Jakiś czas temu odkryłam w odmętach booktoka nowy trend w fantastyce, czyli cozy fantasy. Ma to być fantastyka otulająca niczym ciepły kocyk i ogrzewająca serduszko, pozbawiona triggerów i przypominająca pierwsze rozdziały z „Władcy Pierścieni”, kiedy to Bilbo urodziny organizował. Przejrzałam sobie listy tytułów i okazało się, że jest tam kilka pozycji, które znam i lubię (czyli praktycznie wszystko, co u nas w tym nurcie wyszło, bo jakoś tak się złożyło, że co się dało, to już przeczytałam). Postanowiłam więc poczytać więcej, a tak się złożyło, że akurat Muza we współpracy z Papierowym Księżycem wydała jeden z głośniejszych booktokowych tytułów w temacie (głośniejszy przynajmniej zagranico), czyli „Dom nad błękitnym morzem” TJ Klune. Toteż przeczytałam.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty
środa, 22 lutego 2023
niedziela, 28 października 2018
"Korpożycie świnki morskiej" Paulien Cornelisse
Kiedy tylko zobaczyłam tę książkę w zapowiedziach, było jasne, że muszę ją przeczytać. Przy czym na początku spodziewałam się raczej fabuły, w której korporacyjna świnka morska (zwykły zwierzak domowy, trzymany w miejscu pracy dla towarzystwa i relaksu pracowników jak koty w niektórych bibliotekach) opowiadałaby nam o życiu swoich „kolegów z pracy” z bezkompromisowej, zwierzęcej perspektywy. Tymczasem im więcej dowiadywałam się o książce, tym bardziej czułam, że potężnie się rozczaruję. Nie tylko dlatego, że moje przewidywania odnośnie fabuły okazały się zupełnie błędne.
Fabuła „Korpożycia świnki morskiej” to mniej więcej rok z życia Cavii, pracownicy korporacyjnego działu komunikacji. Cavia jest singielką, ma kilku znajomych z pracy i zwyczajne rozterki samotnej kobiety po trzydziestce. Ach, i zapomniałabym, jest świnka morską.
I właśnie z tym mam problem – zupełnie nie rozumiem, dlaczego autorka w niektórych rolach swojego wiekopomnego dzieła postanowiła obsadzić antropomorficzne świnki morskie (przy czym to są jedyne antropomorficzne zwierzęta w powieści). Może moje niezrozumienie wynika z nieznajomości języka holenderskiego, może w tamtejszej kulturze i języku istnieją jakieś powiedzonka czy skojarzenia związane ze świnkami morskimi, które nadają tej decyzji sensu tudzież zabawnego zabarwienia (na zasadzie, powiedzmy, umieszczenia w polskiej humorystycznej powieści o pracownikach korporacji szczurów, bo wiecie, korposzczury, ha ha). Jednak nawet jeśli taki kontekst istnieje, tłumaczenie jest go pozbawione, a to sprawia, że wybranie akurat tego zwierzęcia na bohaterkę wydaje się bezzasadne.
I jasne, autorka nie ma obowiązku tłumaczyć się czytelnikowi z każdej swojej decyzji artystycznej, ale w tym przypadku z tej decyzji właściwie nic nie wynika. Bardzo łatwo zapomnieć, że czytamy o śwince morskiej, bo poza lakonicznymi wstawkami o mokrym futerku nic na to nie wskazuje. Nie wiem jak was, ale mnie strasznie irytują takie puste zabiegi literackie, którym brak jakiegokolwiek uzasadnienia, funkcji i ciężaru w utworze. Cavia mogłaby równie dobrze być zwykła kobietą o nietypowym imieniu. Bezbarwną jako bohaterka, dodajmy. Nasza korpoświnka jest bowiem ciepłą kluchą, której rzeczy w życiu raczej się przydarzają, niż są efektem dążeń samej zainteresowanej. Brak jej zawodowych ambicji (wbrew temu, co twierdzi blurb), romantycznych zresztą też (co akurat może być plusem, bo ileż można czytać o kobietach rozpaczliwie poszukujących drugiej połówki nawet jeśli się do tego nie przyznają?). Charakteru też jej brak. Nie wiemy też niczego o jej rodzinie, a jedyną informacja o przeszłości są wiadomości przesyłane od byłego chłopaka. Możemy przyjąć, że to był świadomy zabieg ze strony autorki – może chciała stworzyć postać everymana, z którą każdy były lub obecny pracownik korpo mógłby się łatwo utożsamiać?... Cóż, nigdy nie byłam pracownicą korpo, więc najwyraźniej nie potrafię docenić genialnego pomysłu.
Mogło też chodzić o to, żeby na tle przeciętnej Cavii barwniej wypadli jej współpracownicy. Sęk w tym, że są strasznie stereotypowi, a dowiadujemy się o nich za mało, żeby zdołali z ram tych stereotypów wyjść czy też je zdekonstruować. I tak mamy recepcjonistę, który jest typowym przystojnym gejem, lubiącym imprezy i zmieniającym partnerów jak rękawiczki. Mamy szefową HR-u, będąca typową ambitną singielką stawiającą na karierę, mamy też koleżankę, która stara się godzić rolę żony i matki z pracą zawodową. Żadne nie jest pełnowymiarową postacią, żadne nie ma zwykłych, ludzkich problemów, poza tymi, które wynikają z ich klisz. A mimo to wypadają ciekawiej od Cavii.
Zostawmy już może niewydarzonych bohaterów i przejdźmy do (równie niewydarzonej) fabuły. Składa się ona z krótkich rozdziałów, z których każdy opisuje mniej lub bardziej istotny epizod z życia Cavii. Taka konstrukcja mocno kojarzy mi się z powieścią w odcinkach i miałam wrażenie, że przynajmniej część rozdziałów była projektowana jako seria krótkich, satyrycznych historyjek do opublikowania w czasopismach, a resztę dopisano wyłącznie po to, żeby całość lepiej wypadła w formie książkowej. Przy czym nie ma tu spójnej fabuły i o ile początek i koniec tworzą jakąś klamrę, to zawartość między nimi sprawia wrażenie chaotycznej. Poza tym bezbarwność bohaterów powoduje, że trudno mi się było przejąć tym, co im się przytrafiało.
„Korpożycie świnki morskiej” miało być powieścią humorystyczną. Najwyraźniej jestem kompletnie niekompatybilna z holenderskim poczuciem humoru, bo nie było tu żadnej sceny, która wydałaby mi się zabawna (za to było mnóstwo takich, które uznałam za nieco żenujące). Autorka zapewne dość trafnie punktuje absurdy pracy w korporacji i relacje między kolegami z jednego openspace'u (przynajmniej jeśli większość tych relacji ma stanowić skrępowanie i chowanie się po kątach przed przełożonymi), ale brak w tym wszystkim lekkości i jakiejkolwiek finezji. Mnie nie śmieszy.
Krótko mówiąc, ta powieść to marnotrawstwo czasu i pieniędzy, a jej jedyną zaletą jest fakt, że nawet ja dałabym radę przeczytać ją w jeden wieczór, bo czyta się bardzo sprawnie (głównie przez bardzo krótkie rozdziały, szerokie interlinie i takież marginesy). Przy czym największą jej wadą jest potworna nijakość, której nie dała rady zrekompensować nawet moja ponadprzeciętna sympatia względem świnek morskich. Szczerze mówiąc za pieniądze wydane na tę książkę mogłam nakupować natki pietruszki – karmienie nią moich osobistych kawii domowych byłoby znacznie bardziej satysfakcjonujące od czytania. Nie popełniajcie mojego błędu.
Fabuła „Korpożycia świnki morskiej” to mniej więcej rok z życia Cavii, pracownicy korporacyjnego działu komunikacji. Cavia jest singielką, ma kilku znajomych z pracy i zwyczajne rozterki samotnej kobiety po trzydziestce. Ach, i zapomniałabym, jest świnka morską.
I właśnie z tym mam problem – zupełnie nie rozumiem, dlaczego autorka w niektórych rolach swojego wiekopomnego dzieła postanowiła obsadzić antropomorficzne świnki morskie (przy czym to są jedyne antropomorficzne zwierzęta w powieści). Może moje niezrozumienie wynika z nieznajomości języka holenderskiego, może w tamtejszej kulturze i języku istnieją jakieś powiedzonka czy skojarzenia związane ze świnkami morskimi, które nadają tej decyzji sensu tudzież zabawnego zabarwienia (na zasadzie, powiedzmy, umieszczenia w polskiej humorystycznej powieści o pracownikach korporacji szczurów, bo wiecie, korposzczury, ha ha). Jednak nawet jeśli taki kontekst istnieje, tłumaczenie jest go pozbawione, a to sprawia, że wybranie akurat tego zwierzęcia na bohaterkę wydaje się bezzasadne.
I jasne, autorka nie ma obowiązku tłumaczyć się czytelnikowi z każdej swojej decyzji artystycznej, ale w tym przypadku z tej decyzji właściwie nic nie wynika. Bardzo łatwo zapomnieć, że czytamy o śwince morskiej, bo poza lakonicznymi wstawkami o mokrym futerku nic na to nie wskazuje. Nie wiem jak was, ale mnie strasznie irytują takie puste zabiegi literackie, którym brak jakiegokolwiek uzasadnienia, funkcji i ciężaru w utworze. Cavia mogłaby równie dobrze być zwykła kobietą o nietypowym imieniu. Bezbarwną jako bohaterka, dodajmy. Nasza korpoświnka jest bowiem ciepłą kluchą, której rzeczy w życiu raczej się przydarzają, niż są efektem dążeń samej zainteresowanej. Brak jej zawodowych ambicji (wbrew temu, co twierdzi blurb), romantycznych zresztą też (co akurat może być plusem, bo ileż można czytać o kobietach rozpaczliwie poszukujących drugiej połówki nawet jeśli się do tego nie przyznają?). Charakteru też jej brak. Nie wiemy też niczego o jej rodzinie, a jedyną informacja o przeszłości są wiadomości przesyłane od byłego chłopaka. Możemy przyjąć, że to był świadomy zabieg ze strony autorki – może chciała stworzyć postać everymana, z którą każdy były lub obecny pracownik korpo mógłby się łatwo utożsamiać?... Cóż, nigdy nie byłam pracownicą korpo, więc najwyraźniej nie potrafię docenić genialnego pomysłu.
Mogło też chodzić o to, żeby na tle przeciętnej Cavii barwniej wypadli jej współpracownicy. Sęk w tym, że są strasznie stereotypowi, a dowiadujemy się o nich za mało, żeby zdołali z ram tych stereotypów wyjść czy też je zdekonstruować. I tak mamy recepcjonistę, który jest typowym przystojnym gejem, lubiącym imprezy i zmieniającym partnerów jak rękawiczki. Mamy szefową HR-u, będąca typową ambitną singielką stawiającą na karierę, mamy też koleżankę, która stara się godzić rolę żony i matki z pracą zawodową. Żadne nie jest pełnowymiarową postacią, żadne nie ma zwykłych, ludzkich problemów, poza tymi, które wynikają z ich klisz. A mimo to wypadają ciekawiej od Cavii.
Zostawmy już może niewydarzonych bohaterów i przejdźmy do (równie niewydarzonej) fabuły. Składa się ona z krótkich rozdziałów, z których każdy opisuje mniej lub bardziej istotny epizod z życia Cavii. Taka konstrukcja mocno kojarzy mi się z powieścią w odcinkach i miałam wrażenie, że przynajmniej część rozdziałów była projektowana jako seria krótkich, satyrycznych historyjek do opublikowania w czasopismach, a resztę dopisano wyłącznie po to, żeby całość lepiej wypadła w formie książkowej. Przy czym nie ma tu spójnej fabuły i o ile początek i koniec tworzą jakąś klamrę, to zawartość między nimi sprawia wrażenie chaotycznej. Poza tym bezbarwność bohaterów powoduje, że trudno mi się było przejąć tym, co im się przytrafiało.
„Korpożycie świnki morskiej” miało być powieścią humorystyczną. Najwyraźniej jestem kompletnie niekompatybilna z holenderskim poczuciem humoru, bo nie było tu żadnej sceny, która wydałaby mi się zabawna (za to było mnóstwo takich, które uznałam za nieco żenujące). Autorka zapewne dość trafnie punktuje absurdy pracy w korporacji i relacje między kolegami z jednego openspace'u (przynajmniej jeśli większość tych relacji ma stanowić skrępowanie i chowanie się po kątach przed przełożonymi), ale brak w tym wszystkim lekkości i jakiejkolwiek finezji. Mnie nie śmieszy.
Krótko mówiąc, ta powieść to marnotrawstwo czasu i pieniędzy, a jej jedyną zaletą jest fakt, że nawet ja dałabym radę przeczytać ją w jeden wieczór, bo czyta się bardzo sprawnie (głównie przez bardzo krótkie rozdziały, szerokie interlinie i takież marginesy). Przy czym największą jej wadą jest potworna nijakość, której nie dała rady zrekompensować nawet moja ponadprzeciętna sympatia względem świnek morskich. Szczerze mówiąc za pieniądze wydane na tę książkę mogłam nakupować natki pietruszki – karmienie nią moich osobistych kawii domowych byłoby znacznie bardziej satysfakcjonujące od czytania. Nie popełniajcie mojego błędu.
Tytuł: Korpożycie świnki morskiej
Autor: Paulien Cornelisse
Tytuł oryginalny: De verwarde cavia
Tłumacz: Sylwia Walecka
Wydawnictwo: Muza
Rok: 2018
Stron: 262
Autor: Paulien Cornelisse
Tytuł oryginalny: De verwarde cavia
Tłumacz: Sylwia Walecka
Wydawnictwo: Muza
Rok: 2018
Stron: 262
wtorek, 16 czerwca 2015
"Leksykon fantastyki" - Karolina Haka-Makowiecka, Marta Makowiecka, Małgorzata Węgrzecka
To będzie kolejna z bardzo krótkich notek, ale uznałam, że akurat o tej książce powinnam napisać kilka słów, choćby ze względu na charakter mojego bloga. W końcu jak się pisze głównie o fantastyce, to wypadałoby też mieć jakieś zdanie o „Leksykonie fantastyki”.
„Leksykon fantastyki. Postacie, miejsca, rekwizyty, zjawiska” został wydany sześć lat temu przez Muzę i od tamtej pory wzbudzał moje zainteresowanie. Nawet studzące zapał notki czytanych blogerów nie zdołały mnie zniechęcić i kiedy wypatrzyłam „Leksykon” w taniej książce, nie mogłam się oprzeć.
Jak sama nazwa wskazuje, ta książka jest zbiorem haseł z opisami. I muszę przyznać, że autorki odwaliły kawał roboty, bo zagłębiły się w chyba każdy zakątek popkultury, jaki tylko można sobie wyobrazić (poza grami – niestety, tę gałąź popkultury sobie odpuściły). Mamy więc elementy magiczne z polskich powieści czasów głębokiego PRL-u, literaturę zagraniczną, baśnie, współczesne filmy animowane i aktorskie… Generalnie można powiedzieć, że jeśli coś wyszło przed 2008 rokiem, jakaś wzmianka o tym będzie w „Leksykonie”.
Niestety, nie tylko bogactwem, ale i treścią haseł słowniki (czy inne tego typu publikacje) stoją. I tutaj jestem nieco rozczarowana. Bo widzicie, autorki co prawda skrupulatnie opisują wygląd i rolę bohaterów/przedmiotów/zjawisk, ale na tym koniec. Jeśli ktoś poszukuje wiedzy wykraczającej poza treść utworu (na przykład oryginalnych imion bohaterów – przydatne, kiedy chce się zgłębiać wiedzę na własną rękę w internecie), to jej tam nie znajdzie. Nawet nie cała konieczna wiedza zawarta w utworach jest wspomniana w hasłach. Na przykład o bazyliszku czytamy, że jest to potwór z głową koguta, ogonem węża i tak dalej, i że pojawia się też w drugim tomie cyklu o Harrym Potterze. Wzmianki, że w tymże cyklu wygląda on zupełnie inaczej niż w „Legendach warszawskich” brak. Z Pożeraczem Chmur rzecz ma się trochę inaczej, bo tu autorki nie skorzystały z wszelkich dostępnych źródeł – wzięły na tapetę zbiór opowiadań, całkowicie ignorując wyrosły z niego cykl. A to nie są jedyne braki.
Nie chcę przez to powiedzieć, że „Leksykon fantastyki” to książka kompletnie bezużyteczna. Wręcz przeciwnie – idealnie nadaje się dla maturzystów piszących swoje prace maturalne (choć tym, którzy są fanami, posłuży raczej tylko jako kolejna pozycja w spisie literatury przedmiotu). Bardziej zaawansowanym konsumentom popkultury raczej do niczego się nie przyda.
Autor: Karolina Haka-Makowiecka, Marta Makowiecka, Małgorzata Węgrzecka
Wydawnictwo: Muza
Rok: 2009
Stron: 454
poniedziałek, 11 maja 2015
"Cień wiatru" Carlos Ruiz Zafon
„Cień wiatru” czytali już chyba wszyscy – swego czasu strach było do lodówki zajrzeć, żeby z niej nie wyskoczył. I zbierał praktycznie same pozytywne recenzje. Nie powiem, też mnie ta książka zaintrygowała, jednak w czasach największej popularności (właściwie do tej pory to dość popularny tytuł – może nie tak, jak parę lat temu, ale ciągle) nie miałam okazji po nią sięgnąć. Niedawno, dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza, w moim posiadaniu znalazł się ebook (jako iż po tych kilku latach wydawca zdecydował się wypuścić powieści Zafona w formie elektronicznej). I co? I się rozczarowałam.
O czym ta powieść jest, wiedzą chyba już wszyscy (od dawna żyję w przeświadczeniu, że jestem ostatnią osobą, przynajmniej w blogosferze książkowej, która przeczytała „Cień wiatru”), ale dla porządku przypomnę. Narratorem jest Daniel, syn pewnego barcelońskiego księgarza. Poznajemy go w momencie, kiedy ojciec pokazuje mu Cmentarz Zapomnianych Książek – miejsce, gdzie trzyma się tytuły zapomniane i bezpańskie, taki trochę dziwny antykwariat. Daniel może wybrać sobie książkę do „adopcji”, którą będzie się opiekował. Wybór pada na „Ceń wiatru”, powieść niejakiego Juliana Caraxa, którą chłopak z wypiekami na twarzy pochłania w jedną noc. Po tym doświadczeniu, postanawia dowiedzieć się wszystkiego o tajemniczym autorze. Nie wie, że wplącze go to w mroczną i niebezpieczną historię.
Brzmi zachęcająco, prawda? Książka, sekret i śledztwo dotyczące pisarza to rzeczy, które przyciągną uwagę każdego mola książkowego. I niby wszystko jest w porządku, bo to śledztwo, sekrety i tajemniczy pisarz rzeczywiście w „Cieniu wiatru” są. Tylko jakoś mało satysfakcjonująco.
Pierwszym, co mnie rozczarowało, były opisy miłosnych perypetii Daniela – było ich zdecydowanie za dużo, znacznie więcej niż opowieści o Julianie Caraxie, po której Daniel miał być przecież tylko przewodnikiem. Tymczasem sporo rozdziałów autor poświęcił na opisywanie najpierw nieszczęśliwej miłości do starszej kobiety (dwudziestolatki, która w chwili poznania Daniela była odeń dwukrotnie starsza), później zaś burzliwego romansu z rówieśniczką. Z jednej strony Zafon postąpił w jakimś stopniu logicznie – skoro całą historię poznajemy z ust Daniela, dorastającego w czasie tej opowieści, nie ma się co dziwić, że nastolatek sporo miejsca, czasu i uwagi poświęca niewieścim przymiotom (trochę irytuje za to, że inni mężczyźni zajmujący dość ważne miejsce w narracji też myślą głównie o babskich tyłkach i biustach), z drugiej, nie to mnie jako czytelniczce obiecano.
Za drugim rozczarowaniem stoją te pochwalne peany, które wylewały się z internetu. Widzicie, po tej fali zachwytów spodziewałam się czegoś przełomowego, zaskakującego, z drugim, a może nawet trzecim i czwartym dnem. Tymczasem dostałam fabułę, która mogłaby być owocem romansu brazylijskiej telenoweli z klasyczną powieścią gotycką. Im bliżej byłam rozwiązania zagadki, tym bardziej przewidywalna się stawała i tym bardziej stawała mi przed oczami wizja bohaterów w scenach i dialogach z jakiegoś „Serca Clarity” rodem. Z telenoweli rodem był też lekarz, który w czasach przed pierwszą wojną światową potrafił rozpoznać ciążę w cztery dni po domniemanym zapłodnieniu, co mnie dość ubawiło (choć dopuszczam też myśl, że doktorek po prostu był z tych, dla których seks=ciążą, zawsze i wszędzie. Ale to z kolei nie najlepiej świadczy o jakości jego usług).
A właśnie, bohaterowie. Trójwymiarowych mamy może trzech – Daniela, jego przyjaciela Fermina i Caraxa. Daniel to typowy chłopak, nastolatek jak każdy inny, nawet można go polubić, bo miewa i słabości, i porywy szlachetności czy idealizmu. Fermin to postać niezwykle barwna i nawet sympatyczna, niestety, autor każe mu w każdej scenie perorować na temat babskich tyłków, co na początku dodaje postaci kolorytu, ale później wywołuje tylko niecierpliwione przewracanie oczami. Za to sam Carax jest o tyle ciekawy, że Zafon umyślił dla niego rolę typowego bohatera powieści gotyckiej i zgrabnie a konsekwentnie każe mu ją odgrywać. Reszta to tylko jednowymiarowe, płaskie cienie, mające do odegrania określoną partię – już to famme fatale, już to starego ojca, już to młodej ukochanej, już to przyjaciela z młodości. I ani odrobinę poza te ramy nie wychodzą, przez co życia w nich niewiele.
Jak wspominałam, książkę czytałam w formie elektronicznej, więc parę słów i o tym. Zastrzeżeń nie mam, książka ładnie dostosowywała się do czytnikowego formatowania, a i zdjęcia nie straciły wiele (w papierowej wersji również były czarnobiałe, a na czytanie na czytniku nic im z uroku nie ujęło). Co do wad, to zdarzało się przerzucenie tekstu do kolejnego wersu w momentach dość losowych, ale to właściwie wszystko.
Cieszę się, że mam tę książkę w ebooku. Na półce zajmowałaby mi miejsce, a tak ta odrobina zajętej pamięci nikomu nie wadzi. Zafon kompletnie nie sprawdził się dla mnie w dłuższej opowieści, jego młodzieżówki wspominam zdecydowanie lepiej. Cóż, chyba czas zakończyć przygodę z tym panem. Ale wy oczywiście możecie sami go przetestować.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Muza.
Autor: Carlos Ruiz Zafon
Tytuł oryginalny: La Sombra del Viento
Tłumacz: Beata Fabjańska-Potapczuk, Carlos Marrodan Casas
Cykl: Cmentarz Zapomnianych Książek
Wydawnictwo: Muza
Rok: 2015
Stron: 512
wtorek, 29 listopada 2011
Upiór kolejarstwa - "Pałac Północy" Carlos Ruiz Zafon
Pisałam kiedyś o „Księciu Mgły”, pamiętacie? Dzisiaj przyszedł czas na kolejną książkę w dorobku Zafona, drugą, jaką napisał. „Pałac Północy” również jest powieścią młodzieżową, pod pewnymi względami bardzo podobną do „Księcia…”. Zasadnicza różnica między nimi tkwi w klimacie. Nie jest to bowiem łagodny klimat europejskiego wybrzeża, a wilgotna i gorąca atmosfera Kalkuty. Posłuchajcie…
Rok: 2011
Stron: 288
Pewnej burzowej nocy w Kalkucie przychodzi na świat dwoje dzieci: chłopczyk i dziewczynka, bliźnięta. Grozi im wielkie niebezpieczeństwo, toteż krewni postanawiają je rozdzielić, łudząc się, że to dzieciom pomoże. Szesnaście lat później Ben, który właśnie wchodzi w dorosłe życie, przypadkiem dowiaduje się, że ma siostrę. Wraz z siostra wraca koszmar z przeszłości i Ben z oddanymi przyjaciółmi, staje w obliczu wielkiej zagadki. Zagadki, której nierozwiązanie przypłaci niechybną śmiercią, a która wiąże się z jego ojcem, spalonym dworcem kolejowym i upiornym, płonącym pociągiem.
Fabuła wykazuje wiele podobieństw do „Księcia Mgły”, więc czytelnik znający go będzie pozbawiony wielu niespodzianek, w porównaniu z pierwszym spotkaniem z autorem. Nie przeszkadzało mi to jednak, chociaż sprawiło, że miałam mniej radości z czytania o przygodach bliźniąt. Zrekompensował to klimat opowieści: duszne noce Kalkuty, jej nieustanne, monsunowe deszcze i nieprzerwane zagrożenie ze strony ognia wraz z upiorną, płonącą lokomotywą tworzą atmosferę najlepszych opowieści o duchach.
Klimat i barwny, plastyczny język, jakim posługuje się autor to największe atuty książki. Kiedy Zafon o czymś pisze, od razu widzę to oczyma wyobraźni. Skoro twórca już w tych pierwszych powieściach miał tak sprawne pióro, nie mogę się doczekać, cóż takiego mi zaprezentuje w dojrzalszych dziełach.
Napisałam krótko, bo po recenzji „Księcia Mgły” do „Pałacu Północy” niewiele mogę dodać. Jest to przednia powieść młodzieżowa, może trochę mało odkrywcza, ale świetna w czytaniu. Polecam wszystkim, bo to świetna lektura na jeden, dwa wieczory.
Tytuł: Pałac Północy
Autor: Carlos Ruiz Zafon
Tytuł oryginalny: El Palacio de la Medianoche
Tłumacz: Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas
Wydawnictwo: MuzaRok: 2011
Stron: 288
środa, 12 października 2011
Nasza historia;) - "Moja historia czytania" Alberto Manguel
Książeczkę pożyczyła mi JoannazKociewia. Dziękuję!
Książki o książkach to coś, co każdy mol książkowy lubi najbardziej. Może być to powieść o zapamiętałym czytelniku czy bibliofilu, może być popularnonaukowe opracowanie na temat czytelnictwa, ale chyba najlepsze są eseje. Ta forma pozwala na spojrzenie bardziej osobiste, kiedy czytając tekst myślimy „To o mnie!” (jak u Anne Fadiman). Ale pozwala też na spojrzenie bardziej globalne, na odnoszenie naszych własnych zwyczajów do historii ogólnej. I takie właśnie podejście prezentuje nam „Moja historia czytania” Alberto Manguela.
Autor jednak nie stara się przedstawić wszystkiego w sposób chronologiczny, drobiazgowo analizując aspekty czytelnictwa wedle wykładni wieków. Pozwolił sobie na swobodę, omawiając wybrane zagadnienia według własnych kryteriów. I tak, mamy tekst o historii czytania po cichu, które przez bardzo długi czas wcale nie było czymś oczywistym, o nauce czytania – czyli jak to drzewiej w szkołach bywało, o zakazanych lekturach – czyli cenzura przez wieki i tak dalej, i tak dalej.
Oczywiście nie wszystkie teksty podobały mi się tak samo. Zdarzały się eseje nużące, które mimo szczerych chęci nie potrafiły mnie zainteresować. Bywały też perełki (i to całkiem sporo), które czytałam z wypiekami na twarzy, odnajdując tam coś o sobie. Chociażby tekst o zwyczaju czytania w łóżku – jeden z tych, przy którym od razu pomyślałam „To o mnie!”. W pewnym sensie ta myśl odnosiła się też do rozdziału poświęconego historii uprzedzeń do czytających (czyli poszukiwaniom momentu, w którym człowiek z książką przestał być uważany za mędrca, a zaczął być postrzegany jako irytujący fantasta, który żyje tylko w świecie własnych imaginacji), zwłaszcza, że autor przy tej okazji poświęcił też sporo miejsca okularom. Niezwykle ciekawe były rozważania o cenzurze. To z nich dowiedziałam się, że w niektórych stanach jeszcze w połowie XIX wieku nie wolno było uczyć (ani uczyć się) czytać czarnoskórym, zarówno niewolnikom, jak i wolnym. Za to przewinienie groziło ciężkie pobicie, a nierzadko i stryczek. Działalność cenzorska w ogóle ma w USA dość bogatą tradycję, co zdaje się być gorzką ironią w kraju, który jest taki dumny z wolności własnych obywateli…
Zwyczaje pisarskie Manguela mogą sprawiać problem niektórym czytelnikom. Zwłaszcza tym, którzy nie lubią, kiedy cytuje się nieznane im książki. Wszystkie eseje są bowiem naszpikowane cytatami jak przysłowiowa dobra kasza skwarkami. A i język sprawia, że są trudniejsze w odbiorze, niż choćby eseje Fadiman. Moim zdaniem jednak warto się trochę wysilić.
Sądzę, że „Moja historia czytania” jest obowiązkową pozycją dla każdego mola. Pozwala poobcować ze świetnym, choć momentami przyciężkim stylem, poszerza wiedzę o własnej obsesji.;) a każdy przecież powinien własną obsesję znać jak najlepiej. I zawsze warto wiedzieć, która z postaci historycznych miała podobne zwyczaje do nas.
Tytuł: Moja historia czytania
Autor: Alberto Manguel
Tytuł oryginalny: A history of reading
Tłumacz: Hanna Jankowska
Wydawnictwo: Muza
Rok: 2003
Stron: 496
wtorek, 30 sierpnia 2011
Odwiedziny w Edynburgu, czyli Wczasowiczka - "44 Scotland Street" Alexander McCall Smith
Na początek trzeba wspomnieć, że „44 Scotland Street” trafiła do mnie jako Książka wczasowiczka z Miasta, w ramach akcji „Książka na wakacjach”, organizowanej przez Magdę. Jak na miastową wczasowiczkę przyjeżdżającą na letnisko na wieś przystało, książka dostała nocleg w stodole na sianie, o tak:
(Ok, tak naprawdę to było tylko pozowane zdjęcie, żeby było się czym chwalić po powrocie. Ale o tym cicho sza!, nie psujmy efektu;)).
Natomiast co do samej wczasowiczki… Cóż, pewnie gdyby nie akcja, nie przeczytałabym jej, jako że w żadnej bibliotece (włączając biblioteczki naciąganych przeze mnie znajomych) nie mogłam jej dostać. Mimo iż recenzje bardzo kusiły, nie byłam jeszcze dostatecznie zdesperowana, aby książkę kupić. Aż tu nagle Magda wykazała się wspaniałą inicjatywą (świetny pomysł, swoją drogą. Może w przyszłym roku i ja się przyłączę?) i miałam okazję przeczytać. Chcecie wiedzieć, jak mi się podobało? Posłuchajcie…
Scotland Street to ulica Nowego Miasta w Edynburgu, ciesząca się sława miejsca dość eklektycznego. Można tam spotkać zarówno studentów (na szczęście w niewielkich ilościach), artystów wszelkiego autoramentu, jak i nobliwych mieszczan. Przy takim miszmaszu nie mogło zabraknąć postaci cokolwiek nietypowych, o czym Pat, dwudziestoletnia dziewczyna świeżo zamieszkała w kamienicy nr 44, szybko się przekonuje. Pierwszym odkryciem jest Bruce, jej współlokator – typ niepoprawnego narcyza przekonanego (ze sporą dozą słuszności zresztą), że żadna kobieta nie może mu się oprzeć. Kolejną barwną postacią jest mieszkająca obok Domenica (moja osobista ulubienica), starsza pani antropolog o ujmującej osobowości i niezwykłym charakterze. Niżej zaś mieszka mały Bertie, którego matka uważa za cudowne dziecko, w związku z czym wypróbowuje na nim różne teorie psychologii dziecięcej (oczywiście dla jego dobra). To na szczęście tylko w przerwach między przedszkolem, włoskim, saksofonem, matematyką… Lokatorzy kamienicy nr 44 to dopiero mała próbka mieszkańców Scotland Street i okolic, a każda kolejna postać, którą autor nam przedstawia jest ciekawsza od poprzedniej.
Ciekawostką dla mnie był fakt, że „44 Scotland Street” jest powieścią odcinkową. Ta forma powieściopisarstwa kojarzy mi się z „Lalką” Prusa – nawet tematyka nieco podobna (życie pewnych warstw społecznych miasta) – i nie jest dziś zbyt popularna. Tym bardziej intrygująca wydała mi się powieść pana McCalla Smitha. Rzeczywiście, różni się ona od powieści pisanych „jednym ciągiem”: ma inny, dużo żwawszy rytm narracji i mnóstwo wątków, z których większość czeka na zamknięcie w kolejnych odcinkach. Szalenie podoba mi się taka półotwarta forma tekstu, pozwalająca na nieustane dopisywanie dalszego ciągu. Przypomina trochę prowadzenie bloga.;)
Największą siła powieści są jednak bohaterowie, których autor zarysował wręcz po mistrzowsku. Ma do tego niezwykły talent, czasem wystarczy jedna sugestywnie opisana scena, żebyśmy mogli sobie wyrobić zdanie o danej osobie. Mimo tego, bohaterowie często nas zaskakują. I są niezwykle wręcz realistyczni. Nie wszystkich da się lubić, bywają osobnicy irytujący, tacy, których nigdy nie chciałoby się poznać. Ale nawet oni niezmiernie nas ciekawią, chcemy wiedzieć, co takiego się im przydarzy (nawet, jeśli marzy nam się coś bardzo paskudnego).
Pan McCall Smith napisał przeuroczą, ciepłą, ale nie pozbawioną uszczypliwości satyrę na mieszkańców Edynburga. Widać, że mimo złośliwości kocha to miasto i jego mieszkańców i ogromną frajdę sprawia mu malowanie ich portretów – nie wygładzonych i upiększonych, ale dobrotliwie ukazujących wszelkie wady i zalety modeli. I chyba właśnie ta autentyczność najbardziej pociąga w mieszkańcach „Ulicy Szkockiej”. Będę za nimi tęsknić. A propos: ma ktoś może do pożyczenia tom drugi?;)
Tytuł: 44 Scotland Street
Autor: Alexander McCall Smith
Tytuł oryginalny: 44 Scotland Street
Tłumacz:Elżbieta McIver
Wydawnictwo: MuzaRok: 2010
Stron: 311
sobota, 13 sierpnia 2011
Mroczny książę (i bez skojarzeń z wampirami proszę!) - "Książę Mgły" Carlos Ruiz Zafon
Zakładałam, że pierwszą książką Zafona, jaką przeczytam, będzie „Cień wiatru”. Jednak, jak to ze wszystkimi wychwalanymi pod niebiosa książkami bywa, zabierałam się do niego jak pies do jeża z baaaardzo długimi kolcami, czyli krótko mówiąc, patrzyłam z nieufnością i jakoś nie miałam śmiałości się wgryźć. Toteż, po namyśle (a prowokujące prężenie grzbietu na bibliotecznym regale też miało w tym swój udział) postanowiłam jednak najpierw się zapoznać z „Księciem mgły”. Pomyślałam, że pomimo iż to młodzieżówka i debiut do tego, da mi jakieś pojęcie o stylu autora, a dodatkowo będę się mogła cieszyć lekturą, nie psując sobie przyjemności wygórowanymi oczekiwaniami. Muszę przyznać, że była to dobra decyzja.
Kiedy Maximilian Carver postanawia wprowadzić w życie pomysł przeniesienia rodziny z wielkiego miasta do małej, nadmorskiej mieściny nikt się co prawda nie sprzeciwia (jest rok 1943, a wiadomo, że w czasie wojny duże miasta nie są bezpiecznym miejscem), ale też nikt nie jest zadowolony. Humory psują się jeszcze bardziej, kiedy Alice, Max, Irina oaz ich matka wreszcie mają okazję ujrzeć nowe domostwo: nie dość że jest strasznie zapuszczone (od kilku lat nikt tam nie mieszkał), to jeszcze wiąże się z nim bardzo smutna historia. Poprzedni właściciele, państwo Fleishmannowie, opuścili je zaraz po śmierci swojego kilkuletniego wówczas synka, Jacoba. Na dodatek nowe lokum wydaje się być nawiedzone – dzieją się w nim rzeczy co najmniej dziwne. Na szczęście nie wszystko jest takie złe. Max poznaje nowego kolegę, siedemnastoletniego Rolanda, którego dziadkiem jest mieszkający w odosobnieniu i bardzo tajemniczy latarnik. To właśnie od niego dzieciaki usłyszą opowieść o złym czarnoksiężniku, zwanym Księciem Mgły. Nieco sceptycznie nastawiony Max przekona się, że magia jednak istnieje, a w opowieści starego latarnika jest więcej niż tylko ziarno prawdy.
Muszę przyznać, że to najlepsza powieść młodzieżowa (zaraz po książkach o Percym Jacksonie – Harrego Pottera nie liczę, bo nie cały cykl da się zaliczyć do literatury młodzieżowej), jaką zdarzyło mi się czytać. Autor, jak sam napisał we wstępie, chciał „napisać taką książkę, którą z przyjemnością sam bym przeczytał jako dzieciak, jako dwudziestolatek, czterdziestolatek, czy wreszcie sędziwy osiemdziesięciolatek”[7]. Twierdzę, że mu się udało.
Sam pomysł na fabułę powieści, czyli konfrontacja dobrych protagonistów ze złym czarnoksiężnikiem nie jest może niczym nowym, ale Zafonowi udało się go podać w sposób, na jaki nikt wcześniej nie wpadł. Zgrabnie pozszywał ze sobą motywy, które są najbardziej lubiane przez młodych czytelników, dodając jeszcze łatkę fantazji i nowatorstwa do tego pięknego patchworku. Książka czytana przez młodego czytelnika w łóżku, przy świetle lampki jeno, może być jednocześnie przygodówką, powieścią fantasy, kryminałem a nawet horrorem. To wszystko dzięki fenomenalnej umiejętności budowania nastroju i napięcia, jakim wykazała się autor. Dałam się porwać bez reszty.
Dla mnie osobiście największym plusem był sposób, w jaki autor podszedł do tematu magii – dlatego, że wreszcie jest to podejście oryginalne. Magia jest oszustwem. Nie w tym sensie, że cylinder magika ma drugie dno i królik wcale w nim nie znika, ale w tym, że stosowanie jej jest oszustwem wobec naturalnego pożarku rzeczy. I jako takie, może być zasilanie jedynie z niecnych źródeł, na zasadzie „spełnię twoje życzenie, ale oczywiście nie za darmo”.
Wyszło mi zupełnie nieprofesjonalnie, że książka składa się z samych plusów: język – piękny, obrazowy i sugestywny, fabuła – wartka, zaskakująca i trzymająca w napięciu, bohaterowie – z krwi i kości, tak prawdziwi, że wydaje się, że można ich dotknąć przez karty książki i wreszcie zakończenie – w żadnym wypadku nie oczywiste, a jednocześnie poruszające i wyróżniające książkę na tle innych pozycji tego typu. Nawet długość utworu wydaje się być odpowiednia. Minusów nie odnotowałam żadnych. Czy to objaw rodzącego się fanostwa?
Głupia byłam, że bałam się Zafona, a w mojej głowie wątpliwości mnożyły się jak króliki. Trzeba było od razu czytać, a nie marnować czas na niepotrzebne dywagacje. W sercu już rozkwitła dzika radocha (a w oku zalśnił obłąkańczy błysk), że w mojej bibliotece znajdują się wszystkie wydane w Polsce książki Zafona. Nic, tylko czytać. Co i Wam, drodzy Czytelnicy, niniejszym zalecam.
Tytuł: Książę Mgły
Autor: Carlos Ruiz Zafon
Tytuł oryginalny: El príncipe de la niebla
Tłumacz: Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas
Wydawnictwo: MuzaRok: 2010
Stron: 198
wtorek, 14 czerwca 2011
1000 i jeden "dziwactw" Japonii - "Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii" Rafał Tomański
Książkę wspaniałomyślnie pożyczyła mi JoannazKociewia, za co szczerze i serdecznie dziękuję.:)
Wydawnictwo: Muza
Rok: 2011
Stron: 278
Kiedyś już opisywałam książkę o Japonii. Żaliłam się wtedy, że za mało o mentalności i społeczności Japończyków, zaś za dużo o problemach gospodarczo-infrastrukturalnych kraju autor napisał. No i „Psy i demony” były już nieco podstarzałe. Ostatnio naprzeciw moim niespełnionym przez tamtą lekturę oczekiwaniom wyszedł polski autor – Rafał Tomański, podróżnik z zamiłowania i japonista z wykształcenia.
„Tatami kontra krzesła” to książka – synteza. Autor bardzo dobrze zdawał sobie sprawę, że całej japońskiej mentalności nie da się przedstawić w jednym dziele (chyba, że byłoby ono wielotomową rozprawą naukową), dlatego obrał kierunek odwrotny – postanowił wyłowić co bardziej charakterystyczne fakty na temat Kraju Kwitnącej Wiśni, zmieszać je z najbardziej, według siebie, wartościowymi przemyśleniami i uzyskany produkt przedstawić w taki sposób, ażeby czytelnik mógł przynajmniej spróbować zrozumieć Japończyków. Moim zdaniem wyszło mu świetnie.
Stereotypy dotyczące Japończyków każdemu się obiły o uszy. Autor stara się je sprostować, lub, jeśli są z grubsza zgodne z prawdą, wyjaśnić ich przyczynę. I tak, wszyscy wiemy, że Japończycy to najpracowitszy naród świata, zdolny dosłownie zaharować się na śmierć z uśmiechem na ustach. Ale nieliczni tylko (teraz liczniejsi, bo książkę w blogosferze już chyba każdy czytał) wiedzą, że jeszcze sto lat temu Japończycy byli uważani za najbardziej leniwych i niesolidnych pracowników na świecie. Każdy wie, że potomkowie samurajów mają hopla na punkcie elektronicznych gadżetów, ale niewielu z nas zdaje sobie sprawę z jego rozmiarów. I jak bardzo oczekiwania co do wspomnianych gadżetów różnią się w kręgach cywilizacji zachodniej w stosunku do Kraju Kwitnącej Wiśni. Każdy wie, że największy sukces na japońskim rynku wydawniczym odnoszą komiksy, ale mało kto interesuje się najnowszymi trendami w japońskiej literaturze. Właśnie takie ciekawe zagadnienia porusza autor.
Oprócz tego pan Tomański pisze o tym, czego brak podczas tego typu lektur zawsze gdzieś na dnie mózgu odczuwałam, a mianowicie o języku, zarówno werbalnym, jak i niewerbalnym. Jak na ironię, ten pierwszy okazuje się wcale nie taki trudny, jak zwykło się powszechnie uważać (sam autor pisze, że w japońskim nie ma absolutnie żadnego dźwięku, który mógłby sprawiać problem Polakowi. Gorzej w drugą stronę.), za to na tym drugim nieświadomy niczego turysta może się nieźle przejechać. Co prawda pobicie za obrazę czci raczej mu nie grozi, ale niesmak u tubylców pozostanie. Zwłaszcza, że są oni bardzo wrażliwi na wszelkie odstępstwa od etykiety.
Mogłabym jeszcze o książce pana Tomańskiego dużo pisać, ale nie ma to większego sensu – gdybym chciała napisać o wszystkim, co mi się ciśnie na klawiaturę, musiałabym streścić całość. Tak więc idę dopisać sobie „Tatami kontra krzesła” do listy „must have”, Wam zaś drodzy czytelnicy radzę uczynić to samo, względnie biec czym prędzej do najbliższej księgarni w celu nabycia, abyście sami mogli odkryć smaczki Japonii.
Tytuł:Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii
Autor: Rafał TomańskiWydawnictwo: Muza
Rok: 2011
Stron: 278
Subskrybuj:
Posty (Atom)






