Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adrian Tchaikovsky. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adrian Tchaikovsky. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 lutego 2011

Entomologicznych przygód ciąg dalszy - "Hołd dla mroku" Adrian Tchaikovsky

Recenzja dla portalu Oblicza Kultury.

Na początek apel do wszystkich, którzy chcieliby przeczytać nie tylko „Hołd dla mroku”, ale cykl w ogóle: dla własnego dobra nie czytajcie opisów na czwartej stronie okładki (przy okazji: pierwszą stronę okładki uważam za jedną z najładniejszych). Co prawda zazwyczaj nie zdradzają elementów kluczowych dla fabuły, ale ujawniają wiele smaczków, które urozmaicają lekturę i czynią ją mile zaskakującą. To tyle tytułem ostrzeżenia. Teraz przejdźmy do powieści.

Jak na czwarty tom cyklu przystało, „Hołd dla mroku” konturuje wątki z poprzedniej części. Wojna z Imperium trwa w najlepsze, armie opuściły swoje zimowe leża i kontynuują podboje, a wzdłuż granic powstają nowe punkty zapalne. Sami bohaterowie zaś nareszcie przestali się li tylko przemieszczać z punktu A do punktu B. Podejmują działania: niekiedy logiczne, choć desperackie, niekiedy całkiem nielogiczne, a czasem wręcz szalone. Najważniejsze jest jednak to, że tymi działaniami potrafią czytelnika nieźle zaskoczyć. I że wreszcie coś zaczyna się dziać.

Zaiste, pan Tchaikovsky postarał się tym razem, aby czytelnik co jakiś czas otwierał buzię w szczerym zdumieniu. Pierwszym do niego powodem jest fakt, że bohaterowie są dużo bardziej wyraziści, niż we wszystkich poprzednich tomach. Kiedy Tisamon, wiedziony obłąkańczą chęcią odpokutowania za swoje domniemane błędy, zaczyna się zachowywać wbrew własnej naturze, pisarz potrafi nam to ukazać w taki sposób, że możemy się wczuć w pokrętne ścieżki umysłu modliszkowca. Były major Thalryk odkrywa zaś przed nami swoją nieznaną do tej pory stronę, ukazując nam swoistą głębię swojej oficerskiej psychiki. Osobiście Thalryka uważam za najlepiej przedstawionego bohatera w „Hołdzie dla mroku”. Dlaczego? Przeczytajcie, a z pewnością się dowiecie.

Drugim powodem jest wartka fabuła. Po nieco nudnawej „Krwi modliszki” (czyli poprzednim tomie), straciłam nadzieję na powrót autora do formy. A tutaj taka miła niespodzianka! Od lektury, zwłaszcza pod koniec, nie sposób się oderwać tym bardziej, że pisarz zadał kłam niektórym z zasad, jakimi  kierował się wcześniej odnośnie bohaterów. Gwałtowność zadawania kłamu jak dla mnie jest jednak nieco zbyt duża, ale ze względu na wartką akcję, jestem skłonna to wybaczyć. Inna rzecz, że gdyby podział tekstu był bardziej równomierny, akcja byłaby jeszcze bardziej porywająca. No ale jeśli muszę nierzadko czekać 100 stron na zakończenie wątku, zawieszonego w najciekawszym momencie, to nie ma się co dziwić, że cierpi na tym dynamika. 

Na osobną pochwałę zasługuje świat przedstawiony w powieści. Lubię krainy budowane z rozmachem, gdzie spod przecudnego w założeniu pejzażu nie wystają elementy kiepsko skleconej dekoracji. Pan Tchaikovsky ma do konstruowania świata smykałkę i to widać: mamy multum ras, a każda wypracowała sobie osobne zwyczaje, system władzy i mentalność. Każda prowadzi też własne knowania. Nie dorównują one co prawda tym serwowanym nam przez pana Martina, ale trudno oczekiwać, żeby polowe spiski agentur dorównywały subtelnością dworskim intrygom. Na tych, co spisków nie lubią, czeka duża porcja wzajemnego mordowania się, czy to masowo na polu bitwy, czy też bardziej indywidualnie, na arenach. I całkiem ładnie to wszystko jest opisane, moim skromnym zdaniem.

Tłumaczowi zaś należy się pochwała za umiejętność uczenia się na własnych błędach. Nazwy poszczególnych ras są dużo zgrabniejsze niż poprzednio, zniknęły też wcześniejsze błędy w przekładzie.

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie ma sensu polecanie czwartego tomu cyklu. Nie polecam więc czwartego tomu cyklu. Polecam szczerze cały cykl, którego czwarty tom jest chyba najlepszy: pozostawia czytelnika w niedosycie i z niecierpliwym oczekiwaniem na więcej.

Tytuł: Hołd dla mroku
Autor: Adrian Tchaikovsky
Tłumacz: Andrzej Sawicki
Tytuł oryginalny:
Salute the Dark
Cykl: Cienie Pojętnych
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2010
Stron: 464


P.S. A tutaj jest długi, choć już troszkę stary, wywiad z autorem.:)

poniedziałek, 27 grudnia 2010

No i nie wiadomo, czyja to krew... - "Krew modliszki" Adrian Tchaikovsky

Tym razem bez wstępów, zacznę od razu od omawiania książki.;) „Krew modliszki” to trzeci tom cyklu „Cienie pojętnych” Adriana Tchaikovskiego, rozgrywającego się w świecie zamieszkałym przez ludzi o pewnych cechach owadów (od razu ostrzegam, że jeśli ktoś liczy na sześcionogie, pokryte chitynową łuską mutanty, to się zawiedzie). Na Nizinach w najlepsze trwa wojna z Imperium Os, zaś paczka głównych bohaterów zostaje rozdzielona: kilkoro rusza w pogoń za potężnym artefaktem, który skradziono, kilkoro udaje się z misją dyplomatyczną na wschód, zaś pozostali, również w celach dyplomatycznych, udają się do jeszcze nie podbitych miast Nizin. Jak i w poprzednich tomach, autor nie poprzestaje na wątkach głównych, dodając całą mnogość pobocznych. I śmiem twierdzić, że owe ciągle rozrastające się wątki poboczne w tym tomie są o wiele ciekawsze od głównej akcji.

Oprócz bohaterów znanych z tomów poprzednich, w powieści mamy całą gamę nowych postaci, należących niekiedy do nowych ras. Mam wrażenie, że autorowi dużo lepiej wychodzi tworzenie nowych postaci, niż rozwijanie tych już istniejących. Muszka (bo nie podoba mi się określenie „muszyca”) Taki czy pozbawiony moralności zabójca Cesta dużo mocniej przykuli moją uwagę, niż znani z tomów poprzednich i nominalnie będący głównymi bohaterami Che i Nero. Może problem stanowi tu sposób przedstawienia rozwoju poszczególnych osób. Mimo dość sprawnego posługiwania się piórem, pan Tchaikovsky miewa potknięcia: albo daje nam bohaterów statycznych i niezmiennych, albo każe im przechodzić skokowe metamorfozy. Niezwykle rzadko dane nam jest podziwiać stopniowy i płynny rozwój bohatera, co dla mnie jest główną wadą tomu (wcześniej, a także w przypadku nowo wprowadzonych postaci nie było to tak widoczne). Jednak czasem i taki rarytas się trafi, co budzi nadzieję na poprawę w toku dalszej twórczości.

Adrian Tchaikovsky zbudował świat swojej powieści w taki sposób, że może dość swobodnie wprowadzać nowe elementy. Dokonał tego stosując bardzo prostą sztuczkę. Mianowicie, większość nacji pojawiających się na kartach powieści jest dość zamknięta i mało zainteresowana tym, co położone jest poza granicami ich państewek. Pomysł był przedni, lubię kiedy autorzy mnie zaskakują, chociaż dla mniej odpornego czytelnika plejada całkiem nowych ras może się okazać nazbyt oszałamiająca. Tutaj jednak szanowny autor momentami trochę przegina. To przegięcie gwałtownie się odgięło i dało mi po głowie, kiedy to przedstawiciele rasy nielicznej i mocno zakonspirowanej (jak bezustannie powtarzano w tomie poprzednim i w sporej części tego) okazali się wchodzić od dawna w skład wywiadu Osowców. Inne pomysły pisarza miło mnie zaskoczyły, ale ten akurat pozostawił niesmak.

Podsumowując moje chaotyczne wywody: bywało lepiej. „Krew modliszki” nie porywa tak jak pierwszy tom cyklu, jest jednak kawałem solidnej roboty, zawierającym to, czego mi brakuje w rodzimej fantasy: dopracowanie świata przedstawionego. Dopracowanie do tego stopnia, że świat ów przestaje być jedynie tłem wydarzeń, a staje się niemal równoprawnym bohaterem. Dlatego, mimo niedociągnięć, polecam, zwłaszcza miłośnikom solidnej fantasy.

Tytuł: Krew modliszki
Autor: Adrian Tchaikovsky
Tłumacz: Andrzej Sawicki
Tytuł oryginalny: Blood of the mantis
Cykl: Cienie Pojętnych
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2010
Stron: 431


P.S. Przepraszam za  chaos w tej notce, ale święta sprawiły, że nie mam weny... Jeśli ktoś jest ciekawy, to szkic przedstawia jedną z bohaterek - Tynisę, pól - modliszkę, a pół - pajęczycę. Chociaż i on wyszedł mi nieco topornie.

poniedziałek, 20 września 2010

Bez rewelacji, ale bardzo dobrze - "Klęska ważki" Adrian Tchaikovsky


Problem z drugimi tomami polega na tym, że zazwyczaj nie są już tak dobre jak pierwsze. Niebezpieczeństwo wzrasta zwłaszcza wtedy, gdy tom pierwszy zachwycił czytelnika i narobił mu wielkich nadziei na kontynuację w podobnie rewelacyjnym stylu. Niestety, „Klęska ważki” nie jest tutaj wyjątkiem. Na szczęście jednak autor nie pogrążył się całkowicie – nie stworzył co prawda arcydzieła, ale odwalił kawał naprawdę dobrej roboty.

Akcja tomu drugiego cyklu „Cienie pojętnych” jest ściśle powiązana z tomem pierwszym, a konkretniej: rozpoczyna się dokładnie w tym samym miejscu, w którym tom pierwszy zakończono. Nie będę więc zanadto wnikać w zawiłości fabuły, żeby jej nie zdradzić. Powiem jedynie, że autor z jednej strony zaskoczył mnie pozytywnie, bo udawało mu się mnie czasem wyprowadzić w pole, z drugiej strony się jednak rozczarowałam, gdyż akcja nie jest już tak wartka i wciągająca jak w „Imperium Czerni i Złota” a raz czy dwa zdarzały się nawet dłużyzny.

Zastanawiałam się dłuższy czas, dlaczego akcja już mnie tak nie wciąga. Doszłam do wniosku, że to przez rozdzielenie paczki głównych bohaterów. Autor nie tylko rozbił znaną nam wcześniej drużynę, posyłając jej członków w przeciwległe krańce mapy, ale zaczął też ich historię przeplatać zupełnie nowymi wątkami. I jeśli o nie chodzi, to mam mieszane uczucia. Są takie (wątki, nie uczucia), które mnie zupełnie nie zainteresowały (co wpłynęło na spadek zainteresowania akcją), są też takie, które bardzo polubiłam. I jeśli chodzi o pewne przykłady z tej drugiej grupy, to mam do pana Tchaikovsky’iego żal. Część bardzo obiecujących pomysłów została haniebnie zaniedbana, ot, liźnięta tylko powierzchownie i zakończona śpiesznie bez baczenia na jej potencjał (choćby wątek tytułowy). To jeden z moich głównych zarzutów wobec pisarza.

Co jest atutem powieści? Największe emocje wzbudził we mnie wątek Totha. Autor kompletnie mnie zaskoczył takim obrotem sprawy, a na dodatek zaszczepił we mnie ciekawość, jak dalej potoczy się metamorfoza tego niezwykle utalentowanego mechanika. Ogólnie wszyscy bohaterowie są dobrze opracowani i wiarygodni z psychologicznego punktu widzenia, a już zwłaszcza ci drugo- i trzecioplanowi. Warta pochwały jest też obrona Kolegium.

Językowo pan Tchaikovsky jest na tak samo wysokim poziomie, jak w tomie pierwszym, ale że teraz nie pochłaniałam powieści tak spiesznie, rzuciły mi się w oczy literówki, a nawet dość liczne błędy gramatyczne. Po wydawnictwie klasy Rebisu spodziewałam się większej dbałości o szczegóły. No i tłumacz znowu się zgubił: nie mógł się zdecydować, czy jedną z ras (o bardzo charakterystycznym wyglądzie) ma nazywać świerszczami, cykadami czy turkuciami. Używał więc wszystkich terminów zamiennie, czym doprowadzał mnie niemal do furii.

O ile debiutanckie „Imperium Czerni i Złota” było doskonałe, o tyle „Klęska ważki” nie uniknęła błędów debiutanta. Zbyt gwałtowne zakańczanie jednych wątków i nadmierne rozwlekanie drugich nie są jednak wadami na tyle dużymi, żeby psuć przyjemność czytania. Dlatego zamierzam kontynuować znajomość z autorem i mam nadzieję, że wróci do formy.

Tytuł: Klęska ważki
Autor: Adrian Tchaikovsky
Tłumacz: Andrzej Sawicki
Tytuł oryginalny: Dragonfly Falling
Cykl: Cienie Pojętnych
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2010
Stron: 677

poniedziałek, 13 września 2010

Gratka dla entomologa - "Imperium Czerni i Złota" Adrian Tchaikovsky


Przed, a właściwie tuż po rozpoczęciu lektury przeczytałam wywiad z autorem. Przygnębiła mnie informacja że pan Thaikovsky planuje napisać około dziesięciu tomów swojego cyklu. Nie lubię długaśnych cykli. Mają one tendencję do utraty jakości wprost proporcjonalnej do numeru tomu, a pod koniec stają się (że powtórzę za Sapkowskim), nudne, aż hemoroidy bolą. Jednak teraz, po lekturze pierwszego tomu, ta sama informacja niezmiernie mnie cieszy, a radość tę przyćmiewa jedynie fakt, że zakup dziewięciu książek to jednak spory wydatek. A pomyśleć, że gdyby nie przeczucie Lubego, który „Imperium Czerni i Złota” nabył przypadkiem, prawdopodobnie nigdy bym go nie przeczytała.

Ogólny zarys fabuły jest standardowy. Oto na wschodzie (no jakże by inaczej) powstaje nowe mocarstwo oparte na sile niepokonanej jak dotąd armii i wciąż głodne nowych podbojów. Jednak mieszkańcy Nizin, skupieni na sprawach nieustannie prowadzących podjazdowe wojenki miast – państw, nie chcą dostrzec zagrożenia i beztrosko sprzedają Imperium broń w ilościach hurtowych. Jedynie mistrz Stenwold Maker dostrzega niebezpieczeństwo, jednak jego ostrzeżenia są od siedemnastu lat wyśmiewane. Pozostawiony sam sobie, od kilkunastu lat tworzy siatkę szpiegowską działającą przeciw Imperium. Właśnie ma do niej dołączyć czwórka jego ostatnich podopiecznych.

Zanim zacznie swoje pienia pochwalne, słów parę o konstrukcji świata przedstawionego. Anglosasi w tej kwestii często popadają w jeden z dwóch głównych schematów. Pierwszy: tolkienowsko – RPGowy, gdzie mamy najczęściej trzy razy humanoidalne (elfy, krasnoludy, ludzie) w różnych wariacjach i mrowie ras Złych i Mrocznych, które zawzięcie ze sobą wojują w odwiecznej walce dobra ze złem. Drugi: łotrzykowsko – wiktoriański, gdzie występują praktycznie sami ludzie (niektórzy są magami) i w scenerii wielkiego miasta (najczęściej) toczą się rozgrywki o przejęcie władzy i wpływów, czasem tylko trzeba owo miasto uratować. Tchaikovski zręcznie ominął te schematy. W jego powieści mamy samych ludzi, którzy walczą jeno o władzę i dominację, ale są oni podzieleni na całe mnóstwo najróżniejszych ras. W świecie tym bowiem niczym niezwykłym nie są karaluchy wielkości psów ani ćmy wielkości dłoni. Więcej nawet: ogromnych nocnych motyli i takich samych chrząszczy używa się powszechnie jako środków transportu, a trzymetrowe modliszki sieją postrach wśród puszcz. A każdy z tych wielkich owadów jest patronem jakiejś rasy. I tak na przykład Żuki (dygresja: nazwa ta kojarzy mi się dość nieszczęśliwie z żukiem gnojarzem. Jeśli dobrze zrozumiałam to, co czytałam na anglojęzycznych stronach, w oryginale były Skarabeusze – może i w zasadzie to samo, co nasze gnojarze, ale o ileż lepiej brzmi. Tłumacz chciał, żeby było bardziej swojsko, ale trochę mu nie wyszło. Koniec dygresji.) są mistrzowskimi inżynierami i konstruktorami, Mrówki potrafią tworzyć ze swoimi ziomkami wspólną jaźń, Pająki są mistrzami intryg a Osy niezmordowanymi wojownikami, zawsze wiernymi swojemu imperium i miotającymi pociskami sztuki w każdego z jego wrogów. Wszystkie rasy dzielą się na Pojętnych – konstruktorów zafascynowanych maszynami, i Niepojętnych – czyli tych, którzy dawniej parali się magią. Urzekł mnie autor tą mnogością ras i różnorodnością świata, zwłaszcza, że jest to doskonały pretekst do pokazania różnych niesnasek między bohaterami i takich problemów, jak nietolerancja, brak zrozumienia dla inności czy dyskryminacja. A wszystko subtelnie, nienatarczywie i ciekawie.

Teraz czas na obiecane pienia pochwalne. „Imperium Czerni i Złota” to powieść niezwykle wciągająca, wprost nie mogłam się od niej oderwać. Nie dość, że świat zachwycający, to jeszcze akcja toczy się tak wartko, że nawet pan Pilipiuk się chowa. Na pierwsze 150 stron przypada, bagatelka: zdobycie miasta, pojedynek na arenie, agitacja polityczna, atak skrytobójców, ucieczka sterowcem, ucieczka na sterowcu i ucieczka ze sterowca a także mała katastrofa lotnicza. A to dopiero początek, dalej jest jeszcze lepiej. Wszystko zaś opisane językiem barwnym i żywym, ale niezbyt skomplikowanym.

Z kreacją bohaterów pisarz również świetnie sobie poradził. Są żywi i pełnokrwiści, czytając miałam wrażenie, że na wszystkie wydarzenia spoglądam zza ich ramienia. Przeżywają emocje, niektórych czeka zwrot życiowy, inni muszą zrewidować własną tożsamość, a wszyscy w czasie trwania lektury dojrzewają. Dodatkowy punkt dla autora daję za to, że mimo, iż nie szczędził im trudności i niepowodzeń, to nie znęca się nad podopiecznymi tak, jak choćby Martin. I chociaż opisy walk i potyczek są częste, rozwłóczonych flaków i rozbryzganych mózgów nie uświadczymy.

Troszkę przeszkadzały mi w lekturze pewne niezręczności w tłumaczeniu. O jednej już wspomniałam. Irytujące były też używane dość często określenia poszczególnych raso jako „modliszkopodobni”, „osopodobni” itd. Podejrzewam, że po angielsku brzmi to lepiej, a i po polsku można by tyło to ująć bardziej estetycznie. A już kompletnym kuriozum było nazwanie kobiety z rasy Motyli „motylicą”. Po polsku motylice to grupa dość paskudnych, zarówno w wyglądzie, jak i w zwyczajach pasożytów wewnętrznych, tymczasem w powieści chodziło o niezwykle urodziwą i utalentowaną tancerkę.

Podsumowując: autor zaczął od standardu, ale przebudował schematy i dodał szczyptę własnych, oryginalnych pomysłów, otrzymując produkt całkiem świeży. I to taki, od którego oderwać się nie sposób, a czyta się z wypiekami na twarzy. Polecam wszystkim, może poza tymi, którzy panicznie boją się wszelkich stawonogów, a dla fanów fantasy to pozycja obowiązkowa. I radzę mieć pod ręką następny tom.;)

Tytuł: Imperium Czerni i Złota
Autor: Adrian Tchaikovsky
Tłumacz: Andrzej Sawicki
Tytuł oryginalny: Empire in Black and Gold
Cykl: Cienie Pojętnych
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2009
Stron: 631
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...