O „Świecie Dysku” Pratchetta
zdarzyło mi się na tym blogu pisać kilka razy, zazwyczaj bardzo pochlebnie. Ci,
którzy te wpisy śledzili, mogli łatwo dojść do wniosku, że moim ulubionym
bohaterem jest Śmierć, a ulubionym podcyklem ten o nim właśnie. I w sumie nic
się nie zmieniło. Tylko im więcej czytam o straży, tym bardziej staje się ona
moim ulubionym bohaterem zbiorowym. Ale o tym za chwilę, najpierw o sprawach bieżących.
Po pierwsze, krótki opis na
tylnej stronie okładki „Piątego elefanta” to jeden wielki spoiler. Może nie z
tych, co mordują najlepszą tajemnicę fabuły (po przeczytaniu kilku pierwszych
stron staje się raczej oczywisty), ale z drugiej strony, niewiele o fabule mówi
taki zupełnie wyrwany z kontekstu. Otóż bowiem krasnoludy wybierają króla (a w
Ankh-Morpork z tej okazji wybuchają zamieszki), wypadałoby więc wysłać jakiegoś
oficjalnego ambasadora do Überwaldu, żeby bronił interesów miasta i przy okazji
dowiedział się, co się stało z poprzednikiem, bo od jakiegoś czasu nie przysyła
wiadomości. Tę funkcję musi pełnić ktoś wysoko postawiony, na przykład diuk
Ankh-Morpork… sir Sam Vimes (całym sercem będący oficerem Straży). Zważywszy na
kłopoty z lokalizacją pewnego ważnego artefaktu, glina na placówce
dyplomatycznej może przynieść nieoczekiwane korzyści.
Sam Vimes to jedna z tych
postaci, które najbardziej lubię. Człowiek dobry i na swój sposób honorowy, ale
zbyt wiele już w życiu widział, żeby pozostać idealistą. Określiłabym go jako
przepuszczony przez dyskowy filtr archetyp dobrego, ale twardego stróża prawa (takiego z filmów o
najciemniejszych zaułkach, który walczy raczej z lokalnymi nożownikami, niż z
przestępczością zorganizowaną). Jednocześnie nie brak mu charyzmy i
elastyczności, więc w przeciwieństwie do Neda Starka, wie, kiedy trzeba zagrać
nieczysto, żeby nie stracić głowy własnej i kogoś bliskiego. W parze z żoną, do
szpiku kości arystokratyczną (ale raczej na sposób buzia w ciup i rączki w
małdrzyk, niż hajduczkowania z szabelką) Sybil, tworzą ciekawy duet. Pratchett
umie rozpisywać ciekawe pary, choć często ciężar opowieści przenosi tylko na
jedno z partnerów. A skoro już przy parach jesteśmy…
…to przejdźmy do dwójki
bohaterów, którzy urastają ostatnio do rangi jednej z moich ulubionych par (co
prawda już przy „Zbrojnych” było im blisko, ale autor bardzo ładnie ten związek
rozwija i to przeważyło szalę). Chodzi o kapitana Marchewę i Anguę oczywiście.
Jest to związek bardzo zgodny i widać w nim prawdziwe uczucie, ale Pratchett
nie poszedł na łatwiznę, kreatywnie rozwijając frazę „żyli długi i szczęśliwie”.
Główną przyczyną zakłóceń w szczęśliwości jest fakt, że Angua jest wilkołakiem.
W „Piątym elefancie” dowiadujemy się, jak wielki to może być problem i
dlaczego. Ale ostatecznie i tak najważniejsze, żeby znalazła się kochająca
osoba, która w razie wścieklizny skróci cierpienia, prawda?
Poza tym, książki o straży mają
jeszcze jedną zaletę – jeśli szukacie naprawdę wartkiej akcji i spójnej fabuły
w dyskowym uniwersum, to możecie mieć pewność, że właśnie w nich ją
znajdziecie. Żadnych przestojów, przynudzania czy dodawania akapitu dla pustego
dowcipu. No i miłośnikom kryminałów na pewno się spodoba, w końcu to, było nie
było, powieść o detektywach, choć po prawdzie zagadka kryminalna w „Piątym
elefancie” wydała mi się najmniej ważnym elementem fabuły.
Nie powiem, że polecam, bo „Świat
Dysku” zawsze polecam (może poza tym niebywale nudnym Rincewindem, ale w końcu
nawet on ma swoich fanów – ja lubię tylko Bagaż). Te o straży polecam bardziej,
ale i tak warto zacząć od początku.
Tytuł: Piąty elefant
Autor: Terry Pratchett
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny: The Fifth Elephant
Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2006
Stron: 336
Autor: Terry Pratchett
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny: The Fifth Elephant
Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2006
Stron: 336
