Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rosyjski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rosyjski. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 października 2018

"Wierni wrogowie" Olga Gromyko

Czasem jest tak, że człowiek polubi styl jakiegoś autora i świat, który stworzył. Chciałby więc do niego wracać. Na przykład polubiłam ostatnio Belorię Olgi Gromyko. Bo spodobała mi się zarówno kreacja tego neverlandu, jak i lekki, humorystyczny styl autorki. Po zakończeniu przygody z trylogią o Wolsze Rednej mimo tego, że ostatni tom mnie trochę zmęczył, postanowiłam jeszcze do świata wrócić. Autorka dała mi taką możliwość powieścią „Wierni wrogowie”, osadzoną w belorskim uniwersum, choć w innym miejscu, czasie oraz z innymi bohaterami niż znany mi już cykl o Wolsze. I tu zaczęły się schody.

Szelena prowadzi w miarę spokojne życie. Znalazła sobie chatkę na odludziu, przyzwoitą (przynajmniej jeśli jest się odpowiednio obrotnym) pracę w pobliskim miasteczku i stara się nie zwracać na siebie uwagi. W końcu nikt nie powinien się domyślić, że jest wilkołakiem, bo będą kłopoty. Już i tak ma wystarczająco dużo zachodu z unikaniem tego zafiksowanego na tępieniu pomroki maga, który sprowadził się do miasteczka jakiś czas temu. Tym bardziej sama siebie zaskakuje, kiedy znalazłszy w wykrocie pobitego przez klientów pobliskiej karczmy delikwenta postanawia mu pomóc, zamiast dać tam zdechnąć dla świętego spokoju. Ten ostatni zresztą nie będzie jej dany, bo po lesie zaczynają krążyć dziwne, wilkopodobne stwory, a jakieś tajemnicze indywiduum zaczyna się Szeleną interesować.

Wiecie, lubię wracać do znajomych autorów i znajomych uniwersów. To miłe. Natomiast nie lubię, kiedy autor próbuje mi sprzedać n-ty raz tę samą historię. Bo widzicie, konstrukcja fabularna „Wiernych wrogów” jest niemalże identyczna z konstrukcją poszczególnych tomów o rudej wiedźmie. Szelena co prawda jest blondynką, ale też pyskatą i bezczelną (pod która to grubą warstwą bezczelności ukrywa dobre serce), też doświadczoną przez los i też obdarzoną ponadprzeciętnymi zdolnościami. Też jakoś tak zupełnym przypadkiem kompletuje drużynę, w której pojawia się mężczyzna z tajemniczą przeszłością, od którego absolutnie powinna trzymać się z daleka. I też razem z tą drużyną trafia na trop spisku, przezywając po drodze epizodyczne przygody.

Powiecie, że przecież fantasy to gatunek, który schematami stoi, więc był czas przywyknąć. Co innego jednak odtwarzać (lub przetwarzać kreatywnie, co najbardziej lubię) tropy powszechne w danym gatunku czy konwencji, a co innego powielać własną powieść.

Przy czym mam wrażenie, że autorka starała się jakoś zróżnicować swoje belorskie fabuły. Szelena miała być dojrzała i doświadczona, ale koniec końców prezentują z Wolhą zbliżony zestaw cech (z tym, że jedna zdobyła go dzięki pilnej nauce, a druga dzięki twardej szkole życia). Różnicowanie wyszło jej chyba tylko w przypadku relacji głównej bohaterki z jej love interest. Podczas gdy Wolha jak to młode dziewczę całkiem romantycznie się zakochała, tak relacje Szeleny są znacznie bardziej organiczne i nie zakładają niczego poza spędzeniem kilku upojnych chwil, bo może i by się chciało więcej, ale życie uczy, ze raczej nie ma szans. Przyznam, ze to jeden z nielicznych przypadków, kiedy trochę żałuje, ze autorka postanowiła do minimum ograniczyć wszystkie wątki okołoromantyczne.

Gdyby to była pierwsza powieść z serii „Kronik belorskich”, jaką czytałam, prawdopodobnie ubawiłabym się przednio. Niestety nie jest, a wszystko podane w zbyt wielkiej ilości jednak się przejada; poza tym czytelnik kupując nową książkę oczekuje nowej historii (a przynajmniej mam na myśli czytelnika, który kupuje cokolwiek innego poza harlequinami wszelkiej maści, bo tam powtarzalność motywów i fabuł to chyba cecha gatunkowa). Może jeszcze kiedyś do Belorii wrócę, nie przeczę. Ale z pewnością zafunduję sobie dłuższą przerwę, żeby zdążyć zapomnieć to i owo. Tak na wszelki wypadek.
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Tytuł: Wierni wrogowie
Autor: Olga Gromyko
Tytuł oryginalny: Верные враги
Tłumacz: Maria Makarevskaya
Cykl: Kroniki Berolskie
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2018
Stron: 646

poniedziałek, 8 października 2018

"Wiedźma naczelna" Olga Gromyko


Długo, bardzo długo zbierałam się do napisania tej notki. Bo z „Wiedźmą naczelną” mam problem, a właściwie kilka. Co jest o tyle konfundujące, że problemy owe nie przeszkadzały mi w czerpaniu satysfakcji z lektury – są raczej z rodzaju takich, które utrudniają późniejsze pisanie notki. Ale może po kolei (i z udziałem drobnych spoilerów).

Wolha znowu wyrusza na wyprawę – tym razem w poszukiwaniu materiałów do kolejnej naukowej pracy, bo skoro ma zostać Naczelną Wiedźmą Dogewy, to wypadałoby zdobyć tytuł przynajmniej bakałarza III stopnia. Sama przed sobą nie chce się przyznać, że to nie jedyny cel wyprawy. Tak naprawdę chce odsunąć od siebie przerażenie i niepewność. Ponieważ podjęła pewną decyzję, a skutki tejże niepokoją ją znacznie bardziej niż perspektywa bliskiego spotkania z potworami na trakcie (chociaż i tych nie zabraknie).

Moja główna bolączka związaną z finalnym tomem trylogii o Wolsze jest to, że na wielu polach on niczego nie wnosi. Owszem, domyka wątki (do kwestii „czy zgrabnie” wrócimy za chwilę), rozwiązuje jeszcze kilka zagadek i tak dalej, ale to sprawy czysto techniczne – wiecie, skoro pisze się powieść, to jakaś historia musi zostać opowiedziana. Ja przy okazji opowiadania historii czekam jeszcze na coś – na rozwój bohaterów, ich relacji i osobowości. Tymczasem mam wrażenie, że wszyscy bohaterowie (bo w trzecim tomie, jak na finał przystało, pojawia się chyba każdy, kto miał jakąś mniej lub bardziej istotną rolę do odegrania w poprzednich) jakikolwiek rozwój zakończyli przynajmniej powieść temu. O ile na przestrzeni „Zawód: wiedźma” i „Wiedźmy opiekunki” Wolha czegoś się uczyła a powstałe drużyny i przypadkowe grupy dynamicznie ewoluowały we wzajemnych relacjach, tak teraz autorka tylko opisuje status quo, jakie zostało po poprzednich tomach. Przy czym jednak zdarza jej się mimo wszystko mnie rozczarować.

Tym rozczarowaniem było poprowadzenie relacji Wolhy z Lenem (jakby ktoś nie zauważył, to to jest właśnie ten akapit ze spoilerami). Punkt wyjścia z pierwszego tomu był ciekawy: oto młoda, naiwna jeszcze studentka magii praktycznej jest zauroczona przystojnym i potężnym wampirem o wysokiej pozycji społecznej. On również okazuje jej względy, ale trudno powiedzieć, czy podziela zauroczenie, traktuje smarkatą wiedźmę jak namolną młodszą siostrę czy tylko chłodnym okiem bada to kuriozum natury. W drugim tomie autorka jeszcze częściowo stara się iść tym tropem, okazuje się bowiem, że Len rzeczywiście żywi do Wolhy głębsze uczucia, co jednak nie przeszkadza mu potraktować jej instrumentalnie. W trzecim zaś od początku są dobraną parą, która jednak lubi się przerzucać złośliwościami, a jej już niosą suknię z welonem. I ja rozumiem, że to lekka, rozrywkowa fantastyka, w której czytelnicy raczej oczekują, że ulubieni bohaterowie będą żyli długo i szczęśliwie, ale takie rozwiązanie wydaje mi się irytująco cukierkowe – i mało przekonujące. Zwłaszcza, że nie mamy okazji zobaczyć, jak budowano tę relację między zakochanymi, bo obydwoje widzimy tylko w sytuacjach ekstremalnych, gdzie na wyjaśnienia brak czasu (bo jak na chwilę zwolnimy, to już nie będzie ich komu udzielić) a zwykłe, codzienne budowanie relacji zostawia na przerwy pomiędzy tomami.

Przy czym to jest ciągle bardzo sprawnie napisana powieść, z elegancko rozłożoną intrygą i kilkoma naprawdę ciekawymi momentami (wątek Zakonu Białego Kruka uważam za uroczy i całkiem przyjemnie poprowadzony). Niestety, wydaje mi się nieco pusta w środku. Fantastyczna wydmuszka zamiast uczciwej pisanki – cieszy tak samo jak całe jajko, ale brak jej ciężaru.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Papierowy Księżyc

Tytuł: Wiedźma naczelna
Autor: Olga Gromyko
Tytuł oryginalny: Верховная ведьма
Tłumacz: Maria Makarevskaya
Cykl: Kroniki Berolskie
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2017
Stron: 520


niedziela, 19 listopada 2017

"Ciężko być najmłodszym" Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa

Każdy ma jakąś swoją wstydliwą przyjemność. Dla mnie ostatnio jest nią rosyjskojęzyczne fantasy. Nie jest ani odkrywcza, ani literacko wybitna, w większości przypadków nawet nie jest jakoś szczególnie dobrze napisana. Niemniej, pochłaniam te proste, ucieszne historyjki z ogromną satysfakcją, ku poprawie humoru. Tym razem padło na tytuł napisany przez dwie, nieznane mi jeszcze autorki: Ksenię Basztową i Wiktorię Iwanową. A że pomysł wydawał się oryginalny, to postanowiłam przetestować go osobiście.

Bycie najmłodszym synem Władcy Ciemnego Imperium (matko, jak mi ten „ciemny” zgrzytał przez całą lekturę… Przecież każdy wie, że zły władca to Mroczny Władca i Mrocznym Imperium winien władać. Ciemna to jest tabaka w rogu. Rzekłam) nie jest łatwe, zwłaszcza, kiedy ma się nadopiekuńczych rodziców i siedemnaście lat – niby człowiek już prawie dorosły, a ciągle go traktują jak przedszkolaka. Wyjść nie ma gdzie, interakcji nawiązać nie ma z kim (bo rówieśników w pałacu brak, a rodzeństwo ma własne sprawy), trzeba albo się cichcem wyrwać, albo umrzeć z nudów. Diran postanawia wybrać tę pierwszą opcję i kiedy tylko rodzice wyjeżdżają z zamku podbijać niepodbite jeszcze krainy, postanawia się ulotnić. A że w lochach akurat przebywa drużyna szlachetnych bohaterów, postanawia ją zabrać ze sobą, jako przykrywkę. Jako że wzajemne relacje mieszkańców Ciemnego Imperium i jasnych królestw od stuleci pełne są narastających stereotypów, wzajemnej niechęci i zastarzałej wrogości, zapowiada się ciekawy eksperyment socjologiczny.

Diran jest postacią (i jednocześnie narratorem lwiej części tekstu) niewątpliwie ciekawą. Z jednej strony to dobry chłopak, serce ma na właściwym miejscu, a że charakter mało subtelny, no cóż, nie mona mieć wszystkiego. Z drugiej dość zabawnie jest obserwować, jak odbił się na jego charakterze status trzymanego w złotej klatce książątka (z czego sam zainteresowany najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy). Nie jest to typ, który dziwi się, że jedzenie w jego misce nie pojawia się samo (względnie nie jest magicznie materializowane przez służbę), to byłoby zbyt nudne. To raczej dzieciak przekonany o swojej niewątpliwej potędze i niezniszczalności, święcie wierzący, że nic złego nie może mu się stać, z każdych kłopotów się wykaraska kosztem najwyżej manta od wściekłego ojca i ogólnie nikt mu nie podskoczy. I niestety, najwyraźniej ma rację.

Książę Diran bowiem, z racji swojego pochodzenia jest potężnym magiem, który w razie potrzeby może się stać właściwie niepokonaną machiną bojową (Ciemni Władcy to w tym uniwersum coś jakby osobna rasa rozumna, obdarzona specjalnymi umiejętnościami). Dzięki temu rzeczywiście z każdej opresji nie tylko wychodzi obronną ręką, ale jeszcze towarzyszy wyciąga i nawet się nie spoci, traktując przy tym wszelkie kłopoty z nonszalancją, która chyba miała być zabawna, ale w pewnym momencie jest już tylko irytująca. Przez pierwszą połowę lektury towarzyszyła mi nieznośnie gęstniejąca aura Garego Stu, unosząca się nad Diranem. No bo jak się tu przejąć losami bohaterów, kiedy człowiek wie, że tak właściwie to żadne zagrożenie nie jest w stanie im zaszkodzić? Na szczęście gdzieś w połowie autorki się zreflektowały i okazało się, że Diran ma jednak powody do obaw, a największym zagrożeniem nie tylko dla drożyny czy wrogów, ale i dla siebie, jest nie kto inny, tylko on sam. I choć rozwiązując tę sprawę autorki poszły cokolwiek na łatwiznę, to doceniam pomysł i wątek.

Drużyna jasnych bohaterów, z którymi książę podróżuje nie prezentuje się szczególnie interesująco. Autorki trochę robią sobie jaja z klasycznych erpegowych drużyn, które jak wiadomo koniecznie muszą się składać z wojownika, łucznika, maga, kapłana/uzdrowiciela i złodzieja, przy czym każda funkcja może być zdublowana, ale tylko pod warunkiem, że będzie pełniona przez istoty różnych ras. No więc mamy elfkę, po której (częściowo słusznie) Diran spodziewa się, że będzie wyniosła i niedostępna (to jest w ogóle interesujące, jak bardzo autorzy zza wschodniej granicy uwielbiają dekonstruować tolkienowskie elfy), mamy gburowatego krasnoluda, mamy barbarzyńskiego wojownika z równie wojowniczą żoną (to też jest ciekawe we wschodniej fantastyce, to rodzinne podejście do wojaczki, w zasadzie niespotykane na zachodzie) i mrocznym sekretem w przeszłości. Mamy małoletnią i dość specyficzną kapłankę i wreszcie złodziejaszka, który chowa do ciemnych osobistą urazę i nie jest tym, na kogo wygląda. Zabawę trochę psuje fakt, że Diran wszelkie sekrety rozgryza trochę za szybko jak na mój gust.

Dużo lepiej wypadają postacie drugoplanowe nie podróżujące z księciuniem, zwłaszcza jego rodzinka. Matka jest oczywiście irytująco nadopiekuńcza względem najmłodszego dziecka, ale poza tym to silna kobieta, która nie tylko potrafi ogarnąć cały zamek i czwórkę niesfornych latorośli, ale i wesprzeć męża w kampanii wojennej. Starsi bracia Dirana to również fajne chłopaki, ciągle jeszcze młodzi i narwani, ale potrafiący tez przyjąć na siebie książęce obowiązki, jeśli zachodzi potrzeba (siostra za to wypada mocno bezbarwnie). Sam Ciemny Władca to taki przykładny ojciec na stanowisku, który próbuje przygotować synów na przejęcie schedy, gdy jego zabraknie, a na razie powierza im proste zadania, żeby nabrali wprawy. Sympatyczny gość ogólnie.

Świat przedstawiony to typowa kraina fantasy nr 329 – nie spodziewałam się niczego innego, więc nie czułam się rozczarowana. Oczywiście autorki starały się nadać swojemu światu rys indywidualny, tylko nie jestem pewna, czy metody, które wybrały się sprawdził. Otóż postanowiły wrzucać do wypowiedzi bohaterów a to nazwę jakiegoś lokalnego zwierzaka, a to powiedzonko w lokalnym narzeczu, które później wyjaśniały w przypisach cytatem z lokalnej literatury popularnonaukowej. I z jednej strony to trochę wygląda jak pójście na łatwiznę, z drugiej, rzeczone zwierzęta faktycznie pojawiają się gdzieś tam w tle i pełnią swoją funkcję, więc nie jest to tak do końca pozbawiona sensu metoda.

Jeszcze zdanie o smokach, bo ktoś pytał. Są, znaczy się tak z imienia to jest jeden – ulubione zwierzątko brata głównego bohatera. Mają status inteligentnych wierzchowców bojowych (ale nie tak inteligentnych, żeby je uznać za rasę rozumną) i nawet ze dwie, trzy sceny.

No i tak – z jednej strony to jest dokładnie taka powieść, jakiej oczekuję w ramach guilty pleasure – lekka, zabawna, przyjemna w czytaniu, może niezbyt mądra, ale pozytywna. Pewnie po kolejny tom sięgnę, zwłaszcza, że z zza horyzontu wyłania się jakaś większa intryga. Ale chciałoby się czegoś więcej jednak. Choć może to jak mieć pretensje do hamburgera w Maku, że nie jest zrobiony z wołowiny kobe.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Tytuł: Ciężko być najmłodszym
Autor: Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
Tytuł oryginalny: Тяжело быть младшим…
Tłumacz: Ewa Białołęcka
Cykl: Książę Ciemności
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2017
Stron: 404

środa, 9 sierpnia 2017

"Wiedźma opiekunka" Olga Gromyko

Pierwszy tom przygód Wolhy Rednej wywarł na mnie na tyle dobre wrażenie, że postanowiłam zapoznać się z kolejnym. I im dalej w las, tym więcej dostrzegam podobieństw z dresdenowskim cyklem Jima Butchera. Nie są to bynajmniej podobieństwa fabularne, a raczej w ogólnej konstrukcji świata i sposobie narracji (pomijam takie oczywistości, jak narracja pierwszoosobowa, obecna w obu cyklach). Obie książki maja pewne cechy, które sprawiają, że bardzo dobrze mi się je czyta. Choć, że mi się dobrze czyta, to jeszcze nie znaczy, że wszystkim.

Od wydarzeń opisanych w poprzednim tomie minęło półtora roku, Wolha musi jeszcze tylko zdać ostatnie egzaminy i już będzie wolna jako ten ptaszek. Będzie też musiała opuści zaciszne szkolne gniazdo i odlecieć w dorosłe życie. Najchętniej poleciałaby do Dogewy, w której ostatnio spędzała więcej czasu, niż w szkole (bo wiecie, zbieranie materiału do pracy dyplomowej i takie tam *mrug, mrug*), ale Mistrz rektor, a jednocześnie opiekun Wolhy od czasu, kiedy na swoją odpowiedzialność wymusił przyjęcie biednej sieroty do szkoły magii już załatwił dla niej stabilną i dobrze płatną posadę na królewskim dworze Belorii. Ale panna Redna nie byłaby sobą, gdyby skorzystała z tak nudziarsko przewidywalnej propozycji.

To, co mnie pociąga (zarówno u Gromyko, jak i u wspomnianego we wstępie Butchera) to taka specyficzna chaotyczna przemyślność tworzonych światów. Beloria na pierwszy rzut oka wygląda jak zbiór nieprzemyślanych elementów, które autorka wrzuciła do swojego świata, bo fajnie wyglądają i inni też je mają. Ale z biegiem czasu okazuje się, że wszystko było przemyślane i ma swoje miejsce w fabule. Sama Beloria w tym tomie też zyskała jakiś szerszy kontekst w świecie przedstawionym. Niby było wiadomo, że to tylko jeden z krajów, który z kimś tam sąsiaduje i z kimś tam toczył wojny, ale teraz mieliśmy okazję poznać tych „ktosiów” bliżej i dowiedzieć się, że autorka dołożyła starań, aby mówili własnym językiem i mieli własna kulturę, a (w niektórych przypadkach) nawet własna biologię. Przy okazji uzasadnienie zyskało kilka podanych w poprzednim tomie informacji (i nie, nie wygląda to na pośpieszne doklejanie właśnie wymyślonych wyjaśnień, wręcz przeciwnie) oraz okazało się, że niektóre trzecioplanowe drobiazgi pierwszego tomu mają dość kluczowe znaczenie dla fabuły drugiego. Uwielbiam, kiedy okazuje się, że autor od początku ma przemyślany cały cykl i konsekwentnie realizuje swój plan, a nie dopisuje kolejne tomy na łapu-capu.

Co do bohaterów, to właściwie kontynuujemy znajomości z poprzedniego tomu, choć pojawia się i kilka nowych. Sama Wolha nie rozwija się jakoś szczególnie – mam raczej wrażenie, że jest główną stałą opowieści, niezmienną i ukształtowaną. Co z jednej strony jest sympatyczne, bo ukształtowano ją całkiem przyjemnie, ale z drugiej… Wiecie, jakby w definicji klasycznej powieści jest ewolucja postaci (po angielsku na to mówią character development) i nie wiem, jak na dłuższą metę autorka poradzi sobie bez tego elementu. Chyba, że dalej jednak coś się zmienia. Len też dalej pozostaje takim trochę tajemniczym ni to przyjacielem, ni to kimś więcej i autorka na jego przykładzie prezentuje raczej działanie biologii gatunku niż ewolucję relacji. No ale biologia przynajmniej ciekawa. Z nowych znajomych mamy Orsanę. Mogłabym o niej kilka słów napisać, jako że na przykładzie tej postaci autorka postanowiła nieco przeinterpretować pewien znany trop, ale to byłby spoiler (doprawdy nieduży, bo podstęp Orsany jest przejrzysty nawet dla pięciolatka, no ale z drugiej strony taki miał być), a spoilerowi nie lubię.

Przyznam, że świetnie mi się czytało tę powieść, mimo drobnych niedociągnięć. Chętnie sięgnę po kolejny. Podoba mi się ta konwencja.

Książkę otrzymałam od Papierowego Księżyca. 
 

Tytuł: Wiedźma opiekunka
Autor: Olga Gromyko
Tytuł oryginalny: Ведьма-хранительница
Tłumacz: Maria Makarevskaya
Cykl: Kroniki Berolskie
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2017
Stron: 496

środa, 12 lipca 2017

"Zawód: wiedźma" Olga Gromyko

Kontynuując swoja przygodę z rozrywkową rosyjskojęzyczną fantasy, postanowiłam wziąć się za chyba najgłośniejsze (przynajmniej u nas) w tej kategorii nazwisko. W dodatku zaczęłam od sztandarowego cyklu, a co (złośliwi mogą twierdzić, że to dlatego, że akurat go wznawiano. Po części to prawda, bo tylko głupi by nie skorzystał z ładnego, nowego wydania, ale tytuł miałam na oku już od lat).

Wolha Redna jest jedną ze studentek na wydziale magii teoretycznej i praktycznej Starmińskiej Wyższej Szkoły Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa. A właściwie jedyną studentką, bo to wydział wybitnie zmaskulinizowany. Świadczy to o pewnej wyjątkowości nie tylko intelektualnej, ale też temperamentu, nie dziwi więc (no dobra, mnie ciągle jednak dziwi), że została wybrana jako emisariuszka z pewną interesującą, ale i niebezpieczna misją. Ma się bowiem udać na ziemie wampirów, aby udzielić pomocy tamtejszemu królowi w sprawie tajemniczych zaginięć obywateli.

Przyznam, że miałam pewne wątpliwości, kiedy zaczynałam lekturę. Widzicie, kiedy reklamowano pierwsze wydanie (popełnione przez inne wydawnictwo), duży nacisk kładziono na to, że Wolha jest wredna: podły charakter, niewyparzona gęba, bezczelność i te sprawy. Osobiście mam problem z bohaterami, których konstrukcję opiera się na antypatycznej bezczelności („Spalić wiedźmę” najlepszym przykładem). Na szczęście ten marketingowy opis postaci okazał się nie do końca zgodny z prawdą. Tak, Wolha zazwyczaj najpierw mówi, a potem myśli. Tak, często jest bezczelna i nie okazuje szacunku ludziom wyżej od niej postawionym. Tak, miewa szalone pomysły i nie szczędzi innym złośliwości. Ale poza tym to zwyczajna, sympatyczna dziewczyna o dobrym sercu, choć kłującej powierzchowności i trudnym charakterze.

Wolha jest tym typem bohaterki, która balansuje na granicy marysuizmu i bardzo łatwo byłoby autorce tę granicę przekroczyć. Bo tak: sierota z biednej rodziny, ale niezwykle utalentowana (i przez to nieszczególnie lubiana przez rektora uczelni), inteligentna i uparta, co pozwala się jej sprawdzać w typowo męskiej dziedzinie. Poza tym interesuje się nią najprzystojniejszy bohater powieści, więc wicie, rozumicie… Tymczasem autorka bardzo zgrabnie te rafy omija. Owszem, dziewczyna jest inteligentną, ambitną uczennicą, ale też niezła rozrabiarą, która nie przepuści okazji do wycięcia numeru znajomym (a często jakimś cudem ofiarami tych numerów padają nie znajomi, ale przypadkowo przechodzący nauczyciele…), co irytuje wychowawców. Fakt, że jest sierotą sprawia jedynie, że musi się do nauki przykładać, bo jak straci stypendium, to nie będzie miała z czego żyć. A z faktu, że jest jedyną dziewczyną na swoim wydziale nie wynika zgoła nic, ot, ma po prostu talent do przedmiotów żmudnych, ścisłych i bezpośrednio destrukcyjnych, podczas gdy koleżanki wolą bardziej subtelne dziedziny. (Wartością dodaną jest sporo wplecionych w fabułę żartów z życia uczelni. Coś, co u nas robi Aleksandra Janusz, tylko że ona skupia się bardziej na kadrze, tymczasem Gromyko na studentach). Zaś przystojny bohater... dość powiedzieć, że nie do końca wiadomo, czy bardziej traktuje Wolhę jako potencjalną partnerkę, czy jako fascynującą, zupełnie nieromantyczną ciekawostkę.

Kolejną kwestią są wampiry. Cały ten wątek jest sukcesem, z wielu powodów. Po pierwsze autorka postanowiła zerwać ze stereotypem wyniosłej arystokracji w zamczyskach (sparklących meyerpirów jeszcze wtedy nie było, miały się pojawić za dwa lata), dając nam tajemniczą i izolującą się co prawda, ale całkiem zwyczajną inną rasę rozumną. Ale to tylko jedna, pomniejsza kwestia. Otóż cały wątek, przynajmniej w pierwszej części powieści, jest właściwie lekko podaną i nienachlaną metaforą ksenofobii. To przebrana w kostium humorystycznej przygotówki opowieść o irracjonalnym strachu prowadzącym do wyniszczających wojen i pogromów, o tym, że kruchą, powojenną równowagę może zakłócić pojedynczy incydent i o tym, że boimy się tego, czego nie rozumiemy, ale i to zrozumienie może zostać wykorzystane przeciwko nam. Może nie tak subtelnie, jak u Pratchetta, ale zdecydowanie w podobnym duchu.

Literacko jest to powieść co najmniej o klasę lepiej napisana, niż „Sztylet Rodowy”. Historia składa się na spójną całość, a w tle majaczy zarys czegoś większego, świat przedstawiony trzyma się kupy, jest bogaty (momentami nawet za bardzo, moim zdaniem) i barwny, a postacie trójwymiarowe, z nie do końca jasnymi intencjami w niektórych przypadkach. Może tylko bohaterów mogłoby być więcej, bo w zasadzie jest to powieść napisana na dwie-trzy osoby jakieś role w tle. No ale przecież nie każdy ma obowiązek tworzyć stada równoprawnych bohaterów.

Mimo obaw, to było zdecydowanie udane spotkanie. Niedługo zabieram się za kolejną część. I mam nadzieję, że pozostawi równie dobre wrażenie, a autorka ciągle będzie się opierać pokusie pójścia na łatwiznę.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Tytuł: Zawód: wiedźma
Autor: Olga Gromyko
Tytuł oryginalny: Профессия: ведьма
Tłumacz: Maria Makarevskaya, Małgorzata Kaczorowska
Cykl: Kroniki Berolskie
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2016
Stron: 544

piątek, 20 stycznia 2017

"Sztylet Rodowy" Aleksandra Ruda

Muszę przyznać, że moje kontakty z fantastyka rosyjska były jak dotąd dość sporadyczne. Głównie dlatego, że niewiele się u nas tego wydaje. Do klasyków jakoś nikt się nie kwapi (chyba, że mowa o niskonakładowej serii Solarisu), typowo rozrywkowe teksty najpierw próbowała wydawać Fabryka Słów, a teraz wziął się za nie Papierowy Księżyc. Zdaje się, że temu ostatniemu idzie znacznie lepiej niż Fabryce, tak więc pomyślałam, że czemu by nie sięgnąć po „Sztylet Rodowy” Aleksandry Rudej.

Wojna z pomroką się skończyła (a przynajmniej podpisano traktat pokojowy), ale niepokoje wewnętrzne trwają. W zasadzie to nic nowego – po wojnie co bardziej odległe prowincje niezbyt rzetelnie rozliczają się ze skarbem państwa, a że ten po działaniach wojennych pusty, trzeba kontrolę nasłać. I tak powstała służba głosów królewskich. Do której to wstąpiła Mila Kotowienko, bo poprzedni plan na życie jej nie wypalił, a coś jeść trzeba. A że płacą nieźle, to jakoś wytrzyma te pół roku tłuczenia się po bezdrożach z wyniosłym arystokratą, trollem, emo elfem, niedojrzałym krasnoludem i wojowniczką…

Mogłoby się wydawać, że „Sztylet Rodowy” to poniekąd powieść drogi – bohaterowie przemieszczają się po kraju i właściwie czytelnik miałby prawo oczekiwać, że charaktery będą się rozwijać, a relacje dynamizować (czy tam odwrotnie). Względnie, że będziemy mieli coś w rodzaju questu – dzielna drużyna z zadaniem do wykonania na tle zmieniających się okoliczności przyrody. No cóż, nie do końca. Fabuła powieści najbardziej przypomina bowiem lekko prowadzoną autorską sesję RPG.

Bo cóż my tu mamy? Przed wyruszeniem w drogę należy przecież zebrać drużynę, więc się ją zbiera. Drużyna składa się z uzdrowiciela, arystokraty, dwóch tanków (czyli jednostek walczących i zdolnych osłaniać pozostałe, słabsze) maga i rzemieślnika, każdy na innym levelu. Fabuła zaś składa się z przemieszczana się tejże drużyny po świecie (nieszczególnie opisanym, bo przecież i tak każdy wie, że jak Mistrz Gry rzuci „las”, „średnie miasteczko” czy „podejrzany zaułek”, to już sobie gracze wyobrażą, co trzeba. A do tego jeszcze autorka ma tendencje o opisywania mechanizmów świata monologami postaci, zamiast go czytelnikowi pokazywać). Kolejne przygody, jakie spotykają bohaterów przez dłuższy czas (w zasadzie przez ¾ książki) są kompletnie niepowiązane i ich jedynym zadaniem jest sprawienie, żeby coś się działo, nie ważne co – ani nie popychają akcji do przodu (raczej ją zapychają), ani nie bardzo służą ekspozycji bohaterów czy świata. Serio, przez większość czasu miałam przed oczami obraz Mistrza Gry gorączkowo przeglądającego tabelę spotkań losowych, żeby mu się gracze nie zanudzili. I słyszałam dobiegające zza narracji polecenia w stylu: „Prowadzisz powóz leśną drogą. A teraz rzuć na spostrzegawczość”.

Nasza drużyna też jest dość… sztampowa. Postacie co prawda są napisane dość sympatycznie, ale my to już wszystko widzieliśmy, w tej czy innej wersji. Arystokrata jest więc chłodny, wyniosły i profesjonalny (co narrator i główna bohaterka podkreślają z uporem godnym lepszej sprawy), elf jest zapatrzonym w siebie bubkiem, któremu jednak nie można odmówić umiejętności (a tym, którzy sądzą, że elfy-bubki to coś nowego pod słońcem, radzę spojrzeć na te tolkienowskie chłodnym okiem, bez nimbu tajemniczości i mistycyzmu). Mila – początkująca magiczka - to kobieca kobietka z miasta, zaś Tisa wręcz przeciwnie – wojowniczka gardząca kobiecymi zajęciami. Troll jest pewnym nowum, bo to sympatyczny i niegłupi gość, choć nieco porywczy. No i jest jeszcze krasnolud – maminsynek, który jako jedyny zaje się w trakcie powieści ewoluować. Przy czym trochę przykre jest, że autorka kreuje kilka bardzo ciekawych relacji pomiędzy bohaterami, których nie potrafi lub nie chce rozegrać ciekawie. Usiłując napisać powieść lekką i przyjemną, całkowicie spłyca problematykę i sprowadza interesujące rzeczy do running gagów. Cóż, nie każdy jest Pratchettem.

W ogóle z jedną z tych relacji mam pewien problem – chyba nieszczególnie jestem kompatybilna z pewnym rodzajem rosyjskiego poczucia humoru. Mianowicie autorka wymyśliła sobie, że nasz dzielny troll zakocha się na zabój w Mili od pierwszego wejrzenia i, nie zwracając uwagi na jej zdanie na ten temat, zacznie ją traktować jak przyszłą żonę. No i tak: z jednej strony żarty z podszczypywania po tyłku czy te w stylu „ja cię kocham, a ty nic” są dla mnie głęboko nieśmieszne niezależnie od układu płci uczestników – choć kiedy wielki facet, o jakby nie patrzeć, wyższej pozycji nagabuje zależną od siebie dziewczynę, która nie ma możliwości się oddalić, to robi się niesmacznie nawet, jeśli ostatecznie nie ma złych intencji. Z drugiej strony autorka wyraźnie kreuje Darnisza jako pozytywną postać – i taką on się faktycznie jawi, nie tylko z opisu narratora, ale i z tego, jak się zachowuje. A że trolle, choćby i te długi czas wychowywane wśród ludzi, takie zwyczaje matrymonialne mają... No niezgodność kulturowa, cóż. Mam problem z tą relacją, bo z jednej strony postacie się lubią, są sympatyczne, a sam zainteresowany ma świadomość, że ludzie operują odmiennym kodem kulturowym i to, co normalne u trolli u ludzi już niekoniecznie takie jest, a z drugiej – to po prostu jest irytujące, a nie zabawne.

Przyczepię się jeszcze do strony technicznej. Tłumaczką jest Ewa Białołęcka i jakkolwiek jej autorskie teksty bardzo lubię, tak o przekładów podchodzę nieufnie (choć od strony czysto formalnej raczej nie jestem w stanie się do czegokolwiek przyczepić): każdy, z jakim miałam dotąd do czynienia bardzo przypominał stylem własne pisarstwo Białołęckiej. Nie wykluczam, że tłumaczka po prostu wybiera teksty źródłowe o stylu zbliżonym do własnego, no ale wiecie, mimo wszystko trochę to podejrzane.

Korekta i redakcja też mogłaby się bardziej przyłożyć do roboty. Jestem, powiedzmy wprost, mało spostrzegawcza więc wychodzę z założenia, że jak ja widzę kiksy, to sprawa jest poważna. A w „Sztylecie Rodowym” sporo tego jest: zostawione rusycyzmy, losowe wielkie litery podoklejane do słów, zagubione spacje, że o pospolitych literówkach nie wspomnę. Szkoda.

Dziwna sprawa: widząc te wszystkie niedoróbki, powinnam gorąco odradzać „Sztylet Rodowy”. Ale wiecie, jak to się fanie czyta? Pochłania się migusiem, bezboleśnie i z niejaką przyjemnością. Jest to idealna lektura do tramwaju czy pociągu, bo nie wymaga specjalnego skupienia, daje nieco przyjemności, a fabuła, mimo że kuleje, nie urąga logice. Tak że jeśli szukacie lektury na podróż lub odmóżdżenie, to ta będzie jak znalazł.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Papierowy Księżyc. 

Tytuł: Sztylet Rodowy
Autor: Aleksandra Ruda
Tytuł oryginalny: Родовой кинжал
Tłumacz: Ewa Białołęcka
Cykl: Sztylet Rodowy
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2016
Stron: 364

wtorek, 28 sierpnia 2012

Tym razem mniej młodzieżowo - "Lare i t'ae" Eleonora Ratkiewicz

„Lare i t’ae” jest kontynuacją powieści „Tae ekkejr!”. Przy tomie pierwszym narzekałam, że poczułam się nieco wprowadzona w błąd: okładka, ani tym bardziej notka na niej, nie wskazywały na to, że w środku znajdę powieść dla młodzieży – i to tej młodszej. Może sama powieść nie była zła, ale nieładnie tak oszukiwać czytelnika. Okładka „Lare i t’ae” jest łudząco podobna do tej z poprzedniej powieści z cyklu. A czy w środku coś się zmieniło?

Od tragicznych w skutkach zajść opisanych w „Tae ekkejr!” upłynął rok. Dla elfów to co prawda niewiele, ale Enneari już zdążył zatęsknić za towarzystwem swojego ludzkiego przyjaciela, księcia (a teraz już króla) Lermetta. W związku z tym zebrał świtę, aby towarzyszyła mu w ramach poselstwa, i wybrał się do Najlissu. Dopiero tam dowiaduje się, co Lermett robił przez miniony rok. A robił naprawdę niemało, pracował prawie ponad ludzkie siły. Wszystko to dlatego, że nie tylko nad Najlissem, ale też nad pozostałymi siedmioma królestwami Zarzecza, a także nad stepem, zawisła groźba nieuchronnej zagłady (i tym razem nie jest to zły władca rządny władzy nad światem).

Autorka ciągle opisuje królestwa baśniowo szczęśliwe, niczym Hobbiton sprzed awantury o Pierścień. Tym razem byłam na to przygotowana, więc nie zżymałam się na przepiękne, czyściutkie miasta, w których szczęśliwi i nieodmiennie bogaci (w swojej klasie) mieszkańcy wiodą żywot wierny królowi. Wiadomo, Ratkiewicz to nie Martin, hiperrealizmu nie będzie (może to i dobrze, dzięki temu książkę czyta się bezstresowo). Już jej nawet ten nieszczęsny leszczynowy miód (musi, produkowany magicznie) wybaczę, z jednej przyczyny. Mimo że świat przez nią opisywany jest nienaturalnie wręcz sielski, znalazło to przeciwwagę w bohaterach.

W kwestii bohaterów sporo się bowiem od poprzedniego tomu zmieniło. Co prawda ciągle są albo czarni, albo biali i zazwyczaj nie ma problemu z rozpoznaniem, kto jest kim, ale tym razem ci źli są naprawdę źli, a nie tylko o tym zapewniają. Jeśli ktoś jest psychopatą, uwielbiającym znęcać się nad słabszymi, to czytelnik nie tylko będzie miał okazję sprawdzić, co się dzieje w jego głowie, ale także zobaczyć przy pracy. Dodaje to postaciom wiarygodności, a w połączeniu ze sprawnym warsztatem autorki potrafi sprawić, że momentami ciarki przechodzą po plecach. Z drugiej strony, wszystko jest tak zrównoważone, aby czytelnika nie zniesmaczyć ponad miarę. Dodatkowy smaczek to zaskakująca zmiana frontu, ale nie zdradzę, w którą stronę.

Postacie negatywne wyszły znacznie lepiej niż poprzednio (czyli po prostu dobrze), ale i bohaterowie pozytywni zmienili się na plus – i nie chodzi tu o metamorfozę charakteru, ale raczej o bardziej wiarygodne jego ukazanie. Lermett co prawda dalej jest wszechstronnie uzdolniony i we wszystkim najlepszy, ale irytująca łatwość działania, jaką mieliśmy do tej pory okazję oglądać, gdzieś się ulotniła. Mamy więc króla zmęczonego, zmagającego się z problemami, chociaż ciągle wybitnie uzdolnionego. Dotyczy to właściwie wszystkich bohaterów.

Autorka jest też bardziej powściągliwa, jeśli chodzi o humor. Sytuacyjny wymieniła na językowy, a i tego ostatniego jakoś mniej. Nie znaczy to jednak, że powieść straciła na ogólnej lekkości. Prawdę mówiąc, styl Ratkiewicz nie pozwala na pisanie w cięższym tonie (a przynajmniej sprawia, że nie sposób sobie tego wyobrazić). Dlatego też można powiedzieć, że mimo mrocznych momentów „Lare i t’ae” jest powieścią radosną.

Powieść jest zdecydowanie mniej infantylna niż „Tae ekkejr!”. Bliżej jej do pełnokrwistej, epickiej fantasy niż do młodzieżowej humoreski. I raczej nie polecałabym go dzieciom, chociaż młodzieży jak najbardziej. Podoba mi się ta przemiana, toteż z czystym sercem mogę zachęcić wszystkich miłośników dobrej, rozrywkowej fantastyki do przeczytania. Tym bardziej, że przy lekturze można się doskonale obejść bez znajomości poprzedniego tomu.

Recenzja dla portalu Insimilion.

Tytuł: Lare i t'ae
Autor: Eleonora Ratkiewicz
Tytuł oryginalny: Ларе-и-т’аэ
Tłumacz: Ewa Białołęcka
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2012
Stron: 515

sobota, 7 stycznia 2012

Swojski książę - "Tae ekkejr!" Eleonora Ratkiewicz

„Tae ekkejr!” to dziwny tytuł, prawda? Nic nie mówi, z niczym sensownym się nie kojarzy… Z jednej strony to źle, bo czytelnik stoi przed półką w księgarni nieco zdezorientowany, nie bardzo wiedząc, czego się spodziewać. Z drugiej strony to dobrze, bo ma przed sobą całkowitą niespodziankę i nie może się zawczasu uprzedzić do książki. A o czym właściwie jest „Tae ekkejr!”?

Lermett jest królewskim synem. Mimo że bardzo młody, już osiągnął wiele sukcesów, zarówno na turniejach, jak i na salonach. Najlepiej jednak radzi sobie w dyplomacji, nic więc dziwnego, że w pewnej delikatnej sprawie do królestwa elfów wysłano właśnie jego. Elfy co prawda nie są wrogo nastawione, ale ciepłych kontaktów z ludźmi nie utrzymują, a kwestia, jaką ma poruszyć książę, jest bardzo śliska. I również wysłały posłańca do królestwa, w sprawie równie delikatnej. Już na początku drogi los obu młodzieńcom szykuje parszywą niespodziankę: zaczynają znajomość od wzajemnego ratowania życia. A przecież misja czekać nie może.

Początkowo miałam trudności z ustaleniem grupy odbiorców, do których kierowana jest powieść. Wiek bohaterów wskazuje na młodych dorosłych lub starszą młodzież, ale sposób pisania raczej na 12 – 13-latków. Zagłębiając się w powieść, nabrałam pewności: jest to tekst adresowany raczej do starszych dzieci bądź młodszej młodzieży. Nie ma tu nawet linijeczki w klimatach romantycznych, zaś przemoc ukazywana jest tylko w postaci własnych skutków, np. napadnięty książę leży związany, krwawiąc obficie z ran, ale autorka nie opisała, jak te rany zadawano. „Tae ekkejr!” może spodobać się także starszym czytelnikom, jeśli przymkną oko na pewne irytujące drobiazgi.

Po pierwsze, bohaterowie. Z ich charakterami wszystko co prawda w porządku, świetnie mieszczą się w wyznaczonych ramach. Problemem są same ramy. O ile dziecku bohater idealny niczym książę z bajki, z ujmującym charakterem i wszechstronnie utalentowany wyda się świetnym pretendentem do tytułu ulubieńca, starszego czytelnika może irytować. Kryształowy Lermett bywa nienaturalny w swojej nieskazitelności, tak jak i jego elfi towarzysz. I tak jak dobrzy bohaterowie są nieskazitelni niczym biel prześcieradła wypranego w Perwollu, tak ci źli są źli do szpiku kości. I znowu brak odcieni szarości będzie przeszkadzał raczej starszym czytelnikom.

Kolejnym drobiazgiem jest język. Styl gawędziarski i potoczysty z początku zachęca, ale mniej więcej od połowy kolejne egzaltowane słowotoki myślowe bohaterów zaczynają męczyć. Inna rzecz, że książęta wyrażają się tak samo, jak prosty lud – po samej wypowiedzi nie da się rozpoznać, czy mamy do czynienia ze szlachcicem, czy z Zenkiem z Dolnej Wólki. I znowu nie jest to coś, na co zwróciłoby uwagę dziecko.

Powieść ma jednak także plusy. Autorka zdaje się mieć nietuzinkowe podejście do elfów i ich kontaktów z ludźmi i niektóre kwestie przez nią poruszane potrafią zaskoczyć. Inne, zgodnie z zamierzeniem, rozśmieszają niemal do łez, głównie dlatego, że w błyskotliwy sposób odwracają konwencje znane w fantasy od dawna. Brak kreatywności to ostatnia rzecz, na jaką pani Ratkiewicz może narzekać.

Kolejnym plusem są dodatki. Na końcu mamy notkę lingwistyczną i glosariusz. Notka przypadła mi do gustu – wszystkie takie rzeczy, stylizowane na fragmenty dzieł naukowych danego uniwersum, zwiększają wiarygodność świata przedstawionego. Glosariusz zaś posłużył autorce do wyjaśnienia niuansów kulturowo-mitologicznych, które nie pojawiły się w książce. Rozwiązanie o tyle usprawiedliwione, że niecierpliwi młodzi czytelnicy mogliby nie mieć ochoty na przerywanie narracji mitologicznymi wywodami. A tak, kto chce, ten przeczyta. Osobiście radzę zacząć od glosariusza, to bardzo ubarwia lekturę.

Czy kupić „Tae ekkejr!”? Cóż… jeżeli masz mniej, niż 14 lat, jak najbardziej. A jeżeli masz więcej? Zawsze możesz kupić pod choinkę młodszemu rodzeństwu czy kuzynostwu – wtedy będzie i możliwość przeczytania, i satysfakcja, że pieniędzy nie wyrzuciło się w błoto.

 Recenzja dla portalu Insimilion.


Tytuł: Tae ekkejr!
Autor: Eleonora Ratkiewicz
Tytuł oryginalny: Таэ эккейр!
Tłumacz: Ewa Białołęcka
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2011
Stron: 358

niedziela, 4 grudnia 2011

Prymusem pomagania być - "Rzecz o zbłąkanej duszy" tom 2 Siergiej Sadow


Pamiętacie, jak biadoliłam przy okazji recenzji pierwszego tomu „Rzeczy o zbłąkanej duszy”, że nie mogę się doczekać w bibliotece tomu drugiego? Otóż właśnie się doczekałam. Bez zbędnych ceregieli zabrałam się do lektury i oto właśnie jest spis wrażeń z niej.

Już wydawało się, że letnie praktyki naszej niebiańsko-piekielnej parki w osobie Ezergila i Alony zostaną uwieńczone sukcesem, kiedy nagle sprawy się mocno skomplikowały. Nie dość, że pewien pop o niespotykanym powołaniu zaczął niepotrzebnie szukać drugiego dna, to całą kwestią zaczęła interesować się mafia. W wyniku czego doszło do tragedii, a mały Alosza (który jest głównym obiektem praktyk zaświatowej młodzieży) został porwany i teraz grozi mu niebezpieczeństwo dużo mniej odległe, niż smażenie się w piekle. Alona i Ezergil muszą działać szybko. Na gościnne występy w tej części ich przygód zostali zaproszeni również: byli komandosi, grupa antyterrorystów oraz przechodzący przypadkiem nieopodal sataniści. Oj, będzie się działo.

Kolejne spotkanie ze światem wykreowanym przez Sadowa mogę zaliczyć do bardzo udanych. Mimo iż bohaterowie się zmieniają (w końcu każda książka dla młodzieży jest w pewnym stopniu opowieścią o dorastaniu, więc nie ma się czemu dziwić, że młodzi bohaterowie dojrzewają), ciągle nie można ich nie lubić. Ezergil nieco złagodniał pod wpływem anielicy i mimo iż nie przestał sypać swoimi złośliwymi żarcikami, nie traktuje towarzyszki jak kamienia u szyi. Alona zaś nabrała pewności siebie i okazało się, że wcale nie jest takim beztalenciem, za jakie się uważała. Dodatkowo Alosza poznał, co to przyjaźń i bezinteresowność. Każdy coś zyskał na tej wyprawie.

Zastanawiałam się, dlaczego kiedy ja byłam młoda, nie było takich fajnych książek. Wtedy przypomniało mi się, że jednak podobne były – choćby pana Makuszyńskiego. W końcu młodzież, zwłaszcza ta młodsza, zawsze lubiła niesamowite zdarzenia, częste zwroty akcji, oryginalne rozwiązania i niespodzianki czyhające na każdej stronie.  Oraz po prostu dobrą zabawę. Ja bawiłam się świetnie, śledząc poczynania anioła i diablika.

Język autora nie zmieniła się od ostatniego razu (co raczej nikogo nie zdziwi) – wciąż jest barwny i pełny życia. Jakość wydanie też jest całkiem dobra, choć mogę być nieco nieobiektywna, biorąc pod uwagę fakt, że jestem zauroczona okładką tej książki. Ale na swoje usprawiedliwienie dodam, że literówki i rusycyzmy tym razem jakoś mniej dokuczają.

Cóż mi pozostaje, poza poleceniem całej „Rzeczy o zbłąkanej duszy” wszystkim? Chyba tylko wspomnieć, że i mali, i duzi będą z lektury zadowoleni.


Tytuł: Rzecz o zbłąkanej duszy tom 2
Autor: Siergiej Sadow
Tytuł oryginalny: Дело о неприкаянной душе
Tłumacz: Ewa Skórska
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2008

Stron: 400

środa, 17 sierpnia 2011

Prymusem szkodzenia być - "Rzecz o zbłąkanej duszy" tom 1 Siergiej Sadow

Tę książkę wypożyczyłam już dość dawno, jednak, jako że chciałam napisać recenzję od razu obu tomów, wstrzymywałam się z czytaniem i co jakiś czas zaglądałam do biblioteki. Jednak jak do tej pory tom drugi się nie pojawił (tak, to chyba jedna wada bibliotek – nigdy nie ma drugiego tomu…) i nie wiadomo, kiedy może się pojawić, toteż postanowiłam zrezygnować z oczekiwania. Przeczytałam na razie tom pierwszy i oto jest właśnie jego recenzja. Jak w bibliotece pojawi się tom drugi, będzie można oczekiwać u mnie i jego recenzji.
Ezergil niedługo kończy 120 lat, a to wiek dość ważny dla młodego diabła – po raz pierwszy będzie musiał odbyć samodzielną praktykę letnią. Chłopiec był bardzo zadowolony, że wujek anioł załatwił mu praktykę w najbardziej renomowanej instytucji piekła – Ministerstwie Kar (nie pytajcie – przeczytajcie;)). Radość jednak nie trwała długo, kiedy diablik dowiedział się, że jego zadaniem będzie pomóc zbłąkanej duszy w odnalezieniu spokoju i określeniu, gdzie wreszcie ma zamiar osiąść. Diabeł. Pomóc. Diabeł. A że okazuje się, że duszę w zawieszeniu utrzymuje troska o dobro syna, Ezergil będzie musiał pomóc całej patologicznej rodzinie. Dla prymusa piekielnej szkoły to poważny cios. A niedługo okaże się jeszcze, że to nie koniec upokorzeń, bo identyczne zadanie wakacyjne otrzymała pewna młoda, zażywna anielica, Alona. Oj, będzie się działo.
Ezergil w żadnym razie nie jest postacią, z którą chciałabym dzielić szkolną ławę, ale jako bohater książki po prostu nie da się nie lubić. Inteligentny, ironiczny, traktujący każdą przeciwność jako wyzwanie i zagadkę logiczną, a ponadto obdarzony uszczypliwym poczuciem humoru jest dla zwykłego dwunastolatka kimś, z kim chciałby się utożsamiać. Chyba każdy (zwłaszcza chłopiec) chciałby uczęszczać do szkoły, gdzie naucza się magii i robienia złośliwych psikusów, a nauczyciele patrzą z uznaniem na wyrafinowane (i skuteczne) złośliwości, jakie wyrządzają sobie wrodzy uczniowie. Oczywiście, o ile nie dasz się przyłapać – bo jeśli dasz, to nikt nie chciałby być na Twoim miejscu… Alona też jest niczego sobie, nietypowy z niej bowiem anioł: spokojem ani miłosierdziem względem upierdliwych kolegów nie grzeszy, a w razie czego potrafi całkiem nieźle kopnąć czy dać w nos. Nie można do tej dwójki nie poczuć sympatii (chociaż moim bezsprzecznym faworytem jest jednak diabełek).
W ogóle bohaterowie tej książki są świetnie napisani. Autor co prawda nie poświęcił zbyt wiele miejsca na ich wnikliwe analizy, ale w kilku słowach potrafi naszkicować bohaterów niezwykle barwnych i pełnych życia, a przy tym tak różnorodnych. Papierowych ludzików w „Rzeczy o zbłąkanej duszy” z pewnością nie spotkamy.
Siergiej Sadow stworzył również ciekawy świat. Mimo, że sporo elementów wydaje się zapożyczać od Łukjanienki, to jednak jego obraz Raju, Piekła, Ziemi, diabłów i aniołów jest niepowtarzalny i jakiś taki przyjaźnie swojski, pełen humoru. Nawet obrazki kar piekielnych są opisane humorystycznie, na typowo rosyjską nutę. Troszkę co prawda momentami drażni zbyt mocne osadzenie w kulturze rosyjskiej w momentach, kiedy przydało by się troszkę więcej uniwersalności, ale niech tam.
Przejdźmy do technikaliów. Okładka jest fenomenalna, tak samo, jak pomysł stylizacji na szkolny brulion. Zastanawiam się, jednak, czy nie lepiej byłoby wydać książkę w jednym, opasłym tomiszczu… Za to na pewno można było się bardziej przyłożyć do tłumaczenia. Sporo tu rusycyzmów (które mi osobiście nie przeszkadzają, uważam je za urocze, ale czepiam się dla zasady), a spora część frazeologii została przełożona dosłownie, co już mnie drażniło. Lekki i zabawny styl Sadowa jednak zdołał mnie udobruchać.
Coś ostatnio u mnie dużo ciekawej literatury młodzieżowej. I mimo że „Rzecz o zbłąkanej duszy” jest książką wysoce niepedagogiczną, to przecież w wakacje takie się czyta najlepiej. Czekam niecierpliwie aż mi w łapki wpadnie kolejna część tej „deprawującej” lektury, bo ta się niestety urywa tak jakoś w środku akcji… I polecam, gorąco polecam – najlepiej kupić od razu całość, żeby potem nie było problemów.

Tytuł: Rzecz o zbłąkanej duszy tom 1
Autor: Siergiej Sadow
Tytuł oryginalny: Дело о неприкаянной душе
Tłumacz: Ewa Skórska
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2008

Stron: 399
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...