Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uroboros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uroboros. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 marca 2021

"Zodiaki: Genokracja" Magdalena Kucenty

 
Czytanie debiutów to zawsze pewna loteria. Można trafić na perełkę, można na kompletną katastrofę, ale zwykle jednak trafia się na książki średnie, które dają nadzieję na rozwój autora w przyszłości. Magdalena Kucenty nie jest taką całkiem świeżą debiutantką, bo pisuje sporo opowiadań (te, które zdarzyło mi się przeczytać były całkiem udane), zawodowo zaś pisze scenariusze do gier. „Zodiaki: Genokracja” (które otrzymałam dzięki uprzejmości księgarni TaniaKsiazka.pl) to jednak jej pierwsza powieść, a przesiadka z krótkiej formy na długą choć zapewnia pewne profity, to bywa ryzykowna.

wtorek, 24 listopada 2020

"Szamanka od umarlaków" Martyna Raduchowska


Powieść Martyny Raduchowskiej kupiłam już jakiś czas temu. Zapewne była w promocji i pomyślałam, że czemu nie, w końcu to autorka Hardej Hordy, więc jakiś kredyt zaufania jej się należy. Po czym książka zaległa na regale i pewnie leżałaby tak sobie na nim do tej pory, gdyby nie pewien ciąg przyczynowo-skutkowy. Otóż bowiem autorka napisała dwa kolejne tomy. A Empik Go zaoferował dwa miesiące darmoszki, mając wszystkie trzy tomy w abonamencie. Odezwała się więc moja wewnętrzna cebula i rzekła mi: „Jak teraz sobie przeczytasz tom pierwszy, to będziesz mogła za darmo przeczytać kolejne, jeśli zechcesz.” Posłuchałam więc mojej wewnętrznej cebuli.

sobota, 18 lipca 2020

"Oczy uroczne" Marta Kisiel


Mój związek z Martą Kisiel to trudna sprawa. Pisarka ma duże grono zachwyconych jej twórczością fanów, więc i ja spróbowałam, ale na „Nomen omen” się przejechałam, co mnie na dłuższy czas odstraszyło. Niemniej, ponieważ Marta Kisiel ma duże grono zachwyconych jej twórczością fanów, jej powieści i opowiadania są stałym elementem nominacji do nagrody Zajdla. W zeszłym roku w nominacjach wylądowała z powieścią i opowiadaniem i właściwie tylko dlatego zapoznałam się z „Szaławiłą”. Nawet mi się spodobało, więc postanowiłam kiedyś dać szansę powieści, do której stanowiło prequel. W tym roku owa powieść pojawiła się w nominacjach, a że akurat miałam pod ręką ebooka, to postanowiłam zapoznać się z „Oczami urocznymi”.

wtorek, 9 lutego 2016

"Nomen Omen" Marta Kisiel

Można zaryzykować stwierdzenie, że Marta Kisiel jest ukochaną autorką blogosfery. W końcu sama twierdzi, że to blogerzy sprzedali jej debiutancką powieść. Debiutanckiej jak dotąd nie czytałam, więc nie wiem, czy koleżanek i kolegów po klawiaturze zachwyty były słuszne, niemniej wpadła mi w ręce druga książka autorki, mianowicie „Nomen Omen”. Jak wiadomo rasowy mól darowanej książce nie zagląda w kartki – doszłam do wniosku, że jak się nie ma zachwalanego debiutu, to się z autorką zapoznam po również ciepło przyjętej drugiej latorośli.

Salkę Przygodową los pokarał rodziną dość specyficzną, bo bardzo… hm, nowatorsko podchodzącą o kwestii prywatności (sama Salka pozostaje dość konserwatywna w temacie). Kiedy więc jej matka opowiada o nierozbudzonej seksualności swojej córki o jednemu akwizytorowi za dużo, Salka postanawia uciec z rodzinnego miasteczka do Wrocławia. Wynajmuje tam pokój w starym domu należącym do osobliwych staruszek. Niestety wkrótce przekonuje się, że od rodziny tak łatwo nie ucieknie. Na domiar złego po okolicy zaczyna grasować jakiś bandzior napadające młode dziewczyny…

Na początku miałam ogromny problem z tą książką. Po prostu absolutnie mnie nie bawi ubieranie w humorystyczny kostium toksycznych relacji z rodziną. Bo rodzina beztrosko wywlekająca na dowolnie wybrane forum publiczne wszelkie sekrety jednego ze swoich członków, mimo że ten wyraźnie protestuje, jest toksyczna. Więc scena ze wspomnianym wyżej akwizytorem wywarła raczej efekt odwrotny do zamierzonego. Tak samo Adam (zwany pieszczotliwie Niedasiem), młodszy brat głównej bohaterki. Chłopak uwielbia siostrę objadać, grzebać w jej rzeczach, pozostawiać w jej pokoju bajzel i ogłaszać wszem i wobec żenujące fakty z jej życia a jednocześnie jest zbyt nierozgarnięty, żeby widzieć w tym coś niestosownego (choć po prawdzie zastanawiam się, dlaczego Salka nie wpadła na genialny pomysł zamontowania w drzwiach do swojego pokoju zamka. Oszczędziłoby jej to połowy problemów z bratem). Wygląda na to, że jest albo upośledzony, albo bucem bez empatii, a żadna z tych opcji nie jest śmieszna. W związku z powyższym zakończenie, w którym do Salki dociera, że w sumie to nie było się o co spinać i za bardzo się przejmowała (za to do jej rozkosznej rodzinki nie dociera nic) wydaje mi się bardzo niesprawiedliwe.

Zostawmy już może tło obyczajowe, przejdźmy do akcji. Rozwija się ona dość długo, zanim dotrze do części zasadniczej. Sama intryga fantastyczno-kryminalna, związana z wyżej wspomnianym bandytą (przy okazji napiszę, że trochę dziwnie mi się ją czytało, bo tak się składa, że spełniam kryteria ofiary. Na szczęście do Wrocławia mam daleko) nie jest może szczególnie oryginalna, ale gładko napisana i dodatkowo zręcznie przerabia pewne mitologiczne motywy niezbyt często w fantastyce stosowane. Dodatkowym plusem jest wplecenie w opowieść wojennych wątków z historii Wrocławia. Jest to chyba najbardziej udany motyw w książce.

Aspekt humorystyczny (kiedy nie kręci się wokół toksycznej rodzinki) też wypada całkiem fajnie. Kisiel poczucie humoru ma, ale jest ono związane z dość charakterystycznym stylem pisania. Który to styl nie każdemu może się spodobać, bo jest dość kwiecisty. Sama przywykłam do niego dopiero po jakimś czasie. Poza tym humor przejawia się też w kreacji bohaterów – staruszki mieszkające w willi pięknie ze sobą kontrastują, a ich papuga (ara ararauna, po opisie sądząc) jest zdecydowanie moim ulubionym bohaterem (choć przyznam, że jej tajemnica nieco mnie rozczarowała). W dodatku bardzo sympatyczna okazuje się ostatecznie pewna drobna blondynka.

Nie zachwyciłam się tą książką, chociaż dość przyjemnie spędziłam z nią czas. Pozostaje mi chyba polować na „Dożywocie”, bo inaczej nie przekonam się, co koledzy i koleżanki po klawiaturze w książkach Marty Kisiel widzą.

Tytuł: Nomen Omen
Autor: Marta Kisiel

Wydawnictwo: Uroboros
Rok: 2014
Stron: 336

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

"Data ważności" William Campbell Powell

Dawno temu, kiedy jeszcze chodziłam do liceum, wpadł mi w ręce zbiorek opowiadań Wolfe’a.* Nie wszystkie pamiętam, ale kilka wyjątkowo mocno utkwiło mi w głowie. Jednym z nich, tym, które najbardziej podziałało mi na wyobraźnię i dało do myślenia, było „H.O.R.A.R.”. Z grubsza ujmując, mówiło o człowieku, który okazał się być androidem, ku własnemu zaskoczeniu. Właśnie „H.O.R.A.R” miałam z tyłu głowy przez cały czas, kiedy czytałam „Datę ważności”. Co prawda akcja debiutu Powella nie rozgrywa się w czasie alternatywnej (przyszłej?) wojny w Wietnamie, tylko na obrzeżach Londynu a.d. 2049, przez co trochę brak tu ciężaru aktualnych i nośnych politycznie wydarzeń, a bohaterami są nastolatki, a nie żołnierze, ale poruszany temat jest taki sam. I choć może warsztatowo Powell (jeszcze?) Wolfe’owi nie dorównuje, to formę swoim przekazom nadał bardziej przystępną i równie celnie trafiającą do czytelnika.

„Data ważności” to transkrypcja pamiętnika Tani (pozwólcie, że w deklinacji będę używać polskiej odmiany tego imienia, próba odmieniania angielskiego zapisu bardzo boli w oczy), dziewczynki, która w wyniku wypadku dowiaduje się, że jest robotem. Konkretnie teknoidem, czyli robotem skonstruowanym specjalnie po to, żeby zastępował dziecko rodzicom, którzy nie mogą go mieć. Niestety, zła wiadomość jest taka, że teknoidy są tylko wypożyczane i kiedy osiągną osiemnaście lat, producent zabiera je z powrotem. Niemniej, Tanya stara się żyć normalnie i właśnie to życie śledzimy na kartach powieści.

Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się wiele po tej książce. Właściwie, życzyłam sobie tylko, żeby nie okazała się romansem, jakąś odmianą paranormala, gdzie wampira zastąpi android, a to wszystko umoczone w dystopii. Nawet nie przypuszczałam, że będzie więcej niż przeciętna. A jednak.

Pierwszym, co mnie zszokowało, to sposób, w jaki Powell podszedł do problemu. Stworzył niedaleką przyszłość, w której ludzie nagle zaczęli tracić możliwość płodzenia potomstwa, co doprowadziło do zamieszek i w sumie (wraz z postępującym kryzysem energetycznym i ekonomicznym) do wybuchu trzeciej wojny światowej**. W której (rzeczywistości, nie wojnie) rozmnażać się mogą tylko nieliczni, a pozostałym państwo podsuwa syntetyczny substytut dziecka. A potem… osadził akcję w małym miasteczku w Anglii, dodatkowo niczym nie różniącym się od tych, które znamy obecnie (oczywiście w większych miastach wygląda to nieco inaczej, ale różnice polegają raczej na wzroście przestępczości i liczby bezdomnych, niż na pojawieniu się biegających ulicami mutantów). I pozwolił opowiedzieć swoją historię małej dziewczynce. Okazuje się bowiem, że w tej opowieści nie chodzi o ratowanie świata, tylko o jednostkę w nim żyjącą.*** A i sam dystopijny świat miał być raczej pretekstem.

Widzicie, czytając o Tani, wcale nie miałam wrażenia, że czytam o walce o emancypację robotów (a jest pod koniec jeden wątek, dość kluczowy, który autor mógł rozwinąć w tym kierunku. Ale postanowił niekonwencjonalnie pójść w innym), zresztą, jak sądzę, zgodnie z zamysłem autora. Tanya to po prostu nastolatka, która stara się żyć ze swoją innością. Jej inność jest zresztą pozorna, bo tajemnicą poliszynela jest fakt, że ludzkie dzieci można policzyć na palcach jednej ręki, a co za tym idzie, większość kolegów z klasy to też muszą być roboty. Chodzi do szkoły, słucha muzyki, gra na basie i rozgląda się za chłopakami. Mimo, że ma świadomość, że pewnego bardzo konkretnego dnia jej życie się skończy, stara się o tym nie myśleć. Tanya przywodzi na myśl dziecko chore, które żyje w miarę normalnie, ale jednak świadomość nieuleczalnej choroby izoluje je do ludzi, nawet jeśli na zewnątrz nie widać żadnych objawów.****

Wszystko to napisane jest świetnie – autor doskonale oddał styl i psychikę nastolatki (w końcu to jej pamiętnik czytamy). Co prawda taka forma narzuca pewne ograniczenia, na przykład nie można pochwalić się wirtuozerią warsztatu czy pomysłowością formy (nastolatka pisząca pamiętnik w stylu choćby prozy Tokarczuk byłaby bardzo mało wiarygodną i ciężkostrawną postacią), ale z drugiej strony sam fakt, że prostym językiem udało się wzbudzić emocje już wiele mówi sprawności pióra. A Powellowi się udało. Tak sobie marzę, że autor napisze kiedyś książkę dla dorosłych czytelników, a ja będę mogła obserwować, jak rozwija skrzydła.

Myślę, że data ważności to taka idealna książka młodzieżowa, tylko trzeba ją umiejętnie zareklamować. Bo ci, którzy lubią obyczajówki, będą zachwyceni. Tym zaś, którzy lubią lekkie SF (w sensie lekko podane, nie poruszające lekkie tematy typu bitwy kosmiczne), zalecam cierpliwość, bo początek zawiera zaskakująco mało fantastyki. Ale polecam. To jedna z lepszych młodzieżówek, jakie czytałam w tym roku – a z pewnością najlepszy debiut. 

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Uroboros.

Tytuł: Data ważności
Autor: William Campbell Powell
Tytuł oryginalny: Expiration Day
Tłumacz: Maciej Franaszek
Wydawnictwo: Uroboros
Rok: 2014
Stron: 446


* Kompletnie spontanicznie. Teraz raczej miłości do Wolfe’a nie rozumiem. Opowiadania pisał co prawda genialne (przynajmniej niektóre), ale powieści tworzy cokolwiek przekombinowane. wróć
** Autor nazwał ten czas Niepokojem, bo co prawda żadnego frontu nie było, ale jeśli zrzucono bomby atomowe, no to jednak chyba można użyć słowa „wojna”, prawda? wróć
*** Im dłużej czytałam „Datę ważności”, tym bardziej przypominała mi ”Gdzie dawniej śpiewał ptak”. Może nie do końca treścią (choć pod koniec trochę też), ale z pewnością klimatem. Oczywiście trzeba pamiętać, że powieść Wilhelm jednak bierze na warsztat zupełnie inny rodzaj opowieści o indywidualizmie. wróć
**** Autor delikatnie próbuje też poruszać kwestie dyskryminacji, ale raczej się w to nie angażuje. Opisuje raczej drobne złośliwości, jakich Tanya doświadcza, ale nie jest to coś, co można określić mianem poruszania problemu dyskryminacji.wróć

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Coś tu zgrzyta, czyli słabo naoliwiony mechanizm - "Mechaniczne pająki" Corina Bomann [PRZEDPREMIEROWO]

Bardzo lubię steampunk (i od tej deklaracji zaczynam recenzję chyba każdej książki jakkolwiek związanej z gatunkiem). Dlatego pilnie śledzę zapowiedzi i cieszę się z każdego tytułu. Podobnie cieszyłam się na myśl o „Mechanicznych pająkach”. Po spotkaniach z dziewczętami w metalowych częściach garderoby byłam pełna nieufności do steampunku z nastoletnimi bohaterkami, ale bardzo chciałam, żeby tym razem powieść okazała się dobra. Chyba nie do końca wyszło.

Panna Violet Adair niedługo będzie miała swój debiutancki bal, na którym zostanie oficjalnie przedstawiona londyńskiej śmietance towarzyskiej, a pewnie i pozna jakiś odpowiedni na męża materiał. Jednak nie cieszy jej ta perspektywa. Jedynym, co ja interesuje, są wynalazki i to właśnie tej pasji oddaje się nocami w sekretnym laboratorium. Kiedy więc podczas balu w jej rodzinnym domu dochodzi do tajemniczej śmierci, jej umysł odkrywcy nie może się powstrzymać od podjęcia śledztwa...

Największy problem mam jak zwykle z główna bohaterką. Panna Adair nie jest szczególnie antypatyczna – ot, jedna z setek tych „jedynych w swoim rodzaju” dziewcząt, które gardzą pięknymi kieckami i romansami, bo mają fajniejsze, bardziej męskie zajęcia. Sporo mamy takich bohaterek i brak oryginalności Violet nie drażni. Niemniej jednak, te bohaterki zwykle choć trochę poważnie traktują swoje, niebezpieczne bądź co bądź, przygody. W zamyśle autorki z panną Adair też pewnie miała taka być.

Niestety, nie do końca wyszło. Violet zdaje się kompletnie nie zdawać sobie sprawy z tego, że to, co robi może naprawdę być niebezpieczne. Całe prowadzone przez siebie śledztwo zdaje się traktować jak odtwarzanie roli w jakimś kiepskim powieścidle, które przeczytała. Oczywiście autorka nie sugeruje nam, że taki był zamysł, ale pewna bezrefleksyjność, z jaką Violet udaje się w kolejne niebezpieczne miejsca i podejmuje coraz bardziej niebezpieczne działania przywodzi na myśl kogoś, komu się wydaje, że jest głównym bohaterem kiepskiej powieści (bo przecież dzielni detektywi zawsze wychodzą cało z opresji, więc czemu mnie ma się coś stać). Co prawda w książkach młodzieżowych często mamy do czynienia z bohaterami, którzy pchają się niemądrze w szpony zagrożenia, ale albo są znacznie młodsi od panny Violet (więc pewna ślepota w obliczu Wielkiej Przygody jest całkiem naturalna), albo są przynajmniej przestraszeni. Poza tym panna Adair jest święcie przekonana, że tylko ona jest dość bystra, aby rozwiązać sprawę tajemniczych morderstw. Do tego stopnia, że... sabotuje śledztwo prowadzone przez oficjalne służby i jest z tego dumna. (Tu mała dygresja: wiem, że w literaturze młodzieżowej wręcz nagminnie dzieciaki okazują się bystrzejsze od doświadczonych oficerów, taka konwencja. Jednak w tejże konwencji mieści się również subtelny dydaktyzm. Świadome sabotowanie działań policji jakoś się w nim nie mieści) W pewnym momencie marzyłam o scenie, w której wreszcie któryś z jej grubymi nićmi szytych planów nie udaje się, a ona przezywa wreszcie bolesne zderzenie z rzeczywistością (względnie przyjdzie Mistrzyni Szpiegów, przełoży pannicę przez kolano i pokaże, gdzie jej miejsce). Obawiam się jednak, że napisanie sceny zawierającej prawdziwe emocje przerasta autorkę.

Violet mamy aż za dużo, za to inni bohaterowie zarysowani są zbyt słabo. Po części może za to odpowiadać pierwszoosobowa narracja, ale tylko po części. Widząc różnorodność tych postaci wiem, że autorka miała mnóstwo pomysłów, ale z jakiejś przyczyny żadnego z nich nie doszlifowała. Mamy więc typowego angielskiego majordomusa z nietypową, tajemniczą przeszłością, mamy szefowa brytyjskiego Secret Service, której z trudem udało się zbudować pozycję, wreszcie mamy trzy pomocnice głównego szwarccharakteru, których tylko imiona (pseudonimy?) znamy. Ach, no i zdecydowanie najsympatyczniejszy z całej tej zgrai dyrektor mechanicznego cyrku wraz z podopiecznymi. Mam wrażenie, że każda z tych postaci miałaby do opowiedzenia historię znacznie ciekawszą niż Violet, gdyby tylko im na to pozwolić (zresztą, może autorka też sobie z tego zdawała sprawę i postanowiła nie rozpraszać czytelnika). I przyznam, że ich opowieści chętniej bym posłuchała.

Czarny charakter miał być tajemniczy, ale już gdzieś tak po przeczytaniu jednej trzeciej powieści wiadomo, kto nim jest i dlaczego to robi. Podobnie przewidywalna jest intryga (zawierająca zresztą nieco biologicznych bzdur, których nie rekompensuje sposób podania). I chociaż „Mechaniczne pająki” czyta się bardzo szybko i lekko, to jednak nie ma w nich nic, co zajmie na dłużnej miejsce w umyśle czytelnika. Niektóre pomysły miały swój urok, ale autorka nie potrafiła bądź nie chciała z niego skorzystać. Bardzo wielka szkoda.

Rozpoczynając lekturę „Mechanicznych pająków” liczyłam na chwilę przyjemnej rozrywki, która pomoże mi się zrelaksować i być może zapewni znajomość z bohaterami, których będę chciała jeszcze kiedyś spotkać. Niestety, myliłam się. Te pozycję mogę polecić tylko tym, którzy potrzebują naprawdę bardzo lekkiej rozrywki, niewymagającej angażowania wyższych funkcji mózgu. I bardzo mi z tego powodu smutno.

Książkę otrzymałam od GW Foksal

Tytuł: Mechaniczne pająki
Autor: Corina Bomann
Tytuł oryginalny: Clockwork Spiders
Tłumacz: Aldona Zaniewska
Wydawnictwo: Uroboros
Rok: 2014
Stron: 476

poniedziałek, 29 września 2014

Anielski, diabelski, kosmiczny czy ziemski czyli spadkobiercy duchowi Pawełków i Janeczek - "Tajemnica Diabelskiego Kręgu" Anna Kańtoch

Annę Kańtoch uważam za dobrą pisarkę. Nie tylko ja zresztą, o czym świadczą liczne fandomowe nagrody, jakie otrzymuje. I chociaż konwencja i pewne elementy konstrukcyjne pozostają właściwie niezmienione, to autorka lubi w tę formę wciskać różne tworzywo. „Tajemnica Diabelskiego Kręgu” to tworzywo powieści młodzieżowej. Jak jej się to udało?

Nina miała osiem lat, kiedy z nieba spadły anioły. Było to w czasie, kiedy Polska intensywnie leczyła rany po II wojnie światowej i dla małej Niny, jak i dla większości Polaków, był to znak od samego Boga. Teraz Nina ma trzynaście lat i czasem nachodzą ją wątpliwości, czy anioły rzeczywiście są boskimi posłańcami choć nie wypada takich myśli wypowiadać, ani nawet świadomie formułować. Niemniej, kiedy skrzydlaty z ich kamienicy mówi Ninie, że ma wyjechać do klasztoru w Markotach, dziewczyna wybiera się w drogę. Okazuje się, że na miejscu czeka na nią jeszcze dwanaścioro kolegów i koleżanek oraz splot tajemniczych zdarzeń. A także ukryte niebezpieczeństwo.

Powiem na wstępie, że jako lekka powieść młodzieżowa „Tajemnica Diabelskiego Kręgu” mnie nie rozczarowała. Spodziewałam się solidnie napisanej, prostej i w pełni rozrywkowej historii i taką dostałam. Co prawda wiem, że Kańtoch jest zdolna do rzeczy daleko lepszych, ale wiedziałam też, że tym razem czeka mnie czysta rozrywka (jakoś tak mam, że po Uroborosie spodziewam się czystej, młodzieżowej rozrywki. Po Powergraphie na przykład już czegoś poważniejszego). Niemniej fakt, że dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam, nie stoi na przeszkodzie, aby trochę o rzeczach fajnych i niedociągnięciach podeliberować.

Zacznijmy od bohaterów. Nina jest postacią bardzo dobrze napisaną – myśląca, bystra dziewczyna, trochę introwertyczna, ale nie jakoś szczególnie. Co prawda akcja toczy się w latach pięćdziesiątych, ale sądzę, że autorce udało się uchwycić wszystkie uniwersalne niezależnie od czasu cechy wczesnonastoletniego charakteru: jest skłonność do przesadnego dramatyzowania, do podważania autorytetów, ale też do podziwiania dorosłych, którzy w oczach bohaterki są tego podziwu godni. Przyznam, że Nina jest jedną z najlepiej skonstruowanych nastoletnich bohaterek, z jaką przyszło mi się spotkać. Niestety, trochę brakuje opisów interakcji z innymi bohaterami. Owszem, wyalienowanie w grupie, kiedy w toku fabuły koledzy odsuwają się od dziewczyny jest bardzo plastycznie opisane, ale problem w tym, że Nina nie nawiązała prawie żadnych relacji, których rozpad moglibyśmy oglądać. Autorka skonstruowała postać lekko aspołeczną, chyba świadomie, to i nie dziwota, że relacje są dość płytkie.

Sam brak głębi we wzajemnych stosunkach bohaterów byłby zapewne mniej widoczny, gdyby byli oni bardziej trójwymiarowi. I znów, Nina jest dopracowana, natomiast pozostałym dzieciom trochę tego dopracowania brak. Można to wybaczyć w stosunku do bohaterów, z którymi na wakacjach Nina nie trzymała się blisko – jeśli trzynaścioro dzieci spędzić razem i zamknąć na tydzień w jednym budynku, to będzie to zdecydowanie zbyt mało czasu, żeby nawiązały przyjaźnie z więcej niż jedną, dwiema osobami, a narracja prowadzona jest z perspektywy dziewczyny (choć trzecioosobowa) i dlatego pokazuje tylko te więzi, które bezpośrednio jej dotyczą. Niemniej, mamy przecież dwoje bohaterów, którzy zasłużyli na znacznie więcej, niż dostali. Tamara to zadziorna chłopczyca, która nie lubi swojej macochy, choć ta niczym sobie na to nie zasłużyła. I to w zasadzie wszystko, co o niej wiemy. Tej postaci szczególnie mi szkoda, bo aż prosiła się o fascynującą historię, wewnętrzny konflikt i wreszcie khatarsis, a tymczasem nie dostaliśmy nic oprócz obiecującego elementu standardowej youngadultowej trójcy. Podobnie z Jackiem, który przez większość czasu był tak nijaki, ze podświadomie założyłam jakiś zaskakujący zwrot akcji z nim związany czy niespodziewaną tajemnicę, która wyjdzie na jaw. Niestety, nic podobnego nie ma miejsca.

Fabuła za to jest całkiem przyzwoita. Do pewnego momentu trochę przypomina te wszystkie panysamochodziki i inne peerelowskie powieści o młodocianych, domorosłych detektywach, później przechodzi w schemat filmowego slaschera (minus fruwające flaki), żeby ostatecznie doszło do czysto horrorowej konfrontacji ze Złem (oczywiście przyciętej na miarę młodocianych widzów). Jednak bardziej interesujące wydaje mi się to, czego autorka nie napisała. A konkretnie, czego nie napisała o genezie aniołów i ich powodu przybycia na Ziemię. Bardzo chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat, a jeszcze bardziej poznać wersję drugiej strony (choć obawiam się, że autorka raczej zrezygnuje z relatywizmu moralnego, który chciałabym tam zobaczyć – w końcu to powieść młodzieżowa. A może jednak mnie zaskoczy?).

Chwil może dla stylu. Po misternym konstruowaniu „Przedksiężycwych” i cyzelowaniu języka w „Czarnem” Kańtoch wraca do stylu podobnego do znanego z opowieści o Domenicu Jordanie. Z tym, że nawet ten w zamierzeniu lekki styl jest już dużo bardziej dopracowany niż w opowiadaniach, przez co opisy stają się bardziej plastyczne i niepokojące kiedy trzeba.

„Tajemnica Diabelskiego Kręgu” to powieść fajna – szybka i łatwa w czytaniu, wciągająca, z ciekawą bohaterką i intrygą oraz z charakterystycznym kańtochowym, lekko surrealistycznym klimatem. Niestety, nie jest wolna od wad, po usunięciu których niewątpliwie byłaby fajniejsza. Autorka planuje (choć nie obiecuje) drugi tom, o czym mówiła na coperniconowym spotkaniu i z pewnością po niego sięgnę, jeśli się ukaże. A nuż następnym razem uzupełni braki?
 
Tytuł: Tajemnica Diabelskiego Kręgu
Autor: Anna Kańtoch
Wydawnictwo: Uroboros
Rok: 2013
Stron: 510

wtorek, 8 października 2013

Wznieść się na skrzydłach gromu - "Tancerze burzy" Jay Kristoff

Rzadko zdarza mi się zakochać w książce od pierwszego wejrzenia. Zawsze jest to przede wszystkim miłość do okładki. I przeważnie, jeśli uczucie jest silne i natychmiastowe, to intuicja mnie nie zawodzi. Tak było w przypadku powieści Naomi Novik. W „Tancerzach burzy” również zakochałam się przez okładkę, nawet kiedy jeszcze nie wiedziałam, o czym ta książka właściwie jest. I cóż, przeczucie mnie nie zawiodło. Nie zrozumcie mnie źle – to jest przygodowa młodzieżówka. Co samo w sobie nie jest przecież żadną wadą, prawda?

Lotos musi kwitnąć, niestety na wyspach Shimy powoli zaczyna brakować miejsca, gdzie możnaby go sadzić. Wojna z gaijinami trwa od dwudziestu lat, ale nie przynosi zadowalających rezultatów. Jednak szogun miał sen – śniło mu się, że dosiadając tygrysa gromu, potężnego, burzowego gryfa, gromi wraże wojska. Bez chwili namysłu każe więc zorganizować polowanie na bestię którą mógłby dosiadać. Mają w nim wziąć udział Yukiko i nadworny łowczy, jej ojciec. Problem polega na tym, że na zatrutej krwawym lotosem i jego spalinami Shimie od dziesiątków lat nie widziano arashitory. Czy to możliwe, żeby legenda powróciła?

Wiem, że w momencie, kiedy napisałam, że to młodzieżowa przygotówka, część czytelników zaczęła kręcić nosem (a niektórzy pewnie już dalej recenzji nie czytali). Pozwólcie jednak, ze pokażę wam, co mi się podobało w tej książce. Zaczniemy może od bohaterów. Kristoff potrafi kreować świetne, żywe postacie, z którymi czytelnik potrafi nawiązać więź na tyle silną, żeby przejąć się ich losem. Poza tym stara się komplikować ich charaktery i relacje, co jest zdecydowanym plusem. I nie są to sami (lub prawie sami) nastolatkowie. Poza Yukiko i dwoma chłopcami uwikłanymi w tradycyjny, romansowy trójkącik (bardzo zgrabnie zastosowany, ale o nim później) reszta bohaterów jest co najmniej po dwudziestce. Czytelnik ma więc raczej do czynienia z młodą dziewczyną uwikłaną w intrygę, która ją przerasta (co widać) i potrzebującą bardziej doświadczonych sprzymierzeńców, niż z nastolatką o wypaśnych mocach, ratującą świat. Sami sprzymierzeńcy (lub wrogowie) również nie są papierowymi ludzikami – mają własne motywacje, charaktery i przeszłość. Narzekać mogę jedynie na szoguna, który jest po prostu szalonym, złym władcą, nieszczególnie inteligentnym nawet. I choć w swojej roli wypada dostateczne przerażająco, to jednak spodziewałabym się postaci bardziej złożonej.

Obiecałam pochylić się jeszcze nad wątkiem romantycznym. Żeby nie było nieporozumień, zaznaczę, że sam wątek nie dominuje fabuły, ma jednak spory wpływ na psychologię postaci. Kristoff potraktował swoich czytelników klasycznym trójkącikiem: ich dwóch, ona jedna. Zrobił to o tyle umiejętnie, co nietypowo. Umiejętnie, bo bardzo mnie obchodziło, co się dalej w tej kwestii zadzieje (niemały wpływ na taki stan rzeczy miało świetnie zbudowane wrażenie zamknięcia Yukiko w pułapce bez wyjścia i nieuchronność pewnych rzeczy), a to naprawdę rzadkość. Nietypowo, bo wcale nie jest oczywiste, który z chłopców jest tym właściwym, a to rzecz niebywała w młodzieżowych romansach. Pozostałe przemyślenia zmilczę, bo spoilery.

Autor unika też dydaktyzmu i łatwych rozwiązań. Osobiście miałam wrażenie, że Yukiko została wmanipulowana w wydarzenia, których kluczowym elementem się stała. Nie dlatego, że trafiła na ludzi podłych, ale dlatego, że trafiła na ludzi zdesperowanych, którym spadła z nieba niczym błogosławieństwo. Coś jak Harry Potter manipulowany (bo w pewnym stopniu przecież był) przez starego Dumbla. Tyle że lord Voldemort od samego początku był malowany jako zło najgorsze, więc dyrektora Hogwartu łatwo rozgrzeszyć. W „Tancerzach burzy” autor ciągle podkreśla wątpliwości Yukiko związane z wszczęciem rewolucji – dziewczyna długo nie jest pewna, czy ofiara, która będą musieli ponieść szarzy obywatele i ewentualne korzyści jest warta naruszania status quo. Co prawda w pewnym momencie jej rozterki wydają się już naciągane (co zauważa nawet tygrys gromu), niemniej brawa dla autora za brak jednoznacznego dydaktyzmu (bo to zdecydowanie nie jest książką dla młodszej młodzieży – mocno realistyczne, miejscami nawet turpistyczne opisy przykładem – więc odrobina zaufania do inteligencji czytelników się należy). 

Buruu prosto z mojego szkicownika (zdjęcie, bo skanera
jeszcze nie mam.:/). Muszę mu kiedyś zrobić porządny portret.

A jak już wspomniałam o tygrysie gromu (imię jego: Buruu), to pociągnijmy temat. Zastanawiałam się, czy autorowi uda się uniknąć (a przed wszystkim, czy będzie chciał uniknąć) pułapek związanych z motywem zwierzęcego towarzysza. Źle by było, gdyby Buruu stał się jedynie ozdobnikiem, poświęcającym się jednostronnie dla swojej pani. Na szczęście do tego nie doszło – w relacji, jaką nakreślił Kristoff panuje równowaga między czynnikiem ludzkim i nieludzkim, a arashitora jest bytem odrębnym, mającym własne zdanie, nawyki i temperament. Chciałabym jednak wniknąć głębiej w istotę tej więzi i zobaczyć, jak ten wątek się rozwinie. Może w następnym tomie.

Jak fantastyka, to i świat przedstawiony oczywiście. Ten w „Wojnie Lotosowej” jest bardzo sugestywnie, choć wycinkowo, opisany. Obraz zatrutych, niszczonych monokulturowymi uprawami toksycznej rośliny wysp tonących w czerwonym smogu jest plastyczny i na swój sposób przerażający. Autor buduje go za pomocą detali, nie panoram, co tylko zwiększa siłę wyrazu. Widać tu jednoczenie wątek proekologiczny, ale na razie trudno mi ocenić, czy nachalny, czy nie.

Teraz czas na akapit o detalach, które mnie osobiście uwierają, ale obiektywnie nie mają żadnego znaczenia. Autor zasadził bowiem na kartach swej powieści dwie kłujące bzdurki. Pierwsza z nich to sposób odżywiania członków Gildii (organizacja parazakonna, trzymająca w garści cały przemysł lotosowy i myśl techniczną Shimy). Otóż chodzą sobie oni w mechanicznych kombinezonach i odżywiani są przez nie dożylnie. Szkopuł w tym, że przy takim sposobie karmienia cały układ pokarmowy ulega atrofii, więc próba zjedzenia czegoś normalnie musiałaby zakończyć się grubymi nieprzyjemnościami. Tymczasem mamy członka Gildii, który jakby nigdy nic pożera sobie grzybki i chwali, że dobre. Przyznam, ze mam wątpliwości, czy autor/tłumaczka nie pomylili karmienia dożylnego z dojelitowym, bowiem w kolejnej scenie bohaterka znajduje tubkę brązowej pasty, którą uznaje za substancje odżywcze, co bardziej pasuje do sondy żołądkowej, niż do kroplówki (no i wspomniane na wstępie „skomplikowane łańcuchy białek” również nie mają sensu wstrzykiwane do krwi, w przeciwieństwie do tych wstrzykiwanych do jelit). Druga rzecz to to, że nasz drogi tygrys gromu jest chyba zwyczajnie zbyt ciężki, żeby latać. Buruu waży dwie tony, przy rozpiętości skrzydeł trochę ponad osiem metrów. Dla porównania łabędź niemy waży około dwudziestu kilogramów (czyli sto razy mniej), a rozpiętość skrzydeł ma tylko trzy i półkrotnie mniejszą. Poza tym do szczególnie dobrych lotników nie należy… Jest na sali fizyk? Kto mi policzy minimalną powierzchnię skrzydeł w ruchu dynamicznym dla lotu obiektu o masie dwóch ton?

Patrzę na wstęp do recenzji i coraz mniej jestem przekonana, czy to książka dla młodzieży. Z jednej strony mamy nastoletnią bohaterkę i kłopoty z obalaniem i odkrywaniem na nowo autorytetów charakterystyczne dla młodego wieku, z drugiej warsztat, drobiazgową kreację bohaterów i naturalistyczne opisy. Coraz bardziej jestem przekonana, że to powieść o dojrzewaniu (głównie psychicznym), odkrywaniu tego, co słuszne i docieraniu do prawdy o sobie. A że takie rzeczy przytrafiają się głównie młodym ludziom, to i bohaterka nastoletnia. Najlepiej będzie, jeśli przeczytacie i osądzicie sami. Do jakichkolwiek wniosków na koniec byście nie doszli, z fabuły będziecie zadowoleni.

Tytuł: Tancerze burzy
Autor: Jay Kristoff
Tytuł oryginalny: Stormdancer 

Tłumacz: Paulina Braiter-Ziemkiewycz
Cykl: Wojna lotosowa
Wydawnictwo: Uroboros
Rok: 2013
Stron: 446
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...