Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Richard Paul Evans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Richard Paul Evans. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 maja 2013

Zabawy prądem - "Michael Vey. Więzień celi 25" Richard Paul Evans

Richard Paul Evans to pisarz niewątpliwie znany oraz bardzo płodny. Na polskim rynku dostępne jest już ponad dziesięć tytułów tego autora, ale nie są one związane z fantastyką. Wręcz przeciwnie, pana Evansa zwykło się kojarzyć z prostymi, obyczajowymi historiami, leżącymi gdzieś pomiędzy Musso a Schmittem. Tym większe było zaskoczenie, kiedy okazało się, że pisarz w swoim dorobku ma też książki z kategorii young adult, jak najbardziej mieszczące się w ramach fantastyki i wcale się od tego nie odżegnujące. Przyjrzyjmy się więc pierwszemu tomowi cyklu o Michaelu Veyu.

Michael Vey to niezwykły nastolatek. Owszem, chodzi do szkoły, jego wyniki w nauce są raczej średnie, w sporcie też nie celuje, a urodę ma przeciętną. Bywa też obiektem zaczepek szkolnych chuliganów – cóż, kiedy choruje się na zespół Tourette’a, należy się spodziewać trudności. Całe szczęście, że to tylko uporczywe mruganie, a nie coś bardziej spektakularnego. Niemniej, Michael jest niezwykły z jeszcze jednego powodu – ma właściwości żywego paralizatora. I kiedy pewnego dnia nieopatrznie ich używa, jego życie zmienia się. Początkowo na lepsze, bo nagle staje się najpopularniejszym chłopakiem w szkole. Ale później pojawiają się ludzie, przed którymi matka próbowała go chronić przez czternaście lat. I przestaje być fajnie.

Zacznijmy może od narzekań. „Więzień celi 25” to książka dla młodszej młodzieży i autor już na początku popełnia błąd – przez pierwsze sto stron przynudza straszliwie. Rozumiem, że budowanie klimatu, że wprowadzenie postaci i tak dalej, ale trzeba mieć na uwadze, iż czytelnik sięgający po młodzieżową książkę, która nie jest romansem, łaknie przede wszystkim akcji. I jeśli ta akcja rozpoczyna się dopiero po jednej trzeciej powieści, to większość czytelników może nie doczekać. Na szczęście później jest już tylko lepiej.

Na bohaterów też mogę trochę ponarzekać, ale tylko trochę, bo się bronią. Po pierwsze, świetnym pomysłem było umieszczenie na pierwszym miejscu dzieciaka z Tourette’em. Głównie ze względu na wymiar dydaktyczny, bo sukces powieści z pewnością przyczyniłby się do zwiększenia świadomości społecznej w kwestii tego schorzenia, ale także dlatego, że bohater z defektem, który jest po prostu defektem, a nie zakamuflowanym superdopalaczem (jak ADHD w cyklu o herosach Riordana) to jednak swego rodzaju nowatorstwo. Trochę mniej cieszy fakt, że schemat 2+1 (dwóch chłopaków i dziewczyna) ciągle obowiązuje, bo jest już naprawdę wysłużony, a w innych konfiguracjach relacje między bohaterami można ciekawiej budować. Tylko że te relacje najpierw muszą nabrać jakiegoś głębszego wymiaru, czego u autora niestety nie ma. Cóż, jako zaletę można policzyć fakt, że cała trójka głównych bohaterów, mimo sztampowości (dajcie spokój, Wybraniec, Kolega Wybrańca aka Bystry Pajac i Ta Ładna – już Rowling zrobiła to lepiej), daje się lubić.

Bohaterem, który panu Evansowi naprawdę wyszedł, okazał się lokalny czarny charakter, doktor Hatch. Na jego przykładzie, może mało subtelnie, ale za to bardzo obrazowo (pewna prostota przekazu w powieściach młodzieżowych jest jednak wskazana) autor pokazał trochę obrzydliwej manipulacji w akcji. Wiecie, to ten rodzaj szwarccharakteru, który na pierwszy rzut oka nie wydaje się taki zły. Typowy przestępca w białych rękawiczkach, dobry wujek – sprawi, że będziesz opływać w luksusy. W zamian prawie niczego od ciebie nie zechce, tylko takiej drobnej przysługi od czasu do czasu, na przykład żebyś strącił samolot pasażerski… O ile w literaturze dla dorosłych ten typ przestępcy pojawia się stosunkowo często (w komiksie z resztą też), to w powieści młodzieżowej gości rzadko, moim zdaniem niesłusznie. Brawa dla autora za rezygnację ze schematu, według którego lokalne Zło musi być wredne i od samego początku odrażające.

Cóż jeszcze mogę powiedzieć o tej operującej schematem z X-menów rodem powieści? Nie jest to z pewnością literatura wybitna, ale kawałek solidnego burgera z frytkami w fabrycznym menu. Jeśli ktoś taki literacki fast food lubi, z pewnością będzie zadowolony. Trzeba jednak mieć na uwadze, że zakończenie jest otwarte jak wierzeje stodoły, więc kupno drugiego tomu będzie nieuniknione. Miejmy nadzieję, że wyjdzie niebawem.
 
Recenzja dla portalu Insimilion.
 
Tytuł: Michael Vey więzień celi 25
Autor: Richard Paul Evans
Tytuł oryginalny: Michael Vey: The Prisoner of Cell 25
Tłumacz: Patryk Sawicki
Cykl: Michael Vey
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2013
Stron: 400

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Szukając Noel, znajdując... - "Szukając Noel" Richard Paul Evans

Recenzja dla portalu Oblicza Kultury.

Na okładkach książek Richarda Paula Evansa można przeczytać, że spodobają się one wielbicielom Erica-Emmanuela Schmitta. Jest to poniekąd prawda, jednak ja bym raczej porównała go do Fannie Flagg (ta od „Smażonych zielonych pomidorów”). Książki Schmitta odbieram jako skupiające się na ukazywaniu magii codziennej rzeczywistości, natomiast Fannie Flagg usilnie stara się pokazać czytelnikowi dobro drzemiące w ludziach. „Szukając Noel” o tym właśnie, chociaż nie tylko, opowiada.

Mark Smart jest bardzo młodym mężczyzną, którego życie właśnie rozsypało się na kawałki. Kilka dni temu zmarła jego matka, do-niedawna-jego dziewczyna powiadomiła, że oświadczył jej się pewien kręgarz, a ojciec wyrzucił go z domu (Marka, nie kręgarza).
Mark postanawia więc zakończyć swój nędzny żywot, ale po drodze psuje mu się samochód. Wstępuje więc do pobliskiej kawiarni w celu skorzystania z telefonu. Spotyka tam niezwykłą dziewczynę imieniem Macy. Chwila tego spotkania na zawsze zmienia jego życie. Okazuje się, że Macy ma wiele sekretów, a jednym z nich jest młodsza siostra Noel, którą wiele lat temu oddano do adopcji. Macy chce ją odszukać, a Mark poczuje się zobowiązany jej pomóc.

Z fabuły można by wnioskować, że mamy do czynienia z jakimś psychologicznym thrillerem, albo chociaż oczekiwać przesiąkniętych rozpaczą wspomnień z dzieciństwa sióstr. Nic bardziej mylnego, nie na tym bowiem skupia się autor. Poszukiwania Noel, mimo, że dla rozwoju fabuły bardzo ważne, nie są tutaj na pierwszym planie. Nie tylko bowiem Noel jest tutaj zagubiona i nie tylko ją trzeba odnaleźć. Zaginiona siostrzyczka jest tylko pretekstem, niezbędnym do tego, aby bohaterowie mogli odnaleźć siebie. A podczas tych poszukiwań dowiadują się (a my wraz z nimi) wielu rzeczy, niby oczywistych, ale tak łatwo zapominanych. Przykładowo, że demony przeszłości właśnie dlatego stają się demonami, iż często brak nam odwagi i sił, żeby spojrzeć im w oczy. Że żal często wyolbrzymia pewne sprawy. Że ci, których uważamy za największych wrogów i trzymamy na dystans, przy zniesieniu dystansu okazują się przyjaciółmi. Wreszcie, że nie wszystko jest takie proste, jak na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać.

Zdaje się, że w twórczości Evansa Boże Narodzenie odgrywa bardzo ważną rolę. Widać to chociażby po tytule tej powieści, ale czas akcji również przypada na okres około świąteczny. Mimo, że jest to w pewnym sensie manipulacja czytelnikiem, gdyż te akurat święta u większości wzbudzają ściśle określone skojarzenia, myślę, że wychodzi książce na dobre. Może dlatego, że pozwala łatwiej zaakceptować pozytywny przekaz utworu?
Wszystko to podaje nam autor językiem prostym, pozbawionym poetyckich porównań, ale sugestywnym. O wydarzeniach opowiada nam Mark w pierwszej osobie, i w jego przeżycia mamy najlepszy wgląd. Wadą tego typu narracji jest fakt, że nie wiemy, co się dzieje w głowach innych bohaterów, a mnie dużo ciekawsze wydawałyby się przeżycia chociażby Macy. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że przy innym rozwiązaniu stracilibyśmy sporo tajemnic fabuły.

Słów kilka o wydaniu. Wydawnictwo Znak jak zwykle się popisało: twarda oprawa, ciekawa, choć minimalistyczna grafika okładki, sympatyczny (dla mnie osobiście nawet uroczy) format i kremowy papier dobrej jakości. Może tylko tekst powinien być nieco ciemniejszy, bo wygląda na lekko spłowiały. Ewentualną wadą wydania, chociaż ja tego za wadę nie poczytuję, może się wydawać „rozdmuchanie” książki. W formacie nieco większym, przy zagęszczeniu ilości wierszy na strona oraz eliminacji pustych kartek pewnie dałoby się ją zredukować z 300 do 150 stron. Ale mi te puste kartki wyjątkowo nie przeszkadzają. Całe wydanie jedynie dodaje książce uroku.

Polecam w szczególności fanom Schmitta i Flagg. Także tym, którym powieści Flagg wydają się absurdalnie optymistyczne, a przez to niestrawne i nierzeczywiste – u Evansa nie będzie Wam towarzyszyło to uczucie. Wreszcie polecam tym wszystkim, którzy lubią ciekawe, wzruszające historie. Książka jest naprawdę warta tego, aby z nią spędzić wieczór lub dwa.


Tytuł: Szukając Noel
Autor: Richard Paul Evans
Tłumacz:
Bartosz Gostkowski
Tytuł oryginalny: Finding Noel
Wydawnictwo: Znak
Rok: 2011
Stron: 303
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...