Rak to gorące nazwisko w światku fantastycznym od lat. A od kiedy został laureatem nagrody Nike, już nie tylko w światku fantastycznym. Od dawna miałam jego powieści na liście do przeczytania, ale nie jakoś szczególnie pilnie, a kiedy dostał jedną z najważniejszych polskich nagród literackich, kompletnie się onieśmieliłam. Zwłaszcza, że „Baśń o wężowym sercu” to fantastyka poniekąd historyczna, a za taką nie przepadam. Dlatego też, kiedy zaczęły krążyć pogłoski, że najnowsza powieść Raka będzie zupełnie inna niż poprzednia i kierowana raczej do młodszych czytelników, nadstawiłam uszu. A kiedy okazało się, że autor mocno inspiruje się „Mrocznymi materiami” Pullmana, byłam kupiona. Kwestią czasu było więc, kiedy, dzięki uprzejmości księgarni TaniaKsiazka.pl, „Agla. Alef” Radka Raka trafi w moje ręce. I och, cóż to była za lektura!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powergraph. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powergraph. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 18 sierpnia 2022
wtorek, 25 sierpnia 2015
"Pamięć wszystkich słów" Robert M. Wegner
Ostatnio pozaczynałam sobie tak wiele cykli, że już prawie zapomniałam o problemach towarzyszących opisywaniu któregoś z kolei tomu. Z „Pamięcią wszystkich słów” trochę taki właśnie problem mam, bo właściwie posiada wszystkie zalety „Nieba ze stali” (za to nie ma takich jego wad, jak kilkusetstronicowy opis bitwy). Ale pojawiają się rzeczy, o których chcę napisać.
Może krótko o treści. Ten tom skupia się na bohaterach z południa i zachodu – z tym, że południe reprezentuje nie Yatech (choć też się pojawia), a jego siostra Deana. I tak Deana, w wyniku pewnych komplikacji klanowych jest zmuszona wyruszyć na pielgrzymkę, która „nieco” jej się przedłuża. Zachód reprezentuje Altsin, który ciągle próbuje pozbyć się fragmentu boga ze swojej głowy. Całość rozgrywa się równolegle z wydarzeniami z poprzedniego tomu i wreszcie zaczyna się wyjaśniać, o co w tym wszystkim tak właściwie chodzi.
Jak w poprzednim tomie poruszaliśmy się w dekoracjach niby nowych, ale jednak znanych (no bo meekhańskie góry to meekhańskie góry, co z tego, że trochę mniejsze), tak teraz autor zabiera nas w zupełnie nowe miejsca. Zwiedzimy więc wyspę wojowniczych plemion jak i jedno z licznych południowych księstewek, stylizowane nieco na indyjską modłę. I powiem wam, że po raz kolejny zachwyciłam się, jak to wszystko jest szczegółowo opisane, jak głęboko przemyślane i jak zmyślnie skontrowane. Taki szczególik: rozmawia sobie bohaterka z główna bibliotekarką we wspomnianym księstewku i narrator podpowiada nam, na jaki język kto kiedy przechodzi, a w pewnym momencie bohaterka mówi, że przysłowie powie w meekhańskim, bo w jej rodzimym języku się nie rymuje. Może to w tej parafrazie nie wygląda tak fajnie, ale czytając ten fragment cieplej mi się zrobiło na fanowskim serduszku. No bo większość autorów już na początku konwersacji bąknęłaby coś o jakiejś wspólnej mowie i nie drążyła tematu, a Wegner drąży. I to drąży tak, że czytelnik nie tylko nie jest znudzony nadmiernym szczególanctwem, ale śledzi wszystkie detale z wypiekami na twarzy. A jest co śledzić, bo mamy nie tylko dwie nowe kultury do obserwacji, ale i nieco z boskich reguł zostaje nam ujawnione.
O bohaterach trochę trudno mi pisać, bo ci główni są nam już znani. Deana pojawiła się już wcześniej i od tamtej pory jakoś szczególnie się nie rozwinęła... wróć, rozwinąć to się rozwinęła, ale nie zmieniła. Za to czytelnik ma okazję ją lepiej poznać. I mimo braku przemian, jest to świetna postać. Z jednej strony mistrzyni miecza, która w walce znajduje spokój i ukojenie. Z drugiej prosta dziewczyna, która marzy o założeniu ślubnego pasa. A Wegner zgrabnie splótł to w wiarygodną osobowość.
![]() |
| A to pierwotna wersja okładki (zwróćcie uwagę na kości). Luby skomentował to tak (uwaga, hermetyczny żart): widzisz Wegnera podpalającego stodołę z mieczem w ręku. Co robisz? |
Yatech, w przeciwieństwie do siostry, przechodzi dość znaczącą przemianę. Tutaj niestety, autor postanowił nam pokazać tylko jej końcowy efekt - właściwie połowicznie końcowy, bo jakkolwiek nie śledzimy całego procesu (szkoda), to wiemy, że on się jeszcze nie zakończył. W każdym razie, chłopak z zapalczywego pustynnego wojownika, dla którego prawa klanu to cały świat, ewoluuje w kogoś rozsądniejszego, do kogo dociera, że jego punkt widzenia nie jest jedyny. Altsin, którego poznajemy jako miejskiego złodziejaszka, też przechodzi ewolucję, ale jak się ona zakończy, dowiemy się właściwie w następnym odcinku. Poza wymienioną trójką mamy całe mrowie mniej lub bardziej istotnych postaci pobocznych – barwnych, różnorodnych i zawsze z osobowością (Wegner ma ten rzadki talent, który pozwala tworzyć mu kompletnych bohaterów za pomocą jeno kilku zdań).
No i nie udało mi się wyrazić w tej notce nawet ułamka zachwytu, jaki wzbudziła we mnie „Pamięć wszystkich słów” (do tego musiałabym mieć choć trochę talentu literackiego, a nie mam). Mimo szczerych chęci, nie udało mi się tez dopatrzeć żadnych wad (serio, starałam się). Więc czytajcie Wegnera, ludzie. Zagraniczni pisarze się przy nim chowają.
Autor: Robert M. Wegner
Cykl: Opowieści z meekhańskiego pogranicza.
Wydawnictwo: Powergraph
Rok: 2015
Stron: 702
środa, 28 maja 2014
Przedpowieść - "Przedksiężycowi tom I" Anna Kańtoch
„Przedksiężycowi” to bodajże najgłośniejsza powieść Anny Kańtoch. Rozgłosu nadały jej najpierw problemy wydawnicze, a później mnóstwo pozytywnych opinii. Przyznam, że przeglądając ten strumień entuzjazmu stworzyłam sobie bardzo wysokie wymagania i chyba pierwszy tom nie zdołał wszystkich spełnić. Głównie dlatego, że do zakończenia historii jeszcze daleko.
Mały statek kosmiczny przypadkowo trafia w okolice wymarłej planety ze śladami cywilizacji. Część załogi postanawia zejść na ziemię aby zbadać sprawę. Niestety, planeta okazuje się zdecydowanie mniej przyjazna, niż można by się spodziewać po martwym kawałku skały. Jaka tajemnica się za tym kryje?
Tymczasem ludność Lunapolis przygotowuje się do kolejnego Skoku. Finnen, młody, choć nie wybitny artysta, również. Podczas oczekiwani na placu jego uwagę zwraca niecodziennie jak na tę okazję ubrana dziewczyna. Kim jest Kaira i co tu robi sama? A najważniejsze: czy coś zmieni w życiu Finnena?
Zacznijmy może od tego, co mnie w pierwszym tomie „Przedksiężycowych” rozczarowało. Głównie to, że nie tworzy on żadnej zamkniętej historii. Oczywiście, po części większej całości należy się tego spodziewać, ale pierwszy tom powieści Kańtoch jest nie tyle tworzącym osobną całość fragmentem większej historii, co wstępem. Po prostu. Nawet zaczyna się trzy razy. Niczego nie wyjaśnia (wręcz przeciwnie, liczba pytań wzrasta wraz z ilością przeczytanych stron), zamiast rozstrzygać wątpliwości tylko pozostawia nowe, a pytania bez odpowiedzi mnożą się jak króliki. Nie wiem, jak ci, którzy czytali pierwsze wydanie dali radę czekać na kontynuację tak długo.
Niemniej, mimo że tom pierwszy „Przedksiężycowych” kompletnie nie sprawdza się jako osobna powieść, ma niezaprzeczalne zalety. Przede wszystkim język, jakim został napisany. Nie jest to może jeszcze ten oniryczny, wysublimowany styl, który autorka pokazała w „Czarnem” (aczkolwiek specyfika tamtej powieści wymagała innego sposobu opowiadania niż „Przedksiężycowi”), ale widać na nim indywidualny rys i zapowiedź tego, co przyjdzie później. Z jednej strony lekkość i cień oniryczności (w istocie część odrzuconych miast wygląda jak tło koszmaru, a wstęp dla mnie jest mistrzowsko opowiedzianym ziszczeniem złego snu), z drugiej prostota i klarowność przekazu. Idealne połączenie dla opowiedzenia fabuły.
Z bohaterami sprawa ma się dość niejednoznacznie. Z jednej strony nie można im niczego zarzucić – mają indywidualne charaktery, zgodne zresztą ze środowiskiem, które ich ukształtowało, są różni i niewątpliwie dobrze skonstruowani, ale zabrakło mi postaci, z którą mogłabym stworzyć jakąś głębszą relację. Taki na przykład Daniel Pantaleksis jest dość oryginalnym indywiduum jak na fantastyczne standardy – oportunista i egoista, który dzięki wrodzonemu szczęściu dobrze radzi sobie w całkiem obcym świecie, choć tego świata w ogóle nie rozumie. Niestety, dzięki charakterowi raczej nie ma szans na sympatię czytelników. Sama patrzyłam na niego jak na wielce osobliwego robaka – fascynujący, ale niezbyt przyjemny. Finnen z kolei, który jest jednym z narratorów opowieści, jak dotąd niczym się nie wyróżnił, tak samo jak Kaira, która przynajmniej ma dość ciekawą historię. Widać, że autorka coś dla tej trójki przewidziała, ale w pierwszym tomie głównie ich czytelnikom przedstawiła. Liczę na rozwinięcie.
Trudno ocenić początek „Przedksiężycowych” – dla fanów Kańtoch pozycja obowiązkowa. Przed lekturą zaleca się zaopatrzenie w kolejne tomy, bo jakkolwiek ten to tylko wstęp, tak świat przedstawiony jest niezwykle ciekawy i kryje tyle zagadek, że czytelnik nie spocznie, póki ich nie rozwiąże. Ale to nie w tej książce.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Powergraph.
Autor: Anna Kańtoch
Wydawnictwo: Powergraph
Rok: 2013
Stron: 424
piątek, 15 marca 2013
Fantasmagoria - "Czarne" Anna Kańtoch
Recenzję sponsoruje Serenity, która pożyczyła mi książkę.:)
Anna Kańtoch to autorka znana
dość w polskim światku fantastycznym. Uważa się ją za autorkę dobrej prozy,
która co prawda nie pisze wiele, ale za to solidnie. I choć czasem trudno było
powiedzieć, do jakiego podgatunku fantastyki należy jej twórczość, zawsze była
to niewątpliwie fantastyka. Pani Anna postanowiła niedawno nieco wyłamać się z
konwencji – stworzyła powieść, która nie tylko nie mieści się w którymkolwiek
podgatunku fantastyki, ale sama jej przynależność do tej frakcji jest
dyskusyjna. Porozmawiajmy więc o „Czarnem” („Czarnym”?).
Cóż więc dostaje czytelnik?
Zacytuję może z okładki, bo wydawca bardzo ładny blurb stworzył, nic dodać, nic
ująć:
„Czarne to letnisko, gdzie spędza wakacje rodzina bohaterki książki. Opowieść, w którą wplatają się dramatyczne losy Jadwigi Rathe – muzy ojca narratorki, rozgrywa się w letnie miesiące lat: 1893, 1914 i 1935. Warszawskie kawiarnie, spotkania w Towarzystwie Spirytystycznym, leniwa atmosfera podwieczorku w starym dworku i budzący się erotyzm nastolatki tworzą niepowtarzalny klimat powieści. Czytelnik powoli odkrywa, czym tak naprawdę są wspomnienia narratorki i jaką tajemnicę skrywa rok 1863, rok Powstania.”
Ładnie powiedziane, prawda? Sporo
i jednocześnie nic.
Zacznijmy może od bohaterów, bo są
oni najważniejszym elementem historii. Główna bohaterka, kobieta zdawałoby się
po trzydziestce, ale najwyraźniej wyglądająca dużo młodziej, jest osobą o
niezwykłej wrażliwości. Ciągle otaczają ją dziwne zjawiska, czas ulega
nietypowym zawirowaniom, a wspomnienia i rzeczywistość często występuje
równolegle. Jednocześnie wiadomo, że w młodości przeżyła tragedię, która
odcisnęła się głęboko w psychice – poznajemy ją w (nie pierwszym z
odwiedzonych) sanatoriów dla nerwowo chorych. Dodatkowo całą opowieść poznajemy
z jej ust, nie może więc być mowy o jakimkolwiek obiektywizmie. I co ma biedny
czytelnik z tym fantem zrobić? Uwierzyć narratorce, że jest osobą o niezwykłej,
choć bardzo kłopotliwych zdolnościach i że podobne zdolności nie są niczym
rzadkim, choć ich posiadacze nieczęsto zdają sobie z nich sprawę? Czy przyjąć,
że trauma z dzieciństwa na zawsze zniszczyła jej umysł i czytać „Czarne” jako
zapis majaków chorego mózgu?
Nie wiem, jak inni, ale mnie
takim wyborem narratora autorka na dzień dobry kupiła. Co prawda w epickiej
fantastyce z wieloma wątkami cenię raczej narratora konkretnego, nie bawiącego
się w kalanie własnej wiarygodności, ale od czasu do czasu wątpliwości są mile
widziane. Zwłaszcza w książkach, których akcja odgrywana jest w raczej
kameralnym gronie postaci i które mają ambicję wymknąć się sztywnym ramom
gatunku (dowolnego, nie zawężajmy do fantastyki). „Czarne” jest właśnie taką
powieścią – niejednoznaczną, zagmatwaną, nie podsuwającą łatwych rozwiązań i
brak wiarygodnego narratora bardzo dobrze współgra z resztą.
Pozostali bohaterowie zdają się
odgrywać rolę statystów w opowieści panny Rec. Pojawiający się we wspomnieniach
rodzice są tylko częścią dekoracji. Bracia o niezwykłych zdolnościach to główna
część wspomnień z dzieciństwa, ale obecnie mogliby w zasadzie nie istnieć.
Reszcie bohaterów dostały się tylko jakieś mniej ważne epizody – poza Jadwigą
Rathe. Ona odgrywa rolę nemezis narratorki. Panna Rec próbuje nie tylko
rozgryźć zagadkę tajemniczej śmierci aktorki, ale także dotrzeć do natury własnych
z nią relacji. To drugi jest znacznie bardziej fascynujące.
Klimat całej opowieści jest
oniryczny, język zaś, jakim autorka nam ją opowiedziała jest lekki, poetycki,
choć nie do przesady. Mam wrażenie, że „Czarne” pasowałoby nie tylko do serii
„Kontrapunkty”, ale także do „Archipelagów” wydawanych przez zupełnie
niefantastyczne wydawnictwo. Powieść jawi mi się raczej jako realizm magiczny,
niźli fantastyka.
Cóż, polecam – zarówno fanom
fantastyki nietypowej, jak i tym, którzy za gatunkiem w ogóle nie przepadają.
Warto poznać.
Tytuł: Czarne
Autor: Anna Kańtoch
Wydawnictwo: Powergraph
Rok: 2012
Stron: 264Książka przeczytana w ramach wyzwania "Od A do Z".
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Niebo bezgwiezdne nademną - "Niebo ze stali" Robert M. Wegner
Polskich fantastów charakteryzują pewne cechy. Dwie z nich są rozpoznawalne na pierwszy rzut oka dla każdego, kto już trochę tego gatunku poczytał. Po pierwsze, polscy fantaści niespecjalnie lubią pisać fantasy epickie. Jakaś historia alternatywna, jakieś urban fantasy, jacyś krewniacy jednorożca w ogrodzie – jak najbardziej, chętnie, nie ma sprawy. Ale żeby stworzyć własny, odmienny i zachwycający rozmachem świat, chętnych brak. Drugą jest fakt, że często autor piszący świetne opowiadania nie potrafi dobrze przemodelować ich bohaterów i świata w formę powieści (dobrze, może to nie jest cecha charakterystyczna ściśle dla polskiej fantastyki, ale zjawisko w tym gatunku jest na tyle częste, że nie da się go nie zauważyć). Tym bardziej nie sposób przeoczyć pisarza, który nie dość, że wykreował epickie uniwersum, to jeszcze zgrabnie przeniósł bohaterów i wątki z opowiadań do powieści. Tym pisarzem jest Robert M. Wegner.W „Niebie ze stali” autor postanowił rozwinąć motyw nadgryziony w ostatnich opowiadaniach ze „Wschodu”. Czytelnicy mają więc okazję obserwować, jak wielka karawana Wozaków mozolnie wędruje przez Olekady, eskortowana (o ile kilkunastu jeźdźców może w jakikolwiek sposób eskortować dziesiątki tysięcy wozów bojowych) przez część czaardanu Laskolnyka. Żołnierze z Górskiej Straży nie są z tego zadowoleni – i tak mają dość kłopotów, bo ktoś brutalnie morduje, okalecza lub „znika” ludzi w Olekadach. Sytuacja jest na tyle krytyczna, że wszystkie placówki wysłały wsparcie w kłopotliwy rejon. Czerwone Szóstki też się tam znalazły i jak zwykle przypadły im najbardziej osobliwe zadania. Poza tym czekają: potyczki, bitwy, tajemniczy wybawiciele, zaburzenia w świecie duchów, sekrety zamku górskiego arystokraty i wiele innych atrakcji.
Trzeba bezsprzecznie przyznać, że Wegner świetnie poradził sobie z konstrukcją powieści. Bardzo zgrabnie przenosi znane z opowiadań wątki do dłuższej formy, dbając o równowagę tempa opowieści i sprytnie rozkładając napięcie. Nie zapomina też o wplataniu nowych nici w tkaninę opowieści, przy okazji poszerzając i wzbogacając czytelniczą wiedzę o lokalnej magii, kulturze czy stosunkach społeczno-gospodarczych pogranicza Meekhanu. I nawet prawie stustronicwy opis bitwy (tzn. cały opis był znacznie dłuższy, ale tyle się ciągnął do pierwszego przerywnika) nuży tylko troszkę – to ani chybi zasługa eksperymentów z narracją. Dodatkowo autor potrafi czytelnika zaskoczyć i skołować do tego stopnia, że ten musi porzucić wszelkie przypuszczenia, jakie miał, jeśli chodzi o dalszy rozwój cyklu.
Tych, którzy martwią się o bohaterów, uspokoję: starych znajomków spotkacie także tutaj, chociaż nie wszystkich. Mocniej za to zostaną zarysowane sylwetki tych postaci, które wcześniej przemykały jedynie na granicy pola widzenia. Wprowadzenie takich „nowych” postaci jest oczywiście plusem, bo pozwala poszerzyć horyzonty czytelnika. A że autor tworzy nieodmiennie postacie pełne, trójwymiarowe i niejednoznaczne, a także niesamowicie ludzkie, poznawanie nowych (i „nowych”) bohaterów to przyjemność. Jednocześnie Wegner to nie Martin i chociaż naszych ulubieńców spotka na kartach powieści wiele, delikatnie mówiąc, nieprzyjemności, to nigdy nie odniosłam wrażenia, że to li tylko ku uciesze gawiedzi.
Świat przedstawiony nieodmiennie olśniewa rozmachem. Jeszcze bardziej zachwyca to, że każdy okruszek informacji, każdy fakt czy zdarzenie rzucone jakby mimochodem w opowiadaniach, w „Niebie ze stali” okazuje się być nieodzownym fragmentem trójwymiarowej układanki. Dopasowanym niezwykle misternie i okazującym swoją przydatność w najmniej oczekiwanym momencie. Ciekawe, czym autor zaskoczy nas w kolejnych tomach.
Robert Wegner „Niebem ze stali” udowodnił, że potrafi rozplanować wielotomowy cykl. Mało tego, udowodnił, że potrafi też napisać te opasłe tomiszcza nie tylko tak, żeby czytelnik się nie nudził, ale żeby czytał to wszystko z wypiekami na twarzy i w tempie ekspresowym. Mnie pozostaje już tylko czekać na tom czwarty. I płakać, że trzeciego wystarczyło tylko na trzy dni.
Recnzja dla portalu Insimilion
Tytuł: Niebo za stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Autor: Robert M. Wegner
Cykl: Opowieści z meekhańskiego pogranicza.
Wydawnictwo: Powergraph
Rok: 2012
Stron: 624
Autor: Robert M. Wegner
Cykl: Opowieści z meekhańskiego pogranicza.
Wydawnictwo: Powergraph
Rok: 2012
Stron: 624
środa, 19 października 2011
W stepie szerokim czuć wiatr od morza - "Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód - Zachód" Robert M. Wegner
Kiedy czytam drugą książkę autora, którego debiut mnie zachwycił, zawsze towarzyszy mi niepewność. Nie wiadomo przecież, czy autor, który narobił nadziei na kolejny zachwyt, teraz srodze nie zawiedzie. Dzięki panu Wegnerowi stanęłam jednak przed całkiem dla mnie nowym dylematem: co mam napisać o książce, która ma wszystkie zalety poprzedniczki? Zrobić kopiuj-wklej z poprzedniej recenzji, czy może się w jakiś twórczo różny sposób powtórzyć? Jestem w kropce z całym swoim zachwytem, dlatego pozostało mi tylko poczęstować Was garścią kilku uwag i przynajmniej postarać się dodać coś nowego. A jeśli ktoś chce poznać bardziej uporządkowaną opinię na temat Wegnera, zapraszam do starszej opinii.
Jak poprzednio, tak i tym razem „Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Wschód – Zachód” to osiem opowiadań, równo podzielonych między dwie części.
„Wschód. Strzała i wiatr”. Wschodnie stepy Meekhanu nie należą do bezpiecznych okolic. Dają co prawda niezwykłe możliwości zysku, jednak łączą je z ogromnym ryzykiem. I nie chodzi tu tylko o bandy rabusiów przemierzających morza traw, ale też o fakt, że właśnie tutaj przebiega granica między Imperium i ziemiami jego głównych wrogów, Se-kohlandczyków. Spokoju w tym rejonie pilnują głównie wolne czaardany – niewielkie grupy jeźdźców, zajmujące się eskortowaniem karawan, tępieniem bandytów czy przepędzaniem Se-kohlandczyków, którzy kręcą się po niewłaściwej stronie granicy. Kailean-ann-Alewan jest jeszcze bardzo młodą dziewczyną, ale już może być z siebie dumna: należy do czaardanu, któremu dowodzi legendarny generał Laskolnyk. A on do swojego oddziału przyjmuje wyłącznie ludzi wyjątkowych. I chodzi tu nie tylko o niezwykłą biegłość w walce czy w sztuce jeździeckiej... A że ludzie niezwykli (zwłaszcza należący do formacji, która zdążyła już obrosnąć legendą) potrzebni są przy rozwiązywaniu wyjątkowo trudnych problemów, to i Kailean nie brakuje rozrywki: a to trzeba zlikwidować grupę Pomiotników, a to przeprowadzić operację wojskową o wysokim współczynniku ryzyka… Życie byłoby piękne, gdyby czaardan musiał się mierzyć jedynie z takimi problemami.
„Zachód. Sztylet i morze”. Ponkee-Laa jest wielkim, portowym miastem, które jeszcze niespełna ćwierć wieku temu należało do Imperium Meekhańskiego. Jest też terenem działania niezliczonych gildii złodziejskich, zrzeszonych w tzw. Lidze Czapki. Jednym z członków takiej gildii jest Altsin, młody złodziejaszek o nieprzeciętnej inteligencji i nieco zbyt wybujałym zawodowym temperamencie. Miasto jest dla niego prawdziwym domem i pewnie pozostałoby do końca życia, gdyby pewnego dnia nie ukradziono największej (dosłownie) relikwii ze świątyni Pana Bitew. Altsin co prawda nie musi za to odpowiedzieć, ale musi rzeczony fant odzyskać. Co będzie miało konsekwencje wręcz globalne…
I znowu pan Wegner przedstawił nam pełnowartościowych bohaterów, wojowników (lub złodziei) z krwi i kości. Kailean jest chyba jedyna w swoim rodzaju. To chyba jedna z ciekawszych i bardzo dobrze napisanych kobiecych postaci w polskiej fantastyce - wbrew pozorom, wcale nie ma ich tak dużo. Altsin zaś nieodmiennie kojarzy mi się (zwłaszcza w dwóch pierwszych opowiadaniach) z niejakim Lockem Lamorą. Ten sam wybitny talent i bardzo podobne poglądy sprawiają, że nie sposób nie skojarzyć dwóch młodzieńców. Trochę szkoda, że wątki łotrzykowskie schodzą na daleki plan już po dwóch opowiadaniach, ustępując miejsca Wielkiej Boskiej Sprawie (to swoją drogą znamienne: jeśli polska powieść fantasy nie podpada pod schemat tolkienowski lub howardowski, to raczej prędzej niż później pojawia się kwestia takich czy innych wojen bogów…). Byłoby to może nużące, gdyby nie drobiazgowe opracowanie: czytelnik wie, że to część wielkiej całości, którą zaplanowano wcześniej i po kawałku się ujawnia, a nie chaotyczne dorzucanie coraz to nowych pomysłów. Przyznam, że gdyby nie to wrażenie ciągłości, wątek boski znudził by mnie. A tak jestem coraz bardziej zaciekawiona.
A jeśli już przy bogach jesteśmy: mam cichą nadzieję, że do kolejnych tomów będzie dołączony mały słowniczek pojęć i bóstw, bo biedna czytelniczka zaczyna się powoli gubić. Tym bardziej że częstotliwość i różnorodność używanych przez autora terminów wzrasta…
Jeśli chodzi o jakość wydania, to oczywiście standardowo – najwyższa. I cena całkiem przystępna, bo wychodzi jedynie 5gr za stronę (chociaż mój egzemplarz jest jeszcze przedvatowy, więc nie wiem, jak teraz…). Literówek brak, natomiast udało mi się wyłowić jeden błąd: otóż do wyścigu stają dwa kasztany i siwek, ale stronę dalej w tym samym biegu pędzą siwek i… dwa karosze. Ale nie zwracajcie uwagi, standardowo się tylko czepiam.
Co nam pokazał pan Wegner? Ano, że potrafi pisać ciekawe i wiarygodne postacie kobiece, że potrafi planować swoją twórczość w najdrobniejszych szczegółach (nie tak, jak np. niejaki Paolini), że potrafi zgrabnie łączyć wątki na pozór nie do połączenia i że ogólnie jest świetnym pisarzem. Pozostaje mi życzyć czytelnikom miłej lektury (bo to pozycja obowiązkowa) i niecierpliwie czekać na kolejną książkę z cyklu. Tym razem ma być powieść, więc będzie można sprawdzić, jak sobie pan Wegner z dłuższą formą poradzi.
Autor: Robert M. Wegner
Cykl: Opowieści z meekhańskiego pogranicza.
Wydawnictwo: Powergraph
Rok: 2010
Stron: 688
środa, 19 stycznia 2011
A jednak Polak potrafi - "Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe" Robert M. Wegner
Czytałam już tyle pochwalnych recenzji tej książki, że wymagania miałam bardzo wysokie. Spodziewałam się mianowicie, że pan Wegner strąci z mojego osobistego piedestału pana Sapkowskiego i sam zajmie jego (tzn. pisarza, nie piedestału) miejsce. Oczekiwania moje podszyte jednak były obawami, bo „Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Północ – Południe” to zbiór opowiadań, a dobrych, bardzo dobrych i chwalonych opowiadań z polskiego podwórka czytałam całkiem sporo. Jednak żadne nie dorównywało „wiedźmińskim”. Wzięłam więc „Opowieści…” do ręki i byłam światkiem ciężkiego boju między oboma autorami o wymieniony wyżej piedestał. Po 200 stronach doszłam do wniosku, że stary AS wrósł w swoje miejsce tak bardzo, że nie da się od niego oderwać. Pan Wegner widocznie doszedł do takiego samego wniosku, bo zniknął na moment i wrócił z… własnym piedestałem. Ustawił go obok starszego kolegi, wlazł na ten swój słupek i tam już pozostał do końca lektury. Jeżeli druga z jego książek jest równie dobra, to ma duże szanse pozostania na stałe.„Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Północ – Południe” jest, jak wskazuje tytuł, podzielone na dwie części. Pierwsza z nich, „Północ. Topór i skała”, jak sama nazwa wskazuje, rozgrywa się wśród północnych gór Meekhanu, zamieszkanych przez twardych i mało towarzyskich górali. Nad bezpieczeństwem tego miejsca czuwa Straż Górska. I właśnie dowódca jednego z jej oddziałów, porucznik Kenneth-lyw-Darawyt jest głównym bohaterem czterech opowiadań z północy. Służba w Straży jest bardzo niebezpieczna, bo teren niezwykle wymagający, warunki trudne, a i mieszkańcy zwykle nie są skorzy do współpracy. Na domiar złego Kenneth bardzo młodo został dowódcą, co nie wszystkim jego podwładnym się podoba. W miarę wykonywania kolejnych zadań jednak przekonają się, ile jest wart. A zadania to niebłahe: trzeba odnaleźć i wyeliminować niebezpieczny klan górski, kiedy indziej znowu strzec dyplomatów w trasie lub dowiedzieć się kto dokonał masakry w wiosce, gdzie diabeł nie mówi dobranoc tylko dlatego, że jeszcze nie wie, gdzie to jest. A przy okazji możemy poznać lokalne wierzenia, zwyczaje i historię najnowszą regionu. Historie tutaj zawarte fabularnie są związane dość luźno (tak jak np. opowiadania o wiedźminie).
„Południe. Miecz i żar” (też cztery opowiadania) to historia młodego wojownika z gór (innych, niż poprzednie), który przystał na służbę do arystokraty z nizin. Skończyło się to tragicznie, dla wszystkich. Po tym tragicznym końcu następuje wędrówka owego wojownika, uwieńczona spotkaniem przedziwnej ciemnowłosej dziewczyny. Nie zdradzę z fabuły więcej, gdyż w tej części opowiadania są dużo ściślej ze sobą powiązane (jak w „Tkaczu Iluzji”). Powiem tylko, że znalazłam tu jedną z najlepszych w polskim fantasy historii miłosnych, na jakie udało mi się trafić. W innym z kolei dostałam ciekawy, wyczerpujący i zgrabnie wpleciony w fabułę opis kultury plemienia górskich wojowników, z którego pochodził nasz bohater. I chociaż „Południe” pod względem fabularnym wypada gorzej od „Północy”, to pod względem wzbudzanych emocji bije ją na głowę.
Autorowi udało się coś, co sprawia niemałą trudność większości polskich fantastów. Mianowicie stworzył świat niezwykle rozbudowany, niezwykle dopracowany, a momentami przytłaczający wręcz mnogością szczegółów. Nie są one jednak podane na tacy: czytelnik musi sam zbierać te małe, kolorowe szkiełka, żeby powstał z nich barwny świat Meekhanu i okolic. A mimo zachwytu, po pierwszym tomie obraz ten ma jeszcze sporo dziur…
O bohaterach słów tylko kilka: są świetnie skonstruowani, a ich dylematy przedstawiono od strony psychologicznej wiarygodnie, choć niezbyt obszernie. Widać różnice między dyplomatą, żołnierzem czy szpiegiem, może nie w warstwie językowej, ale na pewno pod względem zachowania. A jeśli już mowa o względach językowych, to bardzo mi się podoba styl autora. Wegner pisze podobnie do Sapkowskiego, wkłada w swoje opowieści jedynie mniej humoru (co sprawiło, że nie udało mu się zdetronizować starszego kolegi). Nie są to jednak opowiadania przesadnie poważne, można się przy nich czasem uśmiechnąć. Kolejną kwestią jest tworzenie języka Meekhanu. Mamy tu sporo wtrąceń z miejscowego narzecza, a niektóre nazwiska północnych górali są trudne do wymówienia. Ani trochę mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, wydawało mi się dziwnie na miejscu: wszystko było dopracowane i spójne fonetycznie, a do tego niesamowicie dodawało kolorytu. Nawet jeśli nie dowiedziałam się, co oznacza część z nich.
Polecić „Opowieści…” mogę właściwie wszystkim, bo można tam wszystko znaleźć: sceny walk (tego to akurat dużo), szczyptę polityki, zagadkę kryminalną i dobrą historię miłosną, a przede wszystkim świetny i ładnie wydany kawał fantasy (bardzo podoba mi się okładka: minimalistyczna, ale pięknie wykonana grafika na prostym czarnym tle; jakość papieru i klejenie taż są niczego sobie). I tylko przyplątała się do mnie złośliwa myśl, że gdyby pana Wegnera wydała Fabryka Słów, mielibyśmy nie jeden tom za 32zł, ale dwa tomy za 31,99zł każdy. Ale to pewnie przez tego złośliwego „Zbieracza Burz”, który na mnie z półki spogląda…
Autor: Robert M. Wegner
Cykl: Opowieści z meekhańskiego pogranicza.
Wydawnictwo: Powergraph
Rok: 2009
Stron: 569
Subskrybuj:
Posty (Atom)






