwach, ale także osobiście brali udział w poszukiwaniach w terenie. A po ich zakończeniu napisali książkę „Saint-Exupery. Ostatnia tajemnica”.

W książce owej możemy wyróżnić dwie części (mimo, że jest podzielona zwyczajnie, na rozdziały). Pierwsza z nich to  biografia autora „Małego Księcia”. Jest ona dość krótka, (nie stanowi przecież zasadniczego tematu książki) ale bardzo ciekawa. Jakież to Antoine miał bujne życie! Był to artysta o osobowości dominującej, skłonny do popadania w rozterki egzystencjalne i niekiedy impulsywny. Ale nade wszystko kochał latanie. Był świetnym pilotem i miał doświadczenie wojskowe. Posunął się nawet do tego, aby wykorzystać prywatne znajomości, kiedy podczas II wojny światowej okazał się za stary do pilotowania amerykańskich maszynach P38. Oczywiście dzięki znajomościom i sławie udało mu się załatwić pozwolenie na loty. Przeczuwał, że latanie go kiedyś zgubi, ale mimo tego (a może właśnie dlatego) nie chciał z niego rezygnować. Przeczucie go nie myliło – 31 lipca 1944 roku nie powrócił z misji zwiadowczej i ślad po nim zaginął.
Tego typu maszynę pilotował Saint-Exupery podczas ostatniego lotu.

W drugiej części panowie Pradel i Vanrell opowiadają nam o swoich próbach rozwikłania zagadki pisarza. Okazuje się, że nie było to takie łatwe. Większość specjalistów była zgodna co do tego, że samolot sławnego pisarza się rozbił, jednak obszar, na którym miałoby do tego wydarzenia dojść, mógłby obejmować, lekką ręką licząc, pół Europy. Przełomem okazało się wydarzenie tak niepozorne, jak wyłowienie przez przypadkowego rybaka pewnego kawałka metalu – srebrnej bransoletki z nazwiskiem autora… Historia poszukiwań jest naprawdę ciekawa, dlatego nie powiem na ten temat nic więcej, żeby nikomu nie zepsuć zabawy. Przekonajcie się sami.

Tym, co w książce podobało mi się najbardziej, był gawędziarski ton autorów. Nawet techniczne szczegóły budowy samolotów potrafili podać w taki sposób, że mi (kobiecie przecież) bardzo miło się o tym czytało. Potrafili swoją opowieścią zająć czytelnika tak, jak mało któremu autorowi podobnych opracowań się udaje. Plusem są też barwne tablice ze zdjęciami a to wielkiego pisarza, a to samolotu lighting P38, a to znowuż samych autorów przy pracy w terenie. Niestety, były także minusy.

Uważam, że szanowni autorzy zbyt wiele uwagi poświęcili całej biurokratycznej przepychance, jaka wyniknęła w związku ze sprawą. By może chodziło o dodanie książce realizmu, ale do mnie ten manewr nie przemawia. Niby dlaczego bowiem ma statystycznego czytelnika interesować od łaski ilu urzędników i w jakich terminach zależało powodzenie poszukiwań? Mnie nie interesowało wcale, a zostałam tym dość obficie uraczona.

Jeśli chodzi o techniczną stronę wydania, to bardzo przypadła mi do gustu. Piękna grafika okładki współgra z tematem książki, a czcionka jest duża i wyraźna. Dodatkowym atutem są kolorowe zdjęcia, a to sławnego pisarza, a to jego samolotu, a to znowu panów odkrywców w trakcie nurkowania. Na końcu autorzy dodali także aneksy, przedstawiające m.in. przebieg ostatniej misji Saint-Exuperyego, rozpisanej na godziny. Gratka dla miłośników historii.

Mimo drobnej wady, książkę polecam, zwłaszcza fanom Saint-Exuperyego, ale również wszystkim tym, którzy lubią rozwiązywanie historycznych zagadek, książki o pracach archeologicznych czy te o klimacie związanym z lotnictwem. Takim czytelnikom na pewno przypadnie do gustu. A reszta może spokojnie poczyta, choćby w celu poszerzenia zainteresowań. 

Tytuł: Saint-Exupery. Ostatnia tajemnica
Autor: Jacques Pradel, Luc Vanrell
Tłumacz:
Marta Szafrańska-Brandt
Tytuł oryginalny: St-Exupéry: L'ultime secret
Wydawnictwo: Znak
Rok: 2011
Stron: 246

poniedziałek, 14 marca 2011

Różne oblicza obsesji - "Trucicielka" Eric-Emmanuel Schmitt

 Recenzja dal portalu Oblicza Kultury.
 
Eric-Emmanuel Schmitt jest autorem, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Jest też autorem, który o niebo lepiej sprawdza się w krótkich formach, niż w obszerniejszych powieściach. To przede wszystkim opowiadaniami potrafi porwać czytelnika, stworzyć historie skoncentrowane, działające na wyobraźnie. Cztery opowiadania, jakie wchodzą w skład „Trucicielki” właśnie do takich należą. I chociaż nie wszystkie są zachwycające, to jednak każde czyta się z przyjemnością.

Jak możemy się dowiedzieć z czwartej strony okładki, motywem przewodnim wszystkich tych historii jest obsesja. Jest to prawdą, a w każdym tekście obsesje przybierają inne oblicza. Schmitt jednak nie byłby sobą, gdyby jego historie nie były również opowieściami o miłości. Każdy, kto kiedykolwiek był zakochany szaleńczym, młodzieńczym uczuciem wie, że obie leżą bardzo blisko siebie, a towarzyszą im nienawiść i zazdrość, ale także troska i czułość. To wszystko można znaleźć w tym niedużym zbiorku opowiadań. A na dokładkę dodam jeszcze, że żadne z nich nie jest historią przesłodzoną.

Mi osobiście  najbardziej poruszające wydało się opowiadanie „Powrót”. Fabularnie nawet nie umywa się do sensacji pozostałych trzech historii: ot, marynarz, szorstki ojciec i oziębły mąż, dowiaduje się podczas służby na pełnym morzu, że jedna z jego córek nie żyje. Na dodatek nie wiadomo, która. Cała akcja zamyka się w tym jednym wydarzeniu, ale nie ona jest najważniejsza. Najbardziej poruszające i oddziaływujące na czytelnika są przemyślenia ojca. To, co dzięki nim odkrywa w sobie i to, co dzięki nim postanawia zmienić. Właściwie trudno powiedzieć, dlaczego akurat to opowiadanie najbardziej mi się spodobało. Może właśnie przez ten minimalizm?

Drugie miejsce zajęło opowiadanie „Elizejska miłość”, traktujące o tym, co się dzieje za drzwiami prezydenckiego apartamentu. Mówi nam jak łatwo miłość zmienia się w nienawiść, a żeby nie było zbyt sztampowo, to również jak nienawiść i wyrachowanie zmieniają się w miłość. Schmitt dość często w swoich opowiadaniach i sztukach teatralnych wykorzystuje motyw, jak sam go nazywa, „ludzi, którzy cierpią na bolesny rozdźwięk”, których uczucia się rozmijają. W tym opowiadaniu występuje on w najbardziej dla autora typowej formie, dlatego nikogo, kto twórczość Schmitta zna, fabuła raczej nie zaskoczy. Mimo tej swoistej przewidywalności, autor nadal potrafi wzruszyć.

Tytułowa „Trucicielka” jest opowiadaniem ciekawym pod względem psychologicznym. Oto stara kobieta, uchodząca (nieoficjalnie, bo sąd ją uniewinnił) za zbrodniarkę, ulega fascynacji młodym i przystojnym księdzem. Aby zainteresować go swoją osobą, opowiada mu o zbrodniach – wszystko oczywiście w ramach tajemnicy spowiedzi. Czy młody ksiądz zdoła ją zmienić? A może będzie jej kolejną ofiarą? A może w ogóle nic z tego nie wyniknie?

Najmniej poruszające (chociaż wiem, że mogę być w tej ocenie odosobniona) wydało mi się opowiadanie „Koncert Pamięci anioła”. Fabularnie jest bodajże najciekawsze: oto bowiem wypadek, będący skutkiem niedojrzałych, młodzieńczych ambicji, nieodwracalnie, choć na bardzo różne sposoby, zmienia życie dwóch młodych mężczyzn. Obaj stają się dla siebie obiektem obsesji. Zabrakło mi tu dokładniejszych opisów psychologicznych – wiem, że opowiadanie, jako krótka forma ma swoje prawa, ale bardzo by się przydało szepnąć nieco więcej.

Przez wszystkie opowiadania przewija się motyw św. Rity, tej od rzeczy niemożliwych. Jest to jeden ze swoistych smaczków tego zbioru, wpływających na jego indywidualny odbiór. Byłoby ich więcej, ale autor nieco psuje zabawę czytelnikowi, zamieszczając na końcu książki fragmenty swoich dzienników. Z jednej strony zawierają wiele ciekawych rzeczy, takich jak szczegóły procesu twórczego, czy refleksje autora, ale z drugiej zdradza „co autor miał na myśli?”, a tego, jak się okazało, nie chciałam wiedzieć…

Podsumowując, dla fanów Schmitta pozycja obowiązkowa. Pozostali też znajdą coś dla siebie, a na pewno spędzą miło czas, zagłębiając się w te cztery krótkie historie.
 
Tytuł: Trucicielka
Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tłumacz:
Agata Sylwestrzak-Wszelaki
Tytuł oryginalny: Concerto a la memoire d'un ange
Wydawnictwo: Znak
Rok: 2011
Stron: 246

poniedziałek, 28 lutego 2011

Sztuka dla człowieka, czy człowiek dla sztuki? - "Kiedy byłem dziełem sztuki" Eric-Emmanuel Schmitt

Już przy kilku okazjach zdarzyło mi się wspomnieć, że lubię Schmitta. Że urzeka mnie magia zaklęta w codzienności, którą autor nam pokazuje – i nie jest to przy tym magia starej szafy czy innej czarodziejskiej sowy (nie ujmując im niczego, oba te rodzaje magii również bardzo lubię). To czar naszej teraźniejszości, gdzie tylko od nas zależy, czy chwila będzie nudna i rutynowa, czy niezwykła. I ponieważ do tego przyzwyczaił mnie szanowny autor (że jego sposobem na odrobinę fantastyki w powieści jest takie przedstawienie zwykłych zdarzeń, aby jawiły nam się jako niezwykłe), mocno się zdziwiłam przy lekturze „Kiedy byłem dziełem sztuki”. Tutaj bowiem fabuła oscyluje nam w okolicach futurystycznego thrillera.

Młody chłopak stoi na skale, powszechnej wśród okolicznych samobójców, bo podobno nie zdarzyło się jeszcze, aby ktoś przeżył skok z niej. Wiadomo, że nikt się w takie miejsca nie udaje li i jedynie w celu podziwiania widoków. Cóż tam go doprowadziło? Motyw mało spektakularny: frustracja z powodu niezwykłej urody braci i atencji, jaką darzą ich media. Jednak owo samobójcze misterium przerywa obecność pewnego dziwnego jegomościa, który oświadcza, że ma dla naszego bohatera pewną propozycję. Chłopak, początkowo niechętny, w końcu postanawia przynajmniej jej wsłuchać. Tak oto trafia do posiadłości popularnego artysty, Zeusa Petera Lamy.

Propozycja jest bardzo nietypowa, ale można domyślić się jej już czytając tytuł książki: nasz bohater ma zostać dziełem sztuki. Jednak nie chodzi tu o trywialne pozowanie czy sterczenie bez ruchu, na wzór mima udając rzeźbę. Artysta bowiem od swojego materiału wymaga nie tylko zrzeknięcia się własnej anatomii i złożenia jej na ołtarzu sztuki celem całkowitego przemodelowania (czy komuś jeszcze w tym momencie stanęła przed oczami jedna z podróży kosmicznych Ijona Tichego?), ale również wyzbycia się człowieczeństwa i stania przedmiotem. Czy dla niekwestionowanej sławy warto płacić taką cenę?

Jak już wspominałam, autor mnie zaskoczył. Po tytule (bo opisów na okładkach staram się nie czytać) wnosiłam, że rzecz będzie raczej o postaci z obrazu, która w jakiś sposób z niego wyszła. A tutaj mamy coś z goła odwrotnego. A synteza różnych gatunków i odmian literackich sprawiła, że czasem dostawałam lekkiej czkawki.

Pod względem fabuły rozumianej ściśle jako ciąg zdarzeń, powieść ta jest dreszczowcem. Mamy tutaj nie do końca legalne praktyki medyczne nie do końca normalnego artysty, który na dodatek posiada wszystkie cechy komiksowych geniuszy zła. Mamy tez ofiarę jego pomysłów, której opamiętanie przychodzi, kiedy już jest nieco za późno. Mamy spory sztafaż obrzydliwości. Autor co prawda usilnie starał się nimi nie epatować, ale w tym konkretnym przypadku mój przerost wyobraźni okazał się ogromną wadą: nie dość, że skupiałam się nie na tym, na czym powinnam, to na dodatek na tym, na czym nie chciałam. 

Ale dreszczowiec to tylko jedna ze składowych, kolejną jest typowa proza Schmitta. Ta z kolei objawia się w warstwie nastrojowo słownej i gdyby nie wypaczenie fabułą, „Kiedy byłem dziełem sztuki” niczym by się nie różniło od innych powieści autora, przynajmniej pod względem klimatu. Jakby tego było mało, na całość trzeba patrzeć jak na przypowieść, bo nagromadzenie małych, ale upierdliwych absurdów jest tak duże, że przy próbie innego podejścia do lektury uniemożliwia „zawieszenie niewiary”.

Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, przez naszego niedoszłego samobójcę, ale z perspektywy wielu lat, jakie od opisywanych wydarzeń upłynęły. Na przykładzie tej historii autor próbował dać nam nieco materiału do przemyśleń na temat „Jak wysoką cenę jesteśmy w stanie zapłacić za sławę i czy naprawdę warto?”. Moim zdaniem zrobił to o niebo lepiej niż  Paulo Coelho w swojej przedostatniej powieści. Książka Schmitta naprawdę daje do myślenia i porusza jakąś strunę, która później wygrywa uporczywe pytania na temat tego, czy można sprzedać swoje człowieczeństwo, a jeśli tak, to za ile i czy przypadkiem ta transakcja nie stanie nam się kulą u nogi. Trzeba przyznać autorowi, że rozpala wyobraźnię. Forma sprawiła jednak, że czytelnik przynajmniej równie mocno się oburza. Mimo, iż wiedziałam, że to tylko fikcja literacka, trzęsłam się w środku na samą myśl, że coś takiego mogłoby być kiedykolwiek możliwe.

Nie jest to typowa powieść Schmitta i tak naprawdę sama nie wiem, co mam o niej myśleć (chyba najdobitniej to widać po chaosie panującym w recenzji). Dlatego powstrzymam się od polecenia jej komukolwiek – mieszane uczucia po dobrnięciu do końca mi na to nie pozwalają. 

Tytuł: Kiedy byłem dziełem sztuki
Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tłumacz:
Maria Braunstein
Tytuł oryginalny: Lorsque j'étais une œuvre d'art
Wydawnictwo: Znak
Rok: 2007
Stron: 263
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...