Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Jamiołkowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Jamiołkowski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 listopada 2018

"Szczęściarz" Marcin Jamiołkowski

Po dwuletniej przerwie (i kilkukrotnym przekładaniu daty premiery) w końcu w moje łapki trafił czwarty już tom cyklu o Herbercie Kruku, warszawskim magu. Poprzednia trylogia stanowiła pewną zamkniętą całość i autor sugerował już, że w czwartym tomie klimat opowieści nieco się zmieni i zaczniemy nową przygodę, przynajmniej w pewnym stopniu. I nie wiem, czy to dłuższa przerwa pomiędzy tomami zniekształciła mi percepcję, ale mam wrażenie, że zmiany są nie tylko fabularne, ale także w sposobie prowadzenia narracji.

wtorek, 21 czerwca 2016

"Bezsenni" Marcin Jamiołkowski

Najgorsze jest pisanie wstępów. Niby powinno być oryginalnie, ale co tu oryginalnego wymyślić, kiedy się zaczyna notkę na temat trzeciego tomu jakiegoś cyklu (a co dopiero będzie przy dziesiątym)? Niemniej, fantastyka cyklami stoi, więc był czas przywyknąć. W tym przypadku przywykałam od dwóch tomów, więc powinnam być zahartowana. Nie przedłużając więc, zapraszam o przeczytania moich wrażeń z lektury trzeciego (i nie ostatniego) tomu Herberta Kruka.

Herbertowi udało się dostać na przyjęcie organizowane przez Złotą Kaczkę. A to nie w kij dmuchał, Złota Pani to najpotężniejsza magiczna istota w Warszawie (a przynajmniej jedna z najpotężniejszych). Oczywiście Herbert przybył tam w konkretnym celu – dowiedzieć się, gdzie na ostatnie trzydzieści lat przepadła jego matka. Ale Złota Pani ma dla niego przy okazji zadanie do spełnienia, a szaleństwa kilkudniowej imprezy mają dość nieoczekiwane konsekwencje.

„Bezsenni” są dłużsi od „Orderu”, mają objętość zbliżoną do „Okupu krwi”. Wyszło im to na dobre, bo akcja nie jest tak mocno skondensowana. Autor wprowadza dwa równoległe wątki, przez co czytelnik nie nuży się jednym, wałkowanym bez przerwy tematem. Dzięki temu też akcja nie leci na łeb, na szyję, choć pozostaje wartka. Inna rzecz, że Jamiołkowski wprowadził bardzo dużo nowinek właściwie znienacka, co może czytelnika przytłaczać (mogą sobie z Butcherem rękę podać).

Przykro mi, bardzo się starałam, ale nie mogę nie porównywać cyklu o Herbercie Kruku z „Aktami Dresdena” – obie serie są zbyt podobne i obie bardzo lubię. Ale na etapie trzeciego tomu widać pewne różnice. Pierwsza jest taka, że podczas gdy Butcher, pisząc trzeci tom swojej opowieści, zdawał się już wiedzieć, dokąd to wszystko zmierza i zakładał jakąś zamkniętą całość, tak Jamiołkowski chyba jeszcze tego nie wie i nie zakłada. Nie ma w tym nic złego, w końcu seria o warszawskim Kruku może równie dobrze pozostać zbiorem luźno związanych epizodów, nikt nie karze jej się łączyć w spójną całość. Ale osobiście uważam, że wrażenie celowości wyszłoby cyklowi na dobre. W ten sposób można pokazać czytelnikowi, że się wie, co się właściwie robi.

Sam Herbert robi się coraz bardziej podobny do Harryego Dresdena. Niby nie jest detektywem, ale coraz bardziej w swoje poczynania angażuje służby (inna rzecz, że jeżeli akurat poluje na jakieś magiczne niewiadomoco, które morduje ludzi, to w normalnym kraju nie ma siły, żeby służby się sprawą nie zainteresowały). Fascynująca jest jednak różnica, z jaką obaj bohaterowie podchodzą do zabijania swoich wrogów. Harry co prawda bez wyrzutów sumienia ciśnie w nich fireballem w zamkniętym pomieszczeniu, ale kiedy musiał własnoręcznie odstrzelić człowieka, to przeżywał to przez wiele miesięcy. Herbert zdaje się nie mieć takich rozterek, jeśli wina jest ewidentna, zostanie wykonana najwyższa kara. I to mnie trochę zastanawia. Bo tak, z jednej strony czytelnicy przyklasną decyzjom Herberta, boć to właśnie należało zrobić. Ale z drugiej… to jest przecież zwykły człowiek, nie miał dotąd do czynienia z niczym wystarczająco paskudnym na tyle często, żeby się całkiem uodpornić, a u zwykłych ludzi zabicie kogoś powinno zostawić jakiś ślad lub opór. Jak dotąd nie mamy informacji żeby coś takiego się z Herbertem działo. I być może jest to wpływ magicznej metalowej ręki i tytułu obrońcy miasta oraz syreniej magii (jak sugerowano w poprzednim tomie), ale trochę brakuje mi w tym momencie refleksji. Jeśli czujemy, że coś zmienia naszą osobowość, to chyba poświęcamy temu jednak nieco więcej uwagi, niż jedno zdanko. Tak mi się wydaje.

Skoro już przy bohaterach jesteśmy, to oczywiście kilku starych znajomych spotkamy. Jest więc Zazel, gdzieś tam miga Anna, a i oficer BORu z poprzedniego tomu się pojawia. Poza tym autor wprowadził kilka nowych postaci, co do których jeszcze nie jestem pewna, czy zostaną na dłużej, czy już się nie pojawią (oceniając po dotychczasowych dokonaniach, raczej to drugie, ale nie przesądzajmy). No i jest Tycjana. Z nią mam pewien problem.

Tycjana mogłaby być bardzo interesująca postacią kobiecą. Ale nie do końca wyszło, bo autor za mało nam o niej mówi. Właściwie wiadomo tylko, że kręci się przy Dworze Złotej Pani, miała ciężkie dzieciństwo, cięty język ciągle ma. I to wszystko. Bardzo fajnie czyta się jej rozmówki z Herbertem i docinki z Zazelem, ale niewiele z tego wynika. Dodatkowo człowiek ma wrażenie deja vu, bo kwestie Tycjany, jej przebojowość i zachowanie bardzo przypominają to, co prezentowała nam Anna w pierwszym tomie (plus drobne złośliwości). Mam nadzieję, że Jamiołkowski nie okaże się jednym z tych autorów, który potrafi pisać tylko jedną postać kobiecą w fąfdziesięciu odsłonach. (No dobra, jest jeszcze Złota Kaczka, ale ona pełni tu całkiem zasłużoną rolę udzielnej królowej. Bardzo łaskawej zresztą, jak na istotę nadprzyrodzoną. Wychodzi na to, że w Polsce mamy łaskawe istoty nadprzyrodzone i bezwzględnych magów, zaś w USA na odwrót).

Podsumowując, „Bezsenni” są opowieścią dużo zgrabniejszą niż „Order”. Mają co prawda wady, ale nie aż takie, żeby zepsuć mi radość czytania tej czysto rozrywkowej opowieści. Czekam na kolejny tom. 

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Genius Creations

Tytuł: Bezsenni
Autor: Marcin Jamiołkowski
Cykl: Herbert Kruk
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok: 2016
Stron: 308

piątek, 13 maja 2016

"Keller" Marcin Jamiołkowski

„Keller” wydano jako drugą powieść Jamiołkowskiego (pierwszą był „Okup krwi”). I właściwie już na etapie założeń fabularnych sprawiał mi problem, bo z tego typu pomysłami mam kiepskie doświadczenia. Niemniej, pomyślałam, skoro autor mnie nie zawiódł wcześniej, to może i teraz mu się uda.

Keller jest kosmicznym przemytnikiem. Ale nie takim zwyczajnym, tylko jednym z najlepszych (Han Solo enybody?) i przy tym uchodzi za względnie uczciwego w swoim fachu. Nic więc dziwnego, że zainteresowali się nim ważni ludzie. Czasem bowiem ważni ludzie mają do zrobienia ważne rzeczy w sposób niekoniecznie legalny, a przecież rąk brudzić sobie nie będą. Na przykład taki wywiad Układu Polonusa w porozumieniu z Watykanem ma do odzyskania pewne relikwie, znajdujące się obecnie w pieczy nowego (no, względnie nowego) Kościoła Pontifexańskiego. Zgadnijcie, kogo „poproszą” o przysługę?

Jeśli polski autor miesza do fabuły realnie istniejącą religię, to w przytłaczającej większości przypadków wychodzi z tego gniot. Mniejszy lub większy, ale zawsze gniot. Bo niestety autorzy, mam wrażenie, czują wewnętrzną potrzebę pokazania czytelnikowi, jak bardzo kontrowersyjni są. Wielokrotnego i subtelnego jak muśnięcie walcem drogowym, żeby czytelnik na pewno zauważył, często ze szkodą dla innych elementów powieści. Dlatego do „Kellera” podchodziłam z niepokojem – byłoby przykro, gdyby autor, którego lubię, popełnił błąd kolegów po piórze. I tu nastąpiło miłe zaskoczenie – Jamiołkowski po prostu wykorzystał waśnie religijne jako kolejny z motywów powieści. Trochę sobie z nich podworował, trochę popuszczał oczko do czytelnika, ale nie było żadnego epatowania kontrowersyjnością. Ot, po prostu dobry motyw dla przygotówki – a przynajmniej równie dobry, jak każdy inny.

„Keller” to typowa spaceopera w sensie rozrywkowym. Autor na żadną głębię czy drugie dno się nie silił. Chciał tylko dostarczyć odbiorcy kilku godzin skoncentrowanej rozrywki. Nie znaczy to jednak, że się nie przyłożył do zadania. „Keller” ma szczegółowo zaplanowaną intrygę (choć może nie tak zaskakującą, jak bym chciała. Chyba po prostu już za dużo książek przeczytałam), interesujące pomysły, zarówno klasyczne, jak i nietuzinkowe rozwiązania fabularne, a także dobrze zaprojektowanych bohaterów. Wszystko to, co do dobrej rozrywki potrzebne.

Skoro już wspomniałam bohaterów, to może tu wstawię akapicik o postaci, która wydaje mi się abominacją w tej powieści (a to dlatego, że zaniża poziom). Nie jest ważna, epizodyczna raczej, ale tak mnie zadziwia i irytuje, że aż zasłużyła na osobny akapit. Chodzi o Mykeya (którego imię(?) jest konsekwentnie w książce odmieniane z apostrofem, choć chyba nie powinno), pokładowego lekarza, ćpuna i seksoholika, mającego chyba w założeniu być elementem komicznym. Otóż nie jest. I nawet nie dlatego, że żarty o ćpaniu, chlaniu, sprowadzaniu panienek i niesubordynacji mnie nie bawią (choć nie bawią), ale dlatego, że nie potrafię w niego uwierzyć. Widzicie, mam wrażenie, że Mykey w zamyśle miał być kimś w rodzaju Jaskra – w końcu sporo problemów zarówno wiedźmina, jak i poety była spowodowana jego pociągiem do płci przeciwnej. Ale Jaskier był przystojny, zabawny, inteligentny, potrafił pięknie mówić (w końcu poeta) i być bardzo czarujący, kiedy chciał. Nie było problemu z uwierzeniem, że dowolną dziewczynę potrafi sobie w ciągu godziny owinąć wokół palca (no, powiedzmy, że palca). Tymczasem Mykey… Chyba nawet jest opisywany jako zabójczo przystojny, ale jego zdolności flirtu najwyraźniej kończą się na tekście „Ruchasz się, czy trzeba z tobą chodzić?” przy czym jest zwyczajnie obleśny. I ja mam uwierzyć, że w dowolnym mieście na dowolnej planecie jest w stanie w ciągu pół godziny znaleźć atrakcyjną dziewczynę, z którą nie trzeba chodzić? Wolne żarty, panie autor.

Pozostali bohaterowie na szczęście wypadają znacznie lepiej. Głównych mamy czwórkę, bardzo sprawiedliwie, bo dwóch panów i dwoi panie. Tytułowy Keller to taki słodki awanturnik – najbliżej mu chyba do Hana Solo, tylko tajemniczą przeszłość ma barwniejszą (pomysł na mroczny sekret z przeszłości naprawdę autorowi wyszedł). Jest nieco bezczelny, ma trochę z trikstera, ale od razu wiadomo, że w gruncie rzeczy jest dobrym człowiekiem. Krótko mówiąc, jeden z tych typów bohaterów, do którego Moreni ma słabość. Jego najlepszym przyjacielem jest Craftsheek. On z kolei jest kwintesencją tropu wiernego towarzysza, ale akurat to posunięcie ze strony autora ma solidne uzasadnienie w tekście. W sumie porządny z niego gość, nieco melancholijny, spokojny i zrównoważony. Stanowi przeciwwagę dla temperamentu Kellera. Lubię go.

Panie mamy również dwie (to znaczy, ogólnie jest ich więcej, ale dwie mają kluczowe znaczenie dla fabuły). Val jest agentką przysłaną do pomocy i nadzorowania działań Kellera. Właściwie ją wyhodowano, a nie wychowano, zmieniając w dobrze wytresowaną maszynę do zadań specjalnych. Jednak dziewczyna potrafi myśleć samodzielnie, a traumatyczna przeszłość nie pozostała jej obojętna. To dodaje zaskakującej głębi tej postaci (u zagranicznego autora by mnie to nie zdziwiło, ale wiedząc, co polscy potrafią robić z bohaterkami tego typu, jestem pozytywnie zaskoczona). Drugą jest Beatrix. Nie mogę o niej zbyt wiele napisać, bo nie chcę wam psuć zabawy. Powiem tylko, że Beatrix jest osobą publiczną, wbrew własnej woli żyjącą w złotej klatce. Widać, że się w niej dusi, ale ucieczka nie jest prosta (o ile w ogóle możliwa). A autor ciekawie i wiarygodnie jej wewnętrzne życie opisuje.

Właściwie mam tylko jedno zastrzeżenie. Bo widzicie, kreując swój świat, Jamiołkowski nakreślił tło historyczne, dodał tu i ówdzie trochę kolorytu lokalnego i zadbał, żeby poszczególne, odwiedzane przez bohaterów układy nie były swoimi kopiami. Niemniej, kiedy zaczniemy się przyglądać z bliska miastom, które odwiedzamy wraz z bohaterami, zauważymy, że brakuje im detali. Już przy „Okupie krwi” narzekałam na skąpe opisy, ale w „Kellerze” jest ich jeszcze mniej. Biorąc pod uwagę fakt, ze Warszawę z „Okupu” każdy jest sobie w stanie jakoś tam wyobrazić nawet bez opisów, natomiast miasta przyszłości już trudniej, mamy pewien problem.

Czasu poświęconego na przeczytanie „Kellera” z pewnością nie mogę nazwać straconym. To bardzo sympatyczna powieść, może nie idealna, ale raczej z górnej połowy stawki. Coś dla ludzi, którzy chętnie wybraliby się w kosmos, ale niekoniecznie po to, żeby toczyć wojnę z kosmitami. Na lato będzie jak znalazł.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Czwarta Strona



Tytuł: Keller
Autor: Marcin Jamiołkowski
Wydawnictwo: Czwarta strona
Rok: 2015
Stron: 416

wtorek, 15 grudnia 2015

[Przedpremierowo] "Order" Marcin Jamiołkowski

Już za kilka dni, za dni parę (a konkretnie 19.12) będzie można dostać w sklepach nowiutką część przygód Herberta Kruka, czyli „Order”. Poprzednia mnie zachwyciła, więc z ogromnym entuzjazmem podeszłam do drugiej (byłam akurat po spotkaniach z Dresdenem, więc pozostaliśmy w temacie, ale wróciłam do Polski). I powiem wam, że się nie zawiodłam, choć kilka uwag mam.

Po wydarzeniach sprzed kilku miesięcy Herbert próbuje wrócić do normalnego życia. Nie porzuca jednak myśli o zemście – ciągle szuka Schrödingera, niestety, na razie bez skutku. Tymczasem, aby podreperować budżet, gra na wyścigach. Tam też spotyka starszego jegomościa, który prosi go o przysługę. Skradziono bowiem order Virtuti Militari, ale niezwykły – został on bowiem przyznany miastu Warszawa i od tej pory w pewien sposób je chronił. Strach pomyśleć, co planuje złodziej, skoro zależało mu na pozbawieniu miasta tej ochrony…

Może zacznę od uwag (a właściwie jednej uwagi), będziemy to mieli z głowy. Otóż nawet w porównaniu z „Okupem Krwi” (który nie był zbyt bogaty we wszelkiego rodzaju poboczności), „Order” wydaje się mocno skondensowany. Fajnie, że Jamiołkowski nie serwuje nam wielostronicowych opisów wszystkiego, ale sama sucha intryga (sucha w sensie, że bez omasty, nie w sensie, że drętwa) pozostawia zmęczenie i niedosyt. Zmęczenie, bo prowadzona jest wartko i w pewnym momencie czytelnikowi zaczyna brakować oddechu. Niedosyt, bo chętnie bym o tej Warszawie poczytała więcej. I fakt, że autor nie wprowadza nowych postaci, więc nie ma niczego nowego do opisania w ogóle nie jest usprawiedliwieniem. Przydałby się jakiś wątek poboczny. Albo dwa.

Sam Herbert się zmienia – nie do końca pozostaje tym samym bohaterem, którego poznaliśmy w „Okupie Krwi”. Tę przemianę bardzo dobrze autor rozegrał, bo z jednej strony jest ona subtelna i dotyczy tylko niektórych spraw i zagadnień w życiu bohatera, ale też pozostaje narzucana z zewnątrz i choć niejako pokrywa się z wolą Herberta, to jednak pozostaje obca, co nie do końca mu pasuje. Ciekawi mnie bardzo, jak ten konflikt rozegra się dalej.

A skoro już przy bohaterach jesteśmy, to wygląda na to, że autor bardzo ich lubi, co udziela się też czytelnikom, ale z drugiej strony nie przeszkadza mu czasem kogoś sponiewierać. Właściwie że znaczących postaci zostajemy w starym, znanym z „Okupu..” składzie. Ubywa jednego bohatera, dochodzi za to dwójka nowych. To mnie akurat troszkę rozczarowało, bo co prawda od razu widać, że mamy do czynienia z cyklem kameralnym, ale jednak spodziewałam się czegoś więcej (zwłaszcza, że w kwestii czarnych charakterów też nic nas nie zaskakuje – serio, od połowy książki mniej więcej wiedziałam, kto stoi za tym całym zamieszaniem).

Ale ja nie o tym chciałam. Otóż bardzo podoba mi się rozwój postaci drugoplanowych (mam tu na myśli głównie panią detektyw Annę, bo Zazel pozostaje typowym nerdem i w sumie do twarzy mu w tej roli. Alsoł, autorze, I see, what you doing there z Anną i Herbertem i jeszcze nie wiem, czy mnie to cieszy, czy nie). Podoba mi się także podejście autora i jego bohaterów do tak zwanych przypadkowych ofiar. Widzicie, zwykle ta dziewczyna, na którą rzuciło się pomniejszy urok, żeby niczego nie widziała albo ten chłopak, któremu gwizdnęliśmy środek transportu uciekając przed potworem nie obchodzi ani autora, ani protagonisty. Tutaj kiedy bohaterowie chcą wykorzystać losową dziewczynę, pilnują przynajmniej, żeby nie zrujnować jej życia.

Na koniec jeszcze słów kilka o czymś, co zachwyciło mnie już w poprzednim tomie, ale jakoś tak zapomniałam wspomnieć wcześniej, czyli o systemie magicznym. Jest on bowiem uroczo absurdalny i absolutnie oryginalny. Autor oparł go na żywej materii miasta oraz ludzkich przyzwyczajeń. Furda łacińskie inkantacje czy latynizowany bełkot, furda kute na pamięć formułki. Wszak język miasta to język przepisów i biurokracji. I tak doskonałe zaklęcie niewidzialności zapewni przykrycie się tym, co ludzie zwykli w codziennym życiu z premedytacją ignorować (licencje programów i regulaminy umów telekomunikacyjnych, na przykład), a do zmiany postaci wystarczy wyrecytowanie formułki prawnej dotyczącej dowodu osobistego. Może nie brzmi to szczególnie przekonująco, ale w praktyce wypada przekozacko – nie dość, że biurokratyczny bełkot się do czegoś przydaje, to jeszcze nadaje magicznym pojedynkom tragikomiczny rys (a jeśli chodzi o humor, to Jamiołkowski ma świetne wyczucie. Butcher się przy nim jednak chowa).

Podsumowując, drugi tom przygód Herberta Kruka wychodzi na plus, choć przydałoby się go nieco bardziej rozbudować. Ale pewnie trochę przesadzam – drugie tomy trylogii przeważnie są nieco słabsze o początkowych i końcowych. Ważne, żeby zamknięcie było mocne.

 Książkę otrzymałam od wydawnictwa Genius Creations.

Tytuł: Order
Autor: Marcin Jamiołkowski
Cykl: Herbert Kruk
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok: 2015
Stron: 230

wtorek, 28 lipca 2015

"Okup krwi" Marcin Jamiołkowski

Z polskim urban fantasy mam pewien problem. Z jednej strony jest to podgatunek dość często przez rodzimych autorów wybierany (oni generalnie lubią sytuacje, w których magia okazuje się ukrytym elementem znanego świata), z drugiej, niestety, rzadko mnie porywa. Z zagranicznymi nie mam tego problemu – czego nie przeczytam, to strzał może niekoniecznie w dziesiątkę, ale zawsze jednak bliżej środka niż krawędzi tarczy. Do „Okupu krwi” tez podchodziłam bez oczekiwań, choć z pewna taką ciekawością. I powiem wam, że bardzo miło mnie zaskoczył.

Herbert siedział sobie spokojnie w swojej pracowni, kiedy pewien jegomość w bardzo elegancki sposób złożył mu propozycję nie do odrzucenia – albo dostarczy na miejsce powierzoną przesyłkę, albo… no cóż, niech za koniec zdania posłuży ucho jego dziewczyny, dołączone do przesyłki. Nie jest to jednak początek thrillera, Herbert jest bowiem magiem, a i paczka, i groźba, i jegomość również śmierdzą magią na kilometr. Cała intryga, w którą naszego krawca hobbystę wplątano, również jest magiczna. Czy Herbert wyjdzie z niej cało?

Powiem wam, że niespodziewanie wciągnęła mnie ta opowieść. Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się dlaczego. Czym „Okup krwi” różni się od innych powieści? Napisany jest bardzo sprawnie, ale przecież nie on jeden. Doszłam do wniosku, że chodzi o Warszawę. Bo widzicie, autor nie próbuje nam wmówić, że to miasto, jakiego nie znamy, że ono tylko udaje przyjazne i znajome, żeby w chwili nieuwagi wciągnąć nas w ciemny zaułek i pożreć. Nie próbuje budować atmosfery zagrożenia. Warszawa, którą przemierza Herbert to taka sama Warszawa, jaką oglądamy codziennie z okna czy w telewizorze. To ludzie są niezwykli. Ludzie, którzy potrafią zmusić uliczne latarnie do uprawiania szermierki. Ludzie, którzy w nieużywanych podziemiach szpitala oddają cześć mitycznym jaszczurom. Wreszcie ludzie, którzy oszaleli z żądzy władzy.

I to jest właśnie to, co jak dotąd różniło polskie urban fantasy od zagranicznego i co mi zgrzytało. Bohater przemierzający ulice polskiego miasta albo wypatrywał zagrożenia, albo sam mógł za nie uchodzić. Był intruzem we własnym mieście. Nie znał go, bądź na jego oczach stawało się obce. Bohater amerykański czy angielski w mieście czuje się najczęściej jak u siebie, to jego teren (a jeśli nie jego, to przynajmniej neutralny, nie bardziej straszny czy obcy niż każdy inny). I taki właśnie jest Herbert. Magia go nie przerażą, Warszawa go nie przeraża, zagrożeniem są tylko źli ludzie. I dlatego Herbert może stanąć w jednym szeregu z panem Dresdenem czy Grantem.

Ale pan Kruk to w ogóle fajny chłopak jest, bardzo do Dresdena, którego uwielbiam, podobny. Taki facet z sąsiedztwa, miły, sympatyczny, z poczuciem humory, ale jak potrzeba przyciśnie, to bez wahania (no, powiedzmy) ruszy ratować ukochaną. Ale nie tylko główny bohater się Jamiołowskiemu udał, bo i postacie drugoplanowe ciekawie wyszły. Herbert bowiem swoją zagrożoną dziewicę ratuje przy pomocy baby z jajami. Mogłabym tu narzekać, że Anna trochę za bardzo męska w postępowaniu jest, ale byłoby to niesprawiedliwe czepianie się. Mamy tu po prostu silna kobietę, która jest nie tylko wyskakującym jak bóstwo z maszyny wsparciem głównego bohatera, ale postacią z krwi i kości – oprócz gnata pod kurtką ma też swoje słabości, no i uczucia ma, co chłopczycom zdarza się rzadko. Lubię ją, mam nadzieję, że jednak zachowa licencję prywatnego detektywa. No i jest jeszcze Wyga, jako dopełnienie magicznej trójki. Na razie niewiele można o nim powiedzieć, ale jest potencjał i mam nadzieję, że autor w przyszłości go wykorzysta.

Wspominałam wcześniej o tym, że powieść jest sprawnie napisana. Powiem szczerze, że dawno nie czytałam tak sprawnie napisanego polskiego debiutu (pan wybaczy, panie Wróbel, ale stoisz pan jednak o kilka schodków niżej). Jamiołkowski styl ma może niezbyt charakterystyczny, bon mocikami nie rzuca, za to świetnie prowadzi akcję i doskonale rozkłada akcenty narracyjne. Poza tym lubi sobie nawiązać do tego czy owego utworu (pop)kultury, co wychodzi bardziej naturalnie, niż możnaby oczekiwać. A do tego potrafi w materię żywego (i znajomego) miasta wpleść zarówno legendy, jak i miejskie opowieści, i jeszcze rozegra spektakularną bitwę magiczną.

Powiem wam, że zaczynając tę książkę nie przypuszczałam, że na kontynuację przyjdzie mi czekać z utęsknieniem. A jednak. Ostatnio ta sztuczka udała się jedynie Wegnerowi (i to jest ten moment, kiedy zaczęłam się zastanawiać, czy Jamiołkowski umiałby napisać epickie fantasy…). No więc czekam. I zastanawiam się, o czym Kruk z Dresdenem mogliby pogadać przy piwie – myślę, że bez problemu by się dogadali.

 Książkę otrzymałam od wydawnictwa Genius Creations.

Tytuł: Okup krwi
Autor: Marcin Jamiołkowski

Cykl: Herbert Kruk
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok: 2014
Stron: 210
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...