Nie lubię kryminałów. Wiecie, istnieje po prostu ograniczona ilość pomysłów, jakie można wykorzystać w realistycznych kryminałach, a ja może i szczególnie bystra nie jestem, ale całkiem nieźle mi idzie rozpoznawanie wzorców. Co zwykle skutkuje tym, że już w połowie książki nie tylko wiem, kto zabił, ale i dlaczego i tylko się wściekam na tego tępego głównego bohatera, że taki niedomyślny. Nieco inaczej sprawy się mają, kiedy autor zmieni założenia wyjściowe. Takie urban fantasy to w miażdżącej większości kryminały (na tym lub innym poziomie), ale autor ma znacznie więcej narzędzi do zaskakiwania czytelnika i mylenia mu ścieżek. Albo inny trik: wystarczy głównym bohaterem uczynić dziecko. Co prawda wtedy wiek docelowej grupy czytelników też się obniża, ale to nie znaczy, że ma się obniżać razem z jakością książki. Poszerza nam się paleta możliwych do wykorzystania przestępstw (dorosły czytelnik kryminałów będzie zawiedziony, jeśli nikt nie padnie trupem, w kryminałach dla młodszych czytelników denat może się objawić, ale przecież nie musi), ale też całkowicie zmienia nam się zakres czynności śledczych, jakie bohater może podjąć, a nic tak nie ożywia konwencji, jak ograniczenia. Na taki właśnie pomysł wpadła nie tylko nasza rodzima Joanna Chmielewska, ale też Kanadyjczyk Alan Bradley.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sensacja/Kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sensacja/Kryminał. Pokaż wszystkie posty
środa, 28 sierpnia 2019
poniedziałek, 20 października 2014
Wyssij mój saksofon czyli zdecydowanie preludium - "Księżyc nad Soho" Ben Aaronovitch
Okazuje się, że mam słabość do czarodziejskich detektywów w wielkim mieście, a oni to bezczelnie wykorzystują – Grant z Dresdenem regularnie mijają się w drzwiach, a pod progiem czai się Swift (choć nie znam go jeszcze, może tylko udaje detektywa). Niedawno byłam na wycieczce w Chicago (choć Harry nie jest najlepszym przewodnikiem. Na szczęście i tak nie można się przy nim nudzić), czas więc znowu odwiedzić Londyn. Jeśli chodzi o oprowadzanie po mieście, to Peter Grant jest zdecydowanie lepszym towarzyszem.
Po wydarzeniach z „Rzek Londynu” Peter wciąż rozwija swoje umiejętności magiczne - potrafi już nie wysadzić w powietrze biurka, przy którym trenuje. Niestety, Lesley z wiosennych wydarzeń nie wyszła bez szwanku i ciągle zmaga się z ich konsekwencjami. Tymczasem umiera jazzman. Facet w średnim wieku, praca dość stresująca, to i nic dziwnego, że na zawał kojfnął zaraz po stresującym jak każdy koncercie. Nikt by na niego nie zwrócił uwagi, gdyby nie unosząca się nad denatem woń magii. Prędko okazuje się, że jazzamn nie był jedynym pachnącym magią muzycznym trupem. Na dodatek znowu zaczyna grasować pewna penisożerna piękność. W ogóle coś dziwnego dzieje się w mieście i tym razem miejscowe bóstwa nie mają z tym nic wspólnego.
Mam problem z tą książką, a właściwie nawet nie z nią samą tylko z pisaniem o niej notki. Bo widzicie, „Księżyc nad Soho” jest tak naprawdę bardzo podobny do „Rzek Londynu”, może ciut lepiej skonstruowany. Opiera się na podobnym schemacie i pomyśle (czyli wciągnięciu wątku (pop)kulturowego w zagadkę kryminalno-magiczną), bohaterowie trochę się rozwijają, a i język ciut lepszy, ale to w sumie wszystko. Niemniej, jest parę detali, na których chcę się skupić i trochę pomarudzić.
Na początek pomarudzę nad Grantem. On sam ciągle jest fajny, właściwie jako postać został tam, gdzie był. Autor postanowił jednak podkreślić te jego cechy, które w poprzednim tomie nie miały okazji dobrze się zaprezentować. I tak Peter nie porzucił swoich eksperymentów z magią (które przypominają ogólnie szkolne eksperymenty chemiczne, minus szkodliwe substancje), co może w końcu zaowocuje oświeceniem czytelnika w kwestii, jak ta magia właściwie działa. Z gorszych wiadomości, zubożały nam relacje młodego posterunkowego z otoczeniem. Lesley została z konieczności zepchnięta w cień – po wydarzeniach z poprzedniego tomu nie może pełnić czynnej służby i przechodzi długotrwałą rekonwalescencję, więc trzyma się obrzeży fabuły. Ta sytuacja byłaby świetną okazją do pokazania bardziej skomplikowanej niż „czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie” więzi (nie zrozumcie mnie źle, tego typu układ też można ciekawie przedstawić. Ale ogólnie, razem z „ich dwóch, ona jedna” to chyba najbardziej wyświechtany schemat), jednak autor nie do końca ją wykorzystał. Pokazał co prawda, że jest ciężko, ale większość zbył milczeniem. Szkoda. Tak samo jak szkoda, że nikt u boku Granta nie zastąpił Lesley (co prawda są dwie pretendentki, ale rola jednej sprowadza się właściwie do płomiennego romansowania, a druga jest tak starą policyjną wyjadaczką, że wciągnęłaby posterunkowego nosem, toteż asymetria we wzajemnych relacjach całkowicie je przytłacza. Choć kandydatka numer dwa ma potencjał).
Lesley zresztą nie daje czytelnikowi o sobie zapomnieć, choć autor pokazuje ją tak oszczędnie. Trauma jej nie złamała, choć znacząco nadwątliła pewność siebie. Ale to twarda dziewczyna i pretenduje do miana jednej z moich ulubionych postaci kobiecych, o ile oczywiście autor będzie dalej podążał tą drogą. Nawet ten straszliwie odczapisty wątek, jaki Aaronovitch zaserwował nam na ostatniej stronie ma możliwość przekształcenia się w coś fajnego. Wiem, że autora na to stać.
A skoro już przy wątkach jesteśmy, to poza standardową zagadką odcinka zaczyna się wykluwać coś większego. Oczywiście to dopiero preludium, ale mam wrażenie, że wydarzenia i postacie wprowadzone w „Księżycu…” będą się powtarzać jak uporczywy refren w kolejnych tomach. Na myśl o czym już się cieszę, gdyż są bardzo barwne i zdecydowanie ciekawsze od standardowych zagadek. A poza tym, dzięki nim poznajemy jakieś okruchy z przeszłości Nightingale’a i brytyjskich czarodziejów. W poprzednim tomie autor sugerował, że policyjny mag jest wszystkim, co pozostało z brytyjskiej magii, teraz jednak jakby zauważył, ze zamyka sobie bardzo kuszące drzwi i postanowił zmienić front.
Właściwie, to bardzo przyjemna książka – autor zadbał nawet o podkład muzyczny, bo każdy rozdział nosi tytuł jednego z jazzowych standardów. Niemniej, jestem trochę rozczarowana. Czytałam opinie, że „Księżyc…” jest znacznie lepszy od „Rzek…”. Lepszy jest, czy znacznie, nie powiedziałabym. Raczej troszkę. Ale Granta polubiłam już wcześniej i jeśli tylko będzie chciał mnie jeszcze raz oprowadzić po Londynie, to chętnie na tę wycieczkę pójdę. To towarzysz, z którym nie można się nudzić.
Tytuł: Księżyc nad Soho
Autor: Ben Aaronovitch
Tytuł oryginalny: Moon Over Soho
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Peter Grant
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2014
Stron: 384
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Współcześnie, mitycznie, (pop)kulturowo - "Rzeki Londynu" Ben Aaronovitch
„Rzeki Londynu” zostały na zachodzie wydane trzy lata temu i, jak wieść gminna niesie, wydawnictwo Mag już dawno zakupiło do nich (jak i do reszty cyklu) prawa. Tymczasem na początku bieżącego roku w pewnych czytających po angielsku środowiskach zrobiło się o książkach Aaronovitcha bardzo głośno – podniosły się lamenty, że tak dobra seria nie może się doczekać polskiego wydania, a kto mógł, ten zaczął polować na oryginalną wersje językową. W marcu Mag wreszcie wypuścił „Rzeki Londynu”. Czy rzeczywiście jest się czym zachwycać?
Peter Grant jest jednym z londyńskich posterunkowych na okresie próbnym. Pewnej styczniowej nocy zostaje wyznaczony na ochotnika do pilnowania miejsca zbrodni (jakiemuś facetowi ktoś urwał głowę). Cóż, taki los najniższych w hierarchii i wydarzenie z pewnością przeszłoby bez echa, gdyby Peter w trakcie pełnienia służby nie zebrał zeznań od… ducha. Informacja dociera tam, gdzie trzeba i nagle okazuje się, że policja dysponuje jednoosobowym wydziałem do spraw magii, który jest zainteresowany poszerzeniem swych szeregów o posterunkowego Granta. Tymczasem liczba ofiar podejrzanie niezwykłych morderstw rośnie…
Nie przepadam za kryminałami – zawsze wydają mi się nudne, banalne, rozwiązują spawy za pomącą kompletnie nielogicznych dedukcji albo wszystko na raz (podobnie mam z powieściami sensacyjnymi). Jednak połączenie kryminału z jakąś konwencją fantastyczną (w przypadku „Rzek Londynu” jest to urban fantasy) zazwyczaj przynosi bardzo dobry efekt, przypuszczalnie dlatego, że wtedy autor ma większe możliwości zaskakiwania czytelnika. Powieść Aaronovitcha to idealny przykład na to, jak przekonać antyfana kryminału do nielubianego gatunku. A idealne skomponowanie elementów dwóch różnych konwencji to dopiero pierwsza zaleta.
Drugą niewątpliwie są bohaterowie. Peter Grant to zwykły chłopak z osiedla – żaden wybraniec czy inny wybitnie utalentowany. Po prostu miał (nie)szczęście znaleźć się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. To już samo w sobie jest ciekawe, bo dość rzadkie w fantastyce (choć mam wrażenie, że w urban fantasy trafia się statystycznie częściej). Poza tym nie jest szczególnie dobrze wykształcony, ma tylko przeciętnie zdaną maturę. Mimo wszystko, jest bystry i ma ogromne skłonności do zadawania niewygodnych pytań, a kariera policyjnego czarodzieja okazała się jedynym ratunkiem przed utknięciem w najmniej pożądanym przez młodych posterunkowych miejscu zatrudnienia – wydziale kontroli dochodzeń. Peter jest też narratorem naszej opowieści, a jego dystans do siebie i ogromne poczucie humoru zdecydowanie ją ubarwiają. Nie można chłopaka nie lubić.
Skoro mamy ucznia, nie mogło się też obyć bez mistrza – w tym przypadku inspektora Nightingale’a. Ten jest już bardziej typowy i na etapie pierwszego tomu cyklu można o nim powiedzieć, że jest bardo tajemniczy i że stopniowo w kolejnych powieściach będzie swoje tajemnice odkrywał. A żeby magicznej jeśli chodzi o zestaw głównych bohaterów liczbie „trzy” było zadość, jest jeszcze koleżanka Petera ze stażu, Lesley. Jako iż była od niego lepsza w policyjne klocki, dostała się do wydziału zabójstw i pełni rolę łączniczki. Cóż, może i Aaronovitch skorzystał przy tworzeniu bohaterów drugoplanowych ze schematów, niemniej wyszły mu postacie całkiem sympatyczne, z własna osobowością i zdecydowanie budzące w czytelniku jakieś emocje.
Towarzystwo niekoniecznie ludzkie to już zupełnie inna historia – zdecydowanie nie można mu zarzucić schematyczności. Tytułowe rzeki walczące o wpływy i negocjowanie między nimi zaprzestania działań zaczepnych między nimi, walka z wampirami czy rozmowy z duchami zdecydowanie dodają kolorytu całości. Jeśli ktoś jest rodowitym Brytyjczykiem lub fascynuje go ta kultura, śmiem twierdzić, że będzie się bawił jeszcze lepiej, czytając o zabytkach, legendarnych stworzeniach czy elementach charakterystycznych dla Wielkiej Brytanii.
Niefascynatom pozostaje wyłuskiwanie nawiązań popkulturowych. Osobiście najbardziej mnie urzekły żarty z „Harry’ego Pottera” (dość oczywiste w tej sytuacji), jakie urządzają sobie bohaterowie, ale są i „Gwiezdne wojny”, i komiksowi superbohaterowie i chyba gdzieś nawet „Star Trek” się prześliznął. I dla mnie to jest właśnie najciekawsze w całej powieści – widoczna wszędzie, naturalna współczesność i związane z nią nawiązania popkulturowe. Często zdarza się, że nawet jeśli czytam książkę z akcja rozgrywającą się po 2010 roku, to niezbyt to widać. Z częścią autorów jest ten problem, że wygodniej im ignorować zdobycze techniki i młodzi ludzie w ich książkach zachowują się nieco nienaturalnie. Rzadko im się zdarza pomyśleć jak Peter, że mimo iż nie mogą sobie jakiegoś szczegółu przypomnieć, sprawdzą to w Google jak tylko będą mogli wyciągnąć komórkę. Rzadko nawiązują do popularnych filmów i książek, nawet jeśli te już nie są nowościami, a autorzy wychodzą ze skóry żeby uzasadnić niemożliwość zadzwonienia do znajomego na komórkę, zamiast choć połowę tej energii przeznaczyć na jakieś sensowne wplecenie w fabułę tego nieskomplikowanego wątku. „Rzeki Londynu” zdecydowanie wyróżniają się w tej dziedzinie. Widać, że bohaterowie Aaronovitcha myślą i zachowują się jak ludzie dorastający w latach dziewięćdziesiątych, dla których korzystanie z internetu jest tak naturalne, jak oddychanie. I to jest fajne.
A teraz chwila na naprawdę krótki kącik czepiania się nieistotnych detali. Jest w powieści taka scenka, gdzie Peter, chcąc pokazać, że trochę się na wiejskim życiu zna, wspomina o „porze jagnienia się owiec”. Otóż owce się nie jagnią, owce się kocą (nie patrzcie tak na mnie, nie ja to wymyśliłam). Wobec tego do tej pory nie wiem, czy komentarz rozmówcy był szczery (na co wskazywałby dalszy tok rozmowy), czy ironiczny (na co wskazywałaby logika).
Okładka książki jest beznadziejnie nijaka. Nie dajcie się tym jednak zwieść, bo zawartość warto poznać. Polecam zwłaszcza tym, którzy lubią i kryminał, i fantastykę, i Londyn – oni będą piać z zachwytu. W sumie, nawet ci, którzy niespecjalnie lubią fantastyczne klimaty powinni w „Rzekach Londynu” znaleźć coś dla siebie. (Zaiste, magiczny złoczyńca z powieści Aaronovitcha nie jest o wiele bardziej niesamowity od co wymyślniejszych seryjnych morderców z „klasycznych” serii kryminalnych). Polecam i niecierpliwie czekam na więcej.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.
Autor: Ben Aaronovitch
Tytuł oryginalny: Rivers of London
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Peter Grant
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2014
Stron: 384
Książka bierze udział w wyzwaniu Klucznik.
piątek, 5 lipca 2013
Miasto grzechu w neverlandzie - "Strażnik podłego miasta" Daniel Polansky
Kojarzycie kryminały w klimacie noir? Takie stare, najczęściej czarnobiałe i amerykańskie filmy, gdzie to sterany życiem detektyw w swoim obskurnym biurze chla whisky na potęgę/pali jak smok, użalając się nad swoim marnym losem? No to teraz wyobraźcie sobie, że ktoś spróbował przenieść to w realia fantasy. Osobiście uważam takie posunięcie za ciekawy zabieg, choć często nieudany (najczęściej wtedy, kiedy pomysł na samą kryminalną intrygę jest słaby – dekoracje mają tu rolę drugorzędną, choć fantastyczny świat daje czasem takie możliwości rozwinięcia fabuły, o jakich w realistycznej powieści można tylko pomarzyć).Tymczasem Daniel Polansky oddał w ręce czytelników właśnie taką historię. Czy się obroniła?
Opiekun nie jest detektywem (nie jest też żadnym opiekunem, ale tak go nazywają w światku). Kiedyś nim był, ale to stare czasy. Obecnie zajmuje intratną posadę drobnego handlarza narkotykami, przemierzając zaułki Podłego Miasta w poszukiwaniu klientów. Niemniej, kiedy sprzed własnego domu znika mała dziewczynka, to Opiekun jest osobą, która znajduje jej zmasakrowane ciało. Właściwie powinien tę sprawę przekazać odpowiednim służbom i pójść swoją drogą, ale stare nawyki nie dają się tak łatwo wyplenić. Były detektyw postanawia wykorzystać swoje przestępcze kontakty do znalezienia mordercy. Nawet nie podejrzewa, w jakie szambo się przez to wpakuje…
Przeczytaliście zarys fabuły? No to teraz powiedzcie mi, w jakich realiach będzie się ona rozgrywać. Nie wiecie? Za to właśnie dowiedzieliście się, jaki jest największy problem powieści – niedostatki świata przedstawionego. Z tym, że mamy tu do czynienia z dość osobliwym przypadkiem: widać, że autor dokładnie sobie zaplanował, jak ma wyglądać Podłe Miasto, jak sytuacja polityczna Imperium, jakie grupy etniczne zamieszkują poszczególne dzielnice i co się działo pięć, dziesięć i dwadzieścia pięć lat wcześniej. Krótko mówiąc, skrupulatnie odrobił pracę domową, która jest psim obowiązkiem każdego pisarza-demiurga. Jednak później najwyraźniej zbyt restrykcyjnie swój tekst zredagował. Efektem jest świat z ogromnym potencjałem, o którym czytelnik dowiaduje się zbyt mało, żeby weń wsiąknąć. Opisy są rzadkie i skąpe (im dalej w książkę, tym częstsze i obfitsze, ale to wciąż zbyt mało), nie pozwalają na zbudowanie pełnego obrazu miejsca akcji. A w przypadku „Strażnika Podłego Miasta” jest to błąd podwójny, bo tytułowa metropolia ma być jednym z bohaterów opowieści…
Konsekwencją powyższego jest też fakt, że czytelnik nie bardzo wie, do realiów jakiej epoki ma się odnosić (wiadomo, ze inaczej wyglądałby bohater ubrany w bluzę i płaszcz na modłę średniowieczną, a inaczej na renesansową). Sama obstawiałabym okolice renesansu, na co wskazuje obecność reglamentowanego prochu, ale z drugiej strony mamy tu i elementy dziewiętnastowieczne, i średniowieczne, i pewnie jeszcze kilku epok, których nie zauważyłam. Pomysł z przemieszaniem różnych epok sam w sobie ciekawy i mający ogromny potencjał, ale w połączeniu z minimalizmem opisu wprowadza tylko chaos. Ponieważ jednak mamy do czynienia z debiutem, jestem skłonna wybaczyć autorowi, wierząc, że jeszcze się nauczy.
Dajmy spokój okolicznościom przyrody i przejdźmy do bohaterów. Opiekun, który relacjonuje nam całą historię (w pierwszej osobie liczby pojedynczej), jest typowym antybohaterem. Wielbiciele kryminału pewnie określiliby od razu typ bohatera porównując go do bardziej znanych detektywów. Ja powiem tylko, że należy do postaci, które trudno polubić, ale od początku budzą fascynację. I z pewnością jest dobrze skonstruowany. Muszę przyznać, że Polansky ma całkiem niezłe pióro do opisywania bohaterów odbiegających od stereotypu (jak Opiekun czy jego małoletni, samozwańczy towarzysz, Strzyżyk), ale przy tych bardziej sztampowych już mu gorzej wychodzi. Weźmy takiego Adolphusa. Niby wszystko w porządku: weteran, raniony na polu walki, obecnie typowy karczmarz o złotym sercu. I tyle. Czytelnik dostaje odbitego od sztancy oberżystę, jakich pełno snuje się po grach i który niczym się od swoich gierczanych pobratymców nie różni. Wierzę jednak, że jest to błąd możliwy do przepracowania.
Słów kilka o technikaliach. Okładka książki mnie zauroczyła, choć oryginalny tytuł jest dużo zgrabniejszy. Wnętrzu jednak przydałaby się solidniejsza korekta – nie wiem, czy myślników nadużywał autor, tłumacz czy redaktor, ale występują często w takiej ilości, że trudno zrozumieć dialogi. Poza tym, zdarzają się słowa użyte w niewłaściwym kontekście. Ale ogólnie, czcionkę, marginesy i interlinie dobrano tak, żeby czytało się wygodnie, grzbiet się nie łamie, a druk jest wyraźny, czyli nie ma na co narzekać.
Podsumowując, powieść Polanskyego nie ustrzegła się pewnych mankamentów charakterystycznych dla debiutów, ale jest debiutem niewątpliwie udanym. Autor pokazał, że potrafi zbudować intrygujący świat (choć jeszcze ma problemy z jego przedstawieniem), bohaterowie też mu dobrze wychodzą, a i opowiedzieć ma co. Poza tym, zdradzę jeszcze, że zaskoczenie kompletnie mnie zaskoczyło i było logiczne, co rzadko mogę powiedzieć o kryminałach. Spróbujcie – zwłaszcza, jeśli lubicie i kryminały, i fantastykę.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Bukowy Las.
Tytuł: Strażnik Podłego Miasta
Autor: Daniel Polansky
Tytuł oryginalny: The Straight Razor Cure
Tłumacz: Jarosław Włodarczyk
Cykl: Podłe Miasto
Wydawnictwo: Bukowy Las
Rok: 2013
Stron: 432
czwartek, 22 listopada 2012
W miejskiej, mrocznej dżungli - "Zoo City" Lauren Beukes
Słychać głosy, że fantastyka powinna przestać być traktowana jako osobny
gatunek, jest bowiem konwencją, w której można pisać powieści
przygodowe, kryminalne, czy jakie jeszcze mogą przyjść do głowy. Książki
takie jak Zoo City utwierdzają w przekonaniu, że to
słuszny trop – powieść Lauren Beukes, zgodnie z tym, co napisano na
okładce: „przywodzi na myśl najlepsze przykłady powieści noir” i jest
zdecydowanie bardziej thrillerem czy kryminałem, niż urban fantasy. Co
absolutnie nie obniża jej wartości.
Zinzi December została zanimizowana – co w praktyce oznacza tyle, że nie może się rozstawać ze swoim Leniwcem. Oraz to, że Poprzednie Życie się skończyło. Teraz kobieta żyje z odnajdowania zgubionych rzeczy (takie shavi dostała w pakiecie z Leniwcem) oraz oszustw internetowych. Jednak kiedy jedna z klientek zostaje zaszlachtowana we własnym domu, Zinzi musi podjąć się zadania na które kompletnie nie ma ochoty. To wciągnie ją w brudne sprawy show-biznesu, nielegalnych czarów i zbrodni.
Akcja Zoo City rozgrywa się w roku 2011, w świecie
doskonale nam znanym, ale zmienionym dwie dekady wcześniej. Nie można
więc uciec od odniesień do współczesności i tu autorka postanowiła
trochę pobawić się z czytelnikiem, dodając kilka nawiązań do popkultury.
Obecnie chyba nie da się uniknąć porównywania utworu, w którym
występuje motyw zwierzęcego towarzysza do Mrocznych materii
Pullmana. Beukes daje czytelnikom do zrozumienia, że jest tego świadoma –
więc jej powieść można uznać za dekonstrukcję motywu pullmanowskich
dajmonów. Autorka podejmuje tu swoistą grę z czytelnikiem, ale na
szczęście jest to tylko dodatek do akcji, a nie esencja utworu. Poza
tym, mamy też serie gier i komiksów, bohaterów seriali fantastycznych w
postaci kolekcjonerskich figurek i znane marki produktów. A żeby
czytelnik łatwiej zatopił się w świat obdarzony zoolusami, pomiędzy
rozdziały wplecione są wycinki z fikcyjnych gazet, portali, czy prac
naukowych.
Zoo City jest powieścią o niezwykłej atmosferze, którą tworzy niesamowity obraz Johannesburga. Autorka bardzo przyłożyła się nie tylko do odwzorowania topografii miasta (co widać choćby po długiej liście podziękowań), ale też świetnie zarysowała duszną atmosferę nocnych klubów, nielegalnych interesów i zakazanych dzielnic, do których policyjne patrole już od dawna nie zaglądają, no, może po to, żeby posprzątać trupy. Dzielnice te zaludnione są gangsterami, prostytutkami i dilerami, ale także zwykłymi obywatelami, którym kiedyś powinęła się noga i którzy stoczyli się na dno, choć nie było to ich winą – bez tych postaci obraz miasta byłby niepełny. Ale stolica RPA nie miałaby nawet połowy swojego klimatu, gdyby nie magia.
Magia w powieści Beukes pozostaje niewyjaśniona. Wiadomo, że jest i że jakoś na początku lat dziewięćdziesiątych pojawiła się w dobrze nam znanym świecie, przynosząc ze sobą Zwierzęta, ale tu w zasadzie kończą się informacje. Bo czary, jakkolwiek ubarwiają powieść i pogłębiają jej duszny, niepokojący klimat, tak naprawdę niczego nie zmieniają. Stygmatyzacja ludzi istnieje tak, jak dziś (jest tylko łatwiejsza, bo jeśli masz Zwierzę – które rzadko można ukryć – to wiadomo, że coś z Tobą nie tak), światek przestępczy wykorzystuje wszystkie możliwości tak, jak teraz (tylko ma ich nieco więcej).
Wady? Cóż, pierwszoosobowa narracja w czasie teraźniejszym może się niektórym wydać męcząca. Tak samo, jak fakt, że nie wszystkie tajemnice zostają wyjaśnione od początku do końca – dotyczy to głównie kwestii ogólnych, związanych z naturą Zwierząt i shavi. Osobiście uważam jednak, że to ten przypadek, w którym odrobina tajemniczości zbawiennie wpływa na atmosferę powieści. Co wrażliwszych czytelników wypadałoby też ostrzec – autorka lubi naturalistyczne opisy. Co w połączeniu z faktem pojawiania się brutalnych morderstw może być dla niektórych barierą nie do przejścia.
Pozostaje mi tylko polecić Zoo City. Zarówno w gatunku urban fantasy, jak i kryminał, książka sprawdza się świetnie – trzyma w napięciu i do ostatniego momentu zaskakuje. W dodatku jakość wydania jest wysoka: genialną w swej prostocie okładkę można podziwiać godzinami. Pozostaje życzyć miłej lektury.
Zoo City jest powieścią o niezwykłej atmosferze, którą tworzy niesamowity obraz Johannesburga. Autorka bardzo przyłożyła się nie tylko do odwzorowania topografii miasta (co widać choćby po długiej liście podziękowań), ale też świetnie zarysowała duszną atmosferę nocnych klubów, nielegalnych interesów i zakazanych dzielnic, do których policyjne patrole już od dawna nie zaglądają, no, może po to, żeby posprzątać trupy. Dzielnice te zaludnione są gangsterami, prostytutkami i dilerami, ale także zwykłymi obywatelami, którym kiedyś powinęła się noga i którzy stoczyli się na dno, choć nie było to ich winą – bez tych postaci obraz miasta byłby niepełny. Ale stolica RPA nie miałaby nawet połowy swojego klimatu, gdyby nie magia.
Magia w powieści Beukes pozostaje niewyjaśniona. Wiadomo, że jest i że jakoś na początku lat dziewięćdziesiątych pojawiła się w dobrze nam znanym świecie, przynosząc ze sobą Zwierzęta, ale tu w zasadzie kończą się informacje. Bo czary, jakkolwiek ubarwiają powieść i pogłębiają jej duszny, niepokojący klimat, tak naprawdę niczego nie zmieniają. Stygmatyzacja ludzi istnieje tak, jak dziś (jest tylko łatwiejsza, bo jeśli masz Zwierzę – które rzadko można ukryć – to wiadomo, że coś z Tobą nie tak), światek przestępczy wykorzystuje wszystkie możliwości tak, jak teraz (tylko ma ich nieco więcej).
Wady? Cóż, pierwszoosobowa narracja w czasie teraźniejszym może się niektórym wydać męcząca. Tak samo, jak fakt, że nie wszystkie tajemnice zostają wyjaśnione od początku do końca – dotyczy to głównie kwestii ogólnych, związanych z naturą Zwierząt i shavi. Osobiście uważam jednak, że to ten przypadek, w którym odrobina tajemniczości zbawiennie wpływa na atmosferę powieści. Co wrażliwszych czytelników wypadałoby też ostrzec – autorka lubi naturalistyczne opisy. Co w połączeniu z faktem pojawiania się brutalnych morderstw może być dla niektórych barierą nie do przejścia.
Pozostaje mi tylko polecić Zoo City. Zarówno w gatunku urban fantasy, jak i kryminał, książka sprawdza się świetnie – trzyma w napięciu i do ostatniego momentu zaskakuje. W dodatku jakość wydania jest wysoka: genialną w swej prostocie okładkę można podziwiać godzinami. Pozostaje życzyć miłej lektury.
Tytuł: Zoo City
Autor: Lauren Beukes
Tłumacz: Katarzyna Karłowska
Tytuł oryginalny: Zoo City
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2012
Stron: 384
Tłumacz: Katarzyna Karłowska
Tytuł oryginalny: Zoo City
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2012
Stron: 384
wtorek, 23 sierpnia 2011
Czterdziestolatek w kancelarii prawniczej - "Świadek mimo woli" Gianrico Carofiglio
Książki, jakie czytam na okoliczność DKK bywają różne. Czasem dokonuję dzięki nim małych odkryć, zdarza się nawet, że któraś mnie zachwyci. Większość jednak oscyluje gdzieś w granicach umiarkowanej przyjemności z czytania. Nie zdarzyło się jeszcze tak, żeby książka była klapą. Przynajmniej do tej pory, bo „Świadek mimo woli” śmiertelnie mnie znudził.
Mecenas Guido Guerrieri, przystojny mężczyzna przed czterdziestką, przechodzi ciężki okres: po niezbyt ostatnimi czasy udanym małżeństwie jego żona wystąpiła o separację. Na domiar złego adwokat traci wiarę i zapał w kwestii własnego zawodu. Powoli usuwa się w depresję, kiedy w jego kancelarii zjawia się pewna Afrykanka. Prosi o obronę jej przyjaciela, Senegalczyka, którego włoski wymiar sprawiedliwości oskarża o porwanie i zamordowanie dziewięcioletniego chłopca. Guido przyjmuje zlecenie, mimo, że sprawa wydaje się beznadziejnie trudna: oskarżonego obciążają zeznania świadków i mocne poszlaki. On sam jednak zapewnia, że jest niewinny. Mecenas również szybko nabiera wątpliwości, jeśli chodzi o siłę i wiarygodność dowodów. Ale czy uda mu się uzyskać uniewinnienie klienta i czy ta sprawa przywróci równowagę w jego życiu, zarówno zawodowym, jak i prywatnym?
To było moje pierwsze spotkanie z thrillerem prawniczym i obawiam się, że jednak ostatnie – po prostu nie mój klimat. Walka włoskiego mecenasa o dobro jego klienta, mimo, że zważywszy na powód rozprawy miała ogromny potencjał emocjonalny była sucha niczym papier, na którym ją wydrukowano. Guido przychodził rozmawiać z klientem, prowadził przesłuchania światków i przemawiał tak, że czytelnik tracił całkowicie zainteresowanie wątkiem kryminalnym. Zero życia, zero emocji, zero jakiegokolwiek poruszenia. Oskarżony ze swoim dramatem pozostaje gdzieś daleko w tle całej opowieści.
Na pierwszy plan wynurzają się za to dramaty osobiste faceta tuż przed czterdziestką – jak sobie (nie)radzi po rozstaniu z żoną, jak przeżywa kryzys dotychczasowych wartości, jak prawie wpada w depresję i jak powoli wszystko wraca do normy, a nawet nasz bohater wychodzi ze swoich kłopotów mądrzejszy i dojrzalszy, niż w nie wpadał. Wbrew pozorom, kreacja psychologiczna mężczyzny w czwartej dekadzie życia jest najmocniejszą stroną powieści. Carofiglio dał czytelnikom (a zwłaszcza czytelniczkom, bo panowie to trochę z autopsji znają) świetny wgląd w to, co się dzieje w męskiej duszy z dużym naciskiem na wiarygodność tejże duszy. Niemniej jednak do ukazania tego motywu przewodniego nie było koniecznym ubieranie go w kostiumik thrillera prawniczego, zwłaszcza, że ten kiepsko leży. Można by go było z całą pewnością wydać jako samodzielną powieść współczesną o kryzysie wieku średniego, a jeżeli autor już zdecydował się na przybranie z danego gatunku powieściowego, to trzeba się było do tworzenia tego przybrania bardziej przyłożyć.
Język powieści pozwala się od razu domyślić, że autorem jest mężczyzna: jest prosty, konkretny i precyzyjny, bez dodatkowych ozdobników czy poetyckich fraz. Minimum formy w porównaniu z treścią, można by powiedzieć. Dodatkowo cechą dość charakterystyczną jest częste używanie mowy zależnej w miejsce dialogów – co uważam za rozwiązanie ciekawe i oryginalne.
Hm, trudno mi napisać coś w podsumowaniu – nie wiem, jak oceniają książkę koneserzy gatunku, więc trudno mi ją im polecić. Za to ci, którzy tego typu literatury nie lubią i tak „Świadka mimo woli” nie przeczytają. Napiszę więc tak, jak swego czasu Magda: nie odradzam.
Tytuł: Świadek mimo woli
Autor: Gianrico Carofiglio
Tytuł oryginalny: Testimone inconsapevole
Tłumacz: Joanna Ugniewska
Wydawnictwo: W.A.B.Rok: 2008
Stron: 260
sobota, 30 lipca 2011
Wiejska agencja detektywistyczna? No, tak jakby... - "Detektyw i panny"
Czytając tytuł: Detektyw i panny od razu przychodzi na myśl: „Kryminał!”. Po chwili jednak zbija z tropu wesoły i jaskrawy pomarańcz okładki – i nie zmieniają tego stanu dwie męskie nogi usytuowane na stołku i sugerujące co bardziej żądnym krwi czytelnikom, że mogą mieć do czynienia z niedoszłym wisielcem. Jakże to tak, żeby kryminał miał tak pełną życia i wesolutko pomarańczową okładkę? Nie godzi się, toż to pogwałcenie kanonu. Gdzie czerń, i mrok, i trup, i ociekające krwią narzędzia zbrodni? Żadnego z tych elementów na okładce nie znajdziemy, z bardzo prostej przyczyny: Detektyw i panny nie jest stuprocentowym kryminałem. Zastanawiam się, czy w ogóle można tej książce przyczepić plakietkę z napisem „kryminał”.
Niemcy, lata dziewięćdziesiąte. Młody, ambitny i pełen energii komisarz Dirk Tielke zostaje przeniesiony z gwarnego Hamburga do Kirchdorfu – miasteczka, gdzie diabeł nie mówi dobranoc tylko dlatego, że nie wie, gdzie to jest. Szybko okazuje się, że świeżo upieczony komendant kirchdorfskiego posterunku nie znajdzie w cichym i sennym miasteczku sposobności do zaspokojenia zawodowych ambicji czy wykazania się detektywistycznym kunsztem. Siedząc samotnie przy swoim biurku (bo podwładny poszedł uczyć dzieci przepisów drogowych) całymi dniami śmiertelnie się nudzi. Jednak po pół roku stagnacji zdarza się cud – w drzwiach komendy staje przestraszona nieco, ale za to młoda i piękna Alke z zamiarem zgłoszenia przestępstwa. Początkowo Dirka bardziej interesuje sama dziewczyna, niż złowróżbny list, który przyniosła, ale okazuje się, że list jest co najmniej równie interesujący…
Już niedługo okaże się, że co prawda Kirchdorf to nie Hamburg, ale dla młodego inspektora znajdzie się od czasu do czasu jakaś poważniejsza sprawa do rozwiązania. I bynajmniej nie chodzi tu o gorset panienki Alke.
Detektyw i panny nie stanowi spójnej powieści. Jest to raczej zbiór, zawierający dwie mikropowieści: Chiński kurczak i Mysz zastępcza. O ile Mysz zastępczą można nazwać już utworem kryminalnym – gdyż dla fabuły wątek przestępstwa jest wiodący, o tyle Chiński kurczak leży gdzieś poza granicami tego typu utworów. Magdalena Lewańska postawiła tutaj raczej na wzajemne relacje kluczowych postaci i stworzenie klimatu małego miasteczka, gdzie wszyscy się znają i wszystko o sobie wiedzą. Ot, taka powieść obyczajowa z elementami kryminalnymi. W Chińskim kurczaku widać także pewne niedociągnięcia autorki, choćby skłonność do patetycznego stylu. Występuje ona jednak rzadko i nie rzuca się w oczy aż tak, jak irytująca naiwność bohaterów. Rozumiem, że pisarka chciała w ten sposób wzbudzić sympatię czytelnika, ale momentami przesadza i dostajemy np. młodego wprawdzie, ale już doświadczonego Dirka zachowującego się jak świeżo wypuszczony z akademii policyjnej żółtodziób-idealista. Ani to sympatyczne, ani wiarygodne. Na szczęście oba mankamenty nie występują w Myszy zastępczej.
Język, jakim posługuje się Magdalena Lewańska zasługuje na pochwałę. Udało jej się stworzyć wrażenie swojskości, jednocześnie nie nadużywając wulgaryzmów. Bez nadmiernej poetyki, udało się napisać powieść malowniczą i ciepłą, a jednocześnie dynamiczną i wciągającą, przystępną i przyjemną w odbiorze, którą na dodatek pochłania się błyskawicznie. Oby tak dalej.
Podczas lektury Detektywa i panien ciągle chodziła mi po głowie myśl, że to coś jakby Chmielewska. Co prawda nie ma tu zbyt wiele humoru, ale atmosfera, mimo makabrycznych czasem szczegółów, pozostaje cały czas pogodna i przyjazna. Czytelnik nie czuje napięcia związanego z wybrykami kirchdorfskich kryminalistów, a jedynie ciekawość i chęć poznania odpowiedzi na pytanie „kto zabił?” lub po prostu „jak to się skończy?”.
Podsumowując, po tej zaskakująco solidnie wydanej powieści koneser kryminału raczej nie powinien oczekiwać uczty. Ot, bardziej obyczajowa, niż kryminalna, niezobowiązująca rozrywka. Z tych samych względów książka powinna się spodobać tym, którzy kryminałów nie lubią – mimo wątków śledczych czyta się ją świetnie. Polecam szczególnie na wakacje – idealna do podczytywania pod chmurką!
Recenzja dla portalu Unreal Fantasy.
Tytuł: Detektyw i panny
Autor: Magdalena Lewańska
Wydawnictwo: JanKaRok: 2011
Stron: 272
czwartek, 26 maja 2011
Dr Hause pewnie też był takim dzieckiem... - "Wszelki wypadek" Joanna Chmielewska
Śmiało mogę powiedzieć, że Joanna Chmielewska była autorką przewodnią mojego późnego dzieciństwa. Pamiętam, jak dosłownie pożerałam starsze ode mnie egzemplarze powieści zakupione jeszcze przez moją Mamę (co ciekawsze, im starsze były książki, tym lepiej się trzymały). Tak więc zapoznałam się z Tereską i Okrętką oraz z Pawełkiem i Janeczką. Książek o przygodach tej drugiej dwójki miałam niestety tylko trzy, więc żeby przeczytać cały, pięcioczęściowy komplet, musiałam skorzystać z pomocy biblioteki, która dostarczyła mi omawiany tom. I tutaj kończy się moja przygoda z upiornym rodzeństwem, gdyż „Wszelki wypadek” jest ostatni.
Janeczka wracała właśnie od koleżanki, kiedy wyższa potrzeba zmusiła ją do ukrycia się na klatce schodowej. Ową wyższą potrzebą było opanowanie zbuntowanego zapięcia spódnicy, ale mniejsza o to. Ważne, że ze swojej kryjówki dziewczynka miała znakomity widok na kradzież samochodu marki Volkswagen Golf. Okazuje się, że obecnie (wczesne lata 90te) kradzieże samochodów tej marki są w Warszawie prawdziwą plagą. Janeczka i jej o rok starszy brat Pawełek nie mogą sobie odpuścić próby rozwiązania tej kryminalnej zagadki. Okoliczni policjanci już drżą ze zgrozy, tak samo jak rodzicielka owej dwójki, na szczęście zawsze można liczyć jeszcze na pomoc Chabra, fenomenalnego psa, który nie tylko dopilnuje dzieciaków, ale i pomoże rozwiązać zagadkę. I kto by pomyślał, że skuteczną metodą walki ze zorganizowaną przestępczością może być przebijanie opon?
Janeczka i Pawełek Chabrowiczowie to jedno z najsympatyczniejszych literackich rodzeństw, jakie zdarzyło mi się spotkać. Są zawsze grzeczni i dobrze ułożeni (no, przynajmniej oficjalnie), nigdy nie pyskują, nie wyrażają się i są mili dla starszych. A jednak jest w nich cos takiego, że ich rodzice ze zgrozą łapią się za głowę, a okoliczna policja nie wie, czy ma być wdzięczna, czy przerażona. Owo osobliwe rodzeństwo ma bowiem zwyczaj zabawiania się w oficerów śledczych, wykazując się przy tym inteligencją i żelazną logiką. A że są dziećmi, mogą sobie pozwolić na więcej, niż oficjalnie stróże prawa. No i nieocenioną pomocą służy im zawsze Chaber – najmądrzejszy pies świata.
Pani Chmielewska pisze świetne kryminały humorystyczne. Zwłaszcza te dla młodzieży. Specyficzny humor jej powieści i charakterek bohaterów sprawia, że Pawełek i Janeczka mają szanse stać się idolami każdego dziesięciolatka. Ja już niestety dziesięciolatką nie jestem, czego ze względu na powyższą książkę żałuję. Nie jestem bowiem w stanie obiektywnie ocenić, czy to autorka obniżyła poziom, czy to tylko ja wyrosłam. Niby wszystko to, co u autorki najbardziej lubię jest: specyficzny styl, ciepły humor, ciekawa intryga, sympatyczni bohaterowie, ale jednocześnie te elementy są jakieś takie spłowiałe, pozbawione intensywności. Mimo wszystko jest to lektura bardzo przyjemna.
Cóż, kiedy będę miała własne dziecko, zafunduję mu od razu pełny cykl, żeby nie zdążyło z niego wyrosnąć. A zarówno tą książkę, jak i jej poprzedniczki z serii polecam tak samo dzieciom, rodzicom i fanom sympatycznych i zabawnych lekkich lektur. Chociaż coś mi mówi, że satysfakcja będzie odwrotnie proporcjonalna do wieku czytelników.
Tytuł: Wszelki wypadek
Autor: Joanna Chmielewska
Cykl: Janeczka i Pawełek
Wydawnictwo: Kobra
Rok: 2009
Stron: 298
Autor: Joanna Chmielewska
Cykl: Janeczka i Pawełek
Wydawnictwo: Kobra
Rok: 2009
Stron: 298
sobota, 28 sierpnia 2010
Co zawdzięczmy Danowi Brownowi? - "Kapłan" Krzysztof Kotowski
Danowi Brownowi zawdzięczamy kilka powieści sensacyjnych, z których część stała się bestsellerami. Zawdzięczmy mu też kilka filmów, nakręconych na podstawie jego powieści. Ale głównie zawdzięczamy mu zapoczątkowanie pewnej mody wydawniczej. Mianowicie, wydawcy na masową skalę zaczęli wydawać powieści sensacyjne z wątkiem spiskowo – religijnym. I tak sobie myślę, że gdyby nie ta moda, to „Kapłan” Krzysztofa Kotowskiego nigdy nie zostałby wydany. W sumie, szkoda by było.
Na oddział pewnego warszawskiego szpitala dla psychicznie chorych trafia ksiądz Krzysztof Lorent z podejrzeniem schizofrenii paranoidalnej. Niektóre objawy jednak nie pasują. Na przykład ten, że ksiądz nagle zaczął mówić płynnie w ponad sześćdziesięciu językach. Jednak, kiedy próbuje ostrzec lekarzy, że przyjdą po niego bardzo niebezpieczni ludzie, ze zrozumiałych względów nikt mu nie wierzy. Aż do momentu, kiedy pojawiają się tajemniczy wojownicy w zielonych habitach…
Książka podzielona jest na dwie części, stanowiące w zasadzie niezależne mikropowieści, co prawda połączone fabularnie, ale niezbyt mocno. Pierwsza z nich bardziej przypadła mi do gustu. W drugiej autor poświęcił stanowczo zbyt wiele uwagi pracy złych i skorumpowanych gliniarzy, co zaniżyło moją ocenę.
Mimo, iż pan Kotowski korzysta ze stałych elementów tego typu powieści (tajne stowarzyszenia, pościgi, ucieczki itp.), potrafi je złożyć w nowy, ciekawy sposób. I chociaż pewne wytłumaczenia (choćby to, w jaki sposób zwykły człowiek staje się tytułowym Kapłanem) są tak naciągane, że aż trzeszczą w szwach, a akcja nie biegnie tak wartko jak choćby u pana Browna, książkę czytało mi się dużo lepiej niż „Kod Leonarda da Vinci”. Z kilku powodów. Po pierwsze, wielką rolę odegrał tzw. koloryt lokalny. Już sam fakt, że akcja dzieje się w Polsce sprawił, że poczułam przypływ sympatii dla tej powieści. Po drugie nie mamy tutaj do czynienia z tworzeniem książki jak ulał na scenariusz do filmu (wprowadzenie, akcja, akcja, cięcie, przeniesienie planu, akcja, cięcie i tak dalej) co mi u Browna przeszkadzało. Po trzecie, pan Kotowski poświęcił dużo więcej uwagi swoim postaciom. Nie można co prawda powiedzieć, że stworzył ich dogłębne portrety psychologiczne, jednak bohaterowie (zwłaszcza ci drugoplanowi) są o wiele bardziej prawdziwi, niż u zagranicznego kolegi. Styl Kotowskiego też jest bardzo przyjemny. Co prawda niczym szczególnym się nie wyróżnia, ale jest też bardzo poprawny.
A co z wadami? Autor ma skłonności do nadużywania niektórych wyrażeń, najczęściej gwarowych. Do jego ulubieńców należy „jamioł”. Czasem bywa to irytujące. Poza tym, w drugiej mikropowieści, obserwujemy cudowne rozmnożenie tajnych/prywatnych organizacji o dużych wpływach. Również jej fabuła jest słabsza.
Mimo wszelkich wad, myślę, że warto się zapoznać z tym polskim produktem. Szczególnie, jeśli się lubi powieści sensacyjne. Ja z pewnością sięgnę po kolejny tom.
Tytuł: Kapłan
Autor: Krzysztof Kotowski
Wydawnictwo: Cat Book
Rok: 2008
Stron: 496
Subskrybuj:
Posty (Atom)







