Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Feeria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Feeria. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 września 2020

"Dramat zwierząt domowych" Achim Gruber

Książki o pracy weterynarzy należą do moich ulubionych. Niestety, niewiele się ich w Polsce wydaje, bo poza cyklem Jamesa Herriota (który niezbyt przypadł mi do gustu) wyszły bodajże cztery. Nic więc dziwnego, że kiedy wydawnictwo Feeria zapowiedziało „Dramat zwierząt domowych” Achima Grubera, wzbudziło to we mnie wręcz niezdrowy entuzjazm. Z nadziejami, po ostatnim rozczarowaniu, byłam nieco ostrożniejsza.

Książka Grubera to nie do końca jest opowieść o pracy weterynarza (właściwie jest nią tylko w niewielkim stopniu). Przede wszystkim autor co prawda sam jest weterynarzem, ale patologiem, więc rzadko spotyka się w pracy z żywymi zwierzętami (bo nawet jeśli jego pacjenci akurat nie kopnęli w kalendarz, to dostaje najwyżej wycinki ich tkanek). Co ma swoje zalety, bo o ile o pracy standardowych wetów w przychodniach można obejrzeć multum seriali, jeśli poczytać się nie da, to o pracy takich wysoko wyspecjalizowanych lekarzy weterynarii trudno cokolwiek gdzieś znaleźć (zresztą, jak pisze sam Gruber, większość z nich zostaje na uczelniach i nie prowadzi praktyki). Niemniej, choć autor o swoich przypadkach pisze, zawsze są one tylko pretekstem o omówienia jakiegoś szerszego zagadnienia. Przyznam, że to mój ulubiony zabieg w przypadku książki popularnonaukowej.

środa, 23 maja 2018

"Zadziwiający świat ptaków" Jim Robbins


Jak wiadomo, ekoliteratura ptakami stoi – gdybym miała wnioskować po swoich osobistych obserwacjach, to co najmniej 60% książek wydawanych w tym nurcie jest właśnie o ptakach. W sumie mnie to nie dziwi, podglądanie ptaków stało się ostatnio bardzo modnym hobby, a jeśli kogoś nie stać na wojaże po świecie w celu uganiania się za co bardziej egzotycznymi okazami (lub nie ma tyle samozaparcia, żeby zarywać noce w celu obserwacji, powiedzmy, sów), to przynajmniej sobie o nich poczyta. Jednak nie opisywanie egzotycznych gatunków jest celem Jima Robbinsona (choć i od tego nie stroni).

„Zadziwiający świat ptaków”
miał nam bowiem przybliżyć ptaki jako kolektyw, wskazać ich rolę i zasługi dla świata. Aby to jakoś usystematyzować, autor podzielił swoją książkę na cztery sekcje tematyczne o klarownych tytułach: „Co ptaki mówią nam o świecie przyrody?”, „Ptasie dary”, „Poznawanie siebie dzięki ptakom”, „Ptaki i nadzieja na lepszą przyszłość”. W każdej sekcji zaś umieścił kilka felietonów o zbliżonych założeniach konstrukcyjnych: trochę atrakcyjnie podanej wiedzy i trochę człowieka (naukowca z jego badaniami, hodowcy z jego zwierzętami czy sokolnika z jego pasją). Mimo pewnej nieprzyjemnej powtarzalności, to całkiem atrakcyjna, przejrzysta i przemyślana forma, choć człowiek odnosi wrażenie, że teksty wcześniej ukazywały się cyklicznie w jakimś czasopiśmie (wrażenie bierze się stąd, że pewne fakty są kilkukrotnie powtarzane przez autora w niemal niezmienionej formie).

Czy się udało? Hm, mnie osobiście trudno powiedzieć. Problem z faktami naukowymi polega na tym, że ich liczba jest ograniczone (a nowe nie pojawiają się znowuż aż tak szybko) i jeśli ktoś czyta wiele książek na dany temat (jak ja), to w pewnym momencie zawarte w nich informacje zaczynają się powtarzać, co prowadzi do znużenia. Robbins tej powtarzalności nie uniknął (bo i nie miał na to szans, jeśli chciał pozostać przy popularniejszych zagadnieniach), ale znalazł sposób na uniknięcie znużenia. Otóż wybierał sobie barwnych rozmówców z ekscentrycznym podejściem do omawianego tematu (ale też często i tytułem naukowym), które pozwalało na pokazanie czegoś w innej niż zwykle perspektywie. Na mnie działało.

Żeby nie było zbyt słodko, autor ma też kilka irytujących manier. Przedstawienie jego interlokutorów ma w sobie coś z relacji w kolorowych pisemkach – niezależnie od tego, czy mowa o profesorze renomowanej uczelni, czy czarnoskórym sokolniku pracującym z trudną młodzieżą, zaczynamy od opisu i podania wieku (fakt, że autor jednak wznosi się o kilka poziomów wyżej nad liczbę lat podaną w nawiasie). Poza tym ma irytująca manierę udowadniania zawsze i wszędzie, że badania, o których akurat pisze mogą mieć kluczowe i praktyczne znaczenie dla rozwoju technologii/cywilizacji/medycyny/ wstaw cokolwiek. Mam wrażenie, że to dość częste podejście w książkach pisanych przez dziennikarzy (w tych pisanych przez naukowców jeszcze się nie potkałam), ale strasznie go nie lubię, bo sugeruje, że chęć poszukiwania wiedzy dla samego zbadania, jak coś działa jest niewłaściwa.

Ale poza moimi osobistymi dąsami, książka napisana jest bardzo przystępnie. Autor posługuje się stylem raczej przejrzystym, niż charakterystycznym, co w sumie nie jest wadą. Przyjemnie się to czyta, nawet jeśli wcześniej z omawianymi zagadnieniami nie miało się do czynienia.

Ogólnie jest to warta polecenia pozycja dla miłośników ptaków – rozstrzał tematyczny powinien zadowolić nawet najbardziej wymagających, bo zaczynamy od ewolucji lotu, poprzez ekonomiczne i ekologiczne skutki pozyskiwania guana, a na wykorzystaniu ptaków drapieżnych w resocjalizacji kończymy. Wydanie też jest bardzo estetyczne, zarówno okładka, jak i ilustracje wewnątrz są zgrane i dobrane tematycznie. Lubię ładną różnorodność. Wam też się spodoba.
Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Feeria.
Tytuł: Zadziwiający świat ptaków
Autor: Jim Robbins
Tytuł oryginalny: The Wonder of Birds
Tłumacz: Anna Binder
Wydawnictwo: Feeria
Rok: 2018
Stron: 408

środa, 23 sierpnia 2017

"Ukryte życie lasu" David Haskell

Mimo że mamy ostatnimi czasy wysyp szeroko pojętych pozycji przyrodniczych różnej proweniencji, rzadko się zdarza, aby któraś z nich brała udział w nominacjach do jakiejś prestiżowej nagrody. Dlatego też, kiedy usłyszałam, że książce Davida Haskella się to udało, natychmiast się nią zainteresowałam. Pierwszy rekonesans wypadł dobrze – autor jest naukowcem, więc raczej wie, o czym pisze, pomysł na książkę też miał oryginalny. Pozostawało jeszcze sprawdzić, jak sobie radzi z piórem.

Jakiż to ciekawy pomysł w „Ukrytym życiu lasu” autor wykorzystał? Otóż postanowił wyznaczyć sobie w pobliskim lesie krąg o średnicy metra i przez cały rok go obserwować, a obserwacje (i dygresje do nich) przelewać na papier. Dzięki temu miał (a z nim czytelnik) możliwość podpatrywania rocznego cyklu życia lasu i pisania relacji z pierwszej ręki, a czasem nawet i przeżyć to, co przeżywają tegoż lasu mieszkańcy na własnej skórze.

Książką składa się z krótkich rozdziałów – każdy z nich to opis dziennej obserwacji, opatrzony datą jej przeprowadzenia. Ale autor nie relacjonuje sucho tylko tego, co akurat widzi. Raczej traktuje swoje spostrzeżenia jako pretekst to wysnucia opowieści o jakimś drobnym elemencie przyrody, który akurat obserwuje, a którego zwykle się nie dostrzega – nie dlatego, że rzadko występuje, ale dlatego, że jest albo zbyt niepozorny, albo zbyt pospolity, żeby zwracać na niego uwagę. Kwitnące przylaszczki są więc pretekstem do rozważań o ziołolecznictwie, ptaki śpiewające dają pretekst do rozważań o trudach zimy, migracji i ewolucji, zaś zwyczaje rozrodcze ślimaków… dobra, one są tak interesujące, że zajmują cały rozdział.

Przy czym Haskell jest jednym z niewielu autorów piszących o przyrodzie, którzy aspirują do literackości (to rzadkość – większość autorów ma po prostu ciekawe rzeczy do powiedzenia, więc przymyka się oko na warsztat, część jest dobrymi gawędziarzami. Osoby pretendujące do literackości mogę jak dotąd policzyć na palcach jednej ręki). Pisze językiem barwnym, precyzyjnym, miejscami nawet poetyckim. Może nie każdemu jego styl (miejscami trochę przerysowany) się spodoba, ale dla mnie jest jednym z ciekawszych w (powiedzmy) gatunku.

Jeśli chodzi o stronę merytoryczną, to… Przekład przeszedł konsultację merytoryczną i powiem szczerze, że to widać (autor opisuje tyle drobnych stworzeń glebowych i gatunków roślin zielnych, ze o babola naprawdę łatwo). Zauważyłam tylko jeden błąd rzeczowy – w rozdziale o sępniku można znaleźć akapit, z którego wynika, że ptaki te żyją w Indiach, co nie jest prawdą (w Indiach i w ogóle w Starym Świecie żyją sępy należące do rodziny jastrzębiowatych; sępniki należą do kondorowatych. Te rodziny nie są ze sobą szczególnie blisko spokrewnione).

Lektura „Ukrytego życia lasu” była satysfakcjonująca. Przyznam, że to jeden z ciekawszych tytułów z nurtu eko, z jakim się spotkałam. Oby więcej takich.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Feeria.

Tytuł: Ukryte życie lasu. Rok podglądania natury
Autor: David Haskell
Tłumacz: Katarzyna Sosnowska
Tytuł oryginalny: The Forest Unseen
Wydawnictwo: Feeria
Rok: 2017
Stron: 344

wtorek, 23 lutego 2016

"Armada" Ernest Cline

„Player one” Ernesta Cline nie zdobył u nas szczególnej popularności, mimo że za granicą swego czasu był bestsellerem. Mnie jednak bardzo się spodobał. I dlatego jak tylko dowiedziałam się, że autor napisał kolejną powieść i właśnie wydano ją w Polsce, musiałam się zapoznać. Recenzje kolegów blogerów i koleżanek blogerek co prawda znacznie ostudziły mój entuzjazm i stanęło na tym, że otwierając książkę, spodziewałam się najgorszego. Na szczęście okazało się, że nie jest tak źle.

Zack Lightman jest przeciętnym, trochę nerdowatym nastolatkiem. W szkole idzie mu przyzwoicie (pomijając pewien incydent sprzed kilku lat) znajomi są spoko, mama super (ojca Zack nie ma, bo zginął, kiedy chłopak był niemowlakiem), a dorywcza praca najlepsza na świecie. Dlatego, że Zack pracuje w sklepie z grami komputerowymi a szef pozwala mu grać w pracy w ulubioną grę sieciową – „Armadę”. W tym Zack jest naprawdę dobry, szóste miejsce w klasyfikacji światowej mówi samo za siebie. Tym większa jest jego konsternacja, kiedy jeden ze statków gierczanych obcych (bo w „Armadzie” chodzi o to, żeby strzelać do statków obcych) pojawia się pewnego dnia za szkolnym oknem. Czy to początek nowej przygody, czy po prostu czas odstawić grę?

Największym grzechem „Armady” jest dość przewidywalna fabuła. „Player one” był ostatecznie opowieścią o chłopaku, których chciał wygrać w grę i to było odświeżające (plus autor zmontował bardzo ciekawą zagadkę i w pełni wykorzystał możliwości oferowane przez wirtualny świat, w którym rozgrywa się większość wydarzeń z powieści). W „Armadzie” mamy ratowanie świata. Znowu, jak w coś koło dziewięćdziesięciu procentach fantastyki młodzieżowej. Samo wybranie takiej fabuły tworzy ogromne ryzyko, że powieść będzie wtórna, a niestety tym razem wirtualny świat nie dostarczył nam możliwości zaskoczenia czytelnika. Szczerze mówiąc, nie mam nic przeciwko pewnej dozie wtórności, ale jestem w stanie zrozumieć rozczarowanie fanów liczących na zaskoczenia takie jak w poprzedniej powieści autora.

Cóż, ponieważ tym razem autor na miejsce akcji wybrał nasz zwyczajny świat, miał nieco mniej możliwości. Zrezygnował też z zagadki, co trochę kiepsko wpłynęło na ekspozycję różnych popkulturowych nawiązań. Widzicie, w „Player one” większość z nich byłą celowa – prowadziły do rozwiązania zagadki. W „Armadzie” po prostu były. Z jednej strony to fajnie, bo lubię nawiązania (a tym razem były w większości z okresu, który pozwalał mi je znać, a nie z lat osiemdziesiątych) ale z drugiej znacznie ciekawiej jest, kiedy przyświeca im jakiś wyższy cel fabularny.

Bohaterowie są całkiem przyjemni, ale niestety mało wyraziści. Oczywiście głównym jest Zack, zasadniczo odpowiadający stereotypowi grającego w gry nastolatka. I… to w zasadzie tyle. O innych graczach, pojawiających się na kartach powieści można w zasadzie powiedzieć to samo (wyjąwszy może fakt, że nie wszyscy są nastolatkami). Hm, jak teraz na to patrzę, to bohaterowie są dość jednorodni. Nawet wszyscy pochodzą z mniej lub bardziej niepełnych rodzin, co w pewnym momencie robi się trochę dziwne (patrz scenka, gdzie najlepsi gracze lecą sobie razem promem i to jeden, to drugi przebąkuje, któż mu tam z najbliższej rodziny obumarł, bo każdemu ktoś). Ech, tęsknię za bohaterem, który wychował się w normalnej rodzinie…

No i tak, z jednej strony „Armadę” czyta się bardzo przyjemnie, zwłaszcza jeśli nie znało się wcześniej „Player one”. Z drugiej, jeśli jednak się „Player one” czytało, to pozostaje pewien niedosyt. Cóż, przynajmniej wydawca dołożył wszelkich starań, żebyśmy dostali książkę ładną, jeśli już nie może zadowolić wszystkich czytelników. Bo co by o „Armadzie” nie mówić, wygląda wystrzałowo.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Feeria.


Tytuł: Armada
Autor: Ernest Cline
Tytuł oryginalny: Armada

Tłumacz: Jarosław Irzykowski
Wydawnictwo: Feeria
Rok: 2016
Stron: 444


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...