Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artefakty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artefakty. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 lutego 2017

"Człowiek, który spadł na Ziemię" Walter Tevis

Tevis to dla mnie trochę kłopotliwy autor. Po pierwsze zdaje się, że wszystkich dość jednoznacznie zachwyca, tylko mnie nie. Po drugi to jest jeden z tych autorów, których rozumem pojmuję, ale do serca przemówić nie potrafią. I tu chyba leży problem. Ale o tym za chwilę. Aha, i spoilery, może nie zabójcze, ale jednak.

Thomas Jerome Newton jest do człowieka podobny, ale człowiekiem nie jest. Jest Obcym. Przybył na Ziemię z konkretną misją – ma uratować swój lud. Zadanie jest rozłożone na lata, trudne i skomplikowane. Czy Newton mu podoła? Czy nie stanie się zbyt ludzki, żeby móc reprezentować interesy swoich kosmicznych braci?

Zanim przejdziemy do rzeczy istotnych, państwo pozwolą, że chwilę poznęcam się nad blurbem (bo muszę, inaczej się uduszę). Otóż to, co w nim napisano wynika albo z celowej dezinformacji (wiecie, żeby czytelnika zaskoczyć/nie zaspoilerować mu), albo z faktu, że blurb napisano po przeczytaniu maksymalnie połowy powieści. Bo widzicie, Obcego fascynuje woda i rzeczywiście na jego rodzimej planecie jest rzadkim dobrem, ale plan ocalenia rasy polega na zgoła czymś innym niż kradzieży H2O. Już pomijając fakt, że w celu napojenia pobratymców wystarczyło zaholować jakąś asteroidę lub inny kawałek kosmicznego gruzu – zaskakująco często składają się z lodu. No ale w latach sześćdziesiątych, kiedy autor pisał powieść, mógł jeszcze o tym nie wiedzieć.

Mam wrażenie, że Tevis w swoich powieściach lubi poruszać temat osamotnienia w tłumie i bardziej lub mniej świadomych prób asymilacji. Bliźniaczy motyw pojawiał się w „Przedrzeźniaczu”. Tam mieliśmy samotnego wśród otępiałego tłumu androida, znacznie inteligentniejszego od przeciętnej jednostki ludzkiej. Tutaj mamy ponadprzeciętnie inteligentnego kosmitę, który (zupełnie jak android z „Przedrzeźniacza”) mimo fizycznych podobieństw jest od ludzi zbyt odległy, żeby kiedykolwiek przestać czuć się samotny pośród nich. Mam wrażenie, że Spofforth i Newton to w zasadzie ta sama postać, rozgrywana w innych fabułach.

Poza motywem samotności i obcości, warto też pochylić się nad tym, jak autor w powieści odmalował ludzkość jako taką. W „Człowieku…” ludzkość to banda krótkowzrocznych małpoludów, nieumiejących spojrzeć dalej niż na czubek własnego nosa, wyznająca maksymę, że po nas choćby potop. Czy w takim razie jedyną drogą do zbawienia byłoby manipulowanie przez istoty inteligentniejsze? Autor zdaje się właśnie to sugerować. Jasno też daje do zrozumienia, że pęd ludzkości do autodestrukcji jest niepohamowany i sama z siebie nie zmądrzeje. W późniejszym "Przedrzeźniaczu" jest nieco mniej pesymistyczny.

Czas chyba przejść do mojego problemu z powieścią. Widzicie, ja naprawdę doceniam warsztat Tevisa – ten przejmujący smutek, jaki potrafił przelać na karty powieści i dogłębne studium osamotnienia. Tylko że ja to wszystko doceniam na poziomie intelektualnym. Autor bowiem nie potrafi we mnie wzbudzić emocji, a co to za literatura piękna, która nie potrafi do czytelnika przemówić na poziomie emocjonalnym. Być może problem tkwi w języku – Tevis lubi suche, ascetyczne wręcz frazy, często pozbawione ozdobników, ale dzięki temu precyzyjne. Może więc nie było jego celem wzbudzenie emocji. Niestety, ja takimi książkami nie potrafię się zachwycić. Choć mogę docenić.

Tevisa nie mogę niepolecić – „Człowiek, który spadł na Ziemię” to zdecydowanie pozycja, którą warto znać. Niemniej, nigdy chyba nie zaliczę go w poczet ulubionych autorów. Choć oczywiście jeśli wyjdzie u nas jego kolejna powieść, chętnie się z nią zapoznam (i mam nadzieję, że następnym razem wydawca bardziej się postara, bo korektor niby w stopce jest, a tekst wygląda, jakby go nie było. Korektora w sensie).
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Człowiek, który spadł na Ziemię
Autor: Walter Trevis
Tytuł oryginalny: The Man Who Fell to Earth
Tłumacz: Wojciech M. Próchniewicz
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 180

wtorek, 29 marca 2016

"Ślepe stado" John Brunner

Pewne nazwiska w Artefaktach dość regularnie powracają. Do takich należy Brunner, John Brunner. Ostatnio czytałam jego „Na fali szoku” i byłam zadowolona. „Ślepe stado” jednak znacząco się od tamtej powieści różni, zarówno formą, jak i wymową (zaryzykowałabym stwierdzenie, że jest podobne do „Wszystkich na Zanzibarze”, ale akurat tego jeszcze nie czytałam, więc nie zaryzykuję).

„Ślepe stado” to mozaika migawek. Na celu ma nie tyle opowiedzenie historii konkretnego bohatera (czy bohaterów), ile pokazanie umierającego świata. Nie jest to jednak mieszanina zupełnie przypadkowa – regularnie pojawiają się wątki dotyczące garstki bohaterów. Ale i one bardziej niż historie bohaterów mają nam pokazać sytuację grup społecznych, do których opisywani ludzie należą.

Brunner opisuje Amerykę ginącą, ale nie zdającą sobie sprawy z tego, że umiera (do tego nawiązuje też tytuł, w oryginalnej wersji językowej będący cytatem z „Lycidasa” Miltona). Szerzą się choroby, warstwa smogu jest tak gruba, że miejscami cały rok nie widać słońca, strach wyjść na ulicę bez maski pyłowej na twarzy a pojawienie się jakiegokolwiek zwierzęcia w pobliżu miasta to ewenement. Do tego szalejące bezrobocie i napięcia na tle rasowym. Ale ludzie, z politykami i decydentami na czele, nie chcą tego dostrzegać, wygodniej jest im utrzymywać, że nic się nie dzieje. Typowa sytuacja z przysłowiowym słoniem w salonie. Amerykanie w powieści Brunnera ciągle chcą eksportować na masową skalę swój styl życia, choć to właśnie on ich zabija. Nawiasem mówiąc, bardzo osobliwie wygląda ta książka na tle współczesnej importowanej z USA popkultury, gdzie dzielni Marines zawsze ratują świat od zagłady, błyskając publice po oczach sugestiami, że tylko Ameryka może dać pełnie szczęścia obywatelom. W „Ślepym stadzie” widzimy coś wręcz odwrotnego – USA, przez swoje głęboko konsumpcyjne zwyczaje jest największym zagrożeniem dla umierającej planety, a Marines dzielnie strzelają do każdego, kto próbuje w tej sprawie coś zrobić i jest w osądach daleki od optymistycznego stanowiska rządu. Myślę, że warto byłoby przeczytać dla samego kontrastu.

Sama konstrukcja powieści może niektórym czytelnikom sprawiać kłopot. Autor, zamiast ciągnąć narrację liniowo, tworzy ją z oderwanych fragmentów rzeczywistości. Układa je co prawda chronologicznie, ale rozrzuca po całym świecie, mamy więc na jednej stronie wątek amerykański, krótka notkę z Afryki i kilka słów z Hondurasu. Napisane jest to wszystko bardzo przystępnie (naukowość „Ślepego stada” to raczej fatalistyczny futuryzm dnia codziennego niż efekty prac laboratoriów), ale rwana narracja nie każdemu może pasować.

„Ślepe stado” to bardzo przygnębiająca wizja przyszłości. Na szczęście od czterdziestu lat, jakie minęły od napisania powieści, nie zrealizowała się i to jest dobra wiadomość. Zła jest taka, że w poprzednim zdaniu powinno być słowo „jeszcze”. Brunner daje do myślenia. Wato brać.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag 

Tytuł: Ślepe stado
Autor: John Brunner
Tytuł oryginalny: The Sheep Look Up
Tłumacz: Wojciech M. Próchniewicz
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 431

wtorek, 15 marca 2016

"Odwrócony świat" Christopher Priest

Za mną kolejna książka z Artefaktów. Priesta, bo on jest autorem „Odwróconego świata” wydano wcześniej w Uczcie Wyobraźni, ale tematyka jakoś nie wzbudziła mojego zainteresowania, a że autora nie znałam, to i książka mnie nie obeszła. Teraz trochę żałuję, bo lektura „Odwróconego świata” sprawiła, że chętnie przeczytałabym coś jeszcze tego pana.

Miasto zdaje się być obce w świecie, w którym istnieje. Musi się bezustannie poruszać, aby ten świat nie sprowadził na nie zagłady. Aby umożliwić miastu ruch, niezbędni są ludzie należący do cechów. I tak Torowi układają szyny, po których porusza się miasto, Budowniczowie Mostów umożliwiają mu przekraczanie rzek a Handlowcy zapewniają robotników. Jednak największym prestiżem cieszą się Badacze Przyszłości. I to właśnie do tego cechu aplikuje młody Helward Mann. Ta droga kariery da mu dostęp do nieznanej szeregowym mieszkańcom miasta wiedzy. I uzmysłowi, jak bardzo niedoinformowani są na temat świata, w którym żyją.

„Odwrócony świat” to jedna z tych powieści, w których celem jest przedstawienie jakiejś konkretnej idei autora, a kreowanie bohaterów czy samej opowieści to sprawy drugorzędne. W „Przedrzeźniaczu”, również należącym do Artefaktów, to podejście się nie sprawdziło, ale o dziwo w „Odwróconym świecie” działa bez zarzutu. Być może dlatego, że autor nie próbował stanąć w dziwacznym rozkroku między pokazaniem rozwoju bohatera (co najwyraźniej było mu nie po drodze) a pomysłem na świat przedstawiony (co było głównym celem). Priest skupia się tylko na tym, czego pokazanie naprawdę go interesuje i czytelnik to wyczuwa.

Sama idea jaką autor nam w powieści zaprezentował, jest niespotykanie oryginalna (no dobrze – niespotykanie oryginalna z mojej perspektywy, czyli dla czytelniczki, która nie gustuje w światach o pokręconej fizyce). Nie chcę tu zbyt wiele zdradzać, gdyż odkrywanie tajemnic świata przedstawionego stanowi główny element powieści, ale przyznam, że tak swobodnej zabawy fizyką nie widziałam jeszcze nigdy. Samo rozwiązanie zagadki również nie rozczarowuje.

Wspomniałam, że bohaterowie są pretekstowi, ale skoro w ogóle są, to może pochylimy się nad nimi na chwilę. Sam Helward jest postacią – przewodnikiem. Stworzono go głownie po to, żeby razem z czytelnikiem odkrywał tajemnice rzeczywistości i jako bohater nie ma wiele do zaoferowania. Ciekawie natomiast wypadają postacie kobiece. Odgrywają co prawda role daleko drugorzędne, ale za to aktywne. W przeciwieństwie do większości utworów z tego okresu (mam na myśli lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte), gdzie kobiety odgrywały role katalizatorów dojrzewania dla męskich bohaterów, tutaj doprowadzają one do swoistej rewolucji, będącej skutkiem ich intencjonalnych i długotrwałych dążeń. Miła odmiana i ciekawy akcent.

„Odwrócony świat” to powieść, której siłę stanowi jeden pomysł. I w tym przypadku w zasadzie wystarczy. Zwłaszcza, że język jest przystępny, więc nawet jeśli kogoś w zestawieniu „fantastyka naukowa” odstrasza człon „naukowa”, to z tą powieścią poradzi sobie spokojnie. No chyba, że nie lubicie nietuzinkowych pomysłów Wtedy to nie jest książka dla was.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Odwrócony świat
Autor: Christopher Priest
Tytuł oryginalny: Inverted World
Tłumacz: Robert Waliś
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 284

wtorek, 13 października 2015

"Na fali szoku" John Brunner

„Na fali szoku” to moja pierwsza książka Brunnera („Wszyscy na Zanzibarze” co prawda leży na półce, ale wciąż czeka…). Ponieważ kompletnie nie znałam autora, to i oczekiwań praktycznie nie miałam. No, może te wywołane faktem przynależności do serii – w końcu Artefakty (ale trzeba przyznać, że po lekturze „Przedrzeźniacza” mój kredyt zaufania względem serii został nieco nadszarpnięty). Takie podejście bez oczekiwań sporo daje.

Nickie Halflinger, tak jak i śmietanka najinteligentniejszej młodzieży Ameryki, przez dziesięć lat uczył i wychowywał się w Tarnover – tajnym ośrodku rządowym. Jednak był też jedynym uczniem, który postanowił uciec i udało mu się tego dokonać. Uciekał sześć lat i przez ten czas ponad dwadzieścia razy zmieniał osobowość i biografię. Ale w końcu go złapali i sprawili, że oficjalnie przestał istnieć. Czy jednak jeden z najinteligentniejszych ludzi na świecie da się tak łatwo obezwładnić systemowi?

Powiem wam szczerze, że nie bardzo wiem, co myśleć o tej książce. Brunner niewątpliwie pisze świetnie. Oczywiście uwielbia przeskoki narracyjne - zaczynamy od przesłuchania w Tarnover, żeby za chwilę cofnąć się o kilka lat, potem jakiś przerywnik nibynaukowy i znowu Tarnover, ale z perspektywy innego bohatera (przyznam, że przy takiej narracji jednolite liternictwo Artefaktów staje się wadą – niektóre z tych wtrętów aż się proszą, żeby je wyróżnić. Ułatwiłoby to też z pewnością lekturę niektórym czytelnikom). Mnie one nie przeszkadzają, choć bywają tak gwałtowne, że bywałam nieco zdezorientowana. Niemniej, potrafi swoją narrację prowadzić bardzo porywająco i choć na początku czytelnik nie zawsze wie, co autor właściwie do niego mówi, to bardzo chce się dowiedzieć.

Być może kluczem do przystępności „Na fali szoku” jest fakt, że mimo wszystko sporo w niej z powieści akcji. Bohater boi się wykrycia, ciągle ucieka i czytelnikowi trochę tych emocji również się udziela. A jeżeli dołożymy do tego jeszcze rządowy pościg i sporo elementów dystopijnych, to wyjdzie nam coś, co sprawnie napisane mogłoby spokojnie stać się hitem wydawniczym nawet po czterdziestu latach od premiery.;)

A właśnie, dystopia. U Brunnera nie jest to temat jakoś szczególnie eksponowany (zwłaszcza w porównaniu z autorami modnych młodzieżówek, którzy nieraz wychodzą ze skóry, żeby pokazać z detalami, jaki niegodziwy system stworzyli) – brak jawnie opresyjnego rządu, system prawny jest raczej luźny, a fakt, że system komputerowy rejestruje każdy krok obywateli teoretycznie nikomu nie przeszkadza. Niestety, ludziom żyje się coraz gorzej i coraz więcej osób przechodzi załamania nerwowe (zwane przeciążeniami). Przyznam, że temat przeciążenia bodźcami i życia w coraz szybciej (aż do granic absurdu) zmieniającym się świecie pozostaje zaskakująco aktualny – może stąd siła oddziaływania powieści. Bo reszta elementów tego świata pozostaje (zgrabnymi, nie powiem – sam pomysł na miasteczko Przepaść godny jest nagrody) jedynie ozdobnikami, ornamentami wyrażającymi jakieś tęsknoty, ale z niewielkim związkiem z rzeczywistością.

Postacie paradoksalnie nie są szczególnie oryginalne czy niesamowite. Są solidne i dają się lubić, ale korzystają raczej z utartych typów. Mamy więc Nickiego jako genialnego buntownika w służbie ludzkości. Mamy Freemana jako… No dobra, nie będę spoilować, ale to też jeden z bardziej rozpowszechnionych tropów w SF. Mamy ostatecznie Kate, która jest opiekunką i doradczynią. To jest w ogóle bardzo interesujące, bo w „Przedrzeźniaczu” Trevisa mieliśmy bohaterkę o identycznej funkcji, co Kate u Brunnera – miała wspomagać rozwój głównego bohatera nie jako mentorka czy nauczycielka, ale jako osoba, od której przejmuje on mądrość przez osmozę. Oczywiście wątek romantyczny i ratowanie damseli w distresach też się pojawia w obu powieściach, z tym, że Brunner zrobił to jednak dużo lepiej. I teraz zastanawiam się, czy to był jakiś szerszy trend przedstawiania postaci kobiecych w literaturze SF lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, czy tylko zbieg okoliczności.

Mimo że nie do końca wiem, co myśleć o „Na fali szoku”, to jednak polecam. Bo to powieść, nad którą można myśleć długo, rozważając kondycję współczesnego świata, albo po prostu dobrze się bawić, czytając wartko płynącą akcję. Albo oba na raz. Wybierzcie własny sposób.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Na fali szoku
Autor: John Brunner
Tytuł oryginalny: The Shockwave Rider
Tłumacz: Michał Jakuszewski
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2015
Stron: 284

wtorek, 18 sierpnia 2015

"Przedrzeźniacz" Walter Tevis

Powiem wam szczerze, że jeśli chodzi o dystopie i antyutopie, to mam spore zaległości w klasyce. Czytałam właściwie tylko Huxleya (jeśli ktoś miałby ochotę coś klasycznego polecić, to jestem otwarta na propozycje). Dlatego notka ta będzie pisana z perspektywy osoby jeszcze nie obeznanej z tematem. Co nie znaczy, że kompletnie zielonej.

W przyszłości ludzi szkoli się, aby przestrzegali Prywatności – nie rozmawiali ze sobą, nie mieszkali razem, nie nawiązywali więzi i ogólnie nie interesowali się za bardzo czymkolwiek. W osiągnięciu tego mają pomagać szeroko dostępne narkotyki i ogłupiająca telewizja. Sztuka czytania zanikła. W takim świecie android Spofforth, jedyny robot Marki Dziewięć, szczyt ludzkiej myśli inżynieryjnej, od lat próbuje popełnić samobójstwo, jednak oprogramowanie mu na to nie pozwala. Ciągle pełni więc funkcję dziekana na nowojorskim uniwersytecie. Tam zgłasza się do niego mężczyzna, który chce prowadzić zajęcia z czytania, którego, jak twierdzi, nauczył się sam. Spofforth zatrudnia go, choć nie jako wykładowcę. Później dołącza jeszcze pewna niezwykła kobieta.

„Przedrzeźniacza” nazywa się dystopią i rzeczywiście, ma znamiona tego gatunku. Ale szczerze mówiąc, czytając go, pierwszym skojarzeniem, jakie mi się nasunęło, była powieść postapokaliptyczna. Widzicie, mnie osobiście dystopia kojarzy się z systemem może i opresyjnym, ale działającym. Prostemu ludowi w takich światach może i nie jest najlepiej, wiele dziedzin życia jest sterowanych odgórnie, a rewolucje i postulaty zmian krwawo się tłumi, ale te systemy jakoś utrzymują państwo (lub „państwo”) w całości, pozwalają rządzącym elitom realizować swoje plany. Tymczasem Ameryka w „Przedrzeźniaczu” chyli się ku upadkowi a system właściwie trudno nazwać systemem, bo trzyma się jedynie siłą rozpędu. Nie istnieje właściwie żaden rząd, który mógłby z tego stanu rzeczy czerpać korzyści. Ponadto mamy też sporo aspektów charakterystycznych dla postapo właśnie. Ludzie używają technologii której nie rozumieją i której nikt nie potrafi naprawić, tworzą się zamknięte społeczności o dość dziwnych zasadach a artefakty z przeszłości nabierają znamion religii, nie mówiąc już o tym, że umiejętności kiedyś powszechne teraz budzą zaskoczenie i podziw. Tylko spektakularnego końca świata brakuje.

Bohaterowie... są niesatysfakcjonujący. Spofforth jest bardzo oryginalnie pomyślany – melancholijny, pragnący śmierci android, najbardziej samotna istota na tym umierającym świecie. Jest najbardziej ludzki ze wszystkich postaci, ale mam wrażenie, że autor nie wykorzystał całego potencjału, jaki w nim drzemie. Robot z pewnością nie stoi w centrum tej historii, a myślę, że gdyby tak było, historia mogłaby sporo zyskać.

Bentley, czyli nasz czytający, to z kolei postać całkowicie pozbawiona oryginalności. Typowy bohater, który odkrywa coś z tego zapomnianego, dawno minionego świata, a potem pod wpływem odkrycia (a także wędrówki – pod pewnymi względami „Przedrzeźniacz” to powieść drogi) przechodzi wewnętrzna przemianę. Nie bez znaczenia jest też miłość do kobiety. Mary Lou, buntowniczka, która nie ukończyła szkolenia Prywatności i była znacznie bardziej bystra niż przewidywała ustawa, staje się katalizatorem zarówno przemian Bentleya, jak i poznania Spoffortha. Trochę szkoda, że na tym, jej rola w powieści właściwie się kończy.

Marudzę nad tą powieścią, bo może i nie jest szczególnie wybitna (wspomniany na początku Huxley stworzył dzieło o wiele bardziej niepokojące), może bohaterowie nie zachwycają, ale czytało się to całkiem przyjemnie. Choć mam nadzieję, że pozostałe książki z Artefaktów będą znacznie ciekawsze.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Przedrzeźniacz
Autor: Walter Trevis
Tytuł oryginalny: Mockingbird
Tłumacz: Robert Waliś
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2015
Stron: 256
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...