Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powieść obca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powieść obca. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 maja 2024

"Nie jesteś sama, Meredith" Clarie Alexander


Jestem w mojej fazie cozy obyczajówek. A ponieważ dotąd były to obyczajówki głównie azjatyckie, postanowiłam, dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak, poszerzyć repertuar o Szkocję. Bo "Nie jesteś sama Meredith" wygląda na taką właśnie lekką cozy obyczajówkę: prosta, wektorowa grafika na okładce, przyjazne, ciepłe kolory no i opis, który sugeruje, że przyjaźni rozwiąże wszystkie nasze problemy. Och, jakież to było sprytne oszustwo. 

sobota, 27 stycznia 2024

"Kamogawa. Tropiciele smaków" Hisashi Kashiwai

Gdyby ktoś się zastanawiał, to tak, ciągle jestem w fazie zainteresowania azjatyckimi obyczajówkami, tymi mniej i bardziej cozy. Traktuję to jako oszczędność czasu: jak mnie najdzie ochota na takie rzeczy, to azjatyckie 200+ stron w porównaniu z zachodnim 400+ jest czystą oszczędnością czasu. A że najwyraźniej trend stał się na tyle modny, że moja osiedlowa biblioteka na bieżąco uzupełnia zapasy, to i z zaopatrzeniem nie mam problemów. Sięgnęłam tedy po "Kamogawę", bo na Legimi nie ma. 
 

sobota, 30 września 2023

"Niezwykle szlachetne stworzenia" Shelby Van Pelt

Co prawda preferuję raczej fantastykę, ale czasem zwabi mnie jakaś powieść obyczajowa. Zazwyczaj udaje się to tym, które mają jakiś element niesamowitości: alternatywne linie czasowe, podróże w czasie czy narrację ze strony zwierząt. „Niezwykle szlachetne stworzenia” Shelby Van Pelt to ten ostatni przypadek. Narracja z perspektywy ośmiornicy wydała mi się ciekawa, a sama powieść ma bardzo pozytywne oceny na Goodreads więc pomyślałam, że dam jej szansę. 

wtorek, 19 września 2023

"Ona i jej kot" Makato Shinkai, Naruki Nagakawa

Od jakiegoś czasu intensywnie wkręcam się w cozy literaturę, bo jest mało wymagająca a mój mózg odmawia ostatnio przetwarzania wymagających treści. Przy czym, o ile cozy fantastykę chętnie przetestuję każdą, tak co do obyczajówek jestem znacznie bardziej wybredna: preferuję azjatyckie. Głownie dlatego, że Azjaci potrafią się streszczać w przeciwieństwie do autorów zachodnich, którzy piszą jakby mieli płacone od wierszówki. A jeszcze jak w takiej azjatyckiej powieści jest szczypta magii albo niesamowitości, to już w ogóle najlepiej. 

sobota, 24 czerwca 2023

"Kocia kawiarnia" Anna Solyom

Bardzo rzadko, ale jednak czasem mi się zdarza wpaść w króliczą norę pokrzepiających obyczajówek. Zwykle nie spodziewam się po nich wiele, bo jednak ten rodzaj powieści ma swoje zasady. Nie obruszam się więc na podejrzanie częste szczęśliwe zbiegi okoliczności czy niespotykanie życzliwych ludzi. Jednak nawet od tego typu rozrywkowych czytadeł czegoś wymagam. Przede wszystkim, żeby na poziomie logicznym trzymały się kupy i żeby autor w tą swoją kreację włożył chociaż minimum wysiłku. I przyznam, że czasem nawet tego nie dostaję. Jak w przypadku „Kociej kawiarni” Anny Sólyom. 

poniedziałek, 24 kwietnia 2023

"Spacerujący z książkami" Carsten Henn


Czasem tak jest, że na wyjeździe człowiek szuka czegoś lżejszego do czytania (bo okazuje się, że branie samego non-fiction na wyjazd z dzieckiem bywa średnim pomysłem). I widzi tytuł, który już na orbicie czytelniczych zainteresowań się pojawiał. Ba, widzi tytuł mający być bardzo cozy, a do tego o książkach i nie za długi. I człowiek myśli, że to jest właśnie dobra chwila, już nawet te niekoniecznie lubiane tropy przełknie, a nuż sobie coś do listy dopisze.

poniedziałek, 27 marca 2023

"Moje dni w antykwariacie Morisaki" Satori Yagisawa


Legimi to wspaniała sprawa. Nie tylko mam mnóstwo książek w cenie jednej, ale także dzięki niemu czasem trafiam na tytuł, o którym w innym wypadku w ogóle bym nie usłyszała. Tym razem było to „Moje dni w antykwariacie Morisaki” Yagisawy Satoshi. Ucieszyłam się wielce, bo nie dość, że to powieść japońska (do których to zwykle podchodzę ze sporym entuzjazmem), to jeszcze o dziewczynie leczącej złamane serce w antykwariacie. Może i nie fantastyka, ale i tak wygląda smakowicie, prawda? Okazało się jednak, że mój entuzjazm był nieco przedwczesny, a powieść zostawiła mnie z mieszanymi uczuciami. 

wtorek, 26 lipca 2022

"Zbuduj swój dom wokół mojego ciała" Violet Kupersmith


 Czasem dobre książki trafiają się dość niespodziewanie. Taki przykład: gdybym oceniła „Zbuduj swój dom wokół mojego ciała” Violet Kupersmith po opisie, to nigdy nie miałbym okazji przeczytać tej książki dzięki współpracy z księgarnią TaniaKsiążka.pl . Bo pewnie w ogóle bym jej nie przeczytała. A to dlatego, że opis skojarzył mi się z tymi wszystkimi domestic thrillerami, gdzie młoda bohaterka ginie, a inny bohater razem z czytelnikiem próbuje rozwikłać tajemnicę tego zniknięcia. Nuda. Choć tutaj też bohaterka znika, a czytelnik śledzi sieć zależności, która do tego doprowadziła, „Zbuduj swój dom...” to jednak coś zupełnie innego niż jakiś tam thriller.

środa, 13 lipca 2022

"Lincoln Highway" Amor Towles


Odkąd przeczytałam „Dżentelmena w Moskwie” stałam się wierną fanką pisarstwa Amora Towlesa. Nic więc dziwnego, że kiedy wydawnictwo Znak zapowiedziało najnowsza powieść autora, od razu wiedziałam, że koniecznie muszę ja przeczytać. Spodziewałam się wrażeń porównywalnych z „Dżentelmenem...”, więc poprzeczka była wysoko zawieszona. Ostatecznie „Lincoln Highway” okazało się powieścią bardzo odmienną od poprzedniej, ale to przecież nie znaczy, że gorszą. 

wtorek, 17 maja 2022

"Nic tu po was" Kevin Wilson


„Nic tu po was” to książka, która przeszła przez książkowe socjalmedia raczej bez większego echa. Niemniej w mojej banieczce trafiałam na recenzje wyłącznie entuzjastyczne a nawet takie, które wprost o powieści Wilsona mówiły, że to arcydzieło. Podchodząc do niej, miałam więc dość spore wymagania. Spodziewałam się wręcz literackiej uczty. I chyba właśnie to mnie zgubiło.

piątek, 27 sierpnia 2021

"Gdybym miała twoją twarz" Frances Cha


W tym roku czytuję znacznie więcej literatury wschodnioazjatyckiej niż w latach ubiegłych (świadomie wybrane dwie pozycje kontra okrągłe zero. A tendencja rośnie). Obie pozycje wydały imprinty Wydawnictwa Kobiecego (odpowiednio: od literatury młodzieżowej i od literatury ambitnej), obie były koreańskie i obie okazały się bardzo miłym zaskoczeniem. O młodzieżowej „Piekarni czarodzieja” pisałam jakiś czas temu, a tym razem postanowiłam przeczytać coś zupełnie niefantastycznego i dla dorosłych. I dzięki uprzejmości księgarni TaniaKsiazka.pl trafiło do mnie „Gdybym miała twoja twarz” Frances Cha.

wtorek, 29 czerwca 2021

"Biblioteka o Północy" Matt Haig

Jednym z ciekawszych motywów, jakie jakimś cudem pojawiają się zarówno w literaturze SF, jak i mainstreamowej, są rzeczywistości alternatywne. O ile w SF działa to najczęściej globalnie i mamy cały nowy porządek świata, to w powieściach głównonurtowych alternatywy są bardziej osobiste i tylko bohater widzi, co by było, gdyby podjął inne decyzje. I właśnie taką powieścią jest „Biblioteka o Północy” Matta Haiga. I był potencjał, tylko z wykonaniem gorzej.

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

"Dom ptaków" Eva Meijer


Wiecie, przeglądanie zapowiedzi ekoliteratury i porównywanie jej z tym, co wyszło za granicą jest dla mnie źródłem pewnej frustracji. Dlatego, że tacy choćby Anglosasi mają długą tradycję pisania o przyrodzie, a więc i pisze się u nich o niej więcej, i sporo już do tej pory napisano, a polski czytelnik ma niewielkie szanse poznania ułamka tego. W tym świetle fakt zaistnienia na polskim rynku „Domu ptaków” uważam za dość zabawny. Rzadko bowiem wydaje się u nas powieści biograficzne o kompletnie nieznanych na naszym rynku autorkach. 

wtorek, 14 stycznia 2020

"Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem" Lauren Fern Watts


Czasem dzięki blogosferze trafiam na książki, o których istnieniu nigdy bym się nie dowiedziała. Niekiedy są to perełki, innym razem nie, ale zawsze jest to coś ciekawego. Nie inaczej było z powieścią „Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem” Lauren Fern Watt. I jakkolwiek całkiem nieźle mi się tę książkę czytało, tak spodziewałam się, że będzie czymś nieco innym. 

piątek, 10 stycznia 2020

[Zimowe czytanie] "Szara wilczyca" James Oliver Curwood


James Olivier Curwood, obok Jacka Londona, to chyba jeden z najbardziej znanych w Polsce piewców północnoamerykańskiej przyrody. Zwłaszcza tej z północnych obszarów kontynentu. Z dzieciństwa i wczesnego nastolęctwa pamiętam powieści obu tych panów, z tym że akurat wtedy w bibliotece mieli tylko „Włóczęgów północy” w starszym ode mnie wydaniu. Tym bardziej cieszy, że Zysk i s-ka dwa lata temu wznowił bodaj najpopularniejszą u nas książkę autora, czyli „Szarą wilczycę” w bardzo atrakcyjnym wydaniu.

piątek, 8 lutego 2019

"Dżentelmen w Moskwie" Amor Towles


Przyznam, że takiej zwykłej powieści głównonurtowej (czyli bez elementów fantastycznych, zagadki kryminalnej czy sensacji) nie czytałam już ponad rok. I to nawet niekoniecznie z jakiejś wielkiej niechęci. Ot, po prostu większość tego, co reklamowane czy co znajomi zachwalają to zwykle literatura problemowa albo przynajmniej ponura i pełna beznadziei. A ja nie lubię ponuractwa, zaś problemy społeczne moim skromnym zdaniem znaczniej bardziej poruszająco może opisać fantastyka (a znacznie bardziej realistycznie literatura faktu). Reszta zaś okazywała się mniej lub bardziej zawoalowanymi romansami. Nawet trochę tęskno mi było za gatunkiem (konwencją), bo ileż można się rozbijać po neverlandach czy stacjach kosmicznych. 

niedziela, 28 października 2018

"Korpożycie świnki morskiej" Paulien Cornelisse


Kiedy tylko zobaczyłam tę książkę w zapowiedziach, było jasne, że muszę ją przeczytać. Przy czym na początku spodziewałam się raczej fabuły, w której korporacyjna świnka morska (zwykły zwierzak domowy, trzymany w miejscu pracy dla towarzystwa i relaksu pracowników jak koty w niektórych bibliotekach) opowiadałaby nam o życiu swoich „kolegów z pracy” z bezkompromisowej, zwierzęcej perspektywy. Tymczasem im więcej dowiadywałam się o książce, tym bardziej czułam, że potężnie się rozczaruję. Nie tylko dlatego, że moje przewidywania odnośnie fabuły okazały się zupełnie błędne.

Fabuła „Korpożycia świnki morskiej” to mniej więcej rok z życia Cavii, pracownicy korporacyjnego działu komunikacji. Cavia jest singielką, ma kilku znajomych z pracy i zwyczajne rozterki samotnej kobiety po trzydziestce. Ach, i zapomniałabym, jest świnka morską.

I właśnie z tym mam problem – zupełnie nie rozumiem, dlaczego autorka w niektórych rolach swojego wiekopomnego dzieła postanowiła obsadzić antropomorficzne świnki morskie (przy czym to są jedyne antropomorficzne zwierzęta w powieści). Może moje niezrozumienie wynika z nieznajomości języka holenderskiego, może w tamtejszej kulturze i języku istnieją jakieś powiedzonka czy skojarzenia związane ze świnkami morskimi, które nadają tej decyzji sensu tudzież zabawnego zabarwienia (na zasadzie, powiedzmy, umieszczenia w polskiej humorystycznej powieści o pracownikach korporacji szczurów, bo wiecie, korposzczury, ha ha). Jednak nawet jeśli taki kontekst istnieje, tłumaczenie jest go pozbawione, a to sprawia, że wybranie akurat tego zwierzęcia na bohaterkę wydaje się bezzasadne.

I jasne, autorka nie ma obowiązku tłumaczyć się czytelnikowi z każdej swojej decyzji artystycznej, ale w tym przypadku z tej decyzji właściwie nic nie wynika. Bardzo łatwo zapomnieć, że czytamy o śwince morskiej, bo poza lakonicznymi wstawkami o mokrym futerku nic na to nie wskazuje. Nie wiem jak was, ale mnie strasznie irytują takie puste zabiegi literackie, którym brak jakiegokolwiek uzasadnienia, funkcji i ciężaru w utworze. Cavia mogłaby równie dobrze być zwykła kobietą o nietypowym imieniu. Bezbarwną jako bohaterka, dodajmy. Nasza korpoświnka jest bowiem ciepłą kluchą, której rzeczy w życiu raczej się przydarzają, niż są efektem dążeń samej zainteresowanej. Brak jej zawodowych ambicji (wbrew temu, co twierdzi blurb), romantycznych zresztą też (co akurat może być plusem, bo ileż można czytać o kobietach rozpaczliwie poszukujących drugiej połówki nawet jeśli się do tego nie przyznają?). Charakteru też jej brak. Nie wiemy też niczego o jej rodzinie, a jedyną informacja o przeszłości są wiadomości przesyłane od byłego chłopaka. Możemy przyjąć, że to był świadomy zabieg ze strony autorki – może chciała stworzyć postać everymana, z którą każdy były lub obecny pracownik korpo mógłby się łatwo utożsamiać?... Cóż, nigdy nie byłam pracownicą korpo, więc najwyraźniej nie potrafię docenić genialnego pomysłu.

Mogło też chodzić o to, żeby na tle przeciętnej Cavii barwniej wypadli jej współpracownicy. Sęk w tym, że są strasznie stereotypowi, a dowiadujemy się o nich za mało, żeby zdołali z ram tych stereotypów wyjść czy też je zdekonstruować. I tak mamy recepcjonistę, który jest typowym przystojnym gejem, lubiącym imprezy i zmieniającym partnerów jak rękawiczki. Mamy szefową HR-u, będąca typową ambitną singielką stawiającą na karierę, mamy też koleżankę, która stara się godzić rolę żony i matki z pracą zawodową. Żadne nie jest pełnowymiarową postacią, żadne nie ma zwykłych, ludzkich problemów, poza tymi, które wynikają z ich klisz. A mimo to wypadają ciekawiej od Cavii.

Zostawmy już może niewydarzonych bohaterów i przejdźmy do (równie niewydarzonej) fabuły. Składa się ona z krótkich rozdziałów, z których każdy opisuje mniej lub bardziej istotny epizod z życia Cavii. Taka konstrukcja mocno kojarzy mi się z powieścią w odcinkach i miałam wrażenie, że przynajmniej część rozdziałów była projektowana jako seria krótkich, satyrycznych historyjek do opublikowania w czasopismach, a resztę dopisano wyłącznie po to, żeby całość lepiej wypadła w formie książkowej. Przy czym nie ma tu spójnej fabuły i o ile początek i koniec tworzą jakąś klamrę, to zawartość między nimi sprawia wrażenie chaotycznej. Poza tym bezbarwność bohaterów powoduje, że trudno mi się było przejąć tym, co im się przytrafiało.

„Korpożycie świnki morskiej”
miało być powieścią humorystyczną. Najwyraźniej jestem kompletnie niekompatybilna z holenderskim poczuciem humoru, bo nie było tu żadnej sceny, która wydałaby mi się zabawna (za to było mnóstwo takich, które uznałam za nieco żenujące). Autorka zapewne dość trafnie punktuje absurdy pracy w korporacji i relacje między kolegami z jednego openspace'u (przynajmniej jeśli większość tych relacji ma stanowić skrępowanie i chowanie się po kątach przed przełożonymi), ale brak w tym wszystkim lekkości i jakiejkolwiek finezji. Mnie nie śmieszy.

Krótko mówiąc, ta powieść to marnotrawstwo czasu i pieniędzy, a jej jedyną zaletą jest fakt, że nawet ja dałabym radę przeczytać ją w jeden wieczór, bo czyta się bardzo sprawnie (głównie przez bardzo krótkie rozdziały, szerokie interlinie i takież marginesy). Przy czym największą jej wadą jest potworna nijakość, której nie dała rady zrekompensować nawet moja ponadprzeciętna sympatia względem świnek morskich. Szczerze mówiąc za pieniądze wydane na tę książkę mogłam nakupować natki pietruszki – karmienie nią moich osobistych kawii domowych byłoby znacznie bardziej satysfakcjonujące od czytania. Nie popełniajcie mojego błędu.
Tytuł: Korpożycie świnki morskiej
Autor: Paulien Cornelisse
Tytuł oryginalny: De verwarde cavia
Tłumacz: Sylwia Walecka
Wydawnictwo: Muza
Rok: 2018
Stron: 262

niedziela, 19 lutego 2017

"Był sobie pies" W. Bruce Cameron

Co jakiś czas pojawia się na literackim horyzoncie książka o psach, która zdobywa ogromna popularność – do tego stopnia, że film na jej podstawie kręcą. Evergreenem tego typu powieści jest oczywiście „Lassie, wróć!”, która co jakiś czas powraca na ekrany w nowej odsłonie czy tam interpretacji. Parę lat temu mieliśmy labradora Marleya, a dziś tryumfy święci „Był sobie pies” (też głównie o labradorach). Jak widać, psy się sprzedają - zwłaszcza, kiedy kręcą o nich filmy, bo powieść była już u nas pubikowana pod tytułem "Misja na czterech łapach", ale wtedy nie zdobyła aż takiego rozgłosu.

Szczeniak przychodzi na świat w norze nad rzeką. Matka wychowuje go jak najlepiej umie na zdziczałego psa, no ale wiadomo, kundelek z ulicy raczej długo żyć nie będzie. O dziwo, po śmierci wraca w ciele innego psa, aby od nowa przeżyć życie, zupełnie inne od poprzedniego. I tak w kółko. Jaki jest w tym cel? Czy pies w końcu go odnajdzie aby móc odejść raz na zawsze?

Powiedzmy sobie bez ogródek – „Był sobie pies” to nie jest jakiś fenomen literacki. Językowo czy technicznie nie ma się tu czym zachwycać, ot, napisana poprawnie i tak, żeby w oczy nie gryzła powieść. Niemniej, czyta się ją bardzo przyjemnie – autor może nie jest wybitnym artystą, ale sprawnym rzemieślnikiem już jak najbardziej. Dodatkowo, choć czasem mało subtelnie gra na emocjach czytelnika, to stara się nie zrobić ze swojego dzieła wyciskacza łez li i jedynie. Chwała mu za to, bo w filmach i powieściach o zwierzętach jest to często nadużywana sztuczka.

Zastanawiałam się, co jest takiego w tej książce, że wybiła się ponad inne o podobnej tematyce (w Polsce może tak tego nie widać, ale rynek anglosaski jest corocznie zalewany obfitą falą książek o pieskach i kotkach). W przypadku Marleya było to pokazanie szeregowym właścicielom, że wbrew temu, o czytają, nie wszystkie psy to ideały posłuszeństwa. Tutaj doszłam do wniosku, że chodzi o dwie rzeczy. Po pierwsze, każdy chyba właściciel zwierzęcia (ja również, choć psów akurat nie mam) lubi pomarzyć, że gdzieś tam czeka na niego ukochany przyjaciel w innym ciele. Po drugie, jako że narracja jest pierwszoosobowa, autor interesująco opisał sposób postrzegania świata przez psa. 

Wiecie, tematem interesowałam się tylko o tyle, o ile, specjalistką od psiego behawioru nie jestem, ale wydaje mi się, że pewne rzeczy autor odmalował bardzo trafnie i chwała mu za to, bo być może do części z tych mniej odpowiedzialnych właścicieli psów dotrze, że robią coś nie tak (do mnie najbardziej trafił fragment o tym, że chaotyczna czułość jest dla psa komunikatem zupełnie nieczytelnym, a fakt, że coś mu powiemy, absolutnie nie oznacza, że on to zrozumie i to jeszcze tak, jak sobie życzymy). 

No i tak – nie podzielam zachwytów nad „Był sobie pies”, bo i po prawdzie, z literackiego punktu widzenia nie ma się czym zachwycać. Być może gdybym sama miała psa, książka zachwyciłaby mnie bardziej. Ale to wciąż bardzo przyjemne, nie urągające logice czytadło, napisane na bardzo przyzwoitym, rzemieślniczym poziomie. Myślę, że każdemu miłośnikowi zwierząt (a zwłaszcza psów) sprawi sporo radości.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Kobiecego.

Tytuł: Był sobie pies
Autor: W. Bruce Cameron
Tytuł oryginalny: The Dog's Purpose
Tłumacz: Edyta Świerczyńska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Rok: 2017
Stron: 392

piątek, 30 września 2016

"Triumf owiec" Leonie Swann

Nigdy nie ukrywałam, że lubię książki o zwierzętach. Zarówno te non-fiction, jak i te z gatunku nazywanego na zachodzie bodajże animal fantasy (pośrednie, czyli zwykła zmyślona beletrystyka interesuje mnie nieszczególnie). Dlatego też pierwszą powieść Leonie Swann o detektywistycznych owcach przeczytałam, jak tylko wpadła mi w łapki i po lekturze postanowiłam przeczytać też drugą, która mi jednak w łapki nie chciała wpaść. No ale w końcu ją zdobyłam i przeczytałam. I niestety, nie trzyma poziomu pierwszej.

Zgodnie z testamentem ojca, Rebeka zabrała owce na wycieczkę do Europy. Jednak owcom Europa nie za bardzo się podoba. Zwłaszcza teraz, kiedy wszędzie leży śnieg, jest zimno i nigdzie nie widać świeżej trawy. Górujący nad pastwiskiem zamek też im się nie podoba, ani towarzystwo kóz (śmierdzą i chyba nie mają wszystkich klepek). Ale najbardziej im się nie podoba nocne wycie. I te rozszarpane sarny, znajdowane w lesie zaraz obok pastwiska. I legendy o wilkołaku. To wszystko jest jakieś podejrzane.

Wiecie, co jest największym problemem tej książki? Że nie zaczyna się od trupa. Poprzednia część właśnie tak się zaczynała i akcja od razu jako tako toczyła się do przodu, coś się działo. „Triumf owiec” natomiast zaczyna się jakieś dwieście stron zanim pojawi się pierwszy trup. Te dwieście stron jest niepotrzebne. Wróć, może inaczej – tylko niewielka część z tych dwustu stron w jakikolwiek sposób popycha akcję do przodu. Reszta niby ma budować napięcie, ale tak naprawdę jedynym, co buduje, jest bolesna nuda czytelnika.

Być może jest to wina samych owiec. Bo mam wrażenie, że autorka chciała (być może w odpowiedzi na sugestie czytelników) pokazać więcej z ich życia. I o ile owce zostały sportretowane przez Swann bardzo celnie, to jednak, nie oszukujmy się, na co dzień nie są szczególnie ekscytującymi zwierzętami. I czytanie przez dwieście stron de facto o ich życiu na pastwisku też szczególnie ekscytujące nie jest.

Acz sama kreacja owczych bohaterów jest bardzo przyjemnie poprowadzona. Owce (przynajmniej niektóre) mają własne charaktery i choć większość z nich według ludzkich standardów rozumem nie grzeszy, to nie da się ich nie lubić. Bohaterowie ludzcy zaś… są nieco irytujący. Ale sądzę, że to celowy zabieg – w końcu wiele z ludzkich działań wydaje się owcom zbędne, niezrozumiałe i irytujące właśnie.

Cóż, jeśli Leonie Swann napisze jeszcze jakąś książkę o owcach, to zapewne ją przeczytam. Pod dwoma warunkami. Po pierwsze: możliwie szybko musi się pojawić trup. A po drugie: całość nie może mieć więcej niż czterysta stron.

Tytuł: Triumf owiec. Thriller... a zarazem komedia filozoficzna
Autor: Leonie Swann
Tytuł oryginalny: Garou: Ein Schaf-Thriller
Tłumacz: Maciej Nowak-Kreyer
Cykl: Sprawiedliwość owiec
Wydawnictwo: Amber
Rok: 2010
Stron: 464

piątek, 15 lipca 2016

"Marley i ja" John Grogan

„Marley i ja” to swego czasu była książka szalenie popularna (nawet ją zekranizowano, choć to już dobrych parę lat po największej fali popularności w Polsce). Budziła dość skrajne opinie – spotykałam się z zachwytami nad wzruszającą historią i z pełnymi grozy i oburzenia komentarzami o nieodpowiedzialnych właścicielach, którzy nie potrafili się odpowiednio zająć swoim psem. Chciałam więc sama się przekonać, cóż budziło takie gorące emocje (zwłaszcza, że takie mniej lub bardziej oparte na faktach książki o zwierzętach lubię tak samo, jak fantastykę). Tymczasem okazało się, że to po prostu książka o rodzinie z niesfornym psem.

Dla niezorientowanych przypomnę może, że książka jest po prostu zapisem trzynastu lat życia labradora Marleya widzianych oczami jego właściciela i autora jednocześnie. Całość ma formę ułożonych chronologicznie rozdziałów opisujących pojedyncze, co ważniejsze epizody z życia psa i jego rodziny, od wyboru szczeniaka, aż po kres jego życia. Całość nie jest może napisana wybitnie, literacko nie jest to żadna perełka, ale czyta się płynnie i przyjemnie (niebycie perełką literacką jest w ogóle sporym problemem w literaturze „zwierzęcej”. To ten typ, gdzie treść jest bardzo często faworyzowana ze szkodą dla formy).

Podtytuł brzmi „Życie, miłość i najgorszy pies świata” i przyznam szczerze, że nieco mnie rozczarował. Rozumiecie, po najgorszym psie świata spodziewałam się jednak czegoś więcej niż garść frustrujących zwyczajów i paniczny lęk przed burzą. Znaczy, rozumiem, że dla właścicieli mieszkanie z notorycznie niszczącym coś czworonogiem może być ze wszechmiar uciążliwe, ale… trochę nie rozumiem fenomenu tej książki. Bo Marley to zwyczajny pies. Jasne, niewychowany pomimo starań opiekunów i nadpobudliwy, który z pewnością sprawiałby mniej kłopotów biegając po rozległej farmie niż mieszkając w małym domku na Florydzie, ale, no, w rozszarpywaniu poduszek nie widzę nic, co mogłoby z niego zrobić gwiazdę literatury. Myślę, że sukces powieści wynikał nie z tego, że autor opowiada fenomenalną historię, albo że wybitnie pisze. Wziął się stąd, że wreszcie, po setkach opowieści o najwspanialszych, najgrzeczniejszych i najniezwyklejszych psach ktoś napisał o zwyczajnym. I czytelnicy-psiarze (bo nie oszukujmy się, po powieści o zwierzętach najczęściej sięgają ludzie, którzy sami je kochają) mogli z zachwytem odnaleźć tam kawałek swojego nieidealnego przyjaciela, na zasadzie „O, Marley grzebie w śmietniku zupełnie jak mój Azor!”. Niemniej, ja psa nie mam i czułam tylko lekkie rozczarowanie.

Przy czym nie chcę napisać, że to jest zła książka. W skali szkolnej dałabym jej mocne trzy z plusem. Przygody Marleya bywają zabawne. Poza tym, w przeciwieństwie do autorki opowieści o kocie Deweyu, John Grogan rzeczywiście skupił się w swojej książce na psie. Są tam ludzie, bo oczywiście rodzina w życiu Marleya, jak każdego psa, jest niezmiernie ważna, ale nie ma poczucia, że pod pretekstem opowieści o zwierzęciu autor zajmuje się historią swojego życia. Dla mnie osobiście to wielki plus. Grogan nie zbacza też w stronę przesadnego sentymentalizmu i choć bywają fragmenty w sposób oczywisty nacechowane uczuciowo, to zawsze są na miejscu i czytelnik nie ma wrażenia, że autor go próbuje szantażować emocjonalnie.

W sumie nie żałuję czasu spędzonego na lekturze. Może nie jest to dzieło wybitne, ale całkiem sympatyczne czytadło. Na wakacje jak znalazł.

Tytuł: Marley i ja. Życie, miłość i najgorszy pies świata
Autor: John Grogan
Tłumacz: Agnieszka Lis, Magda Papuzińska
Tytuł oryginalny: Marley & Me

Wydawnictwo: Pierwsze
Rok: 2006
Stron: 344
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...