Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seria ECO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seria ECO. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 sierpnia 2021

"Jeże" Hugh Warwick


Kto śledzi moje wpisy, ten wie, że uwielbiam ekoliteraturę. Jednocześnie ciągle narzekam, że u nas to się wydaje tylko o pieskach, kotkach i ptaszkach, inne zwierzęta traktując nieco po macoszemu. Dlatego też, kiedy wydawnictwo Marginesy zapowiedziało pozycję o jeżach, od razu zyskała moje zainteresowanie. Bo przecież jeż to chyba najpopularniejszy (w sensie nie tylko „najpowszechniej występujący”, ale i „najbardziej lubiany”) i najbardziej rozpoznawalny dziki ssak Polski. Każdy kiedyś spotkał (albo spotka) jeża. Więc bardzo chętnie o nich poczytam. 

czwartek, 18 czerwca 2020

"Pies jest miłością" Clive Wynne


Przyznam, że nieszczególnie mnie interesują książki popularnonaukowe o psach (co innego tytuły z zacięciem reporterskim). Po prostu dlatego, że psa nie mam, a takie publikacje najczęściej są kierowane właśnie do właścicieli i autorom przyświeca cel pisania ich w taki sposób, aby zawierały mnóstwo sugestii praktycznego wykorzystania informacji. Co dla osób nie mających takiej możliwości jest straszliwie nudne. Gdyby „Pies jest miłością” nie wyszedł w marginesowej serii Eko, też bym go zignorowała. No ale wyszedł.

niedziela, 29 marca 2020

"Wyzwolenie zwierząt" Peter Singer


Osobiście jestem zdania, że istnieje taki kanon lektur, które powinien przeczytać każdy uważający się za miłośnika zwierząt. Co prawda jak ten kanon powinien wyglądać już tak dokładnie sprecyzowanego nie mam, ale zdecydowanie „Wyzwolenie zwierząt” Petera Singera powinno się w nim znaleźć. Nawet jeśli nie ze względu na głoszone tezy, to ze względu na wkład w kształtowanie postaw społecznych wobec zwierząt. 

sobota, 28 grudnia 2019

"Lisy. Historia miłości i odrazy" Lucy Jones


Jako że ekoliteraturę bezdyskusyjnie opanowały ptaki, na każdą książkę, która o nich nie jest czekam z niecierpliwością i ciekawością. Nie inaczej było z „Lisami” Lucy Jones – zainteresowały mnie od chwili, kiedy wypatrzyłam zapowiedź na stronie wydawcy. Miałam nadzieję na interesującą lekturę i przyznam szczerze, że w niektórych aspektach jestem jak najbardziej usatysfakcjonowana. A w niektórych nie.

sobota, 26 października 2019

"Plamka mazurka" Marek Pióro

Wieść o kolejnej książce o ptakach nie rozpaliła we mnie szczególnego entuzjazmu, ale tym razem chodziło o serię Eko od Marginesów. A tak się składa, że jest to seria, którą mam ambicję mieć w komplecie, więc i tak „Plamkę mazurka” trzeba było do niej dołączyć. Jak dotąd doświadczenia z książkami blogerów piszących o ptakach miałam dobre, więc doszłam do wniosku, że nie może być źle.

środa, 14 sierpnia 2019

"Patyki, badyle" Urszula Zajączkowska


Jeśli chodzi o ekoliteraturę, to ta dotycząca roślin nigdy nie budziła mojego szczególnego entuzjazmu. W serii Eko od Marginesów takie tytuły pojawiają się jednak bardzo rzadko, wcześniej wyszedł tylko jeden (i oczywiście jest jednym z dwóch tomów serii, którego nawet nie zaczęłam czytać). Jednak najnowsza pozycja (jak zresztą wskazuje tytuł) jest poświęcona wyłącznie roślinom. I wbrew pozorom nie z tematyką miałam problem.
 
„Patyki, badyle” Urszuli Zajączkowskiej są z pewnością książka nietuzinkową. Autorka bowiem - zawodowo botaniczka, po godzinach poetka i artystka – postanowiła o swojej pracy opowiedzieć w stylu bynajmniej nie wykładowym czy naukowym, ale artystycznym. Bo kto powiedział, że o anatomii roślin i pracy naukowej nie można mówić językiem naturalnie przynależnym prozie poetyckiej?

wtorek, 9 kwietnia 2019

"Serce i pazur" Simona Kossak


Przy okazji poprzedniego spotkania z tekstami Simony Kossak narzekałam na ich jakość. Wydawały mi się sztywne, proste i oparte na faktach w dobie internetu oczywistych lub możliwych do sprawdzenia w kilka sekund. Acz ponieważ uwagi te dotyczyły głównie tekstów o roślinach, doszłam do wniosku, że w książce poświęconej zwierzętom będzie lepiej. Cóż… nie do końca.
„Serce i pazur” to zbiór krótkich tekstów w założeniu traktujących o życiu emocjonalnym zwierząt, pogrupowanych w kategorie tematyczne. Mam wrażenie, że były to felietony radiowe, bo forma jednak nieco krótka na felieton literacki, a jako właściciel praw do nich widnieje Radio Białystok.

poniedziałek, 19 listopada 2018

"Czyste mięso" Paul Shapiro

 
Jak każdy miłośnik fantastyki mam swoje ulubione gatunkowe pomysły i koncepcje, na których urzeczywistnienie czekam z nadzieja i niecierpliwością. Jedną z takich koncepcji jest mięso hodowane w kadziach (najbardziej mi się podoba przedstawienie w „Wiatrogonie aeronauty” Butchera – rodzinne manufaktury, gdzie hoduje się połcie mięsa, żeberek czy co tylko w specjalnych pojemnikach, podobnych do naszych kadzi piwowarskich), bo pozwala zjeść ciastko (czyli prawdziwe mięso, nie jakiś roślinny zamiennik) i mieć ciastko (czyli odciążyć środowisko i uczynić hodowlę zwierząt gospodarskich znacznie bardziej humanitarną). Toteż jak tylko zobaczyłam „Czyste mięso” Paula Shapiro w zapowiedziach wydawnictwa Marginesy musiałam przeczytać tę książkę. Przyznam, że rozminęła się z moimi oczekiwaniami.
 

wtorek, 18 września 2018

"Łąka" Dave Goulson

Rok z okładem temu pisałam o pewnej książce o trzmielach. Wspominałam, że autor (było nie było profesor nauk biologicznych) kupił kawałek łąki we Francji i postanowił zrobić z niej minirezerwat dla wszystkich drobnych żyjątek, jakie zechcą na niej zamieszkać. A potem napisał o tym książkę. W tym roku wydawnictwo Marginesy postanowiło ja u nas wydać. A ja ją przeczytałam.

Tym razem autor porusza znacznie szerszą tematykę. Oczywiście kawałek ziemi na francuskiej wsi jest stale obecnym leitmotivem, ale jego istotność zmienia się w zależności od rozdziału. I tak, stosując zgrabny trójpodział najpierw autor skupia się na swoim małym rezerwacie, opisując już to własne przygody związane z przystosowaniem zrujnowanej farmy do zamieszkania, już to gawędząc o interesujących, a niedocenianych mieszkańcach europejskich łąk. W drugiej skupia się na zależnościach wiążących mieszkańców łąki, w trzeciej zaś stara się na nią spojrzeć w szerszym kontekście ogólnej ochrony przyrody.

Wszystkie części są napisane ze swadą i może bez literackiej finezji, ale przyjemnym gawędziarskim stylem. Miło czyta się zwłaszcza o perypetiach remontowych (przy okazji można poznać zaskakujące życie erotyczne tykotków) czy o spacerze wśród krzewów (tutaj można dowiedzieć się, skąd krwiożercze zapędy modliszek względem samców własnego gatunku). Zaskakujące, w jak fajny sposób autor potrafi wpleść naukowe rozważania w proste opowieści i jak kradną one tekst. Niemniej, najciekawiej wypada część o zagadnieniach globalnych.

To w niej bowiem autor pochyla się nad zagadnieniami, które mogą dotyczyć nas wszystkich (i tak właśnie jest, w bardzo bezpośredni sposób). Pisze na przykład o swoich badaniach dotyczących ginięcia pszczół i robi to w sposób tyleż zaangażowany, co zrównoważony. Widać, ze bardzo chce, aby czytelnik wziął sobie do serca przedstawione dane, ale jednocześnie dba, aby rzetelnie przedstawić nawet te niewygodne fakty, unikając przy tym histerycznego tonu, jaki często spotyka się w kampaniach społecznych firmowanych przez ogólnoświatowe organizacje ochrony przyrody. Pisze też o tym, dlaczego tak istotne jest, aby każdy w swoim ogródku przewidział miejsce dla dzikiego życia – wystarczy zostawić kawałek niekoszonego trawnika. To coś, co można zrobić każdy i co wbrew pozorom ma znaczenie.

„Łąka” nie jest może tak spójna tematycznie jak „Żądła rządzą”, ale to nie wada tylko zaleta. Osobiście polecam wszystkim, którzy choć trochę interesują się natura wokół siebie, a nie tylko pandami w Chinach czy gorylami w Afryce. Zawsze to okazja, żeby zaszczycić nasz ogródek świeżym spojrzeniem.

Ksiązke otrzymałam od wydawnictwa Marginesy.

 
Tytuł: Łąka
Autor: Dave Goulson
Tytuł oryginalny: A Buzz in the Meadow
Tłumacz: Karolina Iwaszkiewicz
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2018
Stron: 344

sobota, 24 marca 2018

"Ptakologia" Sy Montgomery


Śmiem twierdzić, że książki o ptakach to jeden z trzech głównych filarów literatury z nurtu eko (obok książek o miejscach i o psach i kotach). Dlatego w gruncie rzeczy zakasujące jest, że seria EKO od Marginesów jeszcze swojej nie miała (to w ogóle bardzo zróżnicowana seria i oryginalna w doborze tematyki, nie tak jak niektórzy – Menażeria, wstań jak do ciebie mówię!). Czas najwyższy było naprawić to niedopatrzenie. Niedawno nakładem wydawnictwa ukazała się „Ptakologia” Sy Montgomery.

Autorka w serii pojawiała się już dwukrotnie i mnie zdecydowanie bardziej spodobała się, kiedy skupiała się na zwierzętach, a nie na podróżach. Dlatego też miałam nadzieję, że w „Ptakologii” w centrum dalej pozostaną zwierzęta i na szczęście się nie zawiodłam. Montgomery prezentuje nam kilka tekstów (na poły esejów, na poły reportaży, choć a przewagą tego drugiego), które łączy wspólny motyw ptaków oraz ludzi, dla których stały się pasją i/lub sposobem na życie.

Rozrzut jest zaskakująco duży – mamy bowiem opowieść z własnego podwórka Sy o jej kurach, mamy długi rozdział o miłośnikach wyścigów gołębi pocztowych i ich ptakach, mamy relację z odchowania osieroconych piskląt kolibra oraz opowieść zawodowej sokolniczki (a to bynajmniej nie koniec listy). Najbardziej zaskoczyło mnie, że pisarka potrafiła równie ciekawie pisać o zwierzętach, co o ich ludziach. Z doświadczenia wiem, że wcale nie jest to łatwe i większość autorów (przynajmniej w moim subiektywnym odczuciu) ma problem ze znalezieniem równowagi. Ale dla Montgomery ludzie i zwierzęta którym poświęcają życie to zawsze jedna opowieść, w której żadnego bohatera nie można faworyzować. Ptaki drapieżne mają silne i obce osobowości, więc ich przewodniczka musi być równie silna, choć już niekoniecznie nieprzystępna. Kolibry są delikatnymi ptaszkami wymagającymi niewyobrażalnego reżimu od zajmującej się nimi osoby, więc wolontariuszka zajmująca się nimi okazuje się wyjątkowo zorganizowana, ale przy tym ciepła i uczuciowa (a w tej opowieści nie brakuje dramatycznych zwrotów akcji). A miłośnicy gołębi na przekór światu kochają ptaki, których wszyscy zdają się nienawidzić.

Językowo to chyba najlepsza jak dotąd książka autorki, co w sumie nie dziwi, bo najnowsza spośród wydanych u nas. Swoją drogą, czytając kolejne książki Montgomery doskonale widać, jak rozwija się jej warsztat pisarski – trafiło mi się czytać je w kolejności napisania (która nie pokrywa się z kolejnością polskich wydań) i najnowsza okazuje się tez najlepiej napisana. Może nie do końca pasują mi skłonności autorki do szukania poetyckich metafor (choć same metafory nie są złe ani uciążliwe), ale w „Ptakologii” widać, jak rozwinęła umiejętność komponowania tekstów, budowania napięcia i tworzenia niezwykle celnych opisów. Oby tak dalej.

Przyznam, że z książki na książkę pisarstwo Sy Montgomery podoba mi się coraz bardziej. Mam nadzieję, że jeszcze coś z jej dorobku zostanie u nas wydane (nie jest to chyba nadzieja całkiem płonna: na skrzydełku którejś z poprzednich książek z serii EKO w zapowiedziach widniała pozycja o ośmiornicach). Chętnie przeczytam.
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Marginesy.

Tytuł: Ptakologia
Autor: Sy Montgomery
Tytuł oryginalny: Birdology
Tłumacz: Adam Pluszka
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2018
Stron: 412

sobota, 27 stycznia 2018

"O ziołach i zwierzętach" Simona Kossak

Kiedy tylko Luby mój osobisty zobaczył, co też takiego aktualnie czytam, od razu kategorycznie stwierdził, że szkoda mojego czasu. Nie było to stwierdzenie całkiem irracjonalne, bowiem miał kiedyś okazję uczestniczyć w wykładzie Simony Kossak i wrażenia wyniósł... delikatnie mówiąc, mało entuzjastyczne. Ale stwierdziłam, że nie może być tak źle, w sieci same pochlebne głosy przecież no i to, że ktoś nie umie wykładać nie znaczy jeszcze, że nie umie pisać. Po lekturze muszę jednak przyznać, że i moim wrażeniom bliżej do stanowiska Lubego niż blogowych entuzjastów...
 
Zanim przejdziemy do konkretów, krótkie wprowadzenie. „O ziołach i zwierzętach” to zbiór... felietonów? Krótkich artykułów? ...autorstwa Simony Kossak z TYCH Kossaków, znanej i ekscentrycznej biolożki, niestety nieżyjącej już. Książka składa się z krótkich tekstów, z których każdy omawia przedstawiciela rodzimej flory lub fauny i swoje pierwsze wydanie miał w 1995 roku.
 
Cóż, wychodzi to różnie. Teksty o roślinach czyta się jak artykuły z wikipedii, urozmaicone odrobiną wiedzy ludowej. Suche opisy typu „jajowate liście ustawione są naprzeciwlegle na czterograniastej łodydze” nie są specjalnie przystępne i chociaż autorka stara się je uatrakcyjnić a to cytując, co też pisali o danej roślinie średniowieczni czy starożytni zielarze, a to przytaczając ludowe wierzenia, koniec końców i tak uzyskujemy dość suchą litanię cech. Właściwie to nawet nie mam pretensji do autorki o taką formę, bo w dobie przedinternetowej (w połowie lat dziewięćdziesiątych jednak niewielu ludzi w Polsce miało dostęp do sieci, a i sama sieć nie była jeszcze zbyt bogata w treści) mogła się sprawdzać lepiej. Ale teraz nie ma się czym zachwycać.
 
Znacznie lepiej wypadają teksty o zwierzętach. Autorka zdecydowanie lepiej sobie radzi, kiedy może wprowadzić element narracyjnego opowiadania historii. Opis zwyczajów danego gatunku wygląda zgrabniej, jeśli nadać mu pewnej celowości i ująć w ramy opowieści. Prostej i nieco ubogiej w detale, ale mimo wszystko potrafiącej zainteresować czytelnika.
 
Pod względem merytorycznym są to opowiastki bardzo podstawowe, w większości przypadków nie wychodzące poza to, co dzięki szybkiemu guglowi możemy znaleźć w sieci (na plus przemawia fakt, że w przypadku tekstów o zwierzętach, te zamieszczone w książkach czyta się dużo lepiej). Jeśli ktoś szukał tu treści unikalnych i jakichś ciekawych nowinek, nowatorskiego pomysłu na książkę, to niestety będzie zawiedziony. Przynajmniej językowo jest jednak przyzwoicie.
 
„O ziołach i zwierzętach” to książka bogato ilustrowana, co jest oczywiście zaletą. Wadą zaś jest fakt, że (przynajmniej w miękkookładkowym wydaniu) wszystkie ilustracje są czarno-białe. W przypadku zdjęć nawet bym takiej decyzji przyklasnęła (drukowane na papierze, jakiego wydawca używa w serii EKO, wyglądają bardzo mizernie), ale w przypadku ilustracji i rysunków trochę szkoda. Przydałoby się też bardziej pilnować doboru ilustracji, bo zdarzyło się kilka lapsusów. Na przykład w rozdziale o bzie czarnym jako jedna z rycin pojawia się... lilak (s. 15). Który potocznie co prawda nazywany jest bzem, ale biologicznie bliżej mu do oliwek. Dziwnie jest też w rozdziale o ropuchach, gdzie pośród trzech rodzimych gatunków nagle pojawia się amerykański grzbietoród (s. 294).
 
Przyznam, że się rozczarowałam. Po tych wszystkich zachwytach zarówno osobą autorki, jak i samą książką spodziewałam się czegoś więcej. Znacznie więcej. Tymczasem dostałam pozycję przeciętną – bardzo sympatyczną językowo, ale jednak poza tym nie zaskakującą i nie zachwycającą. Cóż mam jeszcze jedną książkę autorki. Mam nadzieję, że pozwoliła sobie w niej położyć większy nacisk na snucie opowieści. Bo to jej wychodzi znacznie lepiej niż opisy.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Marginesy.

Tytuł: O ziołach i zwierzętach
Autor: Simona Kossak
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2017
Stron: 416

niedziela, 27 sierpnia 2017

"Dobra świnka, dobra" Sy Montgomery

Przyznam, że moje pierwsze spotkanie z Sy Montgomery zakończyło się pewnym takim rozczarowaniem: spodziewałam się książki przyrodniczej, dostała podróżniczą. I w sumie na tamtej pozycji zakończyłabym pewnie znajomość z autorką, gdybym nie kolekcjonowała serii. A w serii był jeszcze jeden tytuł Montgomery. No to jak już i tak miałam go sobie sprowadzić do domu, to i przeczytać mogłam.

Tym razem przynajmniej było jasne, że nie trafi mi się książka podróżnicza – autorka bowiem postanowiła nam przedstawić życiorys swojej domowej świni o wdzięcznym imieniu Christopher Hogwood. A że z trzystukilogramowym knurem podróżuje się raczej niewygodnie, to i jasne było, że cała opowieść rozegra się raczej stacjonarnie, czyli w domu autorki i jego najbliższych okolicach.

Świnia domowa nie jest nawet dziś szczególnie popularnym zwierzątkiem towarzyszącym, choć teraz nikogo już nie szokuje. Na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku sytuacja miała się jednak nieco inaczej, zwłaszcza w wiejskich okolicach – świnie hodowało się po to, żeby je zjeść. Niemniej nie znaczy to, że hodowcy swoich zwierząt nie szanują. I tak znajomym farmerom państwa Montgomery ciężko było patrzeć, jak jedno z prosiąt marnieje w oczach, najsłabsze i niepotrafiące sobie wywalczyć miejsca nawet wśród grupy maluchów odrzuconych przez matki, bo zbyt małych i słabych, aby lochy chciały je wychowywać. I dlatego (wiedząc o fascynacji Sy świniami) zaproponowano państwu Montgmery, żeby sobie je wzięli i odchowali, jeśli dadzą radę – w końcu jaki dom będzie bezpieczniejszy dla świnki, niż ten zamieszkany przez wegetariankę i Żyda?

Oczywiście Christophera udało się odchować (gdyby się nie udało, cóż, książka byłaby znacznie krótsza) i szybko stał się maskotka lokalnej społeczności (zwłaszcza, kiedy zaczął sobie urządzać wycieczki krajoznawcze; zaiste, niewiele jest barier zdolnych powstrzymać wyrośniętego tucznika). Autorka z wielkim uczuciem opisuje reakcje okolicznej ludności, telefony o nieludzkich porach (na wsi ludzie z reguły wiedzą, czyje zwierzęta jak wyglądają i dzwonią do właściciela, jeśli zobaczą jakieś na gigancie), pielgrzymki dożywiających i dzieci… No, ogólną sympatię, społeczności do jedynej świni, której nie groziło przerobienie na kiełbasę. Są to opowieści sympatyczne, zabawne i ciekawe, a miejscami nawet podnoszące na duchu, widać w nim ogromny szacunek i miłość, jakimi autorka darzy swoją małą społeczność.

Jednak książka, poza poczynaniami wieprza zawiera również spory element autobiograficzny. Autorka opisuje nie tylko relacje z Christopherem, ale też ze swoimi rodzicami (a te nie zawsze były łatwe) i mężem, perypetie związane z domem i zamieszkującymi go lokatorami (po połowę budynku Montgomery’owie wynajmowali) oraz różne przeciwności losu. Całkiem przyjemnie się o tym czyta.

Przy czym styl autorki pozostał taki sam, jak w opowieści o delfinach: przystępny, nieco suchy, ale przejrzysty z jednej strony, a przejawiający gdzieniegdzie przebłyski erudycji z drugiej. Przyznam jednak, że „Dobrą świnkę, dobrą” czytało mi się znaczniej przyjemniej niż „Podróż różowych delfinów” – ale nie wiem, czy to autorka się przez te kilka lat wyrobiła, czy po prostu bardziej interesująca mnie tematyka sprawiła, że przymknęłam oczy na niedoróbki.

I tak – o ile tematycznie „Podróż różowych delfinów” była zdecydowanie bardziej fascynująca, to „Dobrą świnkę, doprą” najnormalniej w świecie przyjemniej mi się czytało. Najwyraźniej Sy Montgomery to jedna z tych licznych autorek, którym lepiej się pisze o tym, co kochają, niż o tym co tylko je fascynuje. A ja zyskałam powód, żeby dać jej jeszcze jedną szansę.

Tytuł: Dobra świnka, dobra. Niezwykłe życie Christophera Hogwooda
Autor: Sy Montgomery
Tytuł oryginalny: The Good Good Pig: The Extraordinary Life of Christopher Hogwood
Tłumacz: Adam Pluszka
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2015
Stron: 284

środa, 26 lipca 2017

"Psi dar" Claire Guest

Przyznam, że mimo mojej nieustającej miłości do wszelkiej literatury o zwierzętach z książkami o psach mam pewien problem. W przypadku czystej fikcji autorzy często próbują czytelnika szantażować emocjonalnie w sposób wyjątkowo mało subtelny (no bo wiadomo, że jak piesek umiera, najlepiej poświęcając za kogoś życie, to się czytelniku wzruszysz. Nie będziesz skończonym męskim organem rozrodczym, żeby się nie wzruszyć, prawda? PRAWDA!?), co mnie wyjątkowo irytuje. W przypadku nie-fikcji… cóż, dość powiedzieć, że czasem mam wrażenie, że każdy psiarz chce napisać biografię swojego jakże wyjątkowego pupila. Co czasem daje fajne efekty, ale raz, że rzadko, a dwa, sprawia, że książek o psach mamy zatrzęsienie i zaczynam instynktownie szukać czegoś bardziej oryginalnego. „Psi dar” był o tyle wyjątkowy, że łączy wątki zwierząt z wątkami medycznymi, czyli ostatniego (po zwierzętach i fantastyce) z wierzchołków trójkąta moich głównych zainteresowań.

„Psi dar” jest historią poszerzenia zastosowania psów w medycynie. Pomocnicy niewidomych są dla nas już od lat czymś oczywistym, asystenci niepełnosprawnych ruchowo też się opatrzyli, jednak wszelka pomoc, jaką chorzy otrzymywali dotąd od psów polegała na wykonywaniu odpowiednich zadań na polecenie podopiecznego. Claire Guest postanowiła sprawdzić, czy da się w medycynie wykorzystać psi węch i temu projektowi poświęciła lwią część swojego życia. Po czym o swoich zmaganiach napisała (po trosze autobiograficzną) książkę.

Z książkami o zwierzętach zazwyczaj jest tak, że ponieważ autor ma do opowiedzenia ciekawą historię, wybacza mu się niedostatki stylu (no niestety, nie każdy jest zawodowym pisarzem jak Koontz czy Woolfson, nie każdy ma ukryty talent do pióra). Z Claire Guest jest podobnie. Jej styl jest po szkolnemu poprawny, płynny, ale bez jakichkolwiek pretensji do literackości. Powiedziałabym, że jest tak przejrzysty i zrozumiały, że aż nudny.

Natomiast sama historia już nudna zdecydowanie nie jest. Mnie osobiście fascynuje medycyna, zwłaszcza w odsłonie literackiej, więc z ogromnym zainteresowaniem śledziłam, jak autorka-narratorka przeciera nowe szlaki nie tylko w szkoleniu psów jako takim, ale w szkoleniu przede wszystkim psów asystujących. Założona przez nią fundacja specjalizuje się w psach wywąchujących choroby – ostrzegających cukrzyków przed hipo(albo hiper)glikemią, ekstremalnych alergików o obecności alergenów czy narkoleptyków przed nadchodzącym atakiem. Możemy poznać kulisy powstawania fundacji i pionierskie programy szkoleniowe, wprowadzane przez Claire.

Jednak największym (i jak dotąd niespełnionym, chociaż prace trwają) marzeniem autorki pozostaje wyszkolenie psów do wykrywania nowotworów we wczesnym stadium. W tej dziedzinie też jest pionierką. Obserwujemy jej zmagania najpierw z ludźmi, którzy nie wierzyli w sukces przedsięwzięcia, później z obojętnością środowiska naukowego i z problemami natury zupełnie prozaicznej (na przykład skąd wziąć próbki do badań). Podziwiam ją za wytrwałość, ale także za skrupulatność w przestrzeganiu naukowych standardów przy eksperymentach i sporą dozę pokory.

Przy czym „Psi dar” to także opowieść o życiu trenerki i jej psów. Autorka opowiada o tym, jak bardzo psy były dla niej zawsze ważne, jak ceni sobie więź człowieka ze zwierzęciem. I jak mocny konkretne zwierzęta wywarły wpływ na jaj życie. Przybliża życiorysy swoich ulubieńców, które splatają się z jej własnym – od pierwszego Stroszka (dlaczego tłumacz postanowił tłumaczyć niektóre imiona, a innych nie, pozostaje dla mnie zagadką) po Daisy i Floren. Każdy jest wyjątkowy.

Myślę, że „Psi dar” to książka dla każdego. Dla miłośników psów – to oczywiste. Ale też dla lubiących opowieści o pionierach i o odkrywaniu nowych dróg w, zdawałoby się, dobrze poznanych dziedzinach. Dla tych, którzy lubią czytać o medycynie i dla miłośników wątków biograficznych. A wreszcie dla lubiących wspomnienia. Taka książka o szerokim spektrum. Poza tym ma jak dotąd najładniejszą okładkę w serii.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Marginesy.


Tytuł: Psi dar. Jak węch Daisy uratował mi życie
Autor: Claire Guest
Tytuł oryginalny: Daisy's Gift
Tłumacz: Adam Pluszka
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2017
Stron: 308

niedziela, 23 kwietnia 2017

"Żądła rządzą" Dave Goulson

Trzeba przyznać, że pszczoły są ostatnio bardzo nośnym tematem w literaturze. W ciągu ostatniego roku jakoś wyjątkowo w nie obrodziło, głównie w beletrystyce i ogólnie wśród książek, które nie roszczą sobie prawa do bycia (popularno)naukowymi źródłami wiedzy (na przykład „Rój” sobie bardzo nie rości, ale ogólnie wpisuje się w nurt). Tymczasem najnowszy tom serii Eko również wpisuje się w nurt, poniekąd. „Poniekąd”, bo wpisuje się z popularnonaukowym zacięciem i bo nie o samych pszczołach miodnych traktuje, a o ich bliskich kuzynach, trzmielach (oba gatunki – tak, wiem, trzmiel to raczej rodzaj - należą przecież do tej samej rodziny). Przy okazji ma też okładkę, która mnie całkowicie urzekła (acz zmiana liternictwa względem reszty serii trochę w oczy kole).

Dave Goulson jest naukowcem (biologiem konkretnie, a jeszcze konkretniej: entomologiem), który całą swoja karierę poświęcił badaniu owadów. Szczególnym uczuciem obdarzył trzmiele: nie tylko poświęcił im większość swoich prac naukowych, ale też założył mini rezerwat dla tych stworzeń (o czym też napisał książkę, ale jeszcze nikt jej u nas nie wydał) oraz organizację charytatywną na rzecz ich ochrony. Napisał też o nich (oraz o swojej miłości do nich) książkę: trochę zbiór esejów z pewnym zacięciem literackim, bardziej pozycję popularnonaukową. I właśnie tę książkę w nasze ręce oddało wydawnictwo Marginesy.

„Żądła rządzą” to opowieść o trzmielach Wielkiej Brytanii (sporo z nich występuje też w Polsce). Autor zaczyna co prawda bardziej osobiście, od początków własnej miłości do natury i zainteresowania nią (i przyznam, że od niektórych akapitów opisujących popisy kilkuletniego Dave’a mnie, jako odpowiedzialnej właścicielce zwierząt domowych, włos się jeżył na głowie), by dopiero później przejść do bardziej ogólnych tematów. Choć trzeba przyznać, że wątek autobiograficzny jest kontynuowany. No bo jak tu przejść do bezosobowego omówienia wyników, skoro to, jak się je osobiście zdobywało (na przykład biegając po sąsiednich laboratoriach i łapiąc zbiegłe roje) dla czytelnika może być równie interesujące? Ta kontynuacja zresztą na dobre książce wychodzi, bo suche wyniki to przecież można sobie w czasopismach naukowych przeczytać, gdzie zresztą miłośnicy natury się po nie udają. Jeśli zaś są jednocześnie miłośnikami literatury, to chcą przeczytać o czymś więcej, chcą czegoś bardziej osobistego od autora. I właśnie to im (nam) Goulson zapewnia w swej książce.

Takie wykwity na moim instagramie.
A same trzmiele? Oczywiście nie zostały pominięte. Goulson potrafi świetnie swoje osobiste anegdotki przeplatać naukowymi faktami, a to wszystko podane bardzo przystępnie. Mamy więc omówienie cyklu życiowego trzmieli, historię ich ewolucji, mój ulubiony kawałek o próbach wyszukiwania gniazd za pomocą specjalnie szkolonych psów, sporo o zagrożonych gatunkach a także o wpływie gatunków introdukowanych do obcych środowisk na rodzimą faunę. Jest też sporo o tym, jak możemy nasz własny ogródek czy balkon uczynić bardziej przyjaznym dla lokalnej fauny. Wartością dodaną dla mnie był dość szczegółowy i przystępny opis tego, jak właściwie wygląda eksperyment naukowy – osobom nieobeznanym może to sporo powiedzieć o tym, jak właściwie robi się naukę.

Trzmiele to bardzo wdzięczne zwierzęta – jedne z moich ulubionych owadów. Bardzo dobrze, że pojawiła się pozycja, która w sposób przystępny (bo Goulson pisze bardzo przystępnie, z pewnymi pretensjami do literackości; pisze też w sposób, który ja osobiście w tego typu pozycjach uwielbiam: łącząc nagie, naukowe fakty z relacjami z wydarzeń, których był światkiem i osobistym spojrzeniem na sprawę) opowiada o tych popularnych (ciągle jeszcze), ale niedocenianych owadach. Warto popularyzować wiedzę o naturze, którą spotykamy po przekroczeniu własnego progu. 

 Książkę otrzymałam od wydawnictwa Marginesy.

Tytuł: Żądła rządzą
Autor: Dave Goulson
Tytuł oryginalny: A Sting in the Tale
Tłumacz: Anna Bańkowska
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2017
Stron: 318

środa, 15 marca 2017

"Wilk zwany Romeo" Nick Jans

Wybierając sobie lektury z tematem „zwierzęcym” staram się stawiać na będące literaturą faktu. Wiecie, w literaturze fikcji (że nieudolnie skalkuję angielski termin) autorzy często popadają w cukierkową tkliwość i bezczelne granie na emocjach, wypisując jednocześnie niestworzone rzeczy i niepotrzebnie uczłowieczając zwierzęcych bohaterów. „Wilk zwany Romeo” jest w tym kontekście dość niezwykły – to rodzaj pamiętnika, spisany przez obserwatora niewiarygodnych (jakby wyciągniętych z filmu Disneya) zdarzeń. Aż dziwne, że jak dotąd nikt jeszcze tej opowieści nie zretellingował.

Nick Jans mieszka na Alasce, w pobliżu parku krajobrazowego. Spokojna okolica, piękne widoki, senne miasteczko. Pewnego dnia pojawia się wilk. Też nic szczególnego, gość co prawda rzadki i niezła gratka dla lokalnych miłośników przyrody, ale nie pierwszy przecież. Ot, pokręci się i zniknie, jak wiele wilków przed nim. Jednak ten czarny basior okazał się inny. Wracał. I to regularnie. Mało tego: wracał głownie po to, żeby bawić się z wyprowadzanymi przez mieszkańców miasta psami. Gdyby to był film familijny, mielibyśmy jakiś łzawy happy end. Niestety, rzeczywistość nie chce być filmem familijnym.

Nick Jans relacjonuje historię wilka dość sucho, przynajmniej jeśli wziąć pod uwagę, z jak wielką fascynacją podchodzi do tego fenomenu. W sumie może to i lepiej – osobiście wolę konkretny opis wydarzeń, zrównoważony i w miarę możliwości racjonalny od emocjonalnych wywodów i mistycznych pierdów, niech więc skupia się na twardych danych i relacjach świadków (co, swoją drogą, robi zaskakująco rzetelnie. Oby więcej autorów prezentowało takie samozaparcie w riserczu). Nie jest może wybitnym literatem (to raczej kolejny przykład autora, który pisze przyzwoicie, ale popularność zdobył raczej ze względu na przedstawianie interesujących wydarzeń niż interesujący warsztat), ale czyta się go przyjemnie.

Paradoksalnie, bardziej od samego wilka (którego motywacji, mimo szczerych chęci, nie jesteśmy w stanie odgadnąć. Choć możemy próbować, co Jans ochoczo robi) zainteresowały mnie reakcje okolicznej ludności. Bo przykra prawda jest taka, że jeden nieagresywny wilk jest znacznie mniej niebezpieczny dla ludzi, niż ludzie dla niego. Niefrasobliwość, z jaką mieszkańcy traktują, było nie było, dzikie zwierzę to proszenie się o wypadek. Przy czym zauważyłam ciekawe różnice między Europejczykami i Amerykanami. Widzicie, u nas jak gdzieś zaczyna grasować dzikie zwierzę, niewadzące nikomu, nienaprzykrzające się, ale potencjalnie niebezpieczne, to zgłasza się to odpowiednim służbom i po prostu tamtędy nie chodzi. Na Alasce za to mamy na przykład faceta, który bierze specjalnie swoje małe wnuki na spacer w teren, gdzie widziano wilka, odgrażając się, że zastrzeli tego cholernego futrzaka…

Paradoksalnie wieść o Romeo nie rozchodzi się tak szeroko, jak możnaby się spodziewać. Sprawą interesują się najwyżej lokalne media. Teraz Romeo byłby bohaterem internetu…

Opowieść o łagodnym wilku zwanym Romeo, który uwielbiał bawić się z psami niestety nie kończy się dobrze. Dla mnie ta historia na zawsze pozostanie opowieścią o tym, jak cwaniaczki i idioci przez swoją głupotę i zacietrzewienie oraz brak szacunku dla czegokolwiek, co jest od nich słabsze niszczą piękno tego świata (wiem, że to brzmi pompatycznie, ale jakbym pisała coś o pięknie natury, brzmiałobym dla odmiany jak ekobełkot). Warto przeczytać tę książkę choćby po to, żeby zdać sobie sprawę, jak bardzo tacy ludzie wpływają na to, co się wokół nas dzieje (w obliczu padających drzew jest to wyjątkowo aktualny przekaz).

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy.


 
Tytuł: Wilk zwany Romeo
Autor: Nick Jans
Tytuł oryginalny: A Wolf Called Romeo
Tłumacz: Adam Pluszka
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2016
Stron: 366

wtorek, 13 września 2016

"Czochrałem antarktycznego słonia" Mikołaj Golachowski

Debiut Michała Golachowskiego wdarł się do blogosfery może nie szturmem, ale przebojem na pewno. Co recenzja, to zachwyty. Sama nabyłam go raczej z chęci skompletowania serii niż z powodu pozytywnych opinii, niemniej, oczekiwania też miałam spore. No bo przecież Arktyka i Antarktyka to tak fascynujący rejon pod względem fauny, że nie można o nim napisać czegoś nieciekawego, prawda? Cóż, rzeczywistość trochę się z moimi oczekiwaniami rozminęła.

O czym właściwie „Czochrałem antarktycznego słonia” jest? O tym, co w tytule też, ale nie tylko. Autor opisuje swoje polarne doświadczenia – jako naukowca zimującego na Polskiej Stacji Antarktycznej ale też jako przewodnika wycieczek turystycznych po tych rejonach świata. Przy tym dostajemy rys co ciekawszych historycznie wypraw polarnych, a wstępem o tego wszystkiego jest opowieść o całkiem lokalnej faunie, która wywarła wpływ na życie autora.

I tu leży właśnie mój problem. Mój, nie autora. Bo oczekiwałam książki o zwierzętach – o polarnej faunie i jej interakcjach z człowiekiem, historii jej eksploatacji oraz badań nad nią. I oczywiście to w książce jest. Ale „Czochrałem antarktycznego słonia” to właściwie książka podróżnicza. Owszem, spisana przez podróżnika, który skupia się głównie na naturze, ale jednak niekoniecznie na tych jej aspektach, która najbardziej interesują mnie. Krótko mówiąc, więcej tam jest o życiu codzienny na stacji polarnej czy o rdzennej ludności zamieszkującej (dawniej lub obecnie) chłodne regiony tego świata niż o tytułowych słoniach. Paradoksalnie, najprzyjemniej czytało mi się pierwsze rozdziały, w których autor opowiadał o zwierzętach w domu rodzinnym i o swoich badaniach naukowych prowadzonych w Polsce.

A trzeba przyznać, że dar do opowiadania autor ma. Może wypadałoby jeszcze warsztat doszlifować (w końcu to debiut, dajmy debiutantowi trochę luzu), ale i tak jest bardzo dobrze. Golachowski językiem posługuje się swobodnie i bez zadęcia – raczej jak kumpel znany z daru do opowiadania ciekawych historii niż rasowy literat. Potrafi wciągnąć w opowieść, rzucić soczystą anegdotką, a i trafnych porównań też nie unika. Bardzo przyjemnie się to czyta.

Kilka słów o technikaliach. „Czochrałem antarktycznego słonia” jest „większą” odsłoną serii Eco. I przyznam, że mniejszy format czytało się dużo wygodniej. Książka jest dość gruba, papier dość sztywny, a okładka niestety bardzo miękka jak na okładkę. Co skutkuje uszkodzeniami grzbietu. Nie są to jakieś spektakularne złamania, ale co wrażliwszym estetom będą przeszkadzać. Poza tym mam wrażenie, że korekta pod koniec pracy zaczęła przysypiać – widać tam nieco więcej literówek.

Tak zupełnie obiektywnie książkę Golachowskiego mogę polecić wszystkim miłośnikom książek podróżniczych – zwłaszcza zakochanym w zimnie. Także miłośnikom pochwały piękna i dzikości dziewiczej przyrody. Sama spędziłam przy niej czas bardzo przyjemnie. Ale zawiedzione oczekiwania trochę uwierają.

Tytuł: Czochrałem antarktycznego słonia
Autor: Mikołaj Golachowski

Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2016
Stron: 502

piątek, 19 sierpnia 2016

"Podróż różowych delfinów" Sy Montgomery

Serią ECO zainteresowałam się, od kiedy właściwie o niej usłyszałam, czyli od trzeciego tomu (co ogólnie jest do mnie niepodobne, bo tego typu serie „ozwierzęce” uwielbiam i zwykle śledzę je od pierwszych zapowiedzi). Trzecim tomem była właśnie „Podróż różowych delfinów”. Przyznam, że od razu wpadła mi w oko, bo w tej kategorii już sam fakt napisania książki o zwierzętach innych niż domowe jest wyróżnikiem. A żeby ktoś pisał o słodkowodnych delfinach, to jeszcze nie słyszałam.

„Podróż różowych delfinów” to opis wyprawy do Amazonii, jaką autorka odbyła w celu zgłębienia tajemnicy inii – tytułowych słodkowodnych delfinów, zamieszkujących Amazonkę. Mamy więc odwiedziny w ośrodku zajmującym się propagowaniem ochrony tego gatunku, rozmowy z naukowcami, zajmującymi się badaniem tych delfinów i tak dalej. Ale najciekawszym aspektem książki są rozmowy z tubylcami – ponieważ różowe ssaki zajmują wiele miejsca w tamtejszym folklorze.

To jest, paradoksalnie, bardziej książka podróżnicza niż przyrodnicza. Autorka skupia się na opisywaniu piękna i historii Amazonii (zresztą, już w przedmowie pisze wprost, że to wszystko jest wyrazem jej uczucia do miejsca, mniej do gatunku, który pojechała oglądać), na poznawaniu życia codziennego jej mieszkańców (którego nieodzowną częścią, a jakże, są niestworzone opowieści o delfinach. Taki ichni folklor, przy czym obserwowanie za pośrednictwem pani Montgomery stosunku tubylców do dzikiej przyrody jest zaiste ciekawe. Oraz potwierdza tezę, że bez woli lokalnych społeczności żadna ochrona przyrody nie może na dłuższą metę się udać) i własnych wędrówek oraz przygód. Czyli oferuje nam wszystko to, co zwykle podróżnicy określający się mianem pisarzy umieszczają w swoich książkach (a nawet więcej). Niemniej widać dokładnie, że ta podróż jest celowa, nie służy li tylko zwiedzaniu. Ale autorka najwyraźniej słusznie uznała, że skoro otacza ją tyle cudowności, marnotrawstwem byłoby pisanie o samych delfinach.

I wiecie co? To idealnie pasowało. Nawet mimo tego, że oczekiwałam więcej zwierząt w tej opowieści, koncepcja podróżnicza zdawała się znacznie bardziej do niej pasować. Przy tym opowieści Sy są napisane bardzo ładnym językiem (autorkę na okładce wydawca nazywa poetką i te skłonności do poetyzowania często widać w tekście. Niestety, czasem efekt jest odwrotny do zamierzonego. Na szczęście rzadko). Widzicie, w pisaniu o zwierzętach i podróżach charakterystyczne jest to, że często autor ma nam tyle ciekawych rzeczy do opowiedzenia, że sposób, w jaki to robi schodzi na dalszy plan i nawet jeśli trochę kuleje, czytelnicy wybaczają. „Podróż różowych delfinów” natomiast ma pewne pretensje do literackości. Może nie jest to poziom Woolfson z „Corvusa”, ale zdecydowanie powyżej przeciętnej.

Na koniec może jeszcze kilka słów o technikaliach wydania. Obecnie seria ECO ma dwa formaty: większy, w którym wyszły dwie najnowsze pozycje i mniejszy, w którym wyszły trzy pierwsze. „Podróż…” ma mniejszy format i jest on bardzo poręczny. Okładka jest bardzo miękka, ale dzięki temu, że strony są dość sztywne (osobiście takich nie lubię, ale doceniam walor praktyczny), grzbiet się nie łamie. A w środku mamy bardzo przyjazną czcionkę i mnóstwo ilustracji (jestem bardzo ciekawa, czy wszystkie pochodzą z oryginalnego wydania, czy też polski wydawca dodał coś od siebie). Żeby nie było tak słodko dodam, że tłumacz albo redakcja w pewnym momencie przysnęli i pomylili miliardy z bilionami. Ale tylko w jednym miejscu.

„Podróż różowych delfinów” jest z pewnością książką, którą mogę polecić zarówno miłośnikom literatury podróżniczej, jak i „ekologicznej”. Ani jedni, ani drudzy nie powinni czuć się zawiedzeni. Ja w każdym razie się nie zawiodłam i przeczytam z pewnością inne książki autorki.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Marginesy.


Tytuł: Podróż różowych delfinów. Wyprawa do Amazonii
Autor: Sy Montgomery
Tytuł oryginalny: Jurnay of the Pink Dolphins
Tłumacz: Adam Pluszka
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2016
Stron: 378
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...