Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seria Nowej Fantastyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seria Nowej Fantastyki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 stycznia 2012

"Łowcy nigdy nie mają dość informacji, by poznać swoją ofiarę" [247] - "Dzieci demonów" J. M. McDermott

Muszę przyznać, że powierzchowność „Dzieci demonów” nie przekonałaby mnie do bliższego zapoznania się z książką. Ilustracja na okładce przywodzi mi na myśl kiepskie anime i jeszcze ten pretensjonalny tytuł... A potem przeczytałam pierwsze zdanie i już nie mogłam pozostać obojętna.

„Mój mąż i ja umieściliśmy głowę z ciała, które znaleźliśmy, na wysokiej skale, gdzie zawsze będzie na nią padało światło słońca i księżyca.”[7] Takie są pierwsze słowa opowieści. Mówi to jedna z Wędrowców Erin, której imię ani razu nie padnie – tylko w wilczej mowie można je wymówić. W istocie, wędrowcy bardziej są wilkami niż ludźmi, chociaż potrafią przybierać obie formy. Ich zadaniem jest zabijanie demonich pomiotów, do tego pobłogosławiła ich bogini Erin. Pomioty rozsiewają skazę wszędzie tam, gdzie się pojawią. Stanowią zagrożenie, dlatego trzeba je niszczyć. Nie zawsze są złośliwe i nieludzkie i nie zawsze chcą szkodzić, Wędrowcy jednak nigdy nie mają dylematów. Czyż wilki kiedykolwiek rozwodzą się nad moralnością ofiary, którą ścigają?

Teraz ścigają Rachel i Salvatore, których historię poznają dzięki wspomnieniom Jony – to jego głowę położyły na wysokiej skale. Dzięki błogosławieństwu Erin, wilczyca może podążać ścieżkami jego myśli i odnaleźć inne pomioty, które spotkał. Ścieżki prowadzą do Psiej Ziemi – wielkiego miasta. To nie jest miejsce dla wilków, ale tamtejsi ludzie dali się zwieść. Wędrowcy muszą naprawić ich błędy.

Ta powieść to zapis śledztwa. Śledczy mogą się nam wydać zimni i bezduszni, gdyż mimo że widzą, jak bardzo ich ofiary starały się normalnie żyć, nie czują litości. Ale to nie tak – Wędrowcy są po prostu inni, obcy ludziom tak samo, jak wilki wyjące nocą do księżyca. I za to, że autor potrafił przedstawić tą obcość, jestem pełna dla niego szacunku. Trzeba wiele umieć, żeby uczynić relację istoty tak różnej od zwykłego człowieka zrozumiałą i ciekawą. Tego mało kto próbuje, a tyko nielicznym z tej garstki się udaje. Tu mamy przykład jednej z owych nielicznych udanych prób.

Kolejną rzeczą, jaką podziwiam, jest mistrzowskie użycie narracji pierwszoosobowej. Wędrowczyni opowiada wszystko w sposób niezwykle charakterystyczny, wprowadzając niepowtarzalny klimat. To tym bardziej niesamowite, że ze wszystkich postacie występujących na kartach powieści, o niej wiemy chyba najmniej. Autor jednak jej pierwszoosobowe relacje przeplata tymi z perspektywy osoby trzeciej. Wtedy to również wilczyca mówi, ale relacjonuje nam cudze wspomnienia, które Erin w swej łaskawości pozwoliła jej zobaczyć. Te dwa sposoby opowiadania świetnie ze sobą współgrają.

Klimat opowieści również jest niesamowity. Czujemy miłość wilków do lesistych wzgórz, które obowiązki każą im opuścić. Czujemy odrazę do dusznego, brudnego miasta. Czujemy strach dzieci demonów przed wykryciem i odór ich żrącej krwi. Atmosfera miejsc i uczucia bohaterów udzielają się czytelnikom i to jest najlepszy argument potwierdzający wysoką jakość powieści. Drugim jest fakt, że nic tutaj nie jest jednoznaczne.

Jeszcze kilka słów o technikaliach. O okładce wspominałam już wyżej. Za to wnętrze książki jest zdecydowanie wysokiej jakości, nie tylko pod względem treści. Tym razem czytelnik dostaje biały papier, co dla mnie zawsze jest plusem. Dodatkowo udało mi się wykryć tylko kilka literówek, co jest znakiem, że to najbardziej dopieszczona książka z Serii Nowej Fantastyki.

Polecam wszystkim, którzy lubią książki mniej proste, niejednoznaczne i ciekawe. Zwłaszcza tym, którzy dodatkowo uwielbiają duszny klimat i oryginalne rozwiązania. Ubolewam jedynie, że powieść kończy się w momencie, kiedy wszystkie zagadki dopiero zaczynają się wyjaśniać. Ale to dopiero pierwszy tom trylogii, więc pozostaje mi z niecierpliwością czekać na drugi.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i s-ka. Dziękuję!
Tytuł: Dzieci demonów
Autor: J. M. McDermott
Tytuł oryginalny: Never Knew Another
Tłumacz: Kamil Lesiew
Cykl: Psia Ziemia
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2012
Stron: 270

wtorek, 3 stycznia 2012

Książę, wiedźma i książka do tego - "Magia krwi" Anthony Husso

Zanim przeczytałam "Magię krwi", byłam przekonana, że to fantastyka młodzieżowa. Główną przyczyną tego stanu rzeczy był tekst z okładki (konkretnie fragment o młodym królu pobierającym nauki w szkole dla magów – która, tak na marginesie, okazała się zwykłą uczelnią), ale chyba bardziej dziewczę na okładce, które oceniłam na 16-17 lat. Kiedy zaczęłam czytać, okazało się, że książka jest dla czytelników dorosłych, co autor dość wyraźnie daje do zrozumienia już na początku, za pomocą jednoznacznej sceny od lat osiemnastu. I jak tu człowiek ma być czegokolwiek pewny?

Caliph Howl studiuje w Desdae. Po studiach czeka go świetlana przyszłość głowy państwa, do którego to stanowiska w pakiecie ma groźbę wojny domowej. Nie każdemu odpowiada taka ścieżka rozwoju kariery, więc chyba nietrudno zrozumieć, że Caliph robi wszystko, aby móc choć trochę dłużej studiować. Nie bez znaczenia jest też romans, jaki zaistniał między nim, a niejaką Seną Lilool – piękną dziewczyną o dość złowieszczym pochodzeniu i niepokojących zainteresowaniach. Skończyła naukę dwa lata przed naszym księciem, więc ten rad by ją odwiedzić, zanim zasiądzie na tronie. Dziewczyna ma co do młodzieńca własne plany, nie wiodące bynajmniej do ślubnego kobierca. A w tle miga złowieszczo szkarłatną okładką pewna magiczna księga. 

Trzeba przyznać, że jak na debiutanta, Anthony Husso zadziwiająco dobrze radzi sobie z planowaniem akcji. Wiemy, że fabuła będzie się powoli rozkręcać? Dajmy na początek gorący romans, niech to czytelników zabawi. Żeby nie znudził ich główny bohater, napomknijmy czasem to i owo o jego… hm, dziwacznej przeszłości. I tak dalej. Po prostu nie można się nudzić.

Jedna ze stron magicznej księgi.
Przejdźmy może do wad, zostawiając zalety na koniec (bo jak wiadomo, człowiek najlepiej zapamiętuje koniec rozmowy). Największym według mnie problemem tej powieści jest czas. Od pierwszej chwili miałam problem z ustaleniem wieku bohaterów, co daje dość piorunujące efekty przy występujących już na początku scenach erotycznych. Caliph, wstępując na studia, jest naiwny niczym czternastolatek, ale w kilkadziesiąt stron później dowiadujemy się, że miał wtedy osiemnaście lat. Sena jest dwa lata wyżej od ukochanego, ale z jej własnego stwierdzenia (mniej więcej w połowie tekstu) wynika, że jest od niego co najmniej 4 lata młodsza. Na dodatek nie wiadomo, ile trwa doba i jaki jest rozkład godzin (pewnie jakiś wytrwały czytelnik, na podstawie okruchów informacji, dałby radę go obliczyć, ale ja się do takich nie zaliczam), ani jak wygląda chociaż w ogólnych zarysach kalendarz opisywanego świata. Podobnie rzecz ma się z przeróżnymi terminami z dziedziny magii, mechaniki, czy biologii. Ich ilość może początkowo przerażać, ale większość z nich w mig wyjaśni wujek Google. Jednakowoż mała nota wyjaśniająca na końcu książki byłyby bardzo mile widziane.

Ponarzekałam sobie, więc możemy przejść do zalet. Anthony Huso wykreował niezwykle barwny świat, osadzony w realiach epoki industrialnej. W zestawianiu z magią (którą wykorzystuje się mniej więcej tak, jak u nas elektryczność), mrocznymi stworzeniami i eksperymentami genetycznymi daje to przyjemnie wybuchową mieszankę. Jest to jeden z najbarwniejszych i najciekawiej obmyślanych światów, z jakim miałam przyjemność się ostatnio zetknąć. 

Kolejną zaletą jest magia. Wspominałam wcześniej, że zajmuje w tamtejszym świecie miejsce elektryczności, ale dotyczy to tylko tzw. oświeconej części świata. Magia wciąż jest potężną siłą, tyle że mało kto w nią wierzy, a co za tym idzie, chce i potrafi korzystać. Już same opisy rytuałów wiedźmiego Siostrzeństwa czy tego, co z własną krwią potrafi wyczyniać Sena, są fascynujące. Nie mniej ciekawy jest wątek pewnego złowieszczego tomiszcza – i nie chodzi bynajmniej o książkę kucharską teściowej (chociaż, jeśli założymy, że teściowa należy do Siostrzeństwa…). O ile  pomysł wykorzystania krwi jako magicznego paliwa nie jest szczególnie odkrywczy, to już idea, żeby to wszystko dało się opisać matematycznie – owszem. A takich drobin oryginalności jest tu mnóstwo.

"Caliph and Sena in library" by Moreni:)
Następnym plusem są bohaterowie. Autor starał się stworzyć postacie niejednoznaczne, pełne sprzeczności i dylematów moralnych, co mu się w większości udało. Caliph, mimo że motyw księcia jest ostatnio dość mocno eksploatowany, wydaje się oryginalny i ciekawy na tle swoich pobratymców z innych uniwersów. Nie musi mozolnie dojrzewać do swojej roli, nie jest też rządnym władzy badassem. Mimo wielkiego talentu, obcy mu makiawelizm i miewa dylematy moralne nawet wtedy, gdy w grę wchodzi racja stanu. Nie można go nie polubić. Sena zdaje się jego przeciwieństwem. Ogarnięta żądzą władzy i potęgi, dla której, jak się wydaje, jest zdolna poświęcić wszystko, okazuje się bardziej złożona, niż mogłoby sie na pierwszy rzut oka wydawać. I chociaż nie zasłużyła sobie na tyle mojej sympatii, co Caliph, jest jedną z lepiej napisanych postaci kobiecych, z jakimi się w ciągu ostatniego roku zetknęłam. A jakby tej dwójki było mało, mamy jeszcze tajemniczego szefa wywiadu, zmarłego wujka-szaleńca, ale za to geniusza nekromancji, mrocznych członków Koterii, makiaweliczne członkinie Siostrzeństwa i wiele innych postaci. Szkoda, że książka musi mieć jakąś graniczną objętość, bo nie wszystkim im autor mógł poświęcić odpowiednio dużo uwagi.

Czas na technikalia. O okładce wspominałam już wyżej, co do jakości tłumaczenia również nie mam zarzutów (no, może jeden: jest mi ktoś w stanie powiedzieć, jak wygląda kolor storczykowaty i skąd to się wzięło?). Korekta wygląda o niebo lepiej, niż poprzednio. Brak przekręcania słów, rażących błędów interpunkcyjnych czy literówek. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie fakt, że często (a od strony 548 to już niemal reguła) brakuje kresek dialogowych, co mocno irytuje.

Mimo pewnych niedociągnięć śmiem twierdzić, że to najlepsza książka z serii Nowej Fantastyki, jaką miałam okazję czytać. Niezwykły, dopracowany świat, ciekawi bohaterowie i wciągająca, wielopoziomowa historia to jest to, obok czego nie można przejść obojętnie. Niecierpliwie czekam na kontynuację – co i Wam, drodzy czytelnicy, zalecam. Oczywiście po uprzednim przeczytaniu „Magii krwi”.

 Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i s-ka. Dziękuję! 


Tytuł: Magia krwi
Autor: Anthony Husso
Tytuł oryginalny: The Last Page
Tłumacz: Jarosław Skowroński
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2011
Stron: 653

środa, 9 listopada 2011

Dwóch złodziei w cenie jednego - "Królewska krew. Wieża elfów" Michael J. Sullivan

Kiedy czytałam tekst z czwartej strony okładki „Królewskiej krwi. Wieży elfów” nic nie zapowiadało niespodzianki. A była. Okazało się mianowicie, że jest to tzw. omnibus i otrzymałam dwie powieści w cenie jednej. To samo w sobie nastawiło mnie pozytywnie. Czy jednak relacja z przygód dwóch nietuzinkowych złodziejaszków pozwoliła mi to nastawienie utrzymać?

Royce i Hadrian to prawdziwe szychy w złodziejskim półświatku. Chcesz, żeby jakiś przedmiot zmienił właściciela? A może pragniesz odzyskać ważne precjoza zagarnięte przez jakiegoś złośliwego markiza? Albo sam markiz ci przeszkadza i lepiej by było, gdyby zniknął? Riyria (bo takim mianem posługuje się ta dwójka) to najlepszy, chociaż nie najtańszy wybór. Jednakowoż bandyta też człowiek i samo utrzymywanie się z ryzykownych rozgrywek miejscowej szlachty, choć niezwykle intratne, nie wystarcza. Każdy ma bowiem czasem ochotę spełnić dobry uczynek. A to poratować nieszczęśnika, który zbyt natarczywie przyglądał się pięknej żonie najlepszego szermierza w kraju, a to pomóc nadobnemu dziewczęciu uratować ojca przed straszliwym potworem i własną głupotą. Jak powszechnie wiadomo, kto ma miękkie serce, ten powinien mieć twardą… no, coś innego, toteż w wyniku swej gołębiej natury nasi bohaterowie nieodmiennie pakują się w kłopoty. Na skalę światową, rzec by można.

Jak już wspomniałam, książka zawiera dwie powieści. „Królewska krew” jest tutaj typową powieścią łotrzykowską, podobną w konstrukcji do pierwszego tomu przygód niejakiego Locke’a Lamory. Głównym motorem fabuły jest przyjęte zlecenie i wszystkie komplikacje, jakie z niego wynikły. Od siebie dodam, że tych komplikacji niejednemu autorowi wystarczyłoby na pełną trylogię. Akcja, niczym w powieści awanturniczej, toczy się niezwykle żwawo, nie dając czytelnikowi chwili wytchnienia, chociaż końcówka przytłacza spektakularnością. „Wieża elfów”, mimo że zawiera motyw przyjęcia zlecenia, odchodzi już od schematu powieści łotrzykowskiej. Sama miałam nieodparte skojarzenie z wiedźminem. Zupełnie jak on, bohaterowie pomagają rozwikłać zagadkę potwora. I zupełnie jak u Sapkowskiego nagle okazuje się, że potwór to tylko czubek góry lodowej, a pod nim są Ważne Sprawy. Zdecydowanie mniej tu galopującej akcji, zaś więcej intryg. Wpływa to na zwolnienie tempa powieści, ale na poprawę jakości raczej nie.

Bohaterowie Sullivana wpasowują się w nieco gierczany schemat złodzieja i wojownika. W „Królewskiej krwi” są bardzo podobni do kanonicznego tandemu Fafryda i Szarego Kocura, jednak tutaj to barczysty wojownik jest bardziej wygadany, zaś drobny włamywacz to mrukliwy odludek. Hadrian i Royce mają jednak mnóstwo uroku i kilka bardzo intrygujących tajemnic, co sprawia, że mimo ogólnych założeń są na swój sposób oryginalni i prawdziwi. Ich prywatne sekrety zainteresowały mnie bardziej niż główny wątek, ale nie wiem, czy świadczy to o świetnej konstrukcji bohaterów (którzy chcą uchodzić za mało bohaterskich, ale jakoś im się nie udaje), czy raczej o słabej kondycji intrygi. Pozostałe postacie wypadają różnie. Mamy świetnie napisanego księcia Alrica, który pięknie ewoluuje od rozrywkowego paniczyka do odpowiedzialnego władcy, ale mamy też jego siostrę, która mimo swoich dwudziestu paru lat zachowuje się jak podatna na wpływy, niestabilna emocjonalnie nastolatka (podczas gdy z jej życiorysu wynika, że powinna być potrafiąca postawić na swoim bystrą, pewną siebie i odważną młodą kobietą). Trudno więc stosować jakieś uogólnienia.

Sullivan ma bardzo lekkie pióro i potrafi się nim posługiwać, opisując dynamiczne pościgi, walki czy fortele stosowane przez bohaterów. Zdecydowanie gorzej wychodzą mu intrygi: im ich w tekście więcej, tym nudniej. W dodatku udało mi się większość smaczków rozgryźć przed rozwiązaniem, a to nie powinno mieć miejsca. Dlatego mam nadzieję, że autor jednak zrezygnuje ze zbytniej rozbudowy tej części powieści.

Klika słów o stronie technicznej. Bardzo boli mnie niechlujna korekta. Zapomniane kropki czy przecinki są zjawiskiem dość częstym. Zdarzają się też błędy gramatyczne i składniowe, o takich drobnostkach jak błędy fleksyjne nie wspominając. Równie często pojawiają się dziwne kwiatki, jednak nie wiem, czy to zasługa tłumacza, czy autora. I tak mamy bohatera uzbrojonego w „masywny oręż sieczny” [40] (czyli miecz dwuręczny), który „wypruwając narządy wewnętrzne mężczyzny” [670] przemierza „tereny leśne porośnięte choinkami” [219]. Po wydawnictwie takim jak Prószyński i s-ka spodziewałabym się większej dbałości o produkt finalny, zwłaszcza, że pozostałe detale wydania są bardzo dobre.

Jeszcze osobista laurka ode mnie dla tłumacza. Postarał się on bowiem przełożyć stylizację językową, jaką zastosował autor, aby zaznaczyć różnice między wymową sprzed dziewięciuset lat, a współczesną. Efekt trochę mi zgrzyta (wyszło coś w rodzaju stylizacji sienkiewiczowskiej okraszonej zwrotami z gminu – a tu przecież mędrzec się wypowiadał), ale i tak brawa dla tego pana – bo niestety, nie każdemu się chce.

Powieści Michaela J. Sullivana nie są wybitnymi dziełami i nie należy od nich tego oczekiwać. Za to rozrywką są bardzo dobrą. Żałuję, że ta siedmiusetstronicowa cegła nie wystarczyła mi na dłużej, bo poczułam ogromną sympatię dla dwóch bandytów do wynajęcia, którzy skradli mi trzy wieczory intensywnego czytania. I z pewnością niejednemu czytelnikowi jeszcze ukradną. Mimo niedociągnięć polecam tego złodzieja czasu – to chyba jedyna okazja, kiedy poczujemy radość z faktu, że jesteśmy okradani.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i s-ka. Dziękuję!

Tytuł: Królewska krew. Wieża elfów
Autor: Michael J. Sullivan
Tytuł oryginalny: The Crown Conspiracy; Avempartha
Tłumacz: Edward Marek Szmigiel
Cykl: Odkrycia Riyrii
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2011
Stron: 720

sobota, 8 października 2011

Na żaglach pełnych wiatru, na prądach eteru... - "Wichry archipelagu" Bradley P. Beaulieu

Kiedy w tytule powieści fantasy widzę słowo „archipelag”, od razu pojawia się uporczywe skojarzenie z „Czarnoksiężnikiem z Archipelagu” Ursuli K. Le Guin. W tym przypadku skojarzenie jest o tyle uzasadnione, że akcja „Wichrów archipelagu” również rozgrywa się pośród rozrzuconych na wodzie wysepek. Tyle tylko, że zamiast potężnego Arcymaga Geda Krogulca mamy dziesięcioletniego chłopca – autystycznego Nasima.

Na wyspy Kałakowa spadła plaga: plony są coraz słabsze, zwierzęta chorują i padają, ryby odpłynęły z łowisk. Ludzi także nie oszczędza: śmiertelna choroba zwana wyniszczeniem atakuje niezależnie od wieku, płci czy statusu społecznego. Jakby tego wszystkiego było mało, wzmożoną aktywnością wykazują się maharraci, wyjęci spod prawa bojownicy o pozostawienie wysp dla Aramanów. A główny bohater powoli umiera.

Nikandr Jarosław Kałakow, jako syn panującego księcia, doskonale zdaje sobie sprawę z sytuacji. Sam cierpiąc na wyniszczenie, rozpaczliwie próbuje gromadzić informacje o pladze, licząc, że znajdzie lek na chorobę swoją i wysp. Zwłaszcza, że coraz trudniej ją ukrywać. Szybko jednak okazuje się, że plaga to najmniej palący problem: statek przewożący Wielkiego Księcia zostaje zaatakowany przez ducha ognia, zaś sam Wielki Książę ginie. Nad Kałakowem zawisa widmo wojny. Jaką rolę w tych wydarzeniach przyjdzie odegrać autystycznemu chłopcu, o którym mówi się, że panuje nad żywiołami? I co to właściwie ma wspólnego z Nikandrem?

Większość autorów fantasy nie lubi umieszczać swoich bohaterów na wyspach. Przecież tam ani wielka puszcza elfów się nie zmieści, ani łańcuch górski dla krasnoludów, o chatce mędrca-przewodnika nie wspominając. Jeśli więc autor rezygnuje ze zwartej powierzchni kontynentu, należy mu się plus za odwagę. Zwłaszcza, że to nie jedyny plus, jaki mogę dać panu Beaulieau.

Świat powieści jest niezwykle barwny: eter, kamienie duszy, statki powietrzne to tylko garść elementów, samodzielnie mało znaczących, ale razem dodających oryginalności. Spojrzenie na kwestię magii jest również interesujące – być może da się wyszukać sporo podobieństw do innych książek, ale całość jest dużo ciekawsza, niż wynikałoby to z sumy szczegółów. Niektórych czytelników może oszołomić ilość pojęć, jakie wprowadza autor, ale zapewniam, że nie ma się czego bać  - po jakimś czasie udaje się to ogarnąć.

Autor zastosował jeszcze jeden chwyt, którym mnie ujął. Aby dodać swojemu światu nieco charakteru nie posłużył się ani elfem, ani krasnoludem, ani żadnym innym germańsko-celtyckim wynalazkiem. Po prostu lekko podstylizował swój świat na Rosję z plus-minus XVII, może XVIII wieku. Dla czytelnika amerykańskiego taka rusycyzacja obyczajów czy wtrącenie słówka w obcym języku to zapewne powiew świeżości i odrobina nieznanego. Dla mnie te wszystkie czerkieski, wódka czy „niet” wtrącane tu i ówdzie czynią powieść przyjemnie swojską.

Czy książka ma jakieś wady? Dosyć wolno się rozkręca i przez pierwsze sto stron czytelnik zastanawia się gorączkowo, o co właściwie tutaj chodzi. Później jednak kierunek akcji zostaje określony i od tej pory nie sposób oderwać się od lektury. Jest jeszcze jedna wada, bardziej subiektywna – autor nie boi się uśmiercać swoich bohaterów. Nie jest w tym co prawda tak skuteczny, jak choćby Martin, ale jednak. Mnie to nie przeszkadza, choć niektórym może.

Książka jak na debiutancką powieść wypada zadziwiająco dobrze. Nie odnalazłam w niej ani jednego błędu właściwego niedoświadczonym pisarzom, pomysł jest niezwykle intrygujący, zaś bohaterowie pełni życia i bardzo ludzcy. Całości dopełnia wręcz fenomenalna okładka. Cóż, pozostaje mi tylko gorąco polecić i dalej marzyć o wejściu w eter.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i s-ka. Dziękuję!

P.S. Tutaj można odwiedzić blog autora. Po angielsku, oczywiście.
P.S.2 Tak w ogóle to miałam coś naszkicować do tej recenzji, ale jak wiadomo, najlepsze sceny są zawsze na końcu więc postanowiłam podejść do sprawy ambitniej niż szybkim szkicem. Nie bardzo uśmiechało mi się czekanie co najmniej tydzień z recenzją (żeby wykonać rysunek). Jeśli bylibyście zainteresowani, to dodam go osobno, jak skończę.

Tytuł: Wichry archipelagu
Autor: Bradley P. Beaulieu
Tytuł oryginalny: The Winds of Khalakovo
Tłumacz: Marek Pawelec
Cykl: The Lays of Anuskaya (Ballada o Anusce)
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2011
Stron: 635
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...