Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Runa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Runa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 kwietnia 2013

Jakieś takie zaćmione - "Dom Wschodzącego Słońca" Aleksandra Janusz

O „Domie Wschodzącego Słońca” dowiedziałam się jeszcze w czasach, gdy nie byłam usieciowiona. Z lokalnej gazety, która do tej pory drukuje w każdy piątek krótkie recenzje książek. Właśnie taki prasowy wycinek sprawił, że tytuł, a raczej okładka (do nich mam zdecydowanie lepszą pamięć niż do nazwisk) został zapamiętany. I kiedy pewnego dnia na dworcowym kramiku zobaczyłam egzemplarz za jedyne 7,50zł, nie mogłam go sobie odmówić. Choć trzeba przyznać, że na łaskę przeczytania musiał trochę poczekać. Czy było warto?

Eunice Wright to nastolatka zbuntowana w starym stylu. Wiecie – glany, bojówki, skórzana kurtka i olewanie szkoły. Ale dziewczę jest bystre i potrzebuje czasem rozrywki bardziej ambitnej od spożywania mózgotrzepa w towarzystwie kumpli, toteż zabawia się w internetowej grze „Silver Tower”. Nie wie, że łamigłówki, które się tam spotyka, mają za zadanie odsiać potencjalnych magów. A w jej rodzinnym Farewell jest ich już całkiem sporo, różnego wieku, pochodzenia i zainteresowań. Kiedyś było więcej, ale wiecie, wojny wymagają ofiar.

„Dom Wschodzącego Słońca”
to idealna powieść dla nastolatków – znajdziemy w niej wszystkie motywy tak często występujące w opowiadankach i fanficzkach gęsto zaludniających te obszary sieci, do których boję się zapuszczać sama. Należałoby zadać pytanie, czy autorka świadomie zebrała te wątki, ażeby trafić do upatrzonego targetu, czy też nieświadomie przelała na papier to, co jej od nastolęctwa w duszy grało, a czekało na uwolnienie aż poprawi się warsztat. Jeśli to pierwsze, to brawo, jeśli drugie, to niestety wątpię, czy dałoby się temat rozciągnąć w powieść (a szkoda, bo mogłaby być fajna) – akcji raczej nie wystarczy na więcej, niż cztery opowiadanka, które autorka zaserwowała w tym tomie, a i warsztat mógłby okazać się zbyt ubogi.

A cóż to za motywy? Zacznijmy od bohaterów, bo oni są najjaskrawszym przykładem. Po pierwsze nastoletnia, zbuntowana Eunice. Samej Eunice nie mam zamiaru się czepiać, bo pani Janusz napisała nam całkiem zgrabna dziewuszkę, która gracko wyprzedziła epokę young adult i nawet teraz mogłaby konkurować z hordami nastoletnich bohaterów. Gorzej z sytuacją domową dziewczyny, ale do tego wrócę, gdy będę pisać o niedociągnięciach i dziurach fabularnych. Co mamy jeszcze? Ano młodziutkiego, przystojnego w nieco androgyniczny sposób wokalistę zespołu rokowego, oczywiście odnoszącego sukcesy. Dalej jest jeszcze kaleki nerd-geiusz informatyczny (skojarzenia z Hawkingiem są bardzo natrętne), tajemniczy wiktoriański Półjapończyk – wirtuoz katany, wiecznie nieobecny legendarny mentor i, tu trochę mniej kanonicznie (choć też zależy, do jakiego kanonu się odnieść), zakonnica-uzdrowicielka. Aha, no i jeszcze pani sztywna prezes prawie-jak-Minerwa-McGonagall. A wszyscy z mrocznym sekretem w życiorysie (na ujawnianiu tychże sekretów oparto fabuły kolejnych opowiadań). Sztampowe? Ano bardzo sztampowe. Ale wykonane całkiem przyjemnie. Młodszy czytelnik znajdzie tam coś dla siebie, a starszy z niejakim wzrószeniam odbędzie nostalgiczną wycieczkę do czasów, kiedy sam wymyślał podobne fabułki z podobnymi bohaterami. Dodatkowo ta cała magiczna menażeria jest całkiem sympatyczna i przy odrobienie dobrej woli i braku nadmiernego czepialstwa, nie trudno ich polubić.

A co z kreacją świata przedstawionego? Cóż, tu już troszkę gorzej i będę się czepiać. Zacznę od miejsca akcji. Nie bardo rozumiem, dlaczego pani Janosz zdecydowała się na osadzenie swojej powieści w USA. Ani w fabule nie nawiązuje do historii/geografii/etnografii/architektury tego państwa, ani tamtejsze prawo nie jest fabule przyjaźniejsze (np. w tym sensie, że szesnastolatki mają już prawo jazdy i nie trzeba kombinować, jak je bez pomocy osób trzecich przetransportować z punktu A do punktu B), ani nawet mitologia nie jest amerykańska. Farewell mogłoby się znajdować w dowolnym kraju, a zważywszy na ilość importowanych fantastycznych stworów, znacznie bardziej pasowałaby Europa (albo chociaż kilka słów wyjaśnienia, skąd w USA istoty wywodzące się z mitów np. egipskich). Co do rozmiaru samego miasteczka, autorka nie bardzo mogła się zdecydować. W pierwszym opowiadaniu sprawia ono wrażenie małej mieściny, w której życie toczy się wokół lokalnego liceum, biblioteki i sklepów w centrum (za to daleko od strasznej dzielnicy zamieszkiwanej przez element), by potem nagle rozrosnąć się do sporego miasta, z własną uczelnią wyższą, ogromnym parkiem, byłymi dzielnicami fabrycznymi, wieżowcami i co tam jeszcze czytelnik sobie zamarzy (albo raczej – co będzie autorce potrzebne). Wypadałoby jednak zdecydować na początku, gdzie tak właściwie chce się umieścić akcję powieści i poinformować, zwłaszcza, że samo miasto jest opisane bardzo wybiórczo i sprawia wrażenie prostego, czarno-białego plany, który nabiera kolorów tylko na czas przejścia bohaterów. (Na koniec pozwolę sobie na całkowicie subiektywną dygresję – moim zdaniem tworzenie nieistniejących miejscowości ma sens tylko wtedy, kiedy potrzebujemy małego miasteczka/wsi. Dużo łatwiej zawiesić niewiarę, kiedy podsuwa nam się kilku – kilkunastotysięczne miasto, niż gdy każe się uwierzyć w istnienie kilkusettysięcznej metropolii. W tym drugim przypadku już lepiej przenieść się do jakiegoś Waszyngtonu czy Chicago i najwyżej dodać parę ulic.)

Kilka rzeczy zaproponowanych przez autorkę zdecydowanie gryzie się z amerykańską rzeczywistością. Po pierwsze, dowiadujemy się, że Eunice uczy się w… gimnazjum. Żeby było ciekawiej, jej szkoła nazywana jest raz gimnazjum, raz liceum. Pozostaje mi mieć nadzieję, że była to propozycja redakcji, mająca na celu przybliżenie realiów polskiemu czytelnikowi (tylko znowu nasuwa się pytanie, po co osadzać akcję w innym kraju, skoro usuwa się tamtejszy koloryt lokalny?), a nie ignorancja autorki. Podobnie zresztą zgrzyta mi fakt, że wagarującą nastolatką wychowywana przez samotną, bezrobotną matkę nie interesuje się opieka społeczna, a o tym, z czego właściwie w takim razie Eunice (które nie dorabia bynajmniej jako kelnerka czy kasjerka w lokalnym barze, ale czas wolny spędza na imprezowaniu ze znajomymi) i jej rodzicielka się utrzymują, dowiadujemy się dopiero w czwartym opowiadaniu. W ogóle wątek miejsca dziewczyny w systemie społecznym i jej relacje rodzinne zostały całkowicie skopane i mogłabym jeszcze długo narzekać, ale nie chcę spoilować. Przy tym gigantycznym babolu to, na co sobie ponarzekam za chwilę to pikuś, ale osobiście mocno mnie irytujący. Otóż w ostatnim opowiadaniu rolę głównego antagonisty otrzymał Smok z Ogrodu Hesperyd. I cały czas konsekwentnie nazywany jest Smokiem z Ogrodu Hesperyd, ani razu inaczej. Autorka najwyraźniej zapomniała, że ten potworek ma imię, całkiem ładne nawet i do znalezienia w sieci w ciągu 30 sekund – mianowicie Ladon. Niby drobna rzecz, ale wskazuje na niechlujny charakter całego utworu.

Na koniec pozostaje mi mały bilans plusów i minusów. Zaletami książki są niewątpliwie sympatyczni bohaterowie, przystępny język, oryginalny pomysł ogólny i niektóre drobniejsze, potencjał i wplatanie piosenek w fabułę (niektórzy strasznie sarkają na tego typu zabiegi, że to upadek ostateczny dodawać do książki „ścieżkę dźwiękową”, ale ja uważam, że w przypadku literatury czysto rozrywkowej to sympatyczny chwyt). Akcja toczy się wartko, więc „Dom Wschodzącego Słońca” idealnie nadaje się na lekturę wagonową. A wady? Rozłażący się świat przedstawiony, sztampowi bohaterowie, widoczny brak pomysłu na coś więcej, niż krótkie opowiadanie, zmienna psychologia postaci, niespójność. Sami musicie zdecydować, kiedy i czy w ogóle będziecie chcieli książkę przeczytać. Ja dodam tylko, że pani Janusz najwyraźniej planowała kolejne tomy. Ciekawa jestem jej kolejnych pomysłów, ale może to i dobrze, że nie powstały.

Tytuł: Dom Wschodzącego Słońca
Autor: Aleksandra Janusz
Wydawnictwo: Runa
Rok: 2006
Stron: 389


Książka przeczytana w ramach wyzwania "Od A do Z".

poniedziałek, 24 września 2012

Historycznie o ikonie - "Vlad Dracula" Dariusz Domagalski

Recenzja sponsorowana przez Serenity, która pożyczyła mi książkę. Dzięki!:)

Wampiry głęboko zakorzeniły się w popkulturze. Zanim nadeszły czasy paranormalnych romansów, za pierwowzór wampira uważany był hrabia Dracula. Ale jeśli ktoś zechce pogrzebać głębiej, to okaże się, że hrabia miał swój prototyp historyczny. Był nim hospodar wołoski, Vlad Dracula, zwany Palownikiem. O nim właśnie napisał książkę Dariusz Domagalski.

Po przegranej bitwie pod Warną zagrożenie ze strony Imperium Osmańskiego rośnie. Węgierski następca tronu zdaje sobie sprawę, że jego ziemie będą jednym z pierwszych celów tureckiego natarcia, ale na jednym froncie już toczy wojnę. Szuka więc sojusznika, który pozwoliłby oddalić zagrożenie. Jednym z kandydatów jest Vlad Dracula, ale jego sława jest tak zła, że zasadność powierzenia mu zbrojnej kampanii jest wątpliwa. Młody władca wysyła więc oddział zaufanych wojowników pod dowództwem Janosa Lechoczky, aby sprawę na miejscu obadał. Co oddział zastanie po przekroczeniu Karpat? Kim naprawdę jest Vlad Palownik?

Na początku musze przyznać, że czuję się nieco zawiedziona – rozpoczynając lekturę byłam przekonana, że mam do czynienia z historycznym fantasy. Nie spodziewałam się jakiegoś przesadnego udziału fantastyki, ale jednak odczuwalnego. Tymczasem „Vlad Dracula” to powieść w zasadzie ściśle historyczna (jaskółka w postaci niebywałej żywotności, szybkości i odporności na zranienia tytułowego bohatera fantasy nie czyni). Nie jest to wadą, wszakże są wśród nas miłośnicy powieści historycznych, ale rozminięcie się z oczekiwaniami bywa nieprzyjemne.

Czas przejść do wad bardziej obiektywnych. Najbardziej przeszkadzało mi to, że powieść nie miała wyraźnie zarysowanej linii fabularnej – przez co wydawała się raczej nadmiernie rozbudowanym opowiadaniem. Opisywane wydarzenia przypominały raczej zbiór chronologicznie ułożonych migawek, niż spójną fabułę. Osobiście uważam, że gdyby powieś o połowę odchudzić, wyszłoby świetne długie opowiadanie, czy tez mikropowieść. Teraz cały „Vlad Dracula” wydaje się nieco przegadany.

Ponarzekaliśmy sobie, no to idziemy dalej. Czas autora za coś pochwalić – Dariusz Domagalski ma doskonałe wyczucie, jeśli chodzi o konstruowanie bohaterów. Co prawda główna postać, którą jest kapitan Lechoczky, jakoś nie potrafi zainteresować – ot, zwykły, młody rycerz, który przewidywalnie ewoluuje w toku powieści – ale te bardziej drugoplanowe to zupełnie coś innego. Taki Vlad na przykład. Autorowi świetnie udało się nakreślić człowieka tajemniczego i budzącego grozę, a jednocześnie uderzająco ludzkiego w swoim szaleństwie. Dla mnie – kreacja oscarowa. Całkiem dobrze wypadł też sułtan Mehemd II i jego kochanek Radu Piękny, który tylko na początku wydaje się irytującą mimozą, niebezpiecznie zbliżającą się do najgorszych tradycji uke. W ogóle cały homoseksualny romans jest bardzo ciekawie przedstawiony, głównie od strony erotycznej, bo emocjonalności mi troszkę zabrakło (w zasadzie w tym miejscu powinien się pojawić długaśny wywód, ale nie chcę spoilować). Niemniej, w polskiej literaturze (fantastycznej w szczególności)  opisywanie relacji homoseksualnych, zwłaszcza męskich, ciągle wymaga pewnej odwagi, więc autorowi należy się za to dodatkowy plus.

Słów jeszcze kilka o warsztacie. Pióro Domagalski ma bardzo sprawne, talent do opisów również, więc tym bardziej szkoda, ze fabuła trochę kuleje. Niemniej, niektóre opisy mogą być nie do przejścia dla czytelników o nerwach delikatnych, bo obok malowniczych opisów krajobrazu czy interesujących obrazów kobiecego ciała (w ogóle we „Vladzie Draculi” jest sporo scen erotycznych, więc jeśli ktoś nie lubi, niech się czuje ostrzeżony), znajdziemy bardzo naturalistyczne opisy obrzydliwych tortur.

Jeszcze dwa słowa o wydaniu. Korekta nie dopilnowała swoich obowiązków, bo nie raz i nie dwa w książce brakuje nie tylko przecinków i literek, ale całych wyrazów. Papier też mógłby być cieńszy, nie groziłoby wtedy książce złamanie grzbietu. O okładce może już nie będę się wypowiadać.

Podsumowując, czuję się rozdarta. Książka ma i plusy, i minusy, trudno wypowiedzieć się jakoś jednoznacznie. Jedyne, czego jestem pewna, to że „Vlad Dracula” spodoba się fanom powieści historycznych, którym nie straszne krwawe opisy. Reszta niech eksperymentuje na własną odpowiedzialność.

Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik.

Tytuł: Vlad Dracula
Autor: Dariusz Domagalski
Wydawnictwo: Runa, Bellona
Rok: 2011
Stron: 340

czwartek, 19 lipca 2012

Głeboko w otchłań ludzkiego umysłu - "Wody głębokie jak niebo" Anna Brzezińska

„Wody głębokie jak niebo” to książka, z którą miałam problem niemal od początku. Najpierw napastowała mnie bezczelnie z bibliotecznej półki, a kiedy w końcu przyniosłam ją do domu, najeżyła się i nie pozwalała do siebie podejść przez długi czas. Kiedy już mogłam się do niej zbliżyć, zaczęła mnie bezczelnie oszukiwać, sugerując tekstem na tylnej stronie okładki, że jest powieścią. Bezczelność, bo to przecież zbiór opowiadań. I dziwnie mi po przeczytaniu. Z jednej strony – nie zachwyciłam się tak, jak powinnam, czytając pierwszą damę polskiej fantastyki, z drugiej zaś – opowieści wryły się w pamięć i nie mogę o nich zapomnieć.

Anna Brzezińska postanowiła porzucić tym razem zarówno Twardosęka, jak i babunię Jagódkę i zabrać czytelników do krainy nad morzem, podobnej w klimacie do południa Hiszpanii. Tam właśnie potężni magowie tworzą piękne, marmurowe miasta, zaklinając demony w kamieniu, ogniu, wodzie czy innym fizycznym obiekcie. Każda potęga i władza zawiera jednak w sobie strach przed utratą, tak więc okrucieństwo czarnoksiężników bywa legendarne – proces tworzenia tej legendy również dane nam jest obserwować.

Okrucieństwo w pewien sposób przewija się przez wszystkie teksty, przyjmując najróżniejsze formy: od subtelnych intryg o straszliwych konsekwencjach, przez wojny i bestialstwo podjudzonego tłumu, aż do konieczności. Jednak coś we mnie buntuje się przed uznaniem „Wód głębokich jak niebo” za studium okrucieństwa, chociaż w pewnej mierze nim są. Ale tak samo są też studium chorej miłości, szaleństwa, przeznaczenia czy legendy, a nawet prostego dobra. W zależności, w którym miejscu otworzymy książkę.

Jeśli otworzymy ją na „Życzeniu”, dowiemy się, ile prawdy może się skrywać w legendzie i jak bardzo różny od „oficjalnej wersji” może ta prawda mieć wydźwięk. Będziemy ostrzegani, aby swoje pragnienia formułować pieczołowicie, bo ich skutki mogą być nieprzewidywalne i  że czasem nie da się być ostrożnym.

Jeśli otworzymy na „Różach dla Sirroco”, napotkamy na pierwszą z pięciu opowieści o magach Brionii. Z początku zda się nam, że mamy do czynienia z prostą, piękną baśnią o sile prawdziwej miłości. Przynajmniej do momentu, kiedy nie staniemy przed wyborem, czy prawdziwsza jest miłość żony, czy matki.

Jeśli otworzymy na „Zaćmieniu serca”, dowiemy się jak czas wypacza prawdę i jak skrupulatnie mu w tym pomagają zwycięzcy. Także o tym, że bezpodstawna obsesja może nas zniszczyć, że miłość prowadzi do okrucieństwa a strach do sprawiedliwości. I że, jak wszyscy wiedzą, czasem to, czego od zawsze pragnęliśmy, okazuje się gorsze od najgorszego koszmaru.

Jeśli otworzymy na „Jej cieniu”, poznamy smak szalonej obsesji. Znowu dowiemy się czegoś o legendach, a także poznamy sekret dalekiej przeszłości. Przekonamy się, że nawet demony dotrzymują słowa, a igranie z potęgą kończy się tragicznie.

W „Filarach nieba” zobaczymy ruiny dawnej dynastii, zubożałych potomków wielkiego rodu walczących niczym szakale przy truchle bestii. Dowiemy się, że magii płynącej w żyłach nie da się oszukać i poznamy destrukcyjne znaczenie powiedzenia „prawda was wyzwoli”.

W „Śmierci czarnoksiężnika” porzucimy rodowe niesnaski magów rządzących półwyspem. Poznamy za to nowe oblicze starej, dobrej hipokryzji oraz przewrotności losu. Poza tym, dostaniemy klasyczną historię z interesującym zwrotem akcji – fabularnie najlepszą w zbiorze.

W tytułowych „Wodach głębokich jak niebo” oddalamy się o półwyspu i trafiamy na wyspę, gdzie obok ludzi żyją różne potwory. To opowiadanie to studium rasizmu i nieco uproszczony schemat powstawania rzezi na tle etnicznym (tym razem w mikroskali). Także opowieść o tym, że nie trzeba godzić się z tłumem, chociaż czasem już nic nie da się zrobić…

Muszę wspomnieć o specyficznym stylu autorki. Nazwałabym go onirycznym, pełnym poetyckich, ale niezwykle obrazowych metafor i porównań. Czytając te opowiadania, niejednokrotnie miałam wrażenie, że czytam zapis snu, ze wszystkimi jego niedopowiedzeniami, tajemnicami i brakiem konkretności, a niekiedy nawet realizmu. Niektórym czytelnikom może to sprawiać pewne trudności, nie można jednak odmówić stylowi autorki swoistego piękna.

Wszystkie te historie są niezwykle mądre i wielowarstwowe. Jednak ich specyficzność sprawia, że każdy osobiście powinien się przekonać, czy pasuje mu nieco oniryczny klimat półwyspu.

Tytuł: Wody głębokie jak niebo
Autor: Anna Brzezińska

Wydawnictwo: Runa
Rok: 205
Stron: 358

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Tylko malutka szczypta piołunu - "Piołun i miód" Ewa Białołęcka


„Piołun i miód” to trzeci tom „Kronik Drugiego Kręgu” (którego przeczytanie też zawdzięczam Sznajperowi). Trzeci i, jak dotąd, ostatni, choć jesienią ma ukazać się kolejny, definitywnie kończący cykl. Obawiam się, że może to być prawdą, jako że pani Białołęcka dość często napomykała w wywiadach, że pisanie fantasy przestaje ją bawić. Mam tylko nadzieję, że uda jej się zamknąć wszystkie wątki, bo rozpoczęła ich całkiem sporo i obawiam się, że w jednym tomie zakończenia mogą się nie pomieścić.

W tej części mamy kontynuację wątków zapoczątkowanych (dość niezgrabnie, moim skromnym zdaniem) w „Kamieniu na szczycie”. Bohaterowie po raz kolejny muszą opuścić zaciszną przystań, którą ledwo co odnaleźli. Nie wszyscy jednak chcą wyruszyć na wędrówkę. To się pani Białołęckiej chwali. Wzięła pod uwagę fakt, że niektórzy mężczyźni wolą zostać z rodziną i zapewnić jej bezpieczeństwo, niż włóczyć się po świecie w poszukiwaniu przygód. Przypadek to tak rzadki w fantasy, że wypada go podkreślić. W związku z powyższym, niektóre postacie tracą na znaczeniu. Prawie nie ma tu Pożeracza Chmur czy Nocnego Śpiewaka, nawet Kamyk odzywa się rzadko. Za to wychodzą na światło dzienne bardzo zaskakujące tajemnice przeszłości tak niepozornej postaci, jak Koniec. Tu punkt dla autorki, bo mnie kompletnie zaskoczyła. Poznajemy też całkiem nowych bohaterów i odmienną kulturę.

Co mi się podobało? Przede wszystkim, fabuła. Wydarzenia wciągnęły mnie bardzo i nie zakończyły się tak dziwacznie, jak w tomie poprzednim. Pozostała ogromna chęć na więcej. Znalazło się też więcej miejsca na humor, niż w tomie poprzednim (zdarzyło mi się kilkukrotnie głośno roześmiać). Moje uznanie zdobył też pewien trik autorki. Był on związany z zetknięciem się dwóch różnych języków. Dzięki niemu udało się uniknąć wrażenia częstego w powieściach zwłaszcza anglosaskich, mianowicie że wszyscy bohaterowie, niezależnie od rasy i gatunku, mówią po angielsku. Nie będę opisywać, na czym trik polegał, bo zaplączę się w zeznaniach, mimo, że pomysł był prosty. Radzę sprawdzić samemu.;)

Co mi się nie podobało? Przede wszystkim, że postawiono mnóstwo pytań, a ja nie dostałam żadnej odpowiedzi. Niekoniecznie jest to wada, natomiast niewątpliwie fakt strasznie irytujący. Poza tym na jedno z zapowiadanych wydarzeń napaliłam się jak szczerbaty na suchary, a tutaj trzeba czekać do kolejnego tomu… Kolejna wada, to swego rodzaju brak konsekwencji. Autorka w „Kamieniu na szczycie” poruszyła kilka ważnych problemów, po czym.. postanowiła je zignorować. Do tego stopnia, że postacie w problemy zaangażowane praktycznie tu nie występują. Nie widzę w tym większego sensu. Jeśli nie ma się zamiaru rozwijać ważkiej tematyki, to po co ją w ogóle poruszać?

Mimo wszystkich minusów, zdecydowanie przeważyły plusy. Książka podobała mi się bardzo, a zakończenie pozostawiło niezaspokojony apetyt na jeszcze. Dokładka dopiero na jesieni, niestety.

Na koniec mały bonus: moja prywatna wizja artystyczna "Pożeracz Chmur z siostrzyczką (Liską)".:)


Tytuł: Piołun i miód
Autor: Ewa Białołęcka
Wydawnictwo: Runa
Rok: 2003
Stron: 353

czwartek, 19 sierpnia 2010

Krąg toczy się dalej - "Kamień na szczycie" Ewa Białołęcka


Z recenzowaniem kolejnych tomów cykli wiąże się pewne ograniczenie. Ponieważ początek tomu następnego świadczy o końcu tomu poprzedniego, nie można ani pisnąć o fabule, żeby potencjalnym czytelnikom cyklu nie znającym nie zepsuć niespodzianki. Będę starała się nie wyjawić niczego, ale nie dam głowy, czy mi się uda. Ci, co pierwszą część znają, nie muszą się obawiać. Ci co nie znają czytają na własną odpowiedzialność. Ale spoilerów nie ma.:) Chciałabym jeszcze podziękować Sznajperowi, bo i ten drugi tom również mogłam czytać dzięki jego uprzejmości.

Główna różnica w stosunku do tomu pierwszego polega na tym, że wydarzenia z „Kamienia na szczycie” były mi zupełnie nie znane, w przeciwieństwie do fabuły tomu pierwszego. Dlatego też czytało mi się go dużo przyjemniej, fabuła potrafiła mnie zaskoczyć i to całkiem często. Pani Białołęcka jest na szczęście autorką dość łagodną dla swoich bohaterów, toteż nie zsyłała na nich nieszczęść i okrucieństw ponad miarę. I chociaż nie jest sielankowo, a każdy bohater dźwiga własną traumę, czytelnik nie musi odwracać wzroku z niesmakiem nawet przy (rzadkich) bardziej drastycznych scenach.

A skoro już przy bohaterach jesteśmy: w „Kamieniu na szczycie” autorka poświęciła więcej uwagi pozostałym członkom Drugiego Kręgu, nie skupiając się już na Kamyku i Nocnym Śpiewaku. Dowiadujemy się więc, skąd pochodzi Wędrowiec Wężownik, jakie jest pochodzenie Myszki czy też dlaczego Promień nienawidzi swoich rodziców. Pojawiają się też nastoletnie miłostki, ale też miłość całkiem dojrzała. Fabuła dryfuje jednak w kierunku mistyki i sposób, w jaki autorka wprowadziła ingerencję bóstw wydaje mi się, delikatnie mówiąc, mało subtelny. Cóż z tego, skoro pani Białołęckiej udało się mnie na tyle zaciekawić, że natychmiast zabrałam się za kolejny tom?

Styl pisarki nie zmienił się. Tak samo, jak w tomie poprzednim, kojarzył mi się ze stylem Rowling, chociaż był może nieco mniej humorystyczny. Nic w tym dziwnego, zważywszy na to, że Białołęcka nawiązuje do tematów trudnych. Nie rozbiera ich jednak na czynniki pierwsze, pozostają jakby w uśpieniu. Albo autorka doszła do wniosku, że „Kamień na szczycie” nie jest książką z gatunku analiz psychologicznych, albo ma zamiar te kwestie subtelnie rozwijać w kolejnych tomach. Niebawem się przekonam.

Tych, którzy Białołęcką lubią, nie muszę zachęcać. Tych, którzy jej nie znają, zachęcam do zapoznania się najpierw z pierwszym tomem cyklu „Kroniki Drugiego Kręgu”. Tych, którym tom pierwszy się nie spodobał, no cóż… obawiam się, że dla nich marną zachętą będzie powiedzenie, że drugi jest lepszy. Ale mimo to, mówię.


Tytuł: Kamień na szczycie
Autor: Ewa białołęcka
Wydawnictwo: Runa
Rok: 2002
Stron: 269

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Magowie po polsku - "Naznaczeni błęitem" cz.1 i 2 Ewa Białołęcka



„Tkacza Iluzji”, na którego kanwie powstały pierwsze dwa tomy „Kronik Drugiego Kręgu”, czytałam już bardzo dawno. Lubię jednak wracać do tych opowiadań i w tej recenzji nie uniknę porównywania obu książek. Dzięki uprzejmości Sznajpera mogłam zapoznać się z rozszerzoną wersją wydarzeń, za co bardzo mu jestem wdzięczna.

W Lengorchii każdy chłopiec może urodzić się obdarzony magicznym talentem. Dzięki temu może zostać Stworzycielem przekształcającym materię, Mówcą dysponującym darem telepatii, potrafiącym rozmawiać ze zwierzętami Bestiarem, tworzącym niezwykłe miraże Tkaczem Iluzji lub magiem jednej z wielu innych specjalności. Czasem jednak, gdy talent jest bardzo potężny, zdarza się, że okalecza swego właściciela. Nocny Śpiewak, cały pokryty brązowym futrem, miał sporo szczęścia. Jako potężny Stworzyciel, jeszcze dzieckiem będąc, został odkupiony od trupy cyrkowej i wychowany w siedzibie Kręgu. Kamyk, bardzo zdolny, młody Tkacz Iluzji, nie słyszy i nie mówi. Nie ma szans na zdobycie wykształcenia wśród magów, gdyż jego iluzje, mimo że bardzo szczegółowe i realistyczne, zawsze są nieme. Jednak i do niego uśmiechnęło się szczęście: spotkał bardzo nietypowe stworzenie, smoka o wdzięcznym imieniu Dobry Biały Fruwacz Unoszący się Wysoko i Zjadający Obłoki Takiej Barwy Jak On Sam (dla przyjaciół: Pożeracz Chmur). Znajomość ta pozwoli mu przezwyciężyć ułomności i otworzy bramę do całkiem nowych, czasem zabawnych, ale często niebezpiecznych przygód.


Pani Białołęcka pokazała mi, że jednak istnieją w Polsce pisarze – fantaści, którzy wiedzą, czym różni się powieść od zbioru opowiadań. Poza wszystkimi innymi oczywistościami, powieść, w przeciwieństwie do opowiadania, powinna trochę mówić o realiach świata, w którym odbywa się akcja (a rzadko spotykam się w polskiej fantasy ze zrozumieniem tej reguły). O ile fabuła w stosunku do opowiadań nie uległa większym zmianom (niektóre wątki rozwinięto, na co poprzednia forma nie pozwalała, kilka rzeczy dopowiedziano, niektóre wydarzenia, które w powieści mogłyby wydawać się nielogiczne, zmieniono tak, aby się nie wydawały), o tyle „tło” wydarzeń zostało znacznie wzbogacone. I nie chodzi tu tylko o dodanie dwóch historii, których w zbiorze nie było (wytrwały poszukiwacz może je odnaleźć w sieci). Ważniejsze są informacje o kraju, jego historii i obyczajach. Charakterom poszczególnych postaci również poświęcono więcej miejsca, co tylko wyszło im na dobre. I mimo, że sposób narracji w „Tkaczu Iluzji” wydawał mi się dużo ciekawszy (w końcu możliwość widzenia świata z perspektywy głuchoniemego chłopca to rzadkość), to powieść jest o wiele bogatsza.

Ewa Białołęcka ma styl pisania bardzo podobny do pani Rowling. Jeśli dodamy do tego podobną tematykę (chociaż w „Naznaczonych błękitem” jest ona dużo szersza niż w przygodach Harrego), to miałam wrażenie czytania Pottera made in Poland. Ten sam typ humoru, ten sam styl wypowiedzi. Poruszane problemy są jednak inne, więc antyfani Harry’ego nie powinni się zrażać do tej książki. No i każdy miłośnik smoków musi się zapoznać z tutejszym, futrzastym podgatunkiem. Dodam jeszcze, że bardzo do mnie przemówił sposób, w jaki pisarka wyjaśniła pochodzenie magicznych zdolności.

Podsumowując, dla fanów fantastyki i smoków: pozycja obowiązkowa. Dla pozostałych może już nie obowiązkowa, ale warta przeczytania. Cieszę się, że mam przed sobą jeszcze dwa tomy. Trochę gorzej, że na kolejny, ostatni już, przyjdzie mi trochę poczekać.

E. Białołęcka, Naznaczeni błękitem cz.1 i 2, Runa, Warszawa 2004 i 2005, s. 360 (cz.1) i 347 (cz.2)

środa, 7 lipca 2010

Wszyskto w jednym worku - "Herbata z kwiatem paproci" Michał Studniarek


„Herbata z kwiatem paproci” należy ewidentnie do Urban fantasy. W tym jakże ciekawym podgatunku za kanwę opowieści służy historyjka w rodzaju: do nowojorskiego prywatnego detektywa przychodzi elf z krwi i kości ze zleceniem odnalezienia jednorożca, który mu się zawieruszył gdzieś w mieście, ewentualnie piękna sąsiadka okazuje się elfką, a na nastroje zwykłych ludzi wpływają wiedźmy i czarownicy mieszkający tuż za rogiem. Generalnie, autor, wybierając ten rodzaj fantastyki, chce nam pokazać, że miasto, które, jak się nam wydaje, znamy jak własną kieszeń, które wydaje się swojskie i bliskie jak przysłowiowa koszula ciału, ma mroczne sekrety, o jakich nam się nie śniło. Liczy na to, że dostrzeżemy dysonans, między tym, co znane, a tym, co może się pod tą znaną przykrywką kryć. I tutaj pan Studniarek przedobrzył.

Akcja powieści rozgrywa się w niedalekiej, ale jakże obcej przeszłości. W Warszawie lat mniej więcej dwudziestych XXI wieku powszechne są latające samochody i wszczepy bioniczne wszelkiej maści, każdy kawałek starówki ma sponsora w postaci bogatej korporacji a świat jest podzielony między biorących udział w wyścigu szczurów korpów (pracowników tychże złowrogich korporacji) i innych. W tym właśnie nieprzyjaznym środowisku próbują przetrwać niedobitki prasłowiańskich elfów pod przywództwem Goplany. Niestety, słabną z dnia na dzień, a bramy do ich magicznej krainy pozostają zamknięte przez męża ich pani. Adam Chors, niewyróżniający się dziennikarz. ekonomiczny, będzie musiał jakoś temu zaradzić.

W zasadzie fabuła jak najbardziej prawidłowa, sztampowa wręcz, jeśli o Urban fantasy chodzi. Jest jednak pewno „ale”. Nie mamy tu zderzenia świata znanego z nieznanym. Oba światy są nieznane. Autor zachował się tak, jakby miał dwa pomysły: jeden na powieść SF rozgrywającą się w niedalekiej przyszłości, drugi na słowiańskie fantasy. Ale że zabrakło sił bądź chęci na napisanie dwóch książek, wpakował wszystko do jednego worka i udostępnił wydawcy. Powstał z tego miszmasz, który był dla mnie ciężkostrawny.

Było też kilka innych irytujących elementów. Między innymi główny bohater, który do połowy powieści powtarzał raz na dwie strony, że to musi być jakieś tanie reality show. Na szczęście później mu przeszło i od tego momentu nawet dał się lubić. Następnym problemem było oddanie realiów powieści. Odniosłam wrażenie, że autor przyjął w powieści taktykę stosowaną do opowiadań: ot, rzucić parę konkretów, żeby czytelnik miał jako takie pojęcie, gdzie jesteśmy. Przepraszam, ale od powieści oczekuję czegoś więcej, jakiejś, minimalnej chociaż panoramy zmian społeczno – gospodarczo – technologicznych, żebym wiedziała przynajmniej, jakie zachowania mam uważać za normę, a jakie za patologię (przykładowo, niewolnictwo jest patologią, ale jeśli akcja powieści będzie osadzona w osiemnastowiecznej plantacji kawy, fakt, że mają tam niewolników, nie zbulwersuje mnie; u przypadku pana Studniarka nie mam jasności, czy pewne rzeczy są normalne dla jego rzeczywistości, czy nie). Za minus uważam też, co wynika z powyższego, bombardowanie nowym słownictwem i nazwami, które są normalne dla środowiska powieści, ale nic dla czytelnika nie znaczą. Nie wymagam, żeby przy każdym słówku pojawiała się definicja, ale są przecież jakieś subtelne metody dawkowania informacji, prawda?

Ponarzekałam sobie, teraz czas na zalety. Styl pana Studniarka podobał mi się, gdzieniegdzie widać było nawet przebłyski humoru. Bohaterowie w większości również byli znośni, a niektórzy nawet budzili szczerą sympatię. Powieść czytało się łatwo, no i tematyka słowiańska to rzadkość, zawsze więc warto się jej bliżej przyjrzeć. Jednak powieść polecam tylko zagorzałym fanom. Inni mogą bez problemu znaleźć lepsze pozycje z tego gatunku.

M. Studniarek, Herbata z kwiatem paproci, Runa, Warszawa 2004, s. 332
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...