Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ostatnie Imperium. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ostatnie Imperium. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 marca 2016

"Stop prawa" Brandon Sanderson

Jak być może pamiętacie, ostatni tom trylogii Zrodzonego z Mgły, był dla mnie dość rozczarowujący. Niemniej, zakończył się w sposób, który pozwolił autorowi zacząć wszystko od nowa. I bardzo byłam ciekawa, jak mu to „od nowa” wyjdzie. Zwłaszcza, że już po objętości widać, że pozbył się jednej z wad poprzedniej trylogii.

Od wydarzeń opisanych w „Bohaterze wieków” minęło czterysta lat – zdążyły one już obrosnąć legną i mitem. Świat się zmienił – powoli pod strzechy trafia elektryczność, pociągi kursują regularnie a broń palna cieszy się wielką popularnością. Gdybyśmy byli na Ziemi, można by było powiedzieć, że mamy XIX wiek. Tymczasem Waxillium Ladrian musi porzucić swoje dotychczasowe życie stróża prawa w Dziczy, albowiem innego rodzaju obowiązki wzywają go do stolicy. Konkretnie to powinien zająć się sprawami swojego szlacheckiego rodu, bo tak się niefortunnie złożyło, że nagle został jego jedynym dziedzicem. Cóż, trzeba porzucić odznakę i zająć się aranżowaniem małżeństwa. Tymczasem okazuje się, że w mieście działa grupa niezwykle zręcznych bandytów, zajmujących się bardzo zuchwałymi kradzieżami. Czy stary detektyw oprze się pokusie?

„Stop prawa” w przeciwieństwie do poprzednich tomów serii nie trzyma się już najpopularniejszej konwencji fantasy, jaką jest ratowanie świata przed Złym Władcą ™ /zagładą. Teraz mamy do czynienia z kryminałem w wersji przygodowej. I przyznam, że ta zmiana konwencji doskonale wpłynęła na książkę. Rozwiązania fabularne zdają się mniej wyświechtane, intryga (a ta nie kończy się w tej powieści) mniej przewidywalna a cały entourage mniej zużyty. Jednocześnie powieść jest na tyle niezależna, że można ją bez problemu czytać, nie znając poprzednich z uniwersum. Ale chyba najbardziej zaskakujące jest to, że Sanderson nauczył się zwięzłości. I to wyszło książce zdecydowanie na plus (jak również to, że zrezygnował z intryg politycznych. Nie jest w nich najlepszy).

Trochę lepiej wypadają też postacie kobiece. Znacząca poprawą jest fakt, że jest ich więcej niż jedna istotna dla fabuły. Co prawda nieodzowna u tego autora Martwa Dama Wpływająca Zza Grobu Na Życie Bohatera (w skrócie MDWZGNŻB. Nie jestem dobra w akronimach) również się pojawia, ale ponieważ nie jest jedyna poza główną (lub prawie główną) bohaterką, nie irytuje tak bardzo. Z żywych pań mamy Marasi, która pełni u boku Waxa podobną rolę, jaką pełniła Vin u boku Keislera – czyli zafascynowanej bohaterem uczennicy (acz trzeba zaznaczyć, że relacja Marasi z Waxem ma jednak zdecydowanie inny wydźwięk). Jest więc inteligentna, sprytna, odważna i uparta, chociaż nieco brakuje jej pewności siebie. Generalnie ten typ bohaterki, który publiczność uwielbia. Dla mnie – urocza nuda. Zdecydowanie bardziej interesująca wydaje mi się Steris, kandydatka na aranżowaną żonę Waxa. Z jednej strony wydaje się sztywna i chłodna, ale autor sugeruje, że to nie jest prawdziwa twarz. Mam nadzieję, że za tą sugestią podąży i pokaże nam coś niespodziewanego. No i jest jeszcze Ranette, podręcznikowa silna postać kobieca. Na razie nie pokazała nic ciekawego, ale już sam fakt, że w tym zespole rolę bondowego Q pełni kobieta można policzyć jako zaletę (zawsze to jakieś novum).

Wax oczywiście nie działa sam, towarzyszy mu Wayne. I tu należy zaznaczyć, że Sanderson, jak wielu przed nim (i po nim zapewne też) nawiązuje do najsilniej zaznaczonego chyba tropu w literaturze kryminalnej. Otóż od czasu Sherlocka Holmesa, żaden wybitny detektyw nie może obejść się bez najlepszego przyjaciela, z którym stanowią niezwyciężalny zespół (ostatnio co prawda Skandynawowie wolą eksploatować typ detektywa-samotnika, ale my jakby nie o tym). Co prawda Sanderson trochę miesza bohaterom umiejętności – u niego to towarzysz, nie detektyw, potrafi się wtopić w każde tło i zakamuflować w dowolnej społeczności, nie jest też wykształcony – ale i tak widać, do kogo nawiązuje. Niemniej, z Waxa i Wayne’a całkiem sympatyczna para, choć Wayne zwykle pełni rolę chodzącego i nie zawsze udanego elementu komicznego, co bywa irytujące.

Sam Wax jest konstrukcyjnie bardzo podobny do Keislera (właściwie, patrząc na jego relację z Marasi, mam wrażenie, że gdyby opisywać relację Kela z Vin z perspektywy Kela, dostalibyśmy właśnie coś takiego). Robi to, co słuszne, ale potrafi naginać prawo, kiedy potrzeba. Choć w przeciwieństwie do Kela, nie ma ambicji obalania istniejącego porządku. Niemniej, lubi sobie pofilozofować, jak Kel.

I tak ostatecznie jestem mile zaskoczona „Stopem prawa”. Nie jest to żadne arcydzieło, ale potrafił mnie przekonać, że Sanderson mimo wszystko ma mi coś do zaoferowania. Będę testować dalej.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Stop prawa
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł oryginalny: The Alloy of Law
Tłumacz: Anna Studniarek
Cykl: Ostatnie Imperium
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 298

sobota, 6 lutego 2016

"Bohater Wieków" Brandon Sanerson

Z Sandersonem mam pewien problem. Facet ma świetne pomysły na światy i nienajgorsze na opowieści, bohaterów też zwykle pisze znośnych. Potrafi czytelnika zaskoczyć i ogólnie całkiem sensownym pisarzem jest. Tylko czemu, ach czemu tak strasznie ględzi.

Vin i Elend prowadzą swoją armię po całym imperium. Podążają za szlakiem wytyczonym przez magazyny zostawione przez Ostatniego Imperatora. Dookoła nich świat umiera – popiół tworzy zaspy, mgły zostają coraz dłużej po wschodzie słońca a trzęsienia ziemi przychodzą coraz częściej. Państwo Venture liczą jednak, że wskazówki pozostawione przez poprzedniego władcę pozwolą im uratować świat. Jednak ich poczynaniom przygląda się pewna niszczycielska siła, która zrobi wszystko, żeby ich powstrzymać.

Właściwie trzeci tom tego cyklu jest miejscem, w którym dotarliśmy do momentu, gdzie bohaterowie muszą stawić czoła pradawnemu złu (no dobra, siła z którą walczą nie jest do końca tożsama ze złem jako takim, ale jej cel to zagłada, więc możemy sobie te subtelności darować). Biorąc pod uwagę, że zaczynaliśmy od obalania władz, jest to dość rozczarowujący kierunek rozwoju. W końcu w fantasy podąża się nim od czasów Tolkiena, a osobiście wolę, kiedy bohaterowie jednak nie mieszają bogów do swoich problemów (to być może kwestia urazu wyniesionego ze starć z polską fantasy, ale trudno, nic nie poradzę). Niemniej zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące i dość zaskakujące, więc jestem w stanie autorowi wybaczyć używanie nielubianych przeze mnie motywów.

Ale nie mogę mu wybaczyć tego, co zrobił z Vin. W „Z mgły zrodzonym” Vin była bardzo sympatyczną postacią – zagubioną nastolatką, która próbuje odnaleźć się wśród całkiem nowych zasad. Jednak w kolejnych tomach autor stawiał ją na coraz wyższym piedestale. W „Bohaterze Wieków” doszliśmy do tego, że w każdym rozdziale, w którym Vin się pojawia, ktoś musi zauważyć, jak bardzo niezwykła z niej kobieta, silna, piękna i wyjątkowa. W pewnym momencie nawet fakt, że kwestie te należą głównie do jej męża (było nie było ciągle mocno zakochanego) przestaje ratować sytuację. Nieprzyjemne wrażenie pogłębia się w chwili, kiedy widzimy, jak Vin odnosi się do innych kobiet – w scenie balu nazywa je „pudernicami” i napawa się władzą, którą ma nad innymi (będącymi ogólnie w dość rozpaczliwej sytuacji) arystokratkami oraz swoją wyższością intelektualną. Pozostawiło to dość nieprzyjemne wrażenie.

Inni wypadają dużo lepiej. Wątek Spooka jest poprowadzony bardzo ciekawie. Pokazuje, jak marzenia mogą zostać wykorzystane przeciwko człowiekowi. Reszta ekipy Keislera też daje radę, choć poza Sazedem nie odgrywają szczególnie znaczącej roli. Terrisanin zaś przeżywa rozterki związane z rozważaniem nad religią, ale jakoś mnie one nie porwały. Były zbyt oczywiste.

Paradoksalnie, najbardziej interesujące były rozdziały, w których Sanderson przenosił nas do siedziby kandra. To fascynujące istoty o złożonej kulturze i szkoda, że bliżej możemy poznać je dopiero teraz, kiedy cała historia się kończy. A TenSoon to bardzo udana postać.

Co jest w tej książce najlepsze? Zdecydowanie zakończenie. Po blisko sześciuset stronach ględzenia (i to ględzenia bardzo zręcznego, bo na pierwszy rzut oka bardzo trudno wyłapać zbędne elementy w fabule. Zręczne ględzenie jest chyba jeszcze gorsze niż niezręczne, bo nie wiadomo, które rozdziały można ominąć) przez ostatnie dwieście mamy wreszcie zagęszczoną akcję. Dopiero w tych ostatnich dwustu stronach znalazłam emocje, których mi wcześniej brakowało i zaczęłam się przejmować walką bohaterów. Szkoda, że tak późno. Cóż, kolejne części cyklu są już o połowę krótsze, może tama autor wypowiada się bardziej zwięźle.

Mimo kilku rozczarowań uważam, że „Ostatnie Imperium” co całkiem niezły cykl. Nie żałuję, że go poznałam i pewnie jeszcze do niego wrócę, bo po zakończeniu „Bohatera Wieków” autor musiał sporo zmienić i bardzo jestem ciekawa, jak będą wyglądać kolejne tomy. Więc polecam, zwłaszcza, jeśli macie sporo wolnego czasu.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag

Tytuł: Bohater Wieków
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł oryginalny: The Hero of Ages
Tłumacz: Anna Studniarek
Cykl: Ostatnie Imperium
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2015
Stron: 778

piątek, 29 stycznia 2016

"Studnia Wstąpienia" Brandon Sanderson

„Studnia Wstąpienia” to drugi tom cyklu o Zrodzonych z Mgły, autorstwa Brandona Sandersona. Tak, jak tom pierwszy uznałam za całkiem sympatycznie napisana powieść przygodową, tak z drugim mam pewne problemy.

Po wydarzeniach sprzed roku zapanowały w Luthandel nowe porządki. Zmieniło się wiele, ale sytuacja miasta nie jest najlepsza – kwestią czasu (i to niewielkiego) pozostaje, kiedy zaczną się o nie upominać wrogie armie. Nowy król ma wiele pomysłów, jego Zrodzona z Mgły go wesprze, ale czy to wystarczy, żeby za pomocą nielicznej armii złożonej z byłych niewolników ochronić miasto? (nawet nie wiecie, jak trudno jest pisać ten akapit unikając spoilerów. Ale w kolejnych już niestety będą drobne do pierwszej części, bo inaczej nie da się poruszyć interesujących mnie kwestii).

Wbrew temu, co napisałam w poprzednim akapicie odniosłam wrażenie, że głównym wątkiem „Studni Wstąpienia” są problemy egzystencjalne bohaterów. Vin przez bite siedemset stron tonie w rozterkach natury egzystencjalnej. Sam w sobie ten pomysł nie jest zły, ale przez dłuższy czas coś mi w nim nie grało. I chyba wiem, co. Otóż nie grało mi wrażenie, że autor wraca do problemu, który już pozornie rozwiązał w poprzednim tomie, a tego zabiegu strasznie nie lubię. Vin już w poprzednim tomie początkowo nie mogła się odnaleźć w nowej rzeczywistości, w którą wrzucił ją Kelsier, zabierając ze złodziejskiej szajki. Ten problem zdawał się być rozwiązany, bo bohaterka w końcu zaakceptowała swoje nowe miejsce, przyjaciół i prawo do miłości a także swoją tożsamość jako Zrodzonej z Mgły. Tymczasem w „Studni Wstąpienia” znowu mamy do czynienia z Vin rozdartą, zastanawiającą się, czy jest godna miłości swojego mężczyzny, a także wyalienowaną z powodu swoich mocy. Niby jest to uzasadnione (w końcu została jedyną znaną sobie Zrodzoną z Mgły), ale jednocześnie strasznie wtórne.

Wtórność jest chyba największą wadą tego tomu. Pomijając rozterki Vin, właściwie cała konstrukcja fabuły jest oparta na dokładnie tym samym schemacie, co w poprzedniej części. Zaczynamy o budowania napięcia (co trwa dłuższy czas), potem mamy moment nadziei, nieprzewidziane problemy, chwilową poprawę, wielką bitwę, chwilę ciszy i kluczowe wydarzenie. Jeśli kolejny tom też będzie oparty na tym schemacie (i będzie to tak wyraźnie widoczne), to chyba zwątpię w autora.

Poza rozterkami bohaterów mamy jeszcze wątek polityczny. Względem niego również mam mieszane uczucia. Z jednej strony nie jest przecież źle napisany, a autor doskonale pokazał mechanizm sprawiający, jak zasady demokracji można dzięki machinacjom zwrócić przeciwko dobrym ludziom (i jak bardzo Machiavelli miał rację) i ostatecznie przeciwko dobru publicznemu. Z drugiej strony, choć czasem zaskakujące, nie był to ten rodzaj intrygi politycznej, który sprawia, że ogryzam paznokcie z nerwów., a tylko takie intrygi toleruję.

Co na plus? Bohaterowie. Znowu spotykamy się ze starą ekipą Ocalałego. Autor starał się ich ustawić w zupełnie nowej sytuacji i pokazać nowe aspekty osobowości, które w związku z tym mogły się ujawnić, ale wyszło to równie. W przypadku Breeze’a wyszło bardzo dobrze – poznajemy zupełnie nowe oblicze tej postaci, co pozwala nam nieco zmienić o nim zdanie (ogólnie bardzo lubię zabieg, w którym autor zmienia punkt widzenia, odsłania nieznane dotąd fakty i każe nam w ten sposób zrewidować swoje zdanie o bohaterze). Dla odmiany w przypadku Docksona wyszło bardzo słabo – to, czego się o nim dowiadujemy nie rzuca wiele światła na zmianę jego zachowania, choć najwyraźniej miało. W przypadku Sazeda udało się autorowi pogłębić postać, ale prawdziwa rewolucja czeka go chyba dopiero w kolejnym tomie. Jest jeszcze OreSeur, ale mam ogromny problem z tym, co autor mu ostatecznie zrobił (ale nie rozwinę, bo straszliwe spoilery).

(A tak na marginesie, zauważyłam pewna prawidłowość – wszyscy bohaterowie Sandersona w tym cyklu muszą, po prostu muszą, mieć jakąś traumę w życiorysie, najlepiej pochodzącą z wczesnej młodości. Ja rozumiem, że głównym bohaterów może to dodawać splendoru, ale kiedy wszyscy mają mroczna przeszłość, robi się trochę groteskowo. Jest nawet taka scenka, w której bohaterowie niemal licytują się na to, kto ma większą traumę i więcej wycierpiał w przeszłości…)

Można odnieść wrażenie, że głównie narzekam, ale to dlatego, że dobre elementy dublują się względem poprzedniego tomu, a ja nie lubię się powtarzać. Mogłabym napisać o odsłaniających się tajemnicach świata przedstawionego, ale nie napiszę, bo po pierwsze nie wszystko jest jeszcze jasne a po drugie – spoilery (acz podoba mi się kierunek, w jakim to wszystko zmierza). Mimo miejscowych dłużyzn i pewnej wtórności, „Studnię Wstąpienia” wciąż czyta się bardzo dobrze i wciąga jak diabli. Miejmy nadzieje, że następny tom będzie pozbawiony jej słabości.

Książkę dostałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Studnia Wstąpienia
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł oryginalny: The Well of Ascension
Tłumacz: Anna Studniarek
Cykl: Ostatnie Imperium
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2015
Stron: 800

sobota, 1 sierpnia 2015

"Z Mgły Zrodzony" Branon Sanderson

Jest pewna specyficzna kategoria autorów w moim czytelniczym życiu. Takich, których coś tam przeczytałam, spodobało mi się i nawet chciałam sięgnąć po coś więcej, ale jakoś tak wyszło, że nie wyszło. Do takich autorów zalicza się Brandon Sanderson (w jego przypadku powodem niesięgnięcia był najprawdopodobniej brak innych dzieł w bibliotece). Teraz jednak wraca do łask, w związku z czym pojawiają się wznowienia. I postanowiłam nadrobić zaległości, zaczynając od „Z Mgły Zrodzonego”.

Vin jest drobną złodziejką, która jakoś stara się przeżyć na ulicach Luthandelu. Czasem potrzebuje do tego Szczęścia, specjalnej umiejętności, która czasem pozwala wyjść z tarapatów. Niestety, jej szajka postanowiła przyłączyć się do projektu, który ją przerósł, co kończy się katastrofą i gdyby nie pomoc tajemniczego Kella, Vin skończyłaby pewnie rozszarpana przez Inkwizytorów. Kell jednak ma plan iście rewolucyjny – chce obalić Ostatniego Imperatora, a dziewczyna może mu w tym pomóc. I przy okazji dowiedzieć się, że jej „Szczęście” nie ma ze szczęściem nic wspólnego; to Allomancja.

Pierwszym, co mnie w tej powieści zaintrygowało, był świat. Nawet nie chodzi o podziała na arystokratycznych panów i niewolników skaa (właściwie to mi się najmniej podobało – geneza tego podziału jest bardzo niejasna, a fizycznie arystokracja od skaa nie różni się niczym, mimo że lokalna władza religijna próbuje wmawiać coś innego; autor przebąkuje o tym, że skaa wywodzą się od przeciwników Imperatora, a opływająca w luksusy arystokracja od jego sojuszników, ale kompletnie nie przekonuje mnie to tłumaczenie), bardziej podoba mi się to wszystko, co składa się na scenografię. Sanderson stworzył wspaniały, chylący się ku upadkowi świat. Popiół pada tam znacznie częściej niż deszcz – do tego stopnia, że uprawa roślin wymaga regularnego oczyszczania ich z osadu (i przy okazji zastanawiam się, co tak właściwie wyrzucają z siebie Popielne Góry, bo na pewno nie popiół wulkaniczny. Gdyby tak było, tym biednym roślinom nie pomogłoby żadne oczyszczanie), a wszystko jest ciemne od sadzy. Rośliny są brunatne, a słońce czerwone. Takim właśnie imperium rządzi Ostatni Imperator – uważany powszechnie za bóstwo nieśmiertelny tyran, który tysiąc lat temu został Bohaterem Wieków i zasiadł na tronie.

No i tu dochodzimy do rzeczy najciekawszych, bo Sanderson pokazuje, jak zwycięzcy piszą historię. Jego Ostatnie Imperium jest bardzo homogeniczne kulturowo – nie dlatego, że autor nie miał na nie pomysłu, ale dlatego, że Imperator przez tysiąc lat pieczołowicie pilnował, aby każdy, kto nie chce uznać go za bóstwo, zginął w męczarniach. I dlatego bohaterowie Sandersona znają tylko wersję wydarzeń opowiadaną przez zwycięzców. Większość nie wyobraża sobie, że kiedyś mogło być inaczej - tylko nieliczni poszukują zapomnianych legend i usiłują dotrzeć do prawdy. Autor świetnie pokazał, jak wieloletnie manipulowanie informacją może wpłynąć na społeczeństwo.

Sami bohaterowie to przyjemna zgraja – nie jakoś szczególnie oryginalna, ale miło się z nimi spędzało czas. Vin na kartach powieści ewoluuje z zaszczutego zwierzątka w samodzielną młodą kobietę i jest idealnym przykładem, jak powinno się pisać bohaterki młodzieżówek. Kelsier to typowy łotrzyk o złotym sercu – a przynajmniej był taki, dopóki w jego życiu nie zdarzyła się Mroczna Tajemnica (poliszynela w tym przypadku). Teraz walczy trochę w prywatnym interesie, a trochę za większą sprawę. Poza tym jest lokalnym odpowiednikiem maga – Allomantą. Potrafi spalać pewne rodzaje metali, aby uzyskać różne bonusy: siłę, wytrzymałość, możliwość ingerencji w emocje innych i tak dalej (akurat system magii w uniwersum Sandersona wydaje mi się bardzo akuratny, ale nieszczególnie oryginalny). Ci dwoje, jak to głównie bohaterowie, mają grupkę drugoplanowych przyjaciół, o których, szczerze mówiąc, nie dowiadujemy się zbyt wiele. Ale rzeczy jest rozwojowa. A gratis dostajemy subtelny wątek miłosny.

Patrząc na to, co do tej pory napisałam, „Z Mgły Zrodzony” może nie prezentuje się zachwycająco. Ale wiecie, Sanderson należy do gawędziarzy. Znaną historię potrafi zajmująco opowiedzieć i nawet jeśli czasem przydarzy mu się dłużyzna czy dwie, to można wybaczyć. W dodatku potrafi ją zakończyć bardzo zgrabną pointą (historię, nie dłużyznę). I tym razem, nawet jeśli nie czuję się zachwycona, to jestem głęboko usatysfakcjonowana lekturą. Po kolejny tom też sięgnę.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa MAG

Tytuł: Z Mgły Zrodzony
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł oryginalny: Mistborn
Tłumacz: Aleksandra Jagiełowicz
Cykl: Ostatnie Imperium
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2015
Stron: 672
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...