Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moja tfu-rczość plastyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moja tfu-rczość plastyczna. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 sierpnia 2014

Nie piszę recenzji, bo robię zakładki

Tytuł mówi wszystko - wczoraj miałam skończyć tekst o "Krwi tyranów", żeby was nim dziś uraczyć, ale robienie zakładek skutecznie mi to uniemożliwiło. Toteż zamiast recenzji będzie dziś autopromocja - zapraszam do oglądania smerfnych zakładek na moim drugim blogu:

Kliku klik.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Gargulec w Paryżu - "Grim. Pieczęć ognia" Gesa Schwartz

„Grim. Pieczęć ognia” to jedna z tych książek, do których przyciągnęła mnie okładka. To zazwyczaj dobry omen – mam szczęście zakochiwać się w okładkach ciekawych książek. „Grim” nie był wyjątkiem, ale nie był też tak rewelacyjny, jak oczekiwałam. Opowiem wam, dlaczego.

Środowiskiem magicznych istot Paryża wstrząsa seria brutalnych morderstw. Wykonujący rutynowy patrol na ulicach miasta gargulec Grim jest wściekły, że z powodu osobistych uprzedzeń głównodowodzący Najwyższej Policji Gargulców odsunął go od sprawy. Tymczasem włócząc się po mieście przypadkiem widzi, jak jego przyjaciółka Moira spotyka się z człowiekiem, a niedługo później popełnia samobójstwo. Czy chłopaka, z którym się spotkała i jego siostrę coś łączy z makabrycznymi zbrodniami? Grim niedługo się przekona. I odkryje znacznie więcej, niż kiedykolwiek chciałby wiedzieć.

Pierwszym, co rzuca się w oczy podczas lektury powieści pani Schwartz, jest ogromne bogactwo świata przedstawionego. Już sama różnorodność magicznych istot może przyprawić o zawrót głowy (po lekturze nielicznych pozycji niemieckiej fantastyki mam nieodparte wrażenie, że mnogość magicznych gatunków jest cecha rozpoznawczą niemieckiej fantastyki – ani w anglosaskiej, ani w rodzimej nie spotkałam się jeszcze z tym zjawiskiem na tak wielką skalę). Bo czego tam nie ma – gnomy, trolle, niezliczone odmiany skrzatów (w tym jedna w radosnej, smerfowej stylizacji), wróżki, elfy i klasyczne wampiry. Nawet smok się znalazł, choć jego status ontologiczny jest dość nieokreślony. No i gargulce, na których autorka się skupiłam a które popkultura traktuje zazwyczaj po macoszemu. Jest to jeden z powodów, dla których nie polecałabym „Grima” początkującym czytaczom fantastyki, ale starym wyjadaczom ta barwna różnorodność powinna przypaść do gustu. Zwłaszcza, ze nie kończy się tylko na stworzeniach. Autorka nie ograniczyła się bowiem do zaprezentowania jednego świata, podzielonego ewentualnie na część widoczna i „ukrytą”. Co to, to nie, tutaj mamy wiele wymiarów. Zazwyczaj ten motyw mnie irytuje – często okazuje się, ze autor mający tyle pomysłów na świat przedstawiony, nie ma umiejętności lub chęci, aby każdy wymiar przybliżyć czytelnikowi. Skutkuje to rozgrywaniem się utworu w szaroburych, nieokreślonych, ale według autora różniących się od siebie realiach. Tutaj jednak widać, ze pani Schwartz miała pomysł i bardzo sugestywnie opisała to, co wymyśliła. Czytelnik jest więc zadowolony, bo ileż można się włóczyć po terenach zurbanizowanych.
Moja wizja Karfira - smoka o nieokreślonym statusie ontologicznym.
Wiemy o jego wyglądzie tyle, że nosił okulary i miał skrzydła.
A że był klasycznym comic reliefem, to mi się zwizualizował nieco
disneyowsko. Szkic.

Fajnie też wypadają bohaterowie, choć z tytułowym mam mały problem. Grim na moje oko niebezpiecznie zbliża się do bycia Garym Stu: jest niezależny, inny od wszystkich, nienawidzi się podporządkowywać, siłą magiczną przewyższa wielu (autorka co prawda podkreśla, ze są silniejsze od niego gargulce, ale raz, że wypada to mało wiarygodnie, a dwa, na końcu i tak okazuje się, że to ściema), przystojny jest, ma seksowną bliznę na oku i mroczny sekret w przeszłości. Ratuje go w zasadzie to, że czasoprzestrzeń świata przedstawionego nie zagina się wokół niego, aby podkreślić walory i że jest zwyczajnie sympatyczny. Mia, dziewczyna z magicznymi zdolnościami, z którą gargulec występuje w duecie, wypada nieco bezbarwnie i schematycznie – ot, zbuntowana nastolatka odkrywająca swoje przeznaczenie. Naprawdę warte uwagi są postacie drugoplanowe i poboczne. Taki na przykład brat Mii, Jakub. Autorka świetnie oddała jego zaszczucie i desperację, tworząc przedtem niezwykle sympatyczną postać (bardzo żałuje, ze to jego siostra została główna bohaterką – chłopak na tym stanowisku wypadłby dużo ciekawiej). Albo mocno na początku przerysowany przełożony Grima – mimo iż początkowo wyraźnie pełnił rolę elementu komicznego, autorka potrafiła pokazać, jak zmienia się jego miejsce w opowiadanej historii. Właściwie to jedna z lepszych przemian postaci (i mam tu też na myśli zmianę stosunku Grima do przełożonego), na jakie ostatnio się natknęłam. Tylko główny czarny charakter mnie zawiódł.

Spoiler!

Serafin z Aten na początku został opisany jako standardowy czarny charakter nr 240, czyli maniak ogarnięty żądzą przejęcia władzy nad światem w celu zrealizowania swego planu, co prawda nikomu nieznanego, ale na pewno mrocznego i szalonego. W trakcie akcji autorka zasugerowała, że zamiary Serafina niekoniecznie są tak mordercze, jak można by sądzić. Zrodziła się bardzo ciekawa niejednoznaczność. Osobiście mam słabość do antagonistów, którzy są tacy sami główni bohaterowie, to znaczy nie przejawiają objawów psychopatii, szaleństwa, ogólnej mroczności, czy opętania złem. Po prostu nie mieli tyle szczęścia, żeby stanąć po stronie wskazanej przez autora jako „dobra”. Jak dotąd z takim zabiegiem spotkałam się tylko raz i przez chwilę miałam nadzieję, że „Pieczęć ognia” będzie drugim razem. Niestety, autorka wróciła do ogranego schematu. To było chyba moje największe rozczarowanie w całej powieści, bo o ileż ciekawiej byłoby, gdyby Mia musiała wybrać między lojalnością wobec przyjaciół, a równie słusznym rozwiązaniem drugiej strony...

Koniec spoilera.

Fabułę powieści zdecydowanie należy zaliczyć na plus. Pędzi na złamanie karku i mam wrażenie, że wydarzeń zawartych w „Grimie” wystarczyłoby na kilka tomów. Mimo to nie czułam się nimi jakoś przytłoczona, tempo akcji nie powodowało zadyszki tylko miłe uczucie, ze cały czas coś się dzieje. Trudne do osiągnięcia przy takim natłoku pościgów, ucieczek, walk i poszukiwań zaginionych artefaktów.

Jeszcze słów kilka o technikaliach. Tłumaczenie jednej powieści przez dwóch tłumaczy nie jest dobrym pomysłem i nie innym okazało się w przypadku „Grima”. Żeby jeszcze ktoś się porządnie zajął redakcją i nierówności wygładził, niestety tak się nie stało. I mamy na przykład nazwy klanów gargulców w pierwszej połowie książki przełożone na polski, a w drugiej pozostawione w wywodzącym się z łaciny oryginale (z resztą, trochę szerzej pisała o tym Agnieszka). Korekta też nie stoi na najwyższym poziomie. Interpunkcja często szaleje, składnia też (im bliżej końca powieści, tym bardziej), zdarzają się zagubione wyrazy. Szkoda. Na szczęście drugi tom ma już przekładać jedna osoba, więc połowa problemów powinna się rozwiązać.

Mimo drobnych wad, „Grima” uważam za powieść udaną. Poza zgrzytającym momentami tłumaczeniem i nienajwnikliwszą redakcją niewiele jest rzeczy, do których można się przyczepić, a nawet jeśli, równoważą je zalety książki. Czekam więc na drugi tom, bo interesuje mnie na przykład, czy autorka zdecyduje się wprowadzić sugerowany wątek miłosny, czy jednak z niego zrezygnuje.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Jaguar

Tytuł:
Grim. Pieczęć ognia
Autor: Gesa Schwartz
Tytuł oryginalny: Grim: Das Siegel des Feuers
Tłumacz: Ryszard Turczyn, K. Żak
Seria: Grim
Wydawnictwo: Jaguar
Rok: 2013
Stron: 632

poniedziałek, 25 listopada 2013

Smocza zakładka

Kolejną książkową (i zastosowaniem, i inspiracją) zakładkę zmajstrowałam. Można ją w całej krasie obejrzeć tutaj.


wtorek, 29 października 2013

Znowu zakładkę zrobiłam...

...nie pierwszą i nie ostatnią, ale tym razem nawiązującą do motywu książkowego (komiksowego?) więc wam o niej powiem i tutaj.:) Ofiarą padł kot Simona, do którego mam słabość i zawsze chciałam mieć zakładkę z tym motywem. I mam, o:


Można ją sobie dokładnie obejrzeć na moim drugim blogu - klik!

wtorek, 8 października 2013

Wznieść się na skrzydłach gromu - "Tancerze burzy" Jay Kristoff

Rzadko zdarza mi się zakochać w książce od pierwszego wejrzenia. Zawsze jest to przede wszystkim miłość do okładki. I przeważnie, jeśli uczucie jest silne i natychmiastowe, to intuicja mnie nie zawodzi. Tak było w przypadku powieści Naomi Novik. W „Tancerzach burzy” również zakochałam się przez okładkę, nawet kiedy jeszcze nie wiedziałam, o czym ta książka właściwie jest. I cóż, przeczucie mnie nie zawiodło. Nie zrozumcie mnie źle – to jest przygodowa młodzieżówka. Co samo w sobie nie jest przecież żadną wadą, prawda?

Lotos musi kwitnąć, niestety na wyspach Shimy powoli zaczyna brakować miejsca, gdzie możnaby go sadzić. Wojna z gaijinami trwa od dwudziestu lat, ale nie przynosi zadowalających rezultatów. Jednak szogun miał sen – śniło mu się, że dosiadając tygrysa gromu, potężnego, burzowego gryfa, gromi wraże wojska. Bez chwili namysłu każe więc zorganizować polowanie na bestię którą mógłby dosiadać. Mają w nim wziąć udział Yukiko i nadworny łowczy, jej ojciec. Problem polega na tym, że na zatrutej krwawym lotosem i jego spalinami Shimie od dziesiątków lat nie widziano arashitory. Czy to możliwe, żeby legenda powróciła?

Wiem, że w momencie, kiedy napisałam, że to młodzieżowa przygotówka, część czytelników zaczęła kręcić nosem (a niektórzy pewnie już dalej recenzji nie czytali). Pozwólcie jednak, ze pokażę wam, co mi się podobało w tej książce. Zaczniemy może od bohaterów. Kristoff potrafi kreować świetne, żywe postacie, z którymi czytelnik potrafi nawiązać więź na tyle silną, żeby przejąć się ich losem. Poza tym stara się komplikować ich charaktery i relacje, co jest zdecydowanym plusem. I nie są to sami (lub prawie sami) nastolatkowie. Poza Yukiko i dwoma chłopcami uwikłanymi w tradycyjny, romansowy trójkącik (bardzo zgrabnie zastosowany, ale o nim później) reszta bohaterów jest co najmniej po dwudziestce. Czytelnik ma więc raczej do czynienia z młodą dziewczyną uwikłaną w intrygę, która ją przerasta (co widać) i potrzebującą bardziej doświadczonych sprzymierzeńców, niż z nastolatką o wypaśnych mocach, ratującą świat. Sami sprzymierzeńcy (lub wrogowie) również nie są papierowymi ludzikami – mają własne motywacje, charaktery i przeszłość. Narzekać mogę jedynie na szoguna, który jest po prostu szalonym, złym władcą, nieszczególnie inteligentnym nawet. I choć w swojej roli wypada dostateczne przerażająco, to jednak spodziewałabym się postaci bardziej złożonej.

Obiecałam pochylić się jeszcze nad wątkiem romantycznym. Żeby nie było nieporozumień, zaznaczę, że sam wątek nie dominuje fabuły, ma jednak spory wpływ na psychologię postaci. Kristoff potraktował swoich czytelników klasycznym trójkącikiem: ich dwóch, ona jedna. Zrobił to o tyle umiejętnie, co nietypowo. Umiejętnie, bo bardzo mnie obchodziło, co się dalej w tej kwestii zadzieje (niemały wpływ na taki stan rzeczy miało świetnie zbudowane wrażenie zamknięcia Yukiko w pułapce bez wyjścia i nieuchronność pewnych rzeczy), a to naprawdę rzadkość. Nietypowo, bo wcale nie jest oczywiste, który z chłopców jest tym właściwym, a to rzecz niebywała w młodzieżowych romansach. Pozostałe przemyślenia zmilczę, bo spoilery.

Autor unika też dydaktyzmu i łatwych rozwiązań. Osobiście miałam wrażenie, że Yukiko została wmanipulowana w wydarzenia, których kluczowym elementem się stała. Nie dlatego, że trafiła na ludzi podłych, ale dlatego, że trafiła na ludzi zdesperowanych, którym spadła z nieba niczym błogosławieństwo. Coś jak Harry Potter manipulowany (bo w pewnym stopniu przecież był) przez starego Dumbla. Tyle że lord Voldemort od samego początku był malowany jako zło najgorsze, więc dyrektora Hogwartu łatwo rozgrzeszyć. W „Tancerzach burzy” autor ciągle podkreśla wątpliwości Yukiko związane z wszczęciem rewolucji – dziewczyna długo nie jest pewna, czy ofiara, która będą musieli ponieść szarzy obywatele i ewentualne korzyści jest warta naruszania status quo. Co prawda w pewnym momencie jej rozterki wydają się już naciągane (co zauważa nawet tygrys gromu), niemniej brawa dla autora za brak jednoznacznego dydaktyzmu (bo to zdecydowanie nie jest książką dla młodszej młodzieży – mocno realistyczne, miejscami nawet turpistyczne opisy przykładem – więc odrobina zaufania do inteligencji czytelników się należy). 

Buruu prosto z mojego szkicownika (zdjęcie, bo skanera
jeszcze nie mam.:/). Muszę mu kiedyś zrobić porządny portret.

A jak już wspomniałam o tygrysie gromu (imię jego: Buruu), to pociągnijmy temat. Zastanawiałam się, czy autorowi uda się uniknąć (a przed wszystkim, czy będzie chciał uniknąć) pułapek związanych z motywem zwierzęcego towarzysza. Źle by było, gdyby Buruu stał się jedynie ozdobnikiem, poświęcającym się jednostronnie dla swojej pani. Na szczęście do tego nie doszło – w relacji, jaką nakreślił Kristoff panuje równowaga między czynnikiem ludzkim i nieludzkim, a arashitora jest bytem odrębnym, mającym własne zdanie, nawyki i temperament. Chciałabym jednak wniknąć głębiej w istotę tej więzi i zobaczyć, jak ten wątek się rozwinie. Może w następnym tomie.

Jak fantastyka, to i świat przedstawiony oczywiście. Ten w „Wojnie Lotosowej” jest bardzo sugestywnie, choć wycinkowo, opisany. Obraz zatrutych, niszczonych monokulturowymi uprawami toksycznej rośliny wysp tonących w czerwonym smogu jest plastyczny i na swój sposób przerażający. Autor buduje go za pomocą detali, nie panoram, co tylko zwiększa siłę wyrazu. Widać tu jednoczenie wątek proekologiczny, ale na razie trudno mi ocenić, czy nachalny, czy nie.

Teraz czas na akapit o detalach, które mnie osobiście uwierają, ale obiektywnie nie mają żadnego znaczenia. Autor zasadził bowiem na kartach swej powieści dwie kłujące bzdurki. Pierwsza z nich to sposób odżywiania członków Gildii (organizacja parazakonna, trzymająca w garści cały przemysł lotosowy i myśl techniczną Shimy). Otóż chodzą sobie oni w mechanicznych kombinezonach i odżywiani są przez nie dożylnie. Szkopuł w tym, że przy takim sposobie karmienia cały układ pokarmowy ulega atrofii, więc próba zjedzenia czegoś normalnie musiałaby zakończyć się grubymi nieprzyjemnościami. Tymczasem mamy członka Gildii, który jakby nigdy nic pożera sobie grzybki i chwali, że dobre. Przyznam, ze mam wątpliwości, czy autor/tłumaczka nie pomylili karmienia dożylnego z dojelitowym, bowiem w kolejnej scenie bohaterka znajduje tubkę brązowej pasty, którą uznaje za substancje odżywcze, co bardziej pasuje do sondy żołądkowej, niż do kroplówki (no i wspomniane na wstępie „skomplikowane łańcuchy białek” również nie mają sensu wstrzykiwane do krwi, w przeciwieństwie do tych wstrzykiwanych do jelit). Druga rzecz to to, że nasz drogi tygrys gromu jest chyba zwyczajnie zbyt ciężki, żeby latać. Buruu waży dwie tony, przy rozpiętości skrzydeł trochę ponad osiem metrów. Dla porównania łabędź niemy waży około dwudziestu kilogramów (czyli sto razy mniej), a rozpiętość skrzydeł ma tylko trzy i półkrotnie mniejszą. Poza tym do szczególnie dobrych lotników nie należy… Jest na sali fizyk? Kto mi policzy minimalną powierzchnię skrzydeł w ruchu dynamicznym dla lotu obiektu o masie dwóch ton?

Patrzę na wstęp do recenzji i coraz mniej jestem przekonana, czy to książka dla młodzieży. Z jednej strony mamy nastoletnią bohaterkę i kłopoty z obalaniem i odkrywaniem na nowo autorytetów charakterystyczne dla młodego wieku, z drugiej warsztat, drobiazgową kreację bohaterów i naturalistyczne opisy. Coraz bardziej jestem przekonana, że to powieść o dojrzewaniu (głównie psychicznym), odkrywaniu tego, co słuszne i docieraniu do prawdy o sobie. A że takie rzeczy przytrafiają się głównie młodym ludziom, to i bohaterka nastoletnia. Najlepiej będzie, jeśli przeczytacie i osądzicie sami. Do jakichkolwiek wniosków na koniec byście nie doszli, z fabuły będziecie zadowoleni.

Tytuł: Tancerze burzy
Autor: Jay Kristoff
Tytuł oryginalny: Stormdancer 

Tłumacz: Paulina Braiter-Ziemkiewycz
Cykl: Wojna lotosowa
Wydawnictwo: Uroboros
Rok: 2013
Stron: 446

środa, 25 lipca 2012

Specjalna notka graficzna, czyli moje szkice do trylogii "Lewiatan".

Kiedy pisałam o pierwszym tomie trylogii Scotta Westerfelda, pytałam, czy ktoś chciałby obejrzeć moje szkice do "Lewiatana". Kilku takich "ktosiów" się znalazło, więc dziś obiecany pokaz. Szkiców wiele nie ma, bo zbliżająca się podwójna obrona dostarczyła mi w owym czasie sporo zajęć, ale kilka jest. Może kiedyś nawet doczekają się poważnych rysunków (szczególną chrapkę mam na Nieustraszonego, ale jeszcze swoje odczeka).

Jedna z wersji Nory Barlow - pierwsza, jeśli mam być konkretna. To moja ulubiona postać, więc wersji o różnym stopniu zaawansowania powstało kilka.:)
Kolejna wersja doktor Barlow.
Ostatnia wersja doktor Barlow, tym razem z jej lemurem przemyślnym. Taka bardziej mangowa.;)
A to moja wersja drugiego lemura przemyślnego o wdzięcznym imieniu Bovril.
A to moja wersja Nieustraszonego - wielkiego, mechanicznego słonia. Z boku nieco mangowa główka Deryn (steampunkowe opowieści zawsze wprawiają mnie w mangowy nastrój).
Od góry Alek, pod nim Lilit (zawsze wyobrażałam ją sobie z oliwkową cerą) i kolejny raz Bovril.
Kappa - jedna z bojowych bestii japońskich.

wtorek, 3 stycznia 2012

Książę, wiedźma i książka do tego - "Magia krwi" Anthony Husso

Zanim przeczytałam "Magię krwi", byłam przekonana, że to fantastyka młodzieżowa. Główną przyczyną tego stanu rzeczy był tekst z okładki (konkretnie fragment o młodym królu pobierającym nauki w szkole dla magów – która, tak na marginesie, okazała się zwykłą uczelnią), ale chyba bardziej dziewczę na okładce, które oceniłam na 16-17 lat. Kiedy zaczęłam czytać, okazało się, że książka jest dla czytelników dorosłych, co autor dość wyraźnie daje do zrozumienia już na początku, za pomocą jednoznacznej sceny od lat osiemnastu. I jak tu człowiek ma być czegokolwiek pewny?

Caliph Howl studiuje w Desdae. Po studiach czeka go świetlana przyszłość głowy państwa, do którego to stanowiska w pakiecie ma groźbę wojny domowej. Nie każdemu odpowiada taka ścieżka rozwoju kariery, więc chyba nietrudno zrozumieć, że Caliph robi wszystko, aby móc choć trochę dłużej studiować. Nie bez znaczenia jest też romans, jaki zaistniał między nim, a niejaką Seną Lilool – piękną dziewczyną o dość złowieszczym pochodzeniu i niepokojących zainteresowaniach. Skończyła naukę dwa lata przed naszym księciem, więc ten rad by ją odwiedzić, zanim zasiądzie na tronie. Dziewczyna ma co do młodzieńca własne plany, nie wiodące bynajmniej do ślubnego kobierca. A w tle miga złowieszczo szkarłatną okładką pewna magiczna księga. 

Trzeba przyznać, że jak na debiutanta, Anthony Husso zadziwiająco dobrze radzi sobie z planowaniem akcji. Wiemy, że fabuła będzie się powoli rozkręcać? Dajmy na początek gorący romans, niech to czytelników zabawi. Żeby nie znudził ich główny bohater, napomknijmy czasem to i owo o jego… hm, dziwacznej przeszłości. I tak dalej. Po prostu nie można się nudzić.

Jedna ze stron magicznej księgi.
Przejdźmy może do wad, zostawiając zalety na koniec (bo jak wiadomo, człowiek najlepiej zapamiętuje koniec rozmowy). Największym według mnie problemem tej powieści jest czas. Od pierwszej chwili miałam problem z ustaleniem wieku bohaterów, co daje dość piorunujące efekty przy występujących już na początku scenach erotycznych. Caliph, wstępując na studia, jest naiwny niczym czternastolatek, ale w kilkadziesiąt stron później dowiadujemy się, że miał wtedy osiemnaście lat. Sena jest dwa lata wyżej od ukochanego, ale z jej własnego stwierdzenia (mniej więcej w połowie tekstu) wynika, że jest od niego co najmniej 4 lata młodsza. Na dodatek nie wiadomo, ile trwa doba i jaki jest rozkład godzin (pewnie jakiś wytrwały czytelnik, na podstawie okruchów informacji, dałby radę go obliczyć, ale ja się do takich nie zaliczam), ani jak wygląda chociaż w ogólnych zarysach kalendarz opisywanego świata. Podobnie rzecz ma się z przeróżnymi terminami z dziedziny magii, mechaniki, czy biologii. Ich ilość może początkowo przerażać, ale większość z nich w mig wyjaśni wujek Google. Jednakowoż mała nota wyjaśniająca na końcu książki byłyby bardzo mile widziane.

Ponarzekałam sobie, więc możemy przejść do zalet. Anthony Huso wykreował niezwykle barwny świat, osadzony w realiach epoki industrialnej. W zestawianiu z magią (którą wykorzystuje się mniej więcej tak, jak u nas elektryczność), mrocznymi stworzeniami i eksperymentami genetycznymi daje to przyjemnie wybuchową mieszankę. Jest to jeden z najbarwniejszych i najciekawiej obmyślanych światów, z jakim miałam przyjemność się ostatnio zetknąć. 

Kolejną zaletą jest magia. Wspominałam wcześniej, że zajmuje w tamtejszym świecie miejsce elektryczności, ale dotyczy to tylko tzw. oświeconej części świata. Magia wciąż jest potężną siłą, tyle że mało kto w nią wierzy, a co za tym idzie, chce i potrafi korzystać. Już same opisy rytuałów wiedźmiego Siostrzeństwa czy tego, co z własną krwią potrafi wyczyniać Sena, są fascynujące. Nie mniej ciekawy jest wątek pewnego złowieszczego tomiszcza – i nie chodzi bynajmniej o książkę kucharską teściowej (chociaż, jeśli założymy, że teściowa należy do Siostrzeństwa…). O ile  pomysł wykorzystania krwi jako magicznego paliwa nie jest szczególnie odkrywczy, to już idea, żeby to wszystko dało się opisać matematycznie – owszem. A takich drobin oryginalności jest tu mnóstwo.

"Caliph and Sena in library" by Moreni:)
Następnym plusem są bohaterowie. Autor starał się stworzyć postacie niejednoznaczne, pełne sprzeczności i dylematów moralnych, co mu się w większości udało. Caliph, mimo że motyw księcia jest ostatnio dość mocno eksploatowany, wydaje się oryginalny i ciekawy na tle swoich pobratymców z innych uniwersów. Nie musi mozolnie dojrzewać do swojej roli, nie jest też rządnym władzy badassem. Mimo wielkiego talentu, obcy mu makiawelizm i miewa dylematy moralne nawet wtedy, gdy w grę wchodzi racja stanu. Nie można go nie polubić. Sena zdaje się jego przeciwieństwem. Ogarnięta żądzą władzy i potęgi, dla której, jak się wydaje, jest zdolna poświęcić wszystko, okazuje się bardziej złożona, niż mogłoby sie na pierwszy rzut oka wydawać. I chociaż nie zasłużyła sobie na tyle mojej sympatii, co Caliph, jest jedną z lepiej napisanych postaci kobiecych, z jakimi się w ciągu ostatniego roku zetknęłam. A jakby tej dwójki było mało, mamy jeszcze tajemniczego szefa wywiadu, zmarłego wujka-szaleńca, ale za to geniusza nekromancji, mrocznych członków Koterii, makiaweliczne członkinie Siostrzeństwa i wiele innych postaci. Szkoda, że książka musi mieć jakąś graniczną objętość, bo nie wszystkim im autor mógł poświęcić odpowiednio dużo uwagi.

Czas na technikalia. O okładce wspominałam już wyżej, co do jakości tłumaczenia również nie mam zarzutów (no, może jeden: jest mi ktoś w stanie powiedzieć, jak wygląda kolor storczykowaty i skąd to się wzięło?). Korekta wygląda o niebo lepiej, niż poprzednio. Brak przekręcania słów, rażących błędów interpunkcyjnych czy literówek. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie fakt, że często (a od strony 548 to już niemal reguła) brakuje kresek dialogowych, co mocno irytuje.

Mimo pewnych niedociągnięć śmiem twierdzić, że to najlepsza książka z serii Nowej Fantastyki, jaką miałam okazję czytać. Niezwykły, dopracowany świat, ciekawi bohaterowie i wciągająca, wielopoziomowa historia to jest to, obok czego nie można przejść obojętnie. Niecierpliwie czekam na kontynuację – co i Wam, drodzy czytelnicy, zalecam. Oczywiście po uprzednim przeczytaniu „Magii krwi”.

 Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i s-ka. Dziękuję! 


Tytuł: Magia krwi
Autor: Anthony Husso
Tytuł oryginalny: The Last Page
Tłumacz: Jarosław Skowroński
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2011
Stron: 653

piątek, 21 października 2011

Fanarcik malutki:)

Pamiętacie, jak przy okazji recenzji "Wichrów Archipelagu" przebąkiwałam coś o rysunku? Oczywiście planowałam coś innego, ale jak to w życiu bywa, plany trzeba było zmienić. Mianowicie wdałam się w międzyczasie w romans z mangą (znowu), i wyszło z tego takie oto dziecko:

Rehada z "Wichrów Archipelagu" - moja ulubienica:)
Tym razem romans chyba potrwa dłużej niż zwykle i będzie zasobniejszy w potomstwo. (A porzucony w połowie rysowania wanahezan ciągle czaka na dokończenie...) Przy okazji: jest na sali ktoś, kto się zna na japońskim piśmie? Te robaczki z prawej strony, u dołu obrazka miały być moim podpisem (w założeniu: "Moreni"), ale ponieważ nie znam się kompletnie na kanji, nie wiem, czy czegoś nie sknociłam. Może ktoś sprawdzić? Będę wdzięczna.:)

P.S. Wszystkie obrazki, jakie pojawiły się na blogu są zebrane w zakładce "Grafitowa dolina".

środa, 18 maja 2011

O artystach i cos jeszcze:)

Tak mnie jakoś naszło na graficzne prezentacje.:) Najpierw coś mojego - Luby dodał to sobie do profilu na kreskowka.pl. Pytanie do tych, którzy oglądają anime - zgadniecie, kto to?;)


A tutaj odpowiedź na pytanie "Skąd się biorą artyści?". Nie moja co prawda, ale nieodmiennie poprawia mi humor.:)

A jeśli ktoś ma znajomego mikrobiologa lub lekarza, który spodziewa się dziecka, to może rozpatrzy opcję zamówienia prezentu z tej strony? Z resztą, ja mikrobiologiem w sumie nie jestem, a tez bym takim czymś nie pogardziła.:)

Jako że ostatnio zapanowała moda na chwalenie się co bardziej soczystymi zapytaniami do wujka Google, pod jakimi ludzie znajdują naszego bloga. Toteż i ja postanowiłam się co bardziej smakowitymi kąskami podzielić. Swego czasu komuś była najwyraźniej bardzo potrzebna odwrotność słowa chytry.   Chciałabym pomóc, ale akurat nie mam słownika antonimów pod ręką, więc najwyraźniej biedny internauta będzie skazany na kontynuowanie poszukiwań (chyba, że uda się do najbliższej biblioteki, która taki słownik posiada - tam na prawdę nie torturują). Innego użytkownika interesowało objawienie morony. Czy to jakiś nowy błogosławiony - święty Morona może? Nie wiem, skąd pomysł wujka Google, żeby skierować do mnie, przecież nie prowadzę bloga religijnego... Cóż, widocznie Google uważa inaczej, gdyż duch wielkiej ławicy moim skromnym zdaniem może mieć coś wspólnego z kultem zwierząt totemicznych. No, chyba że to jakiś zdesperowany rybak szukał modlitwy, która pozwoliłaby mu doznać objawienia w kwestii wyjątkowo zasobnych łowisk. Z kolei kompletnie nie mam pojęcia, co miał na myśli autor zapytania o rękawice cyklu. Żaden z czytanych przeze mnie cykli nie chodził w rękawicach, ani też nie przypominam sobie, aby lektura któregoś wymagało ode mnie noszenia rękawic. Z takich książek przychodzi mi na myśl jedynie "Potworna księga potworów" z Harrego Pottera, do której nieobeznany czytelnik potrzebował solidnych rękawic ochronnych, najlepiej ze smoczej skóry. Niestety, nie posiadam tej księgi, a szkoda, bo byłaby świetnym stróżem biblioteki.;)

środa, 13 kwietnia 2011

Latające miasto i problemy - "Miasto w przestworzach" Grag Keyes

Sponsorem niniejszej recenzji jest Aria, która wspaniałomyślnie podzieliła się książką. Dzięki!:)

Nie przepadam za książkami napisanymi na podstawie gier. Rzadko są czymś więcej niż dobrym czytadłem (a nawet dobrym czytadłem są rzadko…) i autorzy mają skłonność do popełniania w nich takich samych błędów, niezależnie od gry, do jakiej nawiązują. I gdyby nie recenzja Arii, to pewnie nawet nie dowiedziałabym się o istnieniu „Miasta w przestworzach”. Recenzja na tyle mnie przekonała, że wyłudziłam książkę od autorki tejże (recenzji oczywiście, nie książki – tą facet napisał) i postanowiła przeczytać, jak tylko weźmie mnie ochota na niezobowiązującą lekturę. No i właśnie parę dni temu mnie wzięła.

Na początku myślałam, że nie znam gry, w której świecie toczy się akcja książki. Potem jednak okazało się, że owszem, znam – grywał w tą serię swego czasu Luby i chętnie służył mi informacjami na temat świata przedstawionego. Mowa o serii „Elder Scrolls”, a konkretnie o jej IV części „Oblivion”, do której ma nawiązywać fabuła utworu.  Świat przedstawiony wygląda tak:

by Google Earth
Na Czarnych Mokradłach, w mieście Lilmoth, żyje sobie pewne dziewczę o imieniu Annaig. Zawsze miała talent do magicznych eliksirów, ale ojca, podupadłego szlachcica, nigdy nie było stać na opłacenie jej nauki w akademii magów. Toteż Annaig, jako dziewczę o bardzo żywym charakterze, zwyczajnie się nudzi i spędza dnie na szukaniu kłopotów w mieście. Towarzyszy jej w tym Mere-Glim, argonianin i najlepszy przyjaciel. Pewnego dnia okazuje się, że do Mokradeł zbliża się coś strasznego – latające miasto, które sieje śmierć wszędzie, gdzie tylko się pojawi. Jak łatwo można się domyślić, Annaig nie posłuchała „rady” ojca i nie wyniosła się z miasta. Po prostu zupełnym przypadkiem, wraz z Glimem… poleciała do niego. I tam utknęła w swoistej niewoli. Przedtem zdążyła jednak wysłać magicznego posłańca do jedynego bohatera, jakiego znała (z książek) – księcia Attrebusa.

Mere-Glim, argonianin.
Książę zaś wiadomość odbiera i, jako młody i przyzwyczajony do sukcesów idealista, postanawia ruszyć dziewczynie i światu na ratunek, nawet wbrew woli ojca. Niestety, tym razem bohaterowanie okazuje się dużo trudniejsze – już pierwszego dnia wyprawy gwardia księcia zostaje wyrżnięta w pień, a on sam dostaje się do niewoli. Zanim więc będzie mógł wyprawę kontynuować, czeka go weryfikacja oceny własnej osoby i swojego światopoglądu.


No to teraz oberwie się powieściopisarzowi, bo mam zamiar zacząć od minusów. Pierwszy i największy jest taki, że autorowi najwyraźniej w ogóle nie przyszło do głowy, że książkę mógłby zechcieć przeczytać ktoś, kto gry nie widział na oczy. O ile jeszcze fabuła jest zrozumiała nawet dla laika, o tyle świat przedstawiony pozostaje dla takiego delikwenta białą plamą, bo autor nie przejmował się takimi drobiazgami jak opisy ras, miast, krajobrazów i szczegółów charakterystycznych wyłącznie dla świata powieści. Czytelnik dostaje więc całą stertę nazw własnych i mniej własnych (czasem nawet w kilku językach), które kompletnie nic mu nie mówią. Moim ulubionym przykładem są tu khajici – jedna z ras występująca w powieści już od pierwszej strony. Na pierwszej stronie dowiadujemy się, że mają futra. „No fajnie – myśli sobie nieobeznany czytelnik – czyli coś jak wookies”. Po kolejnych 50 stronach lektury dowiadujemy się, że mają ogony – czyli ogoniaści wookies. Aż tu nagle po 200 stronach sypie nam się cały obraz postaci, bo okazuje się, że to nie żadne wookies, tylko zwyczajni ludzie-koty… Osobiście nie cierpię takich sytuacji, a w książce jest ich znacznie więcej.

Drugim minusem, który zasugerowałam już wcześniej, są opisy, a właściwie ich brak. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem fanką wielostronicowych rozważań nad zachodem słońca, ale w fantasy jakieś minimum jest jednak niezbędne. A tutaj nie ma prawie nic, uwagi autora doczekali się tylko główni bohaterowie, a i to nie za bardzo…

Trzeci minus jest związany z fabułą – autor zastosował bowiem najbardziej łopatologiczny sposób zapoznania z nią czytelnika. Otóż, gdy trzeba wtrącić nieco o historii regionu, albo o mechanizmie działania jakiegoś urządzenia odbywa się to w ten sposób, że bohater A idzie do bohatera B, a mądry bohater B udziela mu długich pouczeń w formie wykładu-elaboratu. Coś takiego kojarzy mi się jednoznacznie z Bardzo Złą Fantastyką.

Khajitanka z bratem.;)
Wylałam żale, czas więc teraz na plusy. Największym jest niezmiernie wciągająca fabuła. Prawda, że schematyczna, prawda, że przewidywalna, ale ma w sobie jednak coś takiego, że człowiek otwiera książkę na chwilę, patrzy, a tu już kolejne 50 stron przeczytane. Nie sposób się oderwać od przygód Annaig i Attrebusa, a czyta się je piorunem (na mnie nie patrzcie – dawałam sobie dodatkowy czas na robienie szkiców;)) – jeden, dwa wieczory i nawet się nie obejrzycie, a będziecie już na ostatniej stronie.

Kolejnym wielkim plusem są bohaterowie. Nie zaskakują co prawda głębią psychologiczną czy oryginalnością, ale nie powielają oklepanych schematów, co jest jednym z głównych problemów „growych” książek. Przedstawieni są bardzo barwnie i budzą szczerą sympatię. Czytelnik może się z nimi zżyć i zaczynają go poważnie interesować ich losy: cieszy się sukcesami postaci i smucą go porażki. Pan Keyes, tak jak nie ma ręki do tworzenia i opisu światów, tak zdecydowanie przejawia talent do bohaterów. I bardzo dobrze, bo to właśnie ratuje książkę.

Dodatkowym plusem jest piękna okładka, przyjemna czcionka i… cena. Stosując przelicznik wymyślony i użytkowany przez Pabla, z czystej ciekawości dokonałam pewnych obliczeń i wyszło mi, że cena jednej strony książki wynosi 6gr. To najlepszy wynik w tym roku – a jakoś bardzo dobra.

Podsumowując – pozycja raczej dla fanów fantasy, zaś lektura obowiązkowa dla fanów gry. Poza tym, mimo, że nie jest to właściwa literatura młodzieżowa, polecam ją raczej czytelnikom w wieku nastu lat. Koneserów może znudzić, no, chyba, że tak jak ja, mają ochotę na niewymagającą, ale pobudzającą wyobraźnię wyprawę do krainy pełnej dziwnych stworów i najprzeróżniejszych ras. Ta książka to po prostu świetna baja na majówkę – i dlatego nie żałuję czasu jej poświęconego. Mało tego, jeśli kiedyś wydawnictwo Amber wyda drugi tom tej dylogii (bo niestety, pierwszy nie wyjaśnia żadnego wątku – zakończenie jest na oścież otwarte), to z przyjemnością go przeczytam.

P.S. Mam nadzieję, że obrazki pomogły wam przedrzeć się przez kolejny z moich nieprzyzwoicie długich tekstów...

Tytuł: Miasto w przestworzach
Autor: Greg Keyes
Tłumacz:
Janusz Ochab
Tytuł oryginalny: The Infernal City
Cykl: Elder Scrolls
Wydawnictwo: Amber
Rok: 2010
Stron: 310

czwartek, 10 lutego 2011

Fighting wings - "Zbieracz Burz" tom 1 Maja Lidia Kossakowska

Książkę pożyczyła mi Erin (tutaj jest jej fotoblog). Dziękuję bardzo!:)

Lubię anioły. Ale nie te skrzydlate dzieciaczki, którymi barokowi twórcy zwykli oblepiać wszystko, co się działo. Nie te skrzydlate hermafrodyty w barwnych kieckach, które z natchnionym spojrzeniem pełnią rolę aniołów stróżów na kiczowatych oleodrukach. Nie te dziwaczne wariacje na temat upadłych-bądź-nie aniołów, które w dużej liczbie płodzili spadkobiercy Dana Browna. Lubię takie anioły, jakie serwuje nam pani Kossakowska: pełne mocy, choć zagubione, działające z rozmachem dorównującym tylko wątpliwościom. Anioły, które wcale nie poprzestają na pieniach pochwalnych wobec Pana, ale często muszą twardą ręką chwycić całe jego dzieło, aby się nie rozleciało. Nie białoskrzydłe, czyste duchy, ale o skrzydłach i włosach we wszystkich kolorach tęczy (nie na jednym osobniku, oczywiście).

Daimon Frey ma i skrzydła, i włosy czarne. Kolor idealnie współgrający z fuchą Abbadona, Burzyciela Światów, nieprawdaż? Tyle, że Daimon o tę funkcję nigdy się nie prosił. O to, żeby się mierzyć z Antykreatorem też nie. Ale musiał. I się zmierzył. I nawet wyszedł z tego bez szwanku. No, prawie bez szwanku, bo jednak trauma mu została. Tą traumę zabija, biorąc udział w nielegalnych mordobiciach, ku zgorszeniu wysoko postawionych przyjaciół (takiego archanioła Gabriela czy Razjela na przykład). Bóg nie może go po prostu ukoić – już dawno odszedł, pozostawiając dzieła swego stworzenia samym sobie. Ale nagle postanowił do Abbadona przemówić. Wydać rozkaz tak straszny, że niewiarygodny. A Abbadon musi być posłuszny. Jego przyjaciele jednak nie są pewni, czy aby na pewno rozkaz pochodził od Pana. Wszakoż Daimon mógł ulec podszeptom Ciemności, w dobrej wierze wziętym za najwyższy rozkaz. Zaczyna się więc pościg za Daimonem, który, zależnie od wersji: albo wypełnia najnowszy rozkaz Boga, albo kompletnie zwariował i trzeba go poddać leczeniu, zanim stanie się katastrofa…

Pani Kossakowska rozwija tutaj wizję świata znanego z „Siewcy Wiatru”, a zrodzonego jeszcze wcześniej, w opowiadaniach. Obok naszej swojskiej Ziemi, gdzieś w magicznym wymiarze mamy więc Królestwo, które Jasność stworzyła dla swych aniołów i dusz tych ludzi, które okazały się tego godne. Później zaś je porzuciła, zostawiając biednego regenta Gabriela z całym tym problemem. Gabriel, tak jak i inni aniołowie jest wspaniały, pełen mocy i na każdym śmiertelniku zrobiłby piorunujące wrażenie, ale nie jest Bogiem. Tak jak wszyscy aniołowie Kossakowskiej, jest bliższy człowiekowi niż nadistocie. Okazuje się bowiem, że kiedy głos Pana  przestaje skrzydlatych prowadzić za rączkę, muszą oni unurzać się w brudzie jakże ludzkim, aby wszystko się jakoś toczyło. Mamy więc intrygi, spiski, walki o wpływy, zdrady, czyli wszystko to, o co zazwyczaj się aniołów nie podejrzewa. No i co z tego, że wyszli oni nieco za mało twardzi, jak na liczących całe eony wojowników, że czasem wymsknie im się jakiś Dżibril czy inny Raz, że jak na twardych facetów przystało, raczej nie powinni pokazywać miękkiego podbrzusza, a czasem im się to zdarza. Jakoś mi to nie przeszkadza. 

A moją osobistą nagrodę za najlepszą postać książki zgarnia Hariel, zwykły, szeregowy anioł, opiekun bezdomnych kotów z samego dna niebiańskiej hierarchii. Wraz z całą swoją mruczącą, prychającą i drapiącą świtą, nie do końca żywą na dodatek. Za dredy i umiejętność wzbudzania sympatii czytelnika mimo swojej ciapowatości i skromności. Bo nie zawsze trzeba super gieroja albo pięknej wojowniczej księżniczki, żeby czytelnika zauroczyć. I autorka o tym dobrze wie.

Styl pani Kossakowskiej jest dość specyficzny – nazwałabym go kobiecym. I nie chodzi o nadużywanie ukwieconych fraz czy histerycznych zwrotów, bo taki twardziel jak Abbadon to i mięchem potrafi czasem rzucić, a scena makabrycznego rytuału jest tak plastycznie obrzydliwa, że aż odbiera apetyt (co jak na mnie jest nie lada wyczynem). Chodzi raczej o ogólny klimat, tworzony przez mniej lub bardziej subtelny humor, czy dość gęsto wplatane nazwy takich kolorów jak kobaltowy czy szafranowy. Ale przede wszystkim chyba chodzi o nieagresywność tego języka: nawet, kiedy autorka przytacza wymianę bluzgów między bohaterami, czytelnik nie czuje się atakowany przez zębatą bestię  słów (o matko, jak mi to patetycznie wyszło…). A opowieść gładko toczy się dalej: mamy nie tylko potyczki i strzelaniny, ale także magię, miłość i przyjaźń, którą bohaterowie tak różnie pojmują… i wszystko równie sprawnie opisane.

Zachwyty już były, teraz czas ponarzekać na wydanie. Nie chodzi mi o jakieś mankamenty techniczne, bo od tej strony jest jak najbardziej ok.: solidna, twarda oprawa, strony szyte, marginesy i interlinie takie, jakie lubię, no i luksus absolutny, czyli wszyta wstążeczka – zakładka. Nie podoba mi się natomiast strona graficzna. Głównie krwawa kolorystyka okładki, która jest z uporem godnym lepszej sprawy uskuteczniana przez Fabrykę Słów i niedługo stanie się chyba znakiem rozpoznawczym wydawnictwa. Niech sobie już na niej będzie ten mhhhhroczny Dajmon, przeżyję… No i ilustracje też mi się nie podobają, za dużo w nich moim skromnym zdaniem turpizmu. Jakby nie można było mniej odrażających kadrów wybrać. W zasadzie, dziwnym trafem, podobał mi się tylko pierwszy i ostatni obrazek.;) A poza tym, ciągle uważam, że rozbijanie „Zbieracza Burz” na dwa tomy po 300 stron, to zwyczajne wyłudzenie.

Mimo powyższego marudzenia, polecam szczerze wszystkim, którzy lubią poczytać dobre fantasy. Może książka nie jest arcydziełem, ale zapewnia kawał solidnej rozrywki na jakiś czas.

Tytuł: Zbieracz Burz" tom 1
Autor: Maja Lidia Kossakowska

Cykl: Daimon Frey
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2010
Stron: 341


* Rysunek nie jest co prawda ilustracją, ale tworząc go myślałam o pewnej bohaterce tej książki, więc stwierdziłam, że pasuje.;) A pod spodem malutka, dziwaczna humoreska, raczej odzwierciedlenie klimatu książki, niż konkretna ilustracja:


sobota, 8 stycznia 2011

Ankieta listopadowa - nieco opóźnione podsumowanie

Z powodu wyjazdu do mojego Lubego podsumowanie ankiety nieco się opóźniło. Z wyjazdu wracam co prawda dopiero jutro i zaległości w waszych blogach też dopiero jutro zacznę nadrabiać, ale podsumowanie zamieszczam już dziś. I niestety śpieszę poinformować, że zdjęć zimowej puszczy nie zamieszczę, bo zwyczajnie zapomniałam aparatu.

Ale do rzeczy. Tym razem w ankiecie wzięło udział 47 osób, oddając łącznie 61 głosów, co jest rekordem w krótkiej historii moich ankiet. Tym razem największą ilość głosów uzyskały:

1. "Amerykańscy bogowie" Neil Gaiman - 34% (16 głosów)
2. "Ulica Tysiąca kwiatów" Gail Tsukiyama - 31% (15 głosów)
3. "Muzyka duszy" Terry Pratchett - 19% (9 głosów)

Dalej, malejąco:

"Ostatni raz" Anna Gavalda
"Wilken: Bracia krwi" Di Toft
"Kłamca 3: Ochłap sztandaru" i "Wolałbym żyć" Thierry Cohen

Trochę szkoda, że pan Cohen tak nisko, książka jest naprawdę warta uwagi. Ale pocieszające, że nawet ostatni otrzymali swoje głosy.

W ramach rekompensaty za długą nieobecność, postanowiłam zamieścić kolejny przejaw mojej radosnej twórczości. Szkic przedstawia moją postać z gry, która od jakiegoś czasu skutecznie pożera nasz (czyli mój, Lubego i przypadkowych ofiar) czas. Gra nazywa się "Warhammer. Fantasy Roleplay" i nie jest do niej potrzebny komputer. Każdy, kto kiedykolwiek grał w klasyczne systemy RPG, takie jeszcze nieskomputeryzowane, wie, z czym to się je, a pozostałym wyjaśnię, że do tego potrzeba dziwacznych kości, ołówka, kilku kartek papieru i delikwenta, który ofiarnie zgodzi się rozgrywkę prowadzić. Delikwent zostaje Mistrzem Gry i mówi pozostałym graczom, kim grają, (chociaż nie do końca, sporo sami sobie gracze dopowiadają) gdzie grają i w co właściwie grają. Wiem, że to dość egzotycznie wygląda z boku, ale strasznie wciąga.;) Głównym plusem tej zabawy jest to, że można robić absolutnie wszystko, nie będąc ograniczonym przez komputerowe lokacje, zasady i inne sztywne ramy. A na obrazku elfka tym razem zrobiona w stylu mangi, bo akurat taką miałam fantazję.:)

A już jutro pierwszy w tym roku stosik.:)

poniedziałek, 27 grudnia 2010

No i nie wiadomo, czyja to krew... - "Krew modliszki" Adrian Tchaikovsky

Tym razem bez wstępów, zacznę od razu od omawiania książki.;) „Krew modliszki” to trzeci tom cyklu „Cienie pojętnych” Adriana Tchaikovskiego, rozgrywającego się w świecie zamieszkałym przez ludzi o pewnych cechach owadów (od razu ostrzegam, że jeśli ktoś liczy na sześcionogie, pokryte chitynową łuską mutanty, to się zawiedzie). Na Nizinach w najlepsze trwa wojna z Imperium Os, zaś paczka głównych bohaterów zostaje rozdzielona: kilkoro rusza w pogoń za potężnym artefaktem, który skradziono, kilkoro udaje się z misją dyplomatyczną na wschód, zaś pozostali, również w celach dyplomatycznych, udają się do jeszcze nie podbitych miast Nizin. Jak i w poprzednich tomach, autor nie poprzestaje na wątkach głównych, dodając całą mnogość pobocznych. I śmiem twierdzić, że owe ciągle rozrastające się wątki poboczne w tym tomie są o wiele ciekawsze od głównej akcji.

Oprócz bohaterów znanych z tomów poprzednich, w powieści mamy całą gamę nowych postaci, należących niekiedy do nowych ras. Mam wrażenie, że autorowi dużo lepiej wychodzi tworzenie nowych postaci, niż rozwijanie tych już istniejących. Muszka (bo nie podoba mi się określenie „muszyca”) Taki czy pozbawiony moralności zabójca Cesta dużo mocniej przykuli moją uwagę, niż znani z tomów poprzednich i nominalnie będący głównymi bohaterami Che i Nero. Może problem stanowi tu sposób przedstawienia rozwoju poszczególnych osób. Mimo dość sprawnego posługiwania się piórem, pan Tchaikovsky miewa potknięcia: albo daje nam bohaterów statycznych i niezmiennych, albo każe im przechodzić skokowe metamorfozy. Niezwykle rzadko dane nam jest podziwiać stopniowy i płynny rozwój bohatera, co dla mnie jest główną wadą tomu (wcześniej, a także w przypadku nowo wprowadzonych postaci nie było to tak widoczne). Jednak czasem i taki rarytas się trafi, co budzi nadzieję na poprawę w toku dalszej twórczości.

Adrian Tchaikovsky zbudował świat swojej powieści w taki sposób, że może dość swobodnie wprowadzać nowe elementy. Dokonał tego stosując bardzo prostą sztuczkę. Mianowicie, większość nacji pojawiających się na kartach powieści jest dość zamknięta i mało zainteresowana tym, co położone jest poza granicami ich państewek. Pomysł był przedni, lubię kiedy autorzy mnie zaskakują, chociaż dla mniej odpornego czytelnika plejada całkiem nowych ras może się okazać nazbyt oszałamiająca. Tutaj jednak szanowny autor momentami trochę przegina. To przegięcie gwałtownie się odgięło i dało mi po głowie, kiedy to przedstawiciele rasy nielicznej i mocno zakonspirowanej (jak bezustannie powtarzano w tomie poprzednim i w sporej części tego) okazali się wchodzić od dawna w skład wywiadu Osowców. Inne pomysły pisarza miło mnie zaskoczyły, ale ten akurat pozostawił niesmak.

Podsumowując moje chaotyczne wywody: bywało lepiej. „Krew modliszki” nie porywa tak jak pierwszy tom cyklu, jest jednak kawałem solidnej roboty, zawierającym to, czego mi brakuje w rodzimej fantasy: dopracowanie świata przedstawionego. Dopracowanie do tego stopnia, że świat ów przestaje być jedynie tłem wydarzeń, a staje się niemal równoprawnym bohaterem. Dlatego, mimo niedociągnięć, polecam, zwłaszcza miłośnikom solidnej fantasy.

Tytuł: Krew modliszki
Autor: Adrian Tchaikovsky
Tłumacz: Andrzej Sawicki
Tytuł oryginalny: Blood of the mantis
Cykl: Cienie Pojętnych
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2010
Stron: 431


P.S. Przepraszam za  chaos w tej notce, ale święta sprawiły, że nie mam weny... Jeśli ktoś jest ciekawy, to szkic przedstawia jedną z bohaterek - Tynisę, pól - modliszkę, a pół - pajęczycę. Chociaż i on wyszedł mi nieco topornie.

niedziela, 21 listopada 2010

Wy nie wiecie, a ja wiem, jak rozmawiać trzeba z psem... to znaczy, z wilkenem - "Wilken: Bracia krwi" Di Toft


Jeśli przyjrzeć się zdjęciom okładki „Wilkena” zamieszczonym w Internecie, można się przestraszyć. Spogląda na nas wyleniały psi pysk, którego nie jeden rodzic bałby się pokazać dziecku. Ale to tylko pozory! Mnie dała odpowiedni pogląd na książkę dopiero recenzja Arii, która (Aria, nie recenzja) też mi wspaniałomyślnie pożyczyła książkę (dzięki wielkie!). I co się okazało po naocznych oględzinach „w realu”? Że równie urzekającej okładki nigdy nie widziałam. Wystarczy lekko ją przechylić, aby na naszych oczach wyleniały wilczek zamienił się w chłopca. I tylko oczy pozostają te same. A i w środku książka zrobiona jest niezwykle przyjaźnie: spora czcionka i interlinie nie męczą wzroku, więc mali czytelnicy mogą sami poznawać przygody pewnego chłopca i jego najlepszego przyjaciela. A teraz…

…a teraz wyobraź sobie… Masz trzynaście lat. Dziadek właśnie obiecał spełnić jedno z twoich największych marzeń: jedziecie obejrzeć szczeniaka owczarka niemieckiego, albinosa, którego chce sprzedać znajomy dziadka. Po przyjeździe okazało się jednak, że pies o którym mowa szczeniakiem był, ale trzy lata temu. W dodatku wygląda, jakby ktoś powyskubywał mu losowo wybrane kępki sierści i śmierdzi krowim łajnem, w którym przed chwilą się wytarzał. Masz absolutne prawo być rozczarowanym prawda? Nat Carver, bohater opowieści, również był. Jednak postanowił przygarnąć Woody’ego. W krótkim czasie okazało się jednak, że zamiłowanie do ekscentrycznych fryzur i nietypowych perfum nie jest jedyną wadą pupila. O wiele bardziej kłopotliwy okazuje się fakt, że podczas pełni pies (a właściwie wilken, bo tym w istocie jest Woody) zmienia się w chłopca, a poza tym jest poszukiwany przez pewnych bardzo niebezpiecznych ludzi… Co ma w tej sytuacji zrobić trzynastoletni chłopiec? Przekonajcie się sami. Najlepiej razem z waszymi pociechami.

Wygląda na to, że pani Di Toft dokonała nie lada ekwilibrystyki. Z jednej strony wpisała się w nurt wampiryczno – wilkołacki, który od czasów „Zmierzchu” panuje niepodzielnie na półkach z literaturą młodzieżową, z drugiej udało jej się napisać powieść, która nie jest typowym romansem dla trzynastolatek. Wręcz przeciwnie: jest to urzekająca powieść przygodowa, w której akcja wartko płynie i nie ogranicza się do wzdychania biednego dziewczęcia do obiektu marzeń. Udało jej się zastosować nawet kilka nowatorskich rozwiązań (między innymi tytułowy wilken, który jest przesympatyczny i nigdzie indziej nie spotykany). I chociaż starszego czytelnika zwroty akcji raczej nie zaskoczą, to młodszy będzie czytał z wypiekami na twarzy, tak jak ja niegdyś pierwszy tom przygód małego czarodzieja (chyba wszyscy wiedzą, o kim mowa, prawda?;)).

Nawet styl pisania pani Toft jest zbliżony do pani Rowling, chociaż akcenty humorystyczne rozkładają się u nich zupełnie inaczej. Powieść napisana jest prosto, lecz żywo, bohaterowie zdają się stać nam przed oczami niczym na filmowym ekranie. Tłumaczowi również należy się uznanie za kawał dobrze wykonanej roboty. Nie mam mu nic do zarzucenia, ale jakiś mały, złośliwy diablik we mnie dziwił się, dlaczego autorka wytłumaczyła, co to jest wyżymaczka, ale nie pisnęła słówka o tym, co to znaczy „oniryczny”… Ale to bardzo małostkowy diablik, więc go zignoruję.

Dla mnie „Wilken” jest godnym następcą „Harrego Pottera”. I wielka szkoda, że nie miał takiej promocji jak mały czarodziej czy choćby „Eragon” (w przeciwieństwie do niego, „Wilken” byłby jej wart). Książka nie tylko bawi, ale jednocześnie, mimochodem, pokazuje, jak wielka jest wartość przyjaźni. Mam tylko nadzieję, że pani Toft ma plan na dalsze części i ta magiczna książeczka nie przeistoczy się w ciągnący się jak stara guma do żucia, chaotyczny cykl.Ostrzegam tylko wszystkich rodziców, którzy zdecydują się sprezentować „Wilkena” swojej progeniturze: przygotujcie dodatkowe fundusze na wyprawkę dla szczeniaka. Ewentualnie dobre argumenty, które uzasadniałyby waszą odmowną odpowiedź na usilne błagania dziecka o „szczeniaczka, najlepiej takiego białego owczarka niemieckiego”.

*Portret Woody'ego wykonałam sama. Na papierze wygląda nieco lepiej, ale nic nie poradzę na ograniczenia sprzętu skanującego.:(

Tytuł: Wilken: Bracia krwi
Autor: Di Toft
Tłumacz: Jarosław Włodarczyk
Tytuł oryginalny: Wolven
Cykl: Wilken
Wydawnictwo: Bukowy Las
Rok: 2010
Stron: 310
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...