Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eric-Emmanuel Schmitt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eric-Emmanuel Schmitt. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 października 2012

Współczesna Odyseja - "Ulisses z Bagdadu" Eric-Emmanuel Schmitt

Eric-Emmanuel Schmitt to jeden z bardziej lubianych przeze mnie pisarzy. Zazwyczaj porusza tematy filozoficzno emocjonalne, związane bardziej z człowiekiem jako takim, niż z aktualnymi (czy też ponadczasowymi) problemami świata. Dlatego też spodziewałam się, że w „Ulissesie z Bagdadu” będzie podobnie: autor wykorzysta postać emigranta w celu poruszenia zagadnienia bardziej ogólnego. Jednak tak się nie stało.

Saad Saad jest Irakijczykiem. Przetrwał z rodziną czasy władzy Saddama Huseina (prawdę mówiąc, był wtedy jeszcze bardzo młody), chociaż starty były dotkliwe. Jednak dopiero chaos panujący po wyzwoleniu Iraku i tragedie, jakie to za sobą pociągnęło przelały czarę goryczy – Saad, jak współczesny Odyseusz, wyruszył na tułaczkę w poszukiwaniu szczęścia w niemal mitycznym, wyidealizowanym Londynie.

Autor nieprzypadkowo posłużył się w tytule imieniem Ulissesa. Podróż Saada ma pewien wymiar mityczny. Spotyka on bowiem te same przeszkody, co homerycki bohater, przycięte jednak na miarę naszych czasów. Rolę mitologicznych potworów często pełnią ludzie, nieczuli na krzywdę kogoś na tyle zdesperowanego, żeby w nieludzkich warunkach uciekać z własnego kraju.

Poza wymiarem ściśle fabularnym, jest to opowieść o humanizmie, a właściwie jego braku w europejskiej cywilizacji. Schmitt pragnie ukazać hipokryzję Europejczyków, którzy mimo unii i szczytnych idei egalitaryzmu ciągle wolą postrzegać ludzi jako równych i równiejszych. Najprostszym kryterium podziału jest miejsce urodzenia, zupełnie przecież przypadkowe. Autor stara się też uzmysłowić swego rodzaju bezsilność krajów zachodu wobec zbrodni i krzywd dziejących się w innych rejonach świata – często bowiem interwencja kończy się w momencie, kiedy interweniujący orientują się, że jest gorzej, niż było przed ich przybyciem. Masakry i niepokoje nie ustają, a granice się uszczelnia, żeby nękany nimi lud nie mógł szukać szczęścia gdzie indziej. Trudno znaleźć wyjście z tej sytuacji.

Tym razem Schmitt nie daje czytelnikowi po homerycku szczęśliwego zakończenia. Bagdadzki Ulisses nie jest bowiem żadnym bohaterem – jest tylko zwykłym człowiekiem. Niczym się nie różni od setek imigrantów, którzy każdego roku przekraczają zieloną granicę albo cały swój majątek oddają przemytnikom. Dlatego też autor do końca trzyma się tej nici realizmu. Zapewne liczy na to, że zwróci uwagę na problemy ludzi podobnych do Saada Saada.

„Ulisses z Bagdadu” to książka inna od tych powieści Schmitta, które znam. Bliższa ponuremu realizmowi, prawie wyprana z optymizmu i bardzo przejmująca, tchnąca jednocześnie poczuciem beznadziei i najczystszą, głupią nadzieją. Raczej nie nadaje się na plażę, ale gdyby ktoś miał ochotę na odrobinę refleksji, polecam.

Tytuł: Ulisses z Bagdadu
Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tłumacz:
Jan Maria Kłoczowski
Tytuł oryginalny: Ulysse from Bagdad
Wydawnictwo: Znak
Rok: 2010
Stron: 320

wtorek, 22 maja 2012

Pól Schmitta poproszę. - "Kiki van Beethoven" Eric-Emmanuel Schmitt

Lubię Erica-Emmanuela Schmitta. Pewnie dlatego, że jestem urodzoną pesymistką, a on chociaż chwilowo potrafi wzbudzić we mnie optymizm. Jak sam pisze, nie rozumie, dlaczego współcześnie za godne uwagi i wyniosłe uważa się jedynie negatywne uczucia. Sam woli zajmować się tymi pozytywnymi. Nie oznacza to bynajmniej, że jego utwory poruszają wyłącznie tematy błahe. Można powiedzieć, że mówią o tych najprostszych i jednocześnie najgłębszych.

„Kiki van Beethoven” to niewielka książeczka, na którą składają się dwa utwory. Pierwszym z nich jest opowiadanie o tym właśnie tytule, drugi to esej Schmitta „Kiedy pomyślę, że Beethoven umarł, a tylu kretynów żyje…”.

Opowiadanie nie odbiega jakością od najbardziej udanych tekstów tego autora. Oto pewna starsza pani, tytułowa Kiki, kupuje w sklepie ze starociami maskę Beethovena i zaczyna się zastanawiać, dlaczego maska w pewien sposób nie ożyła, jak zwykła to czynić, gdy staruszka była jeszcze młodym dziewczęciem. Sprawę tę postanowiła rozwiązać razem z trzema przyjaciółkami. Dzięki muzyce tego kompozytora każda z nich powoli na nowo odkrywa to, co głęboko pogrzebała z upływem lat. Esej zaś przedstawia krótki rys historyczny dziejów powyższego opowiadania oraz opis tego, czego autor się od Beethovena nauczył.

Do opowiadania nie mam zastrzeżeń. Zawiera wszystko, co u Schmitta lubię: emocje, magię rzeczy zwyczajnych, odkrycie czegoś, co – z pozoru nieistotne – ma wielkie znaczenie. Opowieść toczy się gładko i mimo niewielkich rozmiarów pozwala czytelnikowi wsiąknąć. Moim problemem jest esej.

Lubię dowiadywać się, jak powstaje dany utwór, dlatego z ufnością zagłębiłam się w „Kiedy pomyślę, że Beethoven umarł, a tylu kretynów żyje…”. Zazwyczaj też jestem ciekawa przemyśleń autora, z Schmitt sporo tutaj pisze o własnym pojęciu humanizmu i o tym, jak wiele składowych tego pojęcia wyniósł z muzyki i życiorysu Beethovena. Gorzej, kiedy autor łopatologicznie wykłada, jak na niego działają poszczególne utwory kompozytora, co należy z nich wynosić i jak sam ja odbiera. Czułam się troszkę jak na lekcji polskiego, kiedy to drobiazgowo, słowo po słowie omawia się dany utwór, mordując nie tylko wolność interpretacji, ale i urodę dzieła. Ale pal licho muzykę, przecież nikt pisarzowi nie zabroni dzielić się własnymi interpretacjami z czytelnikiem. Niestety, cały ten wywód narzuca (podejrzewam, że mimowolnie, bo autor raczej nie miał takiego zamiaru) jedynie słuszną interpretację poprzedzającego opowiadania. To chyba najgorsze, co może zrobić autor swojemu dziełu: całkowicie zepsuć radość z przeczytania.

„Kiki van Beethoven” to książka, którą polecam w połowie. W tej połowie, która jest opowiadaniem. Resztę czytajcie na własną odpowiedzialność.

Tytuł: Kiki van Beethoven
Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tłumacz:
Agata Sylwestrzak-Wszelaki
Tytuł oryginalny: Quand je pense que Beethoven est mort alors que tant de cretins vivent suivi de Kiki van Beethoven
Wydawnictwo: Znak literanova
Rok: 2011
Stron: 152

poniedziałek, 14 marca 2011

Różne oblicza obsesji - "Trucicielka" Eric-Emmanuel Schmitt

 Recenzja dal portalu Oblicza Kultury.
 
Eric-Emmanuel Schmitt jest autorem, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Jest też autorem, który o niebo lepiej sprawdza się w krótkich formach, niż w obszerniejszych powieściach. To przede wszystkim opowiadaniami potrafi porwać czytelnika, stworzyć historie skoncentrowane, działające na wyobraźnie. Cztery opowiadania, jakie wchodzą w skład „Trucicielki” właśnie do takich należą. I chociaż nie wszystkie są zachwycające, to jednak każde czyta się z przyjemnością.

Jak możemy się dowiedzieć z czwartej strony okładki, motywem przewodnim wszystkich tych historii jest obsesja. Jest to prawdą, a w każdym tekście obsesje przybierają inne oblicza. Schmitt jednak nie byłby sobą, gdyby jego historie nie były również opowieściami o miłości. Każdy, kto kiedykolwiek był zakochany szaleńczym, młodzieńczym uczuciem wie, że obie leżą bardzo blisko siebie, a towarzyszą im nienawiść i zazdrość, ale także troska i czułość. To wszystko można znaleźć w tym niedużym zbiorku opowiadań. A na dokładkę dodam jeszcze, że żadne z nich nie jest historią przesłodzoną.

Mi osobiście  najbardziej poruszające wydało się opowiadanie „Powrót”. Fabularnie nawet nie umywa się do sensacji pozostałych trzech historii: ot, marynarz, szorstki ojciec i oziębły mąż, dowiaduje się podczas służby na pełnym morzu, że jedna z jego córek nie żyje. Na dodatek nie wiadomo, która. Cała akcja zamyka się w tym jednym wydarzeniu, ale nie ona jest najważniejsza. Najbardziej poruszające i oddziaływujące na czytelnika są przemyślenia ojca. To, co dzięki nim odkrywa w sobie i to, co dzięki nim postanawia zmienić. Właściwie trudno powiedzieć, dlaczego akurat to opowiadanie najbardziej mi się spodobało. Może właśnie przez ten minimalizm?

Drugie miejsce zajęło opowiadanie „Elizejska miłość”, traktujące o tym, co się dzieje za drzwiami prezydenckiego apartamentu. Mówi nam jak łatwo miłość zmienia się w nienawiść, a żeby nie było zbyt sztampowo, to również jak nienawiść i wyrachowanie zmieniają się w miłość. Schmitt dość często w swoich opowiadaniach i sztukach teatralnych wykorzystuje motyw, jak sam go nazywa, „ludzi, którzy cierpią na bolesny rozdźwięk”, których uczucia się rozmijają. W tym opowiadaniu występuje on w najbardziej dla autora typowej formie, dlatego nikogo, kto twórczość Schmitta zna, fabuła raczej nie zaskoczy. Mimo tej swoistej przewidywalności, autor nadal potrafi wzruszyć.

Tytułowa „Trucicielka” jest opowiadaniem ciekawym pod względem psychologicznym. Oto stara kobieta, uchodząca (nieoficjalnie, bo sąd ją uniewinnił) za zbrodniarkę, ulega fascynacji młodym i przystojnym księdzem. Aby zainteresować go swoją osobą, opowiada mu o zbrodniach – wszystko oczywiście w ramach tajemnicy spowiedzi. Czy młody ksiądz zdoła ją zmienić? A może będzie jej kolejną ofiarą? A może w ogóle nic z tego nie wyniknie?

Najmniej poruszające (chociaż wiem, że mogę być w tej ocenie odosobniona) wydało mi się opowiadanie „Koncert Pamięci anioła”. Fabularnie jest bodajże najciekawsze: oto bowiem wypadek, będący skutkiem niedojrzałych, młodzieńczych ambicji, nieodwracalnie, choć na bardzo różne sposoby, zmienia życie dwóch młodych mężczyzn. Obaj stają się dla siebie obiektem obsesji. Zabrakło mi tu dokładniejszych opisów psychologicznych – wiem, że opowiadanie, jako krótka forma ma swoje prawa, ale bardzo by się przydało szepnąć nieco więcej.

Przez wszystkie opowiadania przewija się motyw św. Rity, tej od rzeczy niemożliwych. Jest to jeden ze swoistych smaczków tego zbioru, wpływających na jego indywidualny odbiór. Byłoby ich więcej, ale autor nieco psuje zabawę czytelnikowi, zamieszczając na końcu książki fragmenty swoich dzienników. Z jednej strony zawierają wiele ciekawych rzeczy, takich jak szczegóły procesu twórczego, czy refleksje autora, ale z drugiej zdradza „co autor miał na myśli?”, a tego, jak się okazało, nie chciałam wiedzieć…

Podsumowując, dla fanów Schmitta pozycja obowiązkowa. Pozostali też znajdą coś dla siebie, a na pewno spędzą miło czas, zagłębiając się w te cztery krótkie historie.
 
Tytuł: Trucicielka
Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tłumacz:
Agata Sylwestrzak-Wszelaki
Tytuł oryginalny: Concerto a la memoire d'un ange
Wydawnictwo: Znak
Rok: 2011
Stron: 246

poniedziałek, 28 lutego 2011

Sztuka dla człowieka, czy człowiek dla sztuki? - "Kiedy byłem dziełem sztuki" Eric-Emmanuel Schmitt

Już przy kilku okazjach zdarzyło mi się wspomnieć, że lubię Schmitta. Że urzeka mnie magia zaklęta w codzienności, którą autor nam pokazuje – i nie jest to przy tym magia starej szafy czy innej czarodziejskiej sowy (nie ujmując im niczego, oba te rodzaje magii również bardzo lubię). To czar naszej teraźniejszości, gdzie tylko od nas zależy, czy chwila będzie nudna i rutynowa, czy niezwykła. I ponieważ do tego przyzwyczaił mnie szanowny autor (że jego sposobem na odrobinę fantastyki w powieści jest takie przedstawienie zwykłych zdarzeń, aby jawiły nam się jako niezwykłe), mocno się zdziwiłam przy lekturze „Kiedy byłem dziełem sztuki”. Tutaj bowiem fabuła oscyluje nam w okolicach futurystycznego thrillera.

Młody chłopak stoi na skale, powszechnej wśród okolicznych samobójców, bo podobno nie zdarzyło się jeszcze, aby ktoś przeżył skok z niej. Wiadomo, że nikt się w takie miejsca nie udaje li i jedynie w celu podziwiania widoków. Cóż tam go doprowadziło? Motyw mało spektakularny: frustracja z powodu niezwykłej urody braci i atencji, jaką darzą ich media. Jednak owo samobójcze misterium przerywa obecność pewnego dziwnego jegomościa, który oświadcza, że ma dla naszego bohatera pewną propozycję. Chłopak, początkowo niechętny, w końcu postanawia przynajmniej jej wsłuchać. Tak oto trafia do posiadłości popularnego artysty, Zeusa Petera Lamy.

Propozycja jest bardzo nietypowa, ale można domyślić się jej już czytając tytuł książki: nasz bohater ma zostać dziełem sztuki. Jednak nie chodzi tu o trywialne pozowanie czy sterczenie bez ruchu, na wzór mima udając rzeźbę. Artysta bowiem od swojego materiału wymaga nie tylko zrzeknięcia się własnej anatomii i złożenia jej na ołtarzu sztuki celem całkowitego przemodelowania (czy komuś jeszcze w tym momencie stanęła przed oczami jedna z podróży kosmicznych Ijona Tichego?), ale również wyzbycia się człowieczeństwa i stania przedmiotem. Czy dla niekwestionowanej sławy warto płacić taką cenę?

Jak już wspominałam, autor mnie zaskoczył. Po tytule (bo opisów na okładkach staram się nie czytać) wnosiłam, że rzecz będzie raczej o postaci z obrazu, która w jakiś sposób z niego wyszła. A tutaj mamy coś z goła odwrotnego. A synteza różnych gatunków i odmian literackich sprawiła, że czasem dostawałam lekkiej czkawki.

Pod względem fabuły rozumianej ściśle jako ciąg zdarzeń, powieść ta jest dreszczowcem. Mamy tutaj nie do końca legalne praktyki medyczne nie do końca normalnego artysty, który na dodatek posiada wszystkie cechy komiksowych geniuszy zła. Mamy tez ofiarę jego pomysłów, której opamiętanie przychodzi, kiedy już jest nieco za późno. Mamy spory sztafaż obrzydliwości. Autor co prawda usilnie starał się nimi nie epatować, ale w tym konkretnym przypadku mój przerost wyobraźni okazał się ogromną wadą: nie dość, że skupiałam się nie na tym, na czym powinnam, to na dodatek na tym, na czym nie chciałam. 

Ale dreszczowiec to tylko jedna ze składowych, kolejną jest typowa proza Schmitta. Ta z kolei objawia się w warstwie nastrojowo słownej i gdyby nie wypaczenie fabułą, „Kiedy byłem dziełem sztuki” niczym by się nie różniło od innych powieści autora, przynajmniej pod względem klimatu. Jakby tego było mało, na całość trzeba patrzeć jak na przypowieść, bo nagromadzenie małych, ale upierdliwych absurdów jest tak duże, że przy próbie innego podejścia do lektury uniemożliwia „zawieszenie niewiary”.

Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, przez naszego niedoszłego samobójcę, ale z perspektywy wielu lat, jakie od opisywanych wydarzeń upłynęły. Na przykładzie tej historii autor próbował dać nam nieco materiału do przemyśleń na temat „Jak wysoką cenę jesteśmy w stanie zapłacić za sławę i czy naprawdę warto?”. Moim zdaniem zrobił to o niebo lepiej niż  Paulo Coelho w swojej przedostatniej powieści. Książka Schmitta naprawdę daje do myślenia i porusza jakąś strunę, która później wygrywa uporczywe pytania na temat tego, czy można sprzedać swoje człowieczeństwo, a jeśli tak, to za ile i czy przypadkiem ta transakcja nie stanie nam się kulą u nogi. Trzeba przyznać autorowi, że rozpala wyobraźnię. Forma sprawiła jednak, że czytelnik przynajmniej równie mocno się oburza. Mimo, iż wiedziałam, że to tylko fikcja literacka, trzęsłam się w środku na samą myśl, że coś takiego mogłoby być kiedykolwiek możliwe.

Nie jest to typowa powieść Schmitta i tak naprawdę sama nie wiem, co mam o niej myśleć (chyba najdobitniej to widać po chaosie panującym w recenzji). Dlatego powstrzymam się od polecenia jej komukolwiek – mieszane uczucia po dobrnięciu do końca mi na to nie pozwalają. 

Tytuł: Kiedy byłem dziełem sztuki
Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tłumacz:
Maria Braunstein
Tytuł oryginalny: Lorsque j'étais une œuvre d'art
Wydawnictwo: Znak
Rok: 2007
Stron: 263

środa, 9 lutego 2011

Nie zatrzęsło mną - "Tektonika uczuć" Eric-Emmanuel Schmitt

Mało co mnie tak denerwuje w książce, jak bohater, który sobie sam życie komplikuje, a później ma pretensje do wszystkich, że mu się nie układa. Mam ochotę taką osobą mocno potrząsnąć, ewentualnie, w skrajnych przypadkach, porządnie obić tęgim kijem. Na początku myślałam, że to obecność takiego skrajnego przypadku przeszkadza mi w odbiorze „Tektoniki uczuć”. Ale chyba jednak nie o to chodzi.

Richard i Diane są w sobie zakochani. Ona jest twardą kobietą sukcesu, stanowczym politykiem, nawykła raczej do walki niż do miłości, on jest wytrwałym romantykiem, który zdobywał ją latami, aż w końcu dopiął swego. Niby są razem szczęśliwi, ale jedna chwila sprawiła, że szczęście prysło jak bańka mydlana, a w miejsce miłości zaczyna się wkradać nienawiść.

Nie mogłam się oprzeć chęci porównania „Tektoniki uczuć” do „Małych zbrodni małżeńskich”, zapewne dlatego, że zarówno tematyka, jak i forma są podobne. Jednak w „Tektonice…” zdecydowanie zabrakło tego wszystkiego, co mnie zachwyciło w „Małych zbrodniach…”. Przede wszystkim, dramat ten (bo oba wymienione utwory to przedstawienia sceniczne) w ogóle mnie nie zaskoczył. U Schmitta cenię głównie niespodzianki fabularnie, jakie z mniejszym, lub większym powodzeniem wkłada w swoje utwory. Niespodzianki te czasem nie mają większego znaczenia dla fabuły, jednak wywołują specyficzne uczucie miłego zaskoczenia, że jednak autor coś przed nami skrzętnie ukrył i pozwolił szukać w gąszczu tekstu, jako tym amerykańskim dzieciakom wielkanocnych jajek w trawie. Tutaj nic takiego nie miało miejsca. Nie wiem, jak dla innych czytelników, ale dla mnie cała fabuła była jasna niemal od początku do końca, wręcz narzucająca się swoją oczywistością. Może przeczytałam już za dużo tekstów szanownego autora i nie będzie mnie on w stanie niczym zaskoczyć? Oby nie.

Bohaterowie również jakoś nie wzbudzili moich emocji, może poza irytacją osobą wymienioną na wstępie. Niektórzy wydali mi się wprowadzeni do tej sztuki bez większego powodu, ot, dodatkowy ornament a malowidle, żeby zapełnić przestrzeń. A przecież w tej sztuce osoby dramatu można policzyć na palcach jednej ręki. Zabrakło więc tego, co mnie urzekało we wcześniej czytanej twórczości Schmitta: bohaterów, którzy potrafili mnie oczarować swoją osobowością, zaskoczyć charakterem i porwać swoimi poczynaniami.

Nie chcę przez powyższe powiedzieć, że książka jest zła. Język Schmitta, który tak lubię jest tutaj w całkiem niezłej kondycji, więc czyta się przyjemnie i błyskawicznie, i nie wątpię, że ta sztuka oglądana na scenie może być wręcz powalająca. Ale wersją czytaną się rozczarowałam. Bo miała zachwycać, a nie zachwyca. Miała mnie porwać, wzbudzić emocje, a nie wzbudziła. Pozostaje więc tylko stwierdzić, że książka nie jest zła, ale jest jedynie powyżej przeciętnej. Słabo, jak na lubianego przeze mnie autora.

Tytuł: Tektonika uczuć
Autor: Erick-Emmanuel Schmitt
Tłumacz: Barbara Grzegorzewska
Tytuł oryginalny:
La tectonique des sentiments
Rok: 2008
Stron: 148

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Opowiadania nierówne - "Odette i inne historie miłosne" Erick - Emmanuel Schmitt

Ostatnio dopadła mnie jakaś stagnacja czytelnicza. Zaczynam coraz to nową książkę w nadziei, że mnie z tej stagnacji wyrwie, ale najdalej po 200 stronach się zacinam i dalsze czytanie idzie mi jak przysłowiowa krew z nosa. Postanowiłam więc sięgnąć po autora sprawdzonego i działającego rozluźniająco, refleksyjnie (byle bez przesady) i wzruszająco, czyli Schmitta po prostu. Nie ukrywam, że dużą rolę odegrały niewielkie gabaryty książki. Poprzedni zbiór opowiadań tego pana podobał mi się nad wyraz, więc i teraz przewidywałam działanie kojące. Nie zawiodłam się, aczkolwiek nie było też tak idealnie, jak bym chciała.

„Odette i inne historie miłosne” to zbiorek ośmiu króciutkich opowiadań, zazwyczaj opowiadających historie kobiet na różnych etapach wszelakich miłosnych zakrętów, opowiadane z przeróżnych perspektyw. Jednak o ile w „Marzycielce z Ostendy” wszystkie opowiadania trzymały równy, wysoki poziom, to tutaj już tak pięknie nie jest. Co prawda gniotów czy innych wpadek brak, niemniej jednak nie wszystkie teksty można nazwać nawet bardzo dobrymi.

Zacznijmy jednak od plusów. Osobiście największe wrażenie wywarło na mnie króciutkie opowiadanko „Obca”, które znacznie odbiega od tematyki pozostałych tekstów. Niestety, jak zwykle przy krótkiej formie, nie mogę niczego konstruktywnego o fabule powiedzieć, żeby nie zdradzić za wiele. Powiem tylko, że kiedy przeczytałam je do końca, byłam w niezłym szoku. Nawet nie za sprawą zaskakującej pointy, której od pewnego momentu czytelnik może się łatwo domyślić, ale przez ukazanie znanego i trudnego dość tematu z nowej perspektywy. Następnym w kwestii podobania mi się było opowiadanie „Bosa księżniczka”. Ot, niby fabułka banalna: nie pierwszej młodości aktor przybywa do miejsca w którym piętnaście lat wcześniej spędził najpiękniejszą miłosną noc w życiu. Tajemnicza kobieta, która była za tę noc odpowiedzialna, na zawsze zapadła mu w pamięć i serce, ale jakoś tak się złożyło, że dopiero teraz nasz aktor może jej poszukać. Jeśli o rozwiązanie zagadki chodzi, to powiem, że może nie było jakoś szczególnie nowatorskie, ale mnie zaskoczyło i bardzo harmonijnie komponuje się z resztą tekstu.

Na drugim końcu skali znajduje się opowiadanie „Wszystko, czego potrzeba do szczęścia”, a zaraz obok „Odette Jakkażda”. To pierwsze zniesmaczyło mnie kiczowatymi i mało prawdopodobnymi psychologicznie okolicznościami doprowadzającymi do katharsis bohaterki. Miałam wrażenie, że autor wszystko zbyt uprościł, poszedł na łatwiznę, co go niepokojąco zbliża do Coelha. To drugie zaś w sumie nie było takie złe, ale powaliło mnie niepodobną do Schmitta ilością kiczowatych w swej słodyczy obrazków i wprowadzeniem do akcji miejscowego ekwiwalentu Mary Sue (ekwiwalent różni się tym od wersji klasycznej, że nie posiada naukowego wykształcenia). W konsekwencji wyszedł całkiem przesłodzony obrazek, chociaż i na takie znajdą się amatorzy.

Pozostałe opowiadania plasują się po środku tej skali, co oznacza, że nawet jeśli nie mają w sobie niczego zachwycającego, to brak im również elementów irytujących. Przede wszystkim jednak mają poprawnie z psychologicznego punktu widzenia skonstruowanych bohaterów.

Polecam oczywiście fanom Schmitta. Pozostałym właściwie też, bo opowiadanka są bardzo przyjemne, zaś „Obcą” mogą bez strachu czytać nawet anty-fani pisarza.

Tytuł: Odette i inne historie miłosne
Autor: Erick - Emmanuel Schmitt
Tłumacz: Jan Brzezowski
Tytuł oryginalny: Odette Toulemonde et autres histories
Wydawnictwo: Znak
Rok: 2009
Stron: 242
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...