Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróżnicze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróżnicze. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 września 2016

"Czochrałem antarktycznego słonia" Mikołaj Golachowski

Debiut Michała Golachowskiego wdarł się do blogosfery może nie szturmem, ale przebojem na pewno. Co recenzja, to zachwyty. Sama nabyłam go raczej z chęci skompletowania serii niż z powodu pozytywnych opinii, niemniej, oczekiwania też miałam spore. No bo przecież Arktyka i Antarktyka to tak fascynujący rejon pod względem fauny, że nie można o nim napisać czegoś nieciekawego, prawda? Cóż, rzeczywistość trochę się z moimi oczekiwaniami rozminęła.

O czym właściwie „Czochrałem antarktycznego słonia” jest? O tym, co w tytule też, ale nie tylko. Autor opisuje swoje polarne doświadczenia – jako naukowca zimującego na Polskiej Stacji Antarktycznej ale też jako przewodnika wycieczek turystycznych po tych rejonach świata. Przy tym dostajemy rys co ciekawszych historycznie wypraw polarnych, a wstępem o tego wszystkiego jest opowieść o całkiem lokalnej faunie, która wywarła wpływ na życie autora.

I tu leży właśnie mój problem. Mój, nie autora. Bo oczekiwałam książki o zwierzętach – o polarnej faunie i jej interakcjach z człowiekiem, historii jej eksploatacji oraz badań nad nią. I oczywiście to w książce jest. Ale „Czochrałem antarktycznego słonia” to właściwie książka podróżnicza. Owszem, spisana przez podróżnika, który skupia się głównie na naturze, ale jednak niekoniecznie na tych jej aspektach, która najbardziej interesują mnie. Krótko mówiąc, więcej tam jest o życiu codzienny na stacji polarnej czy o rdzennej ludności zamieszkującej (dawniej lub obecnie) chłodne regiony tego świata niż o tytułowych słoniach. Paradoksalnie, najprzyjemniej czytało mi się pierwsze rozdziały, w których autor opowiadał o zwierzętach w domu rodzinnym i o swoich badaniach naukowych prowadzonych w Polsce.

A trzeba przyznać, że dar do opowiadania autor ma. Może wypadałoby jeszcze warsztat doszlifować (w końcu to debiut, dajmy debiutantowi trochę luzu), ale i tak jest bardzo dobrze. Golachowski językiem posługuje się swobodnie i bez zadęcia – raczej jak kumpel znany z daru do opowiadania ciekawych historii niż rasowy literat. Potrafi wciągnąć w opowieść, rzucić soczystą anegdotką, a i trafnych porównań też nie unika. Bardzo przyjemnie się to czyta.

Kilka słów o technikaliach. „Czochrałem antarktycznego słonia” jest „większą” odsłoną serii Eco. I przyznam, że mniejszy format czytało się dużo wygodniej. Książka jest dość gruba, papier dość sztywny, a okładka niestety bardzo miękka jak na okładkę. Co skutkuje uszkodzeniami grzbietu. Nie są to jakieś spektakularne złamania, ale co wrażliwszym estetom będą przeszkadzać. Poza tym mam wrażenie, że korekta pod koniec pracy zaczęła przysypiać – widać tam nieco więcej literówek.

Tak zupełnie obiektywnie książkę Golachowskiego mogę polecić wszystkim miłośnikom książek podróżniczych – zwłaszcza zakochanym w zimnie. Także miłośnikom pochwały piękna i dzikości dziewiczej przyrody. Sama spędziłam przy niej czas bardzo przyjemnie. Ale zawiedzione oczekiwania trochę uwierają.

Tytuł: Czochrałem antarktycznego słonia
Autor: Mikołaj Golachowski

Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2016
Stron: 502

środa, 21 maja 2014

Kawałek Afryki - "Moja Afryka" Kinga Choszcz

Kiedy czytałam poprzednią książkę Kingi Choszcz, narzekałam na jej suchy styl. Niemniej, postanowiłam kiedyś spotkać się z autorką jeszcze raz. Ta chwila nastąpiła – właśnie jestem po lekturze „Mojej Afryki”. Nie spodziewajcie się po tej notce jakiejś głębokiej analizy czy wysokiej jakości - „Moja Afryka” okazała się jedną z tych książek, o których nie bardzo wiem, co mam napisać.

Podczas swojej wielkiej wyprawy autostopem dookoła świata z przyczyn niezależnych Kindze nie udało się zwiedzić Afryki. W kilka lat później postanawia to nadrobić podczas samotnej wyprawy o minimalnym budżecie. Wybrała się wzdłuż zachodniego wybrzeża kontynentu, raz bliżej morza, raz bardziej w głąb lądu. Udało jej się dotrzeć do Zatoki Gwinejskiej. Niestety, była to jej ostatnia wyprawa. Kinga Choszcz nie wróciła już do kraju - zmarła w Akrze na malarie mózgową.

Tak jak poprzednim razem, książka jest relacją z podróży, opartą na wpisach z pamiętnika, który autorka prowadziła w opasłym brulionie. Wymusza to na niej suchy, reporterski styl, bez ozdobników czy rozbudowanych środków wyrazu. Jednak tym razem nie przeszkadzało mi to tak bardzo. Nie wiem, czy autorka miała jednak sprawniejsze pióro, czy po prostu przywykłam.

Bardzo trudno mi oceniać pamiętniki, zwłaszcza, kiedy mają tak ostateczna wymowę. Jednak wydaje mi się, że afrykańska wyprawa była w całym podróżniczym dorobku pani Choszcz najważniejsza. Na początku udało jej się uratować małego pieska od zatłuczenia kijami. Później uratowała dziecko – dziewczynkę, którą wykupiła z „niewoli” (cudzysłowie używam tylko dlatego, że oficjalnie dziecko po prostu pracowało. A że ostatecznie okazało się, że za darmo – wedle znanego mechanizmu: cała twoja pensja idzie na utrzymanie i spłatę różnych mniej lub bardziej absurdalnych „długów”...), sfinansowała powrót do rodzinnej wioski i szkolną wyprawkę. Nie było to jedyne dziecko, które dzięki Kindze poszło do szkoły – takich wyprawek było więcej. Już samo to, czego podróżniczka podczas wyprawy dokonała, sprawia, że ta staje się ogromnie wartościowa.

„Moja Afryka” to opowieść o pasji doprowadzonej do skrajności. Takiej, która pożera życie pasjonata w sposób całkowicie dosłowny. Mimo że nigdy nie poznałam Kingi Choszcz w sposób inny niż przez książki, myślę, że nawet gdyby wiedziała, jak skończy się jej afrykańska przygoda, nie potrafiłaby z niej zrezygnować. Wydaje mi się, ze tylko podróżując mogła czuć się spełniona.


Tytuł:
Moja Afryka
Autor: Kinga Choszcz
Wydawnictwo: Bernardinum, Zysk i s-ka
Rok: 2008
Stron: 352

czwartek, 22 sierpnia 2013

Jedziemy autostopem - "Prowadził nas los" Kinga Choszcz

Moje pierwsze spotkanie z serią podróżniczą „Poznaj Świat” było na tyle udane, że postanowiłam poznać wszystko, co w jej ramach wyjdzie. Jako że chciałam się w tym postanowieniu posiłkować jedynie zasobami okolicznych bibliotek, pewnie trochę to potrwa. Niedawno okazało się, że jedna z wspomnianych bibliotek dysponuje sporą częścią serii, co odkrywszy od razu wyniosłam kilka tomów. Na pierwszy ogień poszła książka Kingi Choszcz „Prowadził nas los”.

Wspominałam kiedyś, przy okazji zupełnie innej książki, że uwielbiam czytać o ludziach z pasją. Pani Choszcz na pewno pasji nie brakuje, ułańskiej fantazji z resztą też nie. Bo trzeba być osobą niezwykłą, żeby wpaść na pomysł podróży autostopem dookoła świata. Przez ponad pięćset stron i cztery lata podróżujemy więc wraz z autorką i jej partnerem po obu Amerykach, Australii i Azji. Wcześniej swe wrażenia spisała na blogu, prowadzonym w miarę możliwości w czasie podróży. Może ktoś z Was śledził?

I właśnie ta blogowość książki jest dla mnie największym problemem. Wojciech Cejrowski (bo to od niego zaczynałam poznawać serię) przyzwyczaił mnie do gawędziarskich, niespiesznych, wypchanych szczegółami i dygresjami opowieści. Tego samego spodziewałam się po całej serii, bo taka już jestem, że lubię anegdoty z miejsc odległych, najlepiej barwnie podane. Tymczasem opowieść pani Choszcz to raczej zwięzłe relacje z kolejnych dni podróży, spisane co prawda na gorąco, ale same w sobie niezbyt porywające. Najgorzej było mi brnąć przez amerykańską część podróży, być może przez porównanie z wcześniejszymi, o wiele ciekawszymi i ozdobniejszymi tekstami. Podróż przez inne kontynenty czytało się o wiele przyjemniej. Chyba taka minimalistyczna forma po prostu do mnie nie trafia.

Natomiast jako raport wielkiej przygody i świadectwo miłości życia „Prowadził nas los” świetnie się sprawdza. Jakaż siła, jaka energia drzemie w tych ludziach, którzy nie bali się przedzierać stopem przez bezdroża Amazonii (moją główna obawą na ich miejscu byłoby to, że utknę tu na zawsze, bo samochody praktycznie nie jeżdżą…) i dla których każdy napotkany człowiek czy krajobraz stawał się małym cudem. Jest w tym coś z dziecięcej fascynacji całym światem i chyba dlatego doczytałam tę relację do końca.

I są jeszcze zdjęcia – niektóre tak piękne, że z miejsca chciałoby się porzucić wszystko i lecieć zobaczyć te cudowności na własne oczy. Książka, jak każda z tej serii, jest w ogóle pięknym przedmiotem i można ją podziwiać nie tylko wewnątrz, ale i na zewnątrz. Choć po prawdzie, przydałaby się solidniejsza redakcja.

Że dam szansę kolejnym pozycjom z serii, to pewne. Czy dam szansę pani Choszcz? Jeszcze jedną na pewno, nawet już czeka na stosiku. Czy dam drugą? Zobaczymy. Jeśli nie przyzwyczaję się do suchych relacji, pewnie po afrykańskiej przygodzie się rozstaniemy. Ale przeczytania „Prowadził nas los” nie żałuję. 

Tytuł: Prowadził nas los
Autor: Kinga Choszcz
Wydawnictwo: Bernardinum, Zysk i s-ka
Rok: 2011
Stron: 528

niedziela, 27 stycznia 2013

Niezbyt o Japonii - "Amerykańska gejsza" Lea Jacobson

O Japonii poczytać sobie od czasu do czasu lubię, bo dalekowschodnie klimaty zawsze kojarzyły mi się z jakąś fantastyką. A że Kraj Kwitnącej Wiśni niedawno modny się zrobił (przynajmniej tak, jak kraje bliskowschodnie), to o nim można przeczytać najwięcej. Ostatnio taką lekturą była „Amerykańska gejsza” Lei Jacobson. I teraz mam problem.


Książka jest swego rodzaju pamiętnikiem, w którym autorka postarała się pokazać obraz wycinka kultury japońskiej. Chodzi mianowicie o swoiste środowisko barów z hostessami, będącymi specyficzną gałęzią przemysłu rozrywkowo-erotycznego. I zgodzę się z autorką, że takich tworów nie ma chyba nigdzie indziej na świecie – jakoś nie wyobrażam sobie, żeby jakiekolwiek miasto w zachodnim kręgu kulturowym dysponowało barem, w którym podstarzali biznesmeni traciliby kupę kasy tylko i wyłącznie po to, żeby porozmawiać i wypić drinka z egzotyczną pięknością, doskonale wiedząc, że na nic więcej nie mogą liczyć. Niemniej, jak każda praca w branży, było niebyło, rozrywkowej, praca w tego typu barze ma swoje ciemne strony.

Jak już mówiłam, mam problem. Ideą książki miało być, zdaje się, pokazanie jak praca w barze wygląda i z czym się wiąże. Ten cel w zasadzie udało się osiągnąć. Z drugiej strony wygląda na to, że napisanie tej książki miało dla autorki wymiar terapeutyczny, co zaszkodziło powieści na poziomie warsztatowym.

„Amerykańska gejsza” jest spisana w formie krótkich rozdzialików, będących w zasadzie samodzielnymi artykułami, w sam raz do prasy. Ponieważ mają też znamiona pamiętnika, początkowy obraz autorki/bohaterki, jaki się z nich wyłania, jest bardzo irytujący. Oto bowiem mamy młoda dziewczynę świeżo po studiach (japonistyce i kulturze azjatyckiej), która przyjechawszy do Japonii jest bardzo zdziwiona, jeśli nie oburzona faktem, że  kultura tego kraju różni się od Amerykańskiej i postępowanie w zgodzie z rodzimymi zwyczajami może skutkować ostracyzmem. Poza tym młoda Lea często wypowiada się na temat Japończyków w wyższością godną dziewiętnastowiecznego antropologa wygłaszającego wykład o ludach Afryki. Gdy mówi o swoich klientach, jest to jeszcze zrozumiałe – trzeba jakoś utrzymywać higienę psychiczną w pracy tak wyczerpującej emocjonalnie. Ale kiedy tematem takich wypowiedzi jest rodzina, u której autorka mieszkała podczas swojej nauczycielskiej kariery, robi to bardzo niemiłe wrażenie.

Może pozwolę sobie na sporą nadinterpretację (na zasadzie „nie znam się, więc się wypowiem”), ale dla mnie „Amerykańska gejsza” to nie jest książka o japońskich barach. To jest fascynujące studium autodestrukcji. W sumie bohaterka/autorka wydaje się ze mną zgadzać. Już przed wyjazdem z kraju Lea miała problemy psychiczne, objawiające się aktami destrukcyjnymi – bulimia i problem z samookaleczeniem. Sama przyznaje, że wywoływał je stres i poczucie winy (czy może stres wywołany poczuciem winy). Wybranie zajęcia dającego szybkie i łatwe pieniądze, a jednocześnie ułatwiającego uzależnienie od alkoholu i narkotyków przy jednoczesnym wypaleniu emocjonalnym wydaje się tylko następnym krokiem (dziewczę znało dwa języki i miało możliwość – z której czasem korzystało – pracy w zawodzie nauczycielki lub modelki, zawsze mogło też wrócić do domu, nie mówimy więc o żadnej zewnętrznej konieczności).

O ile „Amerykańska gejsza”  jest znakomitym materiałem do analiz pychologicznych, o tyle warstwa literacka nie jest już tak dobra. Styl jest trochę przyciężki, a gdy autorka zaczyna (pseudo)filozoficzne rozważania, powiew nudy od razu usypia czytelnika. Poza tym osobiście czułam się w trakcie lektury traktowana trochę jak przygłup, bo autorka ma irytującą manierę powtarzania co klika linijek tej samej informacji (na zasadzie: „X była Amerykanką.” i kilka linijek później „X oczywiście doskonale znała słowa tej piosenki Pink, bo była Amerykanką”.). Mało jest czysto warsztatowych błędów, które bardziej mnie irytują.

Czy polecam? Raczej tak, książka nie jest przecież totalnym gniotem. A komu? W pierwszej kolejności fanom powieści z wątkiem autobiograficznych, w drugiej – tym, którzy lubią historię ludzi po przejściach. Japonofilom raczej powiem, żeby przeczytali, jeśli będą chcieli.

Tytuł: Amerykańska gejsza
Autor: Lea Jacobson
Tłumacz: Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik
Tytuł oryginalny:
Bar Flower
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2009
Stron: 286


 Książka przeczytana w ramach wyzwania "Od A do Z" u takichomiktaki.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Wsi spokojna, wsi wesoła. I japońska - "Życie jak w Tochigi" Anna Ikeda

Japonia jest krajem, którego miłośnicy zdają się być najgłośniejsi w Polsce. Wynika to z faktu, iż większość tych japonofili to gimnazjalistki zafascynowane tak naprawdę mangą i anime, a nie krajem. Poza komiksami i filmami animowanymi, Kraj Kwitnącej Wiśni ma jeszcze bardzo ciekawą kulturę, tradycje i język, a Japończycy swoiste zwyczaje (tak jak i każda inna nacja). O samurajach, języku, religiach czy historii Japonii napisano już wiele uczonych tomów, nawet po polsku. Ale jak Japonia wygląda na co dzień, z perspektywy obcokrajowca, który co prawda jakiś czas już tam mieszka i kraj ten lubi, ale szczególnym fanatykiem nie jest? Na to pytanie odpowiada Anna Ikeda w książce Życie jak w Tochigi.

Anna Ikeda jest Polką, której zdarzyło się wyjść za Japończyka i w końcu osiąść w Japonii — nie jednak w nowoczesnym i znanym wszystkim Tokio czy innej metropolii, ale na dalekiej prowincji, żeby nie powiedzieć „w dziurze zabitej dechami”. A daleko od ośrodków miejskich zimową japońską nocą nierzadko marznie tyłek, a w rurach zamarza woda — bo zima na wyspach sroga, a nowomodny wynalazek centralnego ogrzewanie, w co starszych budynkach, jeszcze nie zawitał. W ogóle życie daleko od japońskich ośrodków miejskich bardzo przypomina życie daleko od polskich ośrodków miejskich (w Polsce izolacja budynków lepsza). Tylko że na polskiej prowincji nie ma matsuri (szkoda), nie jada się shimotsukare (na szczęście) i, nawet w miastach, nie zakłada się neko cafe (chyba przepisy na to nie pozwalają, a szkoda). A cóż to za dziwaczne, pisane kursywą nazwy? Przeczytajcie książkę, wtedy się dowiecie.
Anna Ikeda pisze w sposób niezwykle lekki — jej książka czyta się praktycznie sama. Lektura kolejnych rozdziałów przypomina pogaduchy z dawno niewidzianą koleżanką. Taką, dodajmy, która mieszkała w Japonii i właśnie wróciła pogadać z dawnymi znajomymi, a do tego ma dar opowiadania. Nie owija w bawełnę, ale dzięki dystansowi do siebie jest w stanie obrócić w żart własne wpadki i wpleść w opowieść mnóstwo humoru, czasem uszczypliwego. Nie można się nie uśmiać przy opisie sposobu, w jaki po raz pierwszy trafiła do Kraju Kwitnącej Wiśni czy wyprawy mającej na celu zdobycie jednej ze świętych gór — co pretenduje książkę do tytułu idealnej lektury na lato.

Jednak te opowieści (bo Życie jak w Tochigi to w zasadzie zbiorek luźno ze sobą powiązanych rozdziałów, opisujących różne ciekawe zagadnienia czy sytuacje) nie są tylko zabawne. Przez autorkę najwyraźniej przemawia patriotyzm lokalny — chociaż zarzeka się, że o Japonii jako takiej, jej historii, kulturze itd., pisać nie będzie, nie szczędzi historycznych danych odnośnie własnej prowincji (dodam dla jasności, że „prowincja” to w Japonii jednostka administracyjna). Dowiemy się więc ze szczegółami, kim był taki np. mnich Shodo i co zrobił, poznamy rozkład świątecznych parad i kilka innych detali przyrodniczo-architektoniczno-turystycznych. Wszystko to napisane tak zajmująco, że z pewnością nikogo nie znudzi.

Anna Ikeda stara się przedstawić rzeczywistość taką, jaką widzi podczas swoich codziennych zajęć — nie ma ambicji odmalowania kompleksowego obrazu Japonii, czy choćby tego jej małego kawałka, w którym mieszka. Nie chce rozwodzić się nad psychiką statystycznego obywatela — woli porównywać stereotypy z ludźmi, których spotyka i w razie potrzeby je weryfikować. Nie zaprzecza, że Japonia jest krajem znacznie różniącym się od państw zachodnich (choćby w kwestii rasizmu), jednak nie interesuje jej skala ogólnokrajowa, a jedynie codzienność i to, z czym się w jej ramach spotyka. I to podejście wydaje mi się bardzo szczere.

Słów jeszcze kilka o wydaniu. Autorka (lub wydawca) najwyraźniej stara się hołdować tradycji dotyczącej starych książek podróżniczych (o ile książkę o miejscu, w którym się na stałe mieszka, można nazwać podróżniczą) i Życie jak w Tochigi stworzyła na poły albumem. Zdjęcia są bardzo gęsto rozsiane (czasami czytelnika prześladuje wrażenie, że stron ze zdjęciami jest tyle samo, co tych z tekstem), kolorowe i nad wyraz urodziwe. Wraz z elegancką, minimalistyczna okładką i świetnym tekstem worzą przedmiot, który nie tylko miło postawić na półce, ale czasem też warto otworzyć dla odnalezienia inspiracji.

Życie jak w Tochigi mogę polecić każdemu. Miłośnicy Japonii znajdą tam swój ulubiony kraj. Miłośnicy lekkich opowieści — mnóstwo zabawnych anegdot. Fani egzotycznych klimatów szczyptę odmienności właśnie. Ale przede wszystkim usatysfakcjonowani będą zwolennicy dobrej książki, którą Anna Ikeda niewątpliwie napisała.


Recenzja dla portalu Unreal Fantasy.

Tytuł: Życie jak w Tochigi
Autor: Anna Ikeda
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok: 2012
Stron: 320

wtorek, 21 lutego 2012

Boso, ale w dziczy - "Gringo wśród dzikich plemion" Wojciech Cejrowski

„Gringo wśród dzikich plemion” to już ostatnia książka Wojciecha Cejrowskiego z biblioteki Poznaj Świat, jaką czytałam. Więcej nie ma, a szkoda. Poczekam trochę, może się jeszcze pojawią.

„Gringo wśród dzikich plemion” to kolejna garść opowieści o podróżach autora do Ameryki Południowej. Z tym, że wbrew tytułowi, o samych dzikich plemionach jest tu stosunkowo niewiele. Sporo przeczytamy o bojach z celnikami, fortelach, mających umożliwić przekroczenie granicy w nie do końca legalny sposób (inna rzecz, że to, co jest legalne, zależy w głównej mierze od celniczego widzimisię). O samych Indianach tekstów jest tylko kilka.

Wiele osób uważa, że „Gringo” jest daleko ciekawszy od „Rio Anaconda”. Nie mogę się z nimi zgodzić. „Gringo” to zbiór fascynujących anegdotek z miejsc, które większość z nas zawsze będzie oglądała tylko w telewizji. Anegdotek świetnie napisanych i zabawnych, ale nic poza tym. Brak w nich tej refleksji i odrobiny tajemnicy, prawdziwej magii, jaka wręcz wypływała z kart „Rio Anaconda”. Książka rozbawiła i sprawiła, że miło spędziłam czas, ale nie przeniosła mnie do rozgrzej jak piec amazońskiej dżungli. Nie pomagał fakt, że kilka opowiadań było mi znane z wcześniej czytanego „Podróżnika WC”.

Jak zwykle w serii Poznaj Świat, strona techniczna jest świetna. Piękne zdjęcia (chociaż, moim zdaniem, niektóre stanowczo zbyt małe), kredowy papier, odpowiednia wielkość czcionki to niemal znamiona luksusu. O solidnym wykonaniu może świadczyć choćby stopień zdezelowania czytanego przeze mnie egzemplarza – jest w takim stanie, że większość książek już dawno by się rozpadła, a on dalej się trzyma. Widać uporem i wytrzymałością dorównuje autorowi.

Długość niniejszego tekstu świadczy o tym, że niedobrze jest czytać dwie książki tego samego autora w niewielkich odstępach czasu, zwłaszcza, jeśli są zbliżone tematycznie. Zwłaszcza w tym przypadku, gdyż kolejność czytania mocno wpływa na opinię, a i trudno coś potem o tej drugiej napisać. Mimo wszystko zachęcam do lektury „Gringo wśród dzikich plemion” – przednia rozrywka na jeden lub dwa wieczory.

Tytuł: Gringo wśród dzikich plemion
Autor: Wojciech
Cejrowski
Wydawnictwo: Bernardinum, Zysk i s-ka
Rok: 2006
Stron: 264

sobota, 18 lutego 2012

Magia dżungli - "Rio Anaconda" Wojciech Cejrowski

Wojciech Cejrowski jest człowiekiem o poglądach dość radykalnych, przez co niektórzy czytelnicy czują się do jego książek zniechęceni. Szczerze mówiąc, kiedy zaczynałam znajomość z tym panem (przez szklany ekran telewizora), nie wiedziałam o jego kontrowersyjności. Program się spodobał, więc postanowiłam także coś podróżniczego przeczytać. Przeczytałam raz i było fajnie. Teraz przeczytałam znowu, tym razem „Rio Anaconda”. Wrażenia będą krótkie i raczej ogólne, bo trochę czasu już od lektury minęło, a ja tak na zimno i po czasie nie bardzo potrafię pisać… (Bogiem a prawdą, notkę dotyczącą tej książki już miałam sobie odpuścić, gdy nagle dorwałam „Gringo wśród dzikich plemion” – a bardzo nie chcę, żeby mi się wrażenia pomieszały).

O czym jest „Rio Anaconda”? Jest to opis wyprawy autora do wioski ostatnich Dzikich, Indian z plemienia Carapana. Dzicy to ludy, które ciągle jeszcze opierają się cywilizacji, głównie chowając się przed nią w najdalszych ostępach dżungli i delikatnie dając do zrozumienia, że nie życzą sobie jej na swoim terenie widzieć (cywilizacji znaczy). Dzięki temu tradycje i magia tych plemion przetrwały. Choć nie wiadomo, jak długo jeszcze.

Główną postacią, oprócz autora, rzecz jasna, jest tutaj szaman. Niezwykły człowiek, jeden z ostatnich, którzy potrafią korzystać z prawdziwej magii. Nie tani kuglarz (chociaż sztuczki są potrzebne – widowiskowe rytuały dają plemieniu poczucie bezpieczeństwa), ale prawdziwy mag. Taki, który zdaje sobie sprawę z tego, że jego moc jest po części darem, po części zaś wypadkową siły woli szamana i wiary współplemieńców. Taki, który wie, jak ogromna odpowiedzialność na nim ciąży i który potrafi ją udźwignąć. A przy tym jego umiejętności są zadziwiające.

Cóż, niektórzy pewnie powiedzą, że to bujdy. Ich sprawa. Ja już jakiś czas temu doszłam do wniosku, że poglądy skrajnie racjonalistyczne nie są dla mnie, zwłaszcza, że bazując na współczesnych teoriach naukowych można dojść do całkiem magicznych wniosków (niby skąd miałaby się brać science fiction?). Odrobina magii czyni życie barwniejszym i bardzo chcę wierzyć, że ciągle gdzieś tam żyje ktoś, kto potrafi się nią posługiwać niczym Ged Krogulec, że nie sprowadza się ona do hecy ze szklaną kulą czy wahadełkiem, że istnieje moc dostępna tylko dla wybranych i nigdy za darmo. Może jestem idealistką, chodzącą z głową w chmurach, ale dobrze mi z tym (a poza tym, jestem niegroźna^^’). 

Miało być o książce, a wyszło jakieś refleksyjne niewiadomoco. Ale tak działa autor: gawędziarski styl sprawił, że wydawało mi się, że sama siedzę w chatce szamana nad Rio Anaconda i słucham jego opowieści o wiedzy i zwyczajach, które pewnie wkrótce zanikną. To też jest jakiś rodzaj magii, prawda?

Tytuł: Rio Anaconda: Gringo i ostatni szaman plemienia Carapana
Autor: Wojciech
Cejrowski
Wydawnictwo: Bernardinum, Zysk i s-ka
Rok: 2006
Stron: 435

wtorek, 14 czerwca 2011

1000 i jeden "dziwactw" Japonii - "Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii" Rafał Tomański

Książkę wspaniałomyślnie pożyczyła mi JoannazKociewia, za co szczerze i serdecznie dziękuję.:)

Kiedyś już opisywałam książkę o Japonii. Żaliłam się wtedy, że za mało o mentalności i społeczności Japończyków, zaś za dużo o problemach gospodarczo-infrastrukturalnych kraju autor napisał. No i „Psy i demony” były już nieco podstarzałe. Ostatnio naprzeciw moim niespełnionym przez tamtą lekturę oczekiwaniom wyszedł polski autor – Rafał Tomański, podróżnik z zamiłowania i japonista z wykształcenia.

„Tatami kontra krzesła” to książka – synteza. Autor bardzo dobrze zdawał sobie sprawę, że całej japońskiej mentalności nie da się przedstawić w jednym dziele (chyba, że byłoby ono wielotomową rozprawą naukową), dlatego obrał kierunek odwrotny – postanowił wyłowić co bardziej charakterystyczne fakty na temat Kraju Kwitnącej Wiśni, zmieszać je z najbardziej, według siebie, wartościowymi przemyśleniami i uzyskany produkt przedstawić w taki sposób, ażeby czytelnik mógł przynajmniej spróbować zrozumieć Japończyków. Moim zdaniem wyszło mu świetnie.

Stereotypy dotyczące Japończyków każdemu się obiły o uszy. Autor stara się je sprostować, lub, jeśli są z grubsza zgodne z prawdą, wyjaśnić ich przyczynę. I tak, wszyscy wiemy, że Japończycy to najpracowitszy naród świata, zdolny dosłownie zaharować się na śmierć z uśmiechem na ustach. Ale nieliczni tylko (teraz liczniejsi, bo książkę w blogosferze już chyba każdy czytał) wiedzą, że jeszcze sto lat temu Japończycy byli uważani za najbardziej leniwych i niesolidnych pracowników na świecie. Każdy wie, że potomkowie samurajów mają hopla na punkcie elektronicznych gadżetów, ale niewielu z nas zdaje sobie sprawę z jego rozmiarów. I jak bardzo oczekiwania co do wspomnianych gadżetów różnią się w kręgach cywilizacji zachodniej w stosunku do Kraju Kwitnącej Wiśni. Każdy wie, że największy sukces na japońskim rynku wydawniczym odnoszą komiksy, ale mało kto interesuje się najnowszymi trendami w japońskiej literaturze. Właśnie takie ciekawe zagadnienia porusza autor.

Oprócz tego pan Tomański pisze o tym, czego brak podczas tego typu lektur zawsze gdzieś na dnie mózgu odczuwałam, a mianowicie o języku, zarówno werbalnym, jak i niewerbalnym. Jak na ironię, ten pierwszy okazuje się wcale nie taki trudny, jak zwykło się powszechnie uważać (sam autor pisze, że w japońskim nie ma absolutnie żadnego dźwięku, który mógłby sprawiać problem Polakowi. Gorzej w drugą stronę.), za to na tym drugim nieświadomy niczego turysta może się nieźle przejechać. Co prawda pobicie za obrazę czci raczej mu nie grozi, ale niesmak u tubylców pozostanie. Zwłaszcza, że są oni bardzo wrażliwi na wszelkie odstępstwa od etykiety.

Mogłabym jeszcze o książce pana Tomańskiego dużo pisać, ale nie ma to większego sensu – gdybym chciała napisać o wszystkim, co mi się ciśnie na klawiaturę, musiałabym streścić całość. Tak więc idę dopisać sobie „Tatami kontra krzesła” do listy „must have”, Wam zaś drodzy czytelnicy radzę uczynić to samo, względnie biec czym prędzej do najbliższej księgarni w celu nabycia, abyście sami mogli odkryć smaczki Japonii.

Tytuł:Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii
Autor: Rafał Tomański
Wydawnictwo: Muza
Rok: 2011
Stron: 278

piątek, 13 maja 2011

Zanim powędrował boso przez świat - "Podróżnik WC" Wojciech Cejrowski

Jakoś tak się złożyło, że nigdy nie miałam do czynienia z prawdziwą książką podróżniczą. Nie chodzi o to, że czymś się do nich raziłam, czy nie lubię tematyki. Po prostu nigdy nie znalazły się w kręgu moich zainteresowań i tak egzystowałyśmy pokojowo, nie wchodząc sobie w paradę. Tak samo było z programami podróżniczymi, do czasu, kiedy zaczęto puszcza „Boso przez świat”. To było moje pierwsze spotkanie z panem Cejrowskim i muszę przyznać, że bardzo miło je wspominam. (Dopiero później dowiedziałam się przypadkiem, że jest to człowiek o, delikatnie rzecz ujmując, kontrowersyjnych poglądach. Nie dbam o to, dla mnie to taki jednoosobowy kabaret objazdowy, tym ciekawszy, że ma bardzo interesujące miejsca objazdów.) Kiedy więc dowiedziałam się, że pan Cejrowski nie tylko występuje, ale i napisał kilka książek (zbierających do tego bardzo pozytywne opinie), postanowiłam się z nimi zapozna. Właśnie nadarzyła się okazja.

„Podróżnik WC” który wpadł w moje łapki to wydanie drugie, poprawione (pierwsze pochodzi sprzed 14 lat). Autor opisuje tu w formie ni to felietonów, ni to esejów, ni to szkiców literackich niektóre ze swoich przygód, ze szczególnym uwzględnieniem tych, które przydarzyły mu się na początku kariery (w końcu to pierwsza książka, jaką WC napisał). Znajdziemy więc relacje z Amazonii, z podróży przez USA czy krajów latynoamerykańskich. Dowiemy się też co nieco o osobie samego autora. A wszystko to okraszone szczodrze przepięknymi zdjęciami, na które można się gapić godzinami z niesłabnącym zachwytem (mnie zachwyciło szczególnie jedno, przedstawiające tropikalne plamy na tle malowniczego wodospadu).

Jeśli chodzi o warsztat pisarski, to pana Cejrowskiego cechuje ogromna bezpośredniość względem czytelnika, pewna familiarność wioskowego gawędziarza, który wioskę już nie pierwszy raz odwiedza i wszystkich zna. Bardzo mi taki styl odpowiada – książka nabiera dzięki niemu charakteru opowieści snutej przy ognisku. Sporo też było akcentów humorystycznych, które pozwalały czasem zaśmiać się w głos przy lekturze. I chociaż późniejsze książki WC są lepiej napisane (wnoszę z fragmentów „Gringo wśród dzikich plemion”, jakie czytałam – niestety w ebooku, więc poddałam się po pierwszym rozdziale) to i „Podróżnik WC” potrafi dostarczyć wiele radości.

Przejdźmy do technikaliów. Jakoś wydania jest fenomenalna i uważam, że książka jest warta każdej z 41 złotówek, jakie trzeba na nią wydać. Twarda oprawa w przemyślanej i cieszącej oko szacie graficznej, kredowy papier (przyznam, że tu zdania są podzielone, bo tekst na takim podłożu czyta się trochę trudno) i liczne zdjęcia niezwykłej urody (a czasem po prostu ciekawe i klimatyczne) sprawia, że książkę z powodzeniem można postawi na półce w charakterze ozdobnego bibelotu. A o ileż jest przecież od takiego bibelotu praktyczniejsza.

Hm… chyba mój zakres preferowanych gatunków literackich właśnie się poszerzył. Na pewno jeszcze po książki z tej dziedziny sięgnę, gdyż okazało się, że może być i ciekawie, i zabawnie. A więc, skoro sama poczułam się przekonana, pozostaje mi tylko polecić „Podróżnik WC” wszystkim, którzy nie mają alergii na osobę autora. Tym którzy mają  resztą też polecam, ale zalecam pewną dozę ostrożności, tak na wszelki wypadek.

Tytuł: Podróżnik WC. Wydanie drugie, poprawione"
Autor: Wojciech
Cejrowski
Wydawnictwo: Bernardinum
Rok: 2010
Stron: 252


P.S. Wczoraj coś się stało z serwerami Bloggera i ostatnia notka oraz komentarze z ostatnich 24 godzin zniknęła. Notkę miałam na własnym dysku, więc zamieściłam ją ponownie, niestety Wasze komentarze przepadły bezpowrotnie.:(
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...