Czasem dobre książki trafiają się dość niespodziewanie. Taki przykład: gdybym oceniła „Zbuduj swój dom wokół mojego ciała” Violet Kupersmith po opisie, to nigdy nie miałbym okazji przeczytać tej książki dzięki współpracy z księgarnią TaniaKsiążka.pl . Bo pewnie w ogóle bym jej nie przeczytała. A to dlatego, że opis skojarzył mi się z tymi wszystkimi domestic thrillerami, gdzie młoda bohaterka ginie, a inny bohater razem z czytelnikiem próbuje rozwikłać tajemnicę tego zniknięcia. Nuda. Choć tutaj też bohaterka znika, a czytelnik śledzi sieć zależności, która do tego doprowadziła, „Zbuduj swój dom...” to jednak coś zupełnie innego niż jakiś tam thriller.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pogranicze fantastyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pogranicze fantastyki. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 26 lipca 2022
sobota, 12 sierpnia 2017
"Zabawa w Boga" (antologia)
O antologii wydawanej przez sekcję literacką Śląskiego Klubu Fantastyki dowiedziałam się z jednej z fejsikowych grup. Sama inicjatywa mnie cieszyła, bo uważam, że dobrze dla literatury jest, jeśli młodzi autorzy mają okazję zadebiutować jakimś opowiadaniem, a prasy branżowej, w której mogą to zrobić, nie ma zbyt wiele. Tym samym nie potrafiłam odmówić, kiedy odezwała się do mnie jedna z redaktorek antologii z propozycją zrecenzowania tejże.
W skład antologii wchodzą opowiadania zwycięzców konkursu zorganizowanego przez ŚKF – niektórzy to debiutanci, inni krótką formę już gdzieś kiedyś publikowali, a niektórzy to i powieść mają za sobą. Jest też jedno nazwisko zza granicy, uznanego autora opowiadań (u nas praktycznie nieznanego, niestety). Pozwólcie, że teraz pochylę się nad każdym tekstem z osobna.
Zbiór otwiera opowiadanie amerykańskiego gościa antologii, Beniamina Rosenbauma. I chyba nie ma co owijać w bawełnę: „Przyjmujący nowe” to tekst, który z całego zbioru podobał mi się najbardziej. Fabularnie to opowieść o pewnym młodziku, który podejrzanie prędko awansuje w hierarchii swojego cechu, aby na końcu odkryć, co w tym podejrzanego. Proste, prawda? Tyle że nie do końca. Po pierwsze, wszyscy bohaterowie należą do rasy obcych o fascynującej biologii (tak, wiem, zboczenie zawodowe. Cóż poradzę?). Autor stworzył obcych przechowujących wspomnienia i elementy osobowości w specjalnym gatunku symbiontów – jakież to pole do rozważań! (bo któż tu jest rasą rozumną właściwie?). A żeby było jeszcze ciekawiej, cech, o którym wspomniałam na początku, to rzeźbiarze bogów – pomniki, które tworzą, stają się pełnoprawnymi bóstwami. Jakież pole do intryg i nadużyć! Uwielbiam teksty, które zostają mi w głowie na długo po tym, jak skończę lekturę, które mogę w myślach obracać i rozkładać na czynniki pierwsze jak budowlę z klocków lego. „Przyjmujący nowe” jest właśnie takim tekstem.
„Chirurg” Anny Hrycyszyn to z kolei tekst bardzo poprawny – nie mylić z przeciętny. Pomysł na wykorzystanie motywu tzw. „filipińskich chirurgów” jest dość ciekawy, a na oryginalności zyskuje jeszcze poprzez osadzenie akcji w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Opowiadanie jest napisane poprawnym językiem, ma bardzo poprawną pointę i czyta się je z poprawną przyjemnością, ale brak mu iskry, niestety. Mimo to chętnie przeczytałabym inne teksty autorki w poszukiwaniu tejże iskry. Wierzę, że może się pojawić.
„Kary i żywioły” Jesiona Kowala to chyba nie jest opowiadanie dla mnie. Właściwie (co nawet zasugerowano we wstępie) jest dla miłośników Szekspira. Cóż, mam wrażenie, że aby zrozumieć tekst, niezbędna jest znajomość „Burzy”. Nie znam jej, więc może w tym momencie zakończę rozważania nad fabułą. Nadmienię tylko, że jest to chyba autor z najbardziej charakterystycznym językiem w całym zbiorze. Ale nie wiem, co o tej charakterystyczności myśleć.
„Korona Północy” Anny Aleksandrowicz to opowiadanie, do którego mam stosunek ambiwalentny. Bo od strony emocjonalnej kompletnie do mnie nie trafiło, a w przypadku krótkich form lubię, kiedy jednak w emocje uderzają. Ale od strony rozumu, czysto analitycznej – to jest majstersztyk. Pomysł jest interesujący (i zaskakująco rzadko eksploatowany), autorka bowiem postanowiła zmierzyć się z motywami mitologicznymi. Postanowiła pokazać, jak umierają bogowie w miejscu i czasie, kiedy nikt już w nich nie wierzy, kiedy taki bóg spędza wieczność z kobietą (niegdyś śmiertelną), co do której jest świadomy, że nigdy nie odwzajemniała jego uczucia, ale brak już mu boskiej pewności siebie, żeby ten fakt ignorować. Kiedy cała boskość zamienia się w statyczne trwanie i nie wiadomo już, czy jest bardziej błogosławieństwem, czy przekleństwem. Bardzo melancholijny tekst, smutny, ale piękny.
„Kot z pudełka” Łukasza Marka Fiemy to sympatyczne opowiadanie. Autor postanowił pobawić się tutaj trochę motywami biotechnologicznymi – manipulacja genetyczna i te sprawy. Jednocześnie nie starszy, jakie to potwory jesteśmy w stanie stworzyć. Nie, próbuje raczej pokazać, że jakkolwiek nietypowe byłyby efekty naszych eksperymentów, człowiek też jest w stanie zrobić coś pięknego. Konstrukcyjnie narracja tekstu tworzy całkiem przyjemną klamrę.
Z „Lekiem” Marty Potockiej mam z kolei problem. Samo założenie opowiadania – wynaleziono lek, który wyeliminował główna przyczynę śmierci, i co teraz? – jest ciekawe i ma ogromny potencjał, którego, mam wrażenie, autorka nie wykorzystała. Opowiadanie wydaje się urwane w połowie, w momencie, kiedy tak naprawdę zabawa powinna się dopiero rozkręcić. Poza tym napisane jest poprawnie i pod względem technicznym nie ma się do czego przyczepić.
„Marzenie Rotha” Małgorzaty Binkowskiej to kolejny tekst, z którym mam problem. Tutaj z kolei polega on na braku klarowności puenty opowiadania. Ogólny pomysł uważam za świetny: oto bowiem ludzkość doszła do poziomu rozwoju, w którym społeczeństwo składa się ze zwykłych ludzi oraz z czegoś w rodzaju androidów, bionicznych superkomputerów, którzy mimo że wyglądają po ludzku, zdecydowanie nie do końca są ludźmi (autorka wystylizowała ich na wzór geniuszy z lekką odmianą autyzmu mam wrażenie). Czasem powstają drobne nieporozumienia i do rozwiązania ich niezbędni są specjalni tłumacze, którzy będą w stanie wyłuszczyć, o co biokomputerowi właściwie chodzi, a czego nie potrafi wyartykułować. W opowiadaniu mamy właśnie jeden z takich przypadków. I gdyby nie niejasna puenta (znaczy, ja się domyślam, o co autorce mogło chodzić, ale to jest to miejsce, w którym nie powinnam się domyślać, tylko wiedzieć), byłby to jeden z ciekawszych tekstów zbioru.
Tutaj dochodzimy do najbardziej problematycznego opowiadania, czyli „Mrok zabije wieloryba” Olgi Niziołek. Po pierwsze jest to tekst z gatunku new weird czy tam innego realizmu magicznego, a z tymi gatunkami nie jestem zbyt kompatybilna. Toteż trudno mi ocenić, jak dobrze lub źle w ramach gatunku opowiadanie wypada. Na poziomie fabularnym mamy tu opowieść o dziewczynie przekonanej, że w jej wnętrznościach przebywa miniaturowy wieloryb, który nie daje jej żyć oraz o mężczyźnie, który nosi w sobie mrok (na początku myślałam, że to taka metafora chorób psychicznych, ale biorąc pod uwagę zakończenie opowiadania, to mam nadzieję, że nie). Przyznam, że kompletnie nie wiem, jak mam odczytywać ten tekst. Może więc już nie będę tego rozważać, pożalę się jedynie na motyw, który kompletnie zniszczył mój kołek do zawieszania niewiary. Otóż mamy tutaj osobnika płci męskiej mającego niebezpieczne dla społeczeństwa zdolności, które mogą być dziedziczne. Osobnik brał udział w jakimś rządowym programie badań. Kiedy program zakończono, co zrobił rząd w celu upewnienia się, że osobnik nie przekaże swoich niebezpiecznych zdolności potomstwu? Nie, nie wysterylizował go. Kazał mu podpisać oświadczenie, że nie będzie miał dzieci. Kurtyna.
„My ether” Alicji Tempłowicz to kolejne z przyjemnie poprawnych opowiadań. Mamy tutaj świat, który mógłby być Francją w przededniu rewolucji francuskiej, gdyby nie eter, elektryczność, hybrydy oraz kilka innych wynalazków. Ogólnie jest to ciekawie napisana historia upadku arystokracji, ilustracja tego, jak małostkowe wojenki o władzę pośrednio doprowadzają do zniszczenia znanego porządku, ze szkodą dla wszystkich stron biorących w tych wojenkach udział.
„Ordan” Magdaleny Czarneckiej to z kolei mój ulubiony polski tekst zbioru. Lubię teksty, które po prostu są literaturą przygodową, pisaną z myślą o wciągnięciu czytelnika w jakąś fajną historię i nieudające, że miały być wielką metaforą czy poruszać trudne tematy. Które bawią, ale mają też potencjał, żeby dawać do myślenia. „Ordan” właśnie taki jest – to literacki odpowiednik kina nowej przygody. Ja tę uczciwość względem czytelnika cenię. Poza tym autorka stworzyła bardzo ciekawy świat (który kojarzy mi się trochę z „Diuną” a trochę z „Gwiezdnymi wojnami”) i całkiem interesujących bohaterów. Sama historia może nie jest szczególnie zaskakująca i innowacyjna, ale daje radę. Chciałabym kiedyś przeczytać coś więcej z tego uniwersum – tam jest naprawdę ogromny potencjał.
„Serce Vann” Karoliny Fedryk jest pod pewnymi względami podobne do „Ordanu” („Ordana”?) – też jest tekstem z potencjałem do rozwinięcia. Tyle że jest dla odmiany (kolejną już w zbiorze) historią upadku tytułowego Vann – miasta magów. Mamy więc młodą bohaterkę, przed inwazją wroga na miasto naiwną, dobrze sytuowaną dziewczynę zakochaną w swoim królu. Po upadku miasta patrzymy, jak przechodzi przemianę, jak upadają jej ideały i jak w tle marnieje wspaniałe niegdyś miasto. Wszystko to napisane bardzo ładnym, choć nieco zachowawczym językiem. Ale nie jestem miłośniczką eksperymentów językowych, więc nie narzekam.
„Warunek początkowy” Krystyny Chodorowskiej to pułapka. Tylko udaje, że jest fantastyką. Pod cieniutką pozłotą futuryzmu mamy bowiem opowiadanie o… sztuce. Konkretniej muzyce. (To jest w sumie trochę znamienne dla tej autorki, że pod cienką warstwą futuryzmu mamy pochwałę lub rozważania nad jakąś dziedziną kultury. Przynajmniej na ile mogę ocenić po dwóch opowiadaniach ;) ). I jest to bardzo dobre opowiadanie o wykorzystywaniu nowej technologii w starej sztuce, o miłości do swojej pasji i o tym, że robienie tego, co się kocha czyni człowieka szczęśliwym. A gdzieś tam w tle bohater poszukuje pierwowzoru awatara ekspedientki, w sumie mało istotne.
„Wyliczanka” Agnieszki Zapart to jedyny tekst w zbiorze, który jako tako możnaby zaliczyć do grozy (odrobinę). Narracyjnie jest nietypowy (na tle zbioru), bo autorka przerzuca nas ze „współczesnej” narracji, gdzie babcia opowiada wnuczkowi pewną historię do retrospekcji tejże historii (ale nie bójcie się, wszystko jest przejrzyste, nikt się nie pogubi). Mamy więc trochę o patologii śląskiego osiedla, przed którą dzieci uciekają w świat wyobraźni. I ku ich przerażeniu, jedno z ich życzeń pewnego dnia się spełnia. Tekst wymagałby załatania drobnych dziur fabularnych, ale są one na tyle niewielkie, że w krótkiej formie można je wybaczyć. Ogólnie kolejne z solidnych, ale nie wybijających się opowiadań.
Zbiór zamyka „Pomarańcza”, króciutkie opowiadanie Rosenbauma. Całkiem przyjemne, choć nie tak dobre, jak otwierające. Pomysł boskiej pomarańczy ma jednak pewien urok.
Cóż, nie jest to może zbiór wybitny, nie ma w nim raczej tekstów, które zapamiętam do końca życia. Z drugiej strony nie ma w nim też tekstów bardzo słabych. Gdybym miała wydać na niego te niecałe dziesięć złotych (bo tyle kosztuje ebook) nie uznałabym tych pieniędzy za stracone. Więc zachęcę i Was do wydania dyszki – dostaniecie przyzwoite opowiadania, niektóre nawet bardzo dobre (a jeśli się już zdecydujecie, to kupcie w Madbooks – obiecali cały zysk ze sprzedaży przekazać ŚKF).
Autor: zbiorowy
Wydawnictwo: ŚKF
Rok: 2017
Stron: 316
piątek, 15 marca 2013
Fantasmagoria - "Czarne" Anna Kańtoch
Recenzję sponsoruje Serenity, która pożyczyła mi książkę.:)
Anna Kańtoch to autorka znana
dość w polskim światku fantastycznym. Uważa się ją za autorkę dobrej prozy,
która co prawda nie pisze wiele, ale za to solidnie. I choć czasem trudno było
powiedzieć, do jakiego podgatunku fantastyki należy jej twórczość, zawsze była
to niewątpliwie fantastyka. Pani Anna postanowiła niedawno nieco wyłamać się z
konwencji – stworzyła powieść, która nie tylko nie mieści się w którymkolwiek
podgatunku fantastyki, ale sama jej przynależność do tej frakcji jest
dyskusyjna. Porozmawiajmy więc o „Czarnem” („Czarnym”?).
Cóż więc dostaje czytelnik?
Zacytuję może z okładki, bo wydawca bardzo ładny blurb stworzył, nic dodać, nic
ująć:
„Czarne to letnisko, gdzie spędza wakacje rodzina bohaterki książki. Opowieść, w którą wplatają się dramatyczne losy Jadwigi Rathe – muzy ojca narratorki, rozgrywa się w letnie miesiące lat: 1893, 1914 i 1935. Warszawskie kawiarnie, spotkania w Towarzystwie Spirytystycznym, leniwa atmosfera podwieczorku w starym dworku i budzący się erotyzm nastolatki tworzą niepowtarzalny klimat powieści. Czytelnik powoli odkrywa, czym tak naprawdę są wspomnienia narratorki i jaką tajemnicę skrywa rok 1863, rok Powstania.”
Ładnie powiedziane, prawda? Sporo
i jednocześnie nic.
Zacznijmy może od bohaterów, bo są
oni najważniejszym elementem historii. Główna bohaterka, kobieta zdawałoby się
po trzydziestce, ale najwyraźniej wyglądająca dużo młodziej, jest osobą o
niezwykłej wrażliwości. Ciągle otaczają ją dziwne zjawiska, czas ulega
nietypowym zawirowaniom, a wspomnienia i rzeczywistość często występuje
równolegle. Jednocześnie wiadomo, że w młodości przeżyła tragedię, która
odcisnęła się głęboko w psychice – poznajemy ją w (nie pierwszym z
odwiedzonych) sanatoriów dla nerwowo chorych. Dodatkowo całą opowieść poznajemy
z jej ust, nie może więc być mowy o jakimkolwiek obiektywizmie. I co ma biedny
czytelnik z tym fantem zrobić? Uwierzyć narratorce, że jest osobą o niezwykłej,
choć bardzo kłopotliwych zdolnościach i że podobne zdolności nie są niczym
rzadkim, choć ich posiadacze nieczęsto zdają sobie z nich sprawę? Czy przyjąć,
że trauma z dzieciństwa na zawsze zniszczyła jej umysł i czytać „Czarne” jako
zapis majaków chorego mózgu?
Nie wiem, jak inni, ale mnie
takim wyborem narratora autorka na dzień dobry kupiła. Co prawda w epickiej
fantastyce z wieloma wątkami cenię raczej narratora konkretnego, nie bawiącego
się w kalanie własnej wiarygodności, ale od czasu do czasu wątpliwości są mile
widziane. Zwłaszcza w książkach, których akcja odgrywana jest w raczej
kameralnym gronie postaci i które mają ambicję wymknąć się sztywnym ramom
gatunku (dowolnego, nie zawężajmy do fantastyki). „Czarne” jest właśnie taką
powieścią – niejednoznaczną, zagmatwaną, nie podsuwającą łatwych rozwiązań i
brak wiarygodnego narratora bardzo dobrze współgra z resztą.
Pozostali bohaterowie zdają się
odgrywać rolę statystów w opowieści panny Rec. Pojawiający się we wspomnieniach
rodzice są tylko częścią dekoracji. Bracia o niezwykłych zdolnościach to główna
część wspomnień z dzieciństwa, ale obecnie mogliby w zasadzie nie istnieć.
Reszcie bohaterów dostały się tylko jakieś mniej ważne epizody – poza Jadwigą
Rathe. Ona odgrywa rolę nemezis narratorki. Panna Rec próbuje nie tylko
rozgryźć zagadkę tajemniczej śmierci aktorki, ale także dotrzeć do natury własnych
z nią relacji. To drugi jest znacznie bardziej fascynujące.
Klimat całej opowieści jest
oniryczny, język zaś, jakim autorka nam ją opowiedziała jest lekki, poetycki,
choć nie do przesady. Mam wrażenie, że „Czarne” pasowałoby nie tylko do serii
„Kontrapunkty”, ale także do „Archipelagów” wydawanych przez zupełnie
niefantastyczne wydawnictwo. Powieść jawi mi się raczej jako realizm magiczny,
niźli fantastyka.
Cóż, polecam – zarówno fanom
fantastyki nietypowej, jak i tym, którzy za gatunkiem w ogóle nie przepadają.
Warto poznać.
Tytuł: Czarne
Autor: Anna Kańtoch
Wydawnictwo: Powergraph
Rok: 2012
Stron: 264Książka przeczytana w ramach wyzwania "Od A do Z".
środa, 14 listopada 2012
Kapłanka śmierci - "Accabadora" Michela Murgia
Jestem osobą, która gustuje
głównie w książkach fantastycznych. Jednak jest coś czego być może po mnie nie
widać (nawet dwie rzeczy) – nie mam zamiaru zamykać się w getcie jednego
gatunku i mam pewną słabość do realizmu magicznego. Realizmu magicznego, który
definiuję według własnych, wysoce subiektywnych kryteriów. Po „Accabadorze”
spodziewałam się, że te kryteria spełni. Pomyliłam się jednak.
Fabuła tej króciutkiej powieści
to w zasadzie opis kilku lat życia sardyńskiego miasteczka. Kilku lat widzianych
z perspektywy Marii Listru, dziewczynki, a później młodej kobiety, będącej
duchowym dzieckiem Bonarii Uraii. Czytelnik ma okazję zanurzyć się w sennej
atmosferze powojennego miasteczka, poznać typowe dla Sardynii zwyczaje.
Zwyczaje często magiczne, gdyż, jeśli wierzyć autorce, w tamtym czasie Sardynia
była miejscem, gdzie sąsiedzi wciąż rzucali klątwy, aby przesunąć granice
działek, ludzie zaś przychodzili na świat przy pomocy akuszerki, a odchodzili
często przy pomocy tajemniczej, budzącej strach i szacunek accabadory…
Jak już mówiłam, spodziewałam się
po książce specyficznego klimatu, którym według mnie winny się charakteryzować
powieści z gatunku realizm magiczny. Jako że jestem osobą, która realizm
magiczny Marquezem poznawała, ten nurt jest nierozerwalnie związany z pewnym
surrealistycznym klimatem. „Accabadora” go nie posiada. Ma swoją własną,
zupełnie inną aurę.
W powieści czuć bowiem klimat
małego miasteczka, w którym wszyscy się znają. Nie jest to jednak mieścina,
jakich wiele – specyfiki nadaje jej sardyńskie otoczenie i ludzie, jacy je
zamieszkują. Ludzie, którzy w drugiej połowie XX wieku ciągle rzucają klątwy na
sąsiadów i w których społeczności jest miejsce zarówno dla księdza, jak i dla
tej, która pomaga odejść, accabadory, kogoś pośredniego między wiedźmą i
ostatnią instancją zaufania publicznego. Oraz dla duchowych dzieci.
W zasadzie to relacje Bonarii z
jej duchową córką są, poza sardyńskimi zwyczajami, które autorka utrwaliła w
powieści niczym na dagerotypie, głównym
tematem tej historii. Mamy tutaj opowieść o zrozumieniu i o dojrzewaniu, z tym
że to drugie nie dotyczy samej Marii, rozlewa się na całe miasteczko. Autorka
zarysowała tutaj relację dziewczynki posiadającej coś na kształt dwóch matek i
nie umiejącej się pogodzić z naturą jednej z nich. To, co mogłoby być
największym plusem książki, moim zdaniem zostało jednak zbyt słabo zarysowane.
Gdyby autorka zechciała nam ten wątek przybliżyć, pogłębić psychologiczną więź
bohaterek, powieść wiele by zyskała. A tak pierwsze skrzypce pozostają jednak w
rękach ludu Sardynii. Trochę szkoda.
Podsumowując, „Accabadora” jest
niewątpliwie powieścią ciekawą i bardzo klimatyczną, jednak spodziewałam się po
tej krótkiej historii czegoś więcej. Z całego serca mogę ją polecić fanom
śródziemnomorskich klimatów - z pewnością będą zachwyceni. Pozostałym też
pewnie się spodoba, ale już nie aż tak.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Świat Książki.
Tytuł: Accabadora. Ta, która pomaga odejść
Autor: Michela Murgia
Tłumacz: Hanna Borkowska
Tytuł oryginalny: Accabadora
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2012
Stron: 192
Tłumacz: Hanna Borkowska
Tytuł oryginalny: Accabadora
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2012
Stron: 192
wtorek, 17 kwietnia 2012
Wielki prawie Przedwieczny - "Smok Griaule" Lucius Shepard
Recenzja dla portalu Insimilion.
Smoki to stworzenia chyba najczęściej wykorzystywane w fantasy. Teoretycznie więc kolejna książka o nich nie powinna wzbudzać sensacji. Może i tak by było, gdyby nie kilka drobnych faktów. Po pierwsze, „Smok Griaule” opatrzony jest znaczkiem Uczty Wyobraźni, a to samo w sobie jest gwarancją jakości. Po drugie, autorem jest Lucius Shepard – pisarz może niezbyt znany w Polsce, za to bardzo ceniony na świecie (całkiem słusznie z resztą). I po trzecie: nie często spotyka się smoka długiego na sześć tysięcy stóp i uśpionego zaklęciem od tysiącleci.
„Smok Griaule” to zbiór sześciu opowiadań, z których część była już w Polsce wydana w różnych czasopismach branżowych. Niemniej, było to lata temu i bardzo dobrze, że teksty zebrano w jednej książce. Pierwszym jest „Piękna córka poszukiwacza łusek”, opowiadanie w konwencji fantasy, gdzie wraz z tytułową córką poznajemy bogate wnętrze Griaule’a i zadanie, jakie jej zlecił. Następny to „Ojciec Kamieni” – bardziej thriller prawniczy, niż fantasy. „Człowiek, który pomalował smoka Griaule’a” trzon fabuły zawiera już w tytule. Dodam jedynie, że celem malowania było zadanie gadowi podstępnej śmierci. „Dom Kłamcy” opowiada o zadaniu, jakie jaszczur wyznaczył pewnemu mężczyźnie i smoczycy, zaś „Łuska Taborina” przestrzega, aby nie pocierać znalezionych przypadkowo łusek. Zaś „Czaszka” jest (cytując niezwykle trafny opis z okładki) „zupełnie nowym opowiadaniem, stanowiącym nieoczekiwaną kontynuację znanych wątków, w którym Shepard wplata sagę o prastarym baśniowym potworze w polityczne realia współczesnej Ameryki Środkowej”.
„Smok Griaule” to zbiór sześciu opowiadań, z których część była już w Polsce wydana w różnych czasopismach branżowych. Niemniej, było to lata temu i bardzo dobrze, że teksty zebrano w jednej książce. Pierwszym jest „Piękna córka poszukiwacza łusek”, opowiadanie w konwencji fantasy, gdzie wraz z tytułową córką poznajemy bogate wnętrze Griaule’a i zadanie, jakie jej zlecił. Następny to „Ojciec Kamieni” – bardziej thriller prawniczy, niż fantasy. „Człowiek, który pomalował smoka Griaule’a” trzon fabuły zawiera już w tytule. Dodam jedynie, że celem malowania było zadanie gadowi podstępnej śmierci. „Dom Kłamcy” opowiada o zadaniu, jakie jaszczur wyznaczył pewnemu mężczyźnie i smoczycy, zaś „Łuska Taborina” przestrzega, aby nie pocierać znalezionych przypadkowo łusek. Zaś „Czaszka” jest (cytując niezwykle trafny opis z okładki) „zupełnie nowym opowiadaniem, stanowiącym nieoczekiwaną kontynuację znanych wątków, w którym Shepard wplata sagę o prastarym baśniowym potworze w polityczne realia współczesnej Ameryki Środkowej”.
Tytuł: Smok Griaule
Autor: Lucius Shepard
Tytuł oryginalny: The Dragon Griaule
Tłumacz: Wojciech Szypuła
Wydawnictwo: MAG
Rok: 2012
Stron: 432
środa, 6 lipca 2011
Obyczaje średniowiecznej francji według Cecilii Randal - "Hyperversum" Cecilia Randall
Chyba każdy grał kiedyś w grę komputerową, która wymagała prowadzenia jakiejś postaci (czyli była nieco bardziej złożona od Tetrisa czy Diamentów). Ale czy zastanawialiście się kiedykolwiek, co by się stało, gdybyście w jednej chwili zorientowali się, że zamiast Lary Croft to wy osobiście stoicie przed ogromnym potworem, albo zamiast Rycerza Chaosu prowadzicie legiony potępionych do walki z siłami światła? Cecilia Randall w Hyperversum postanowiła odpowiedzieć na to pytanie, chociaż może nie stworzyła aż tak spektakularnych dekoracji, jakich ja użyłam w przykładzie. Odpowiadała na nie przez ponad 700 stron powieści. A z jakim skutkiem?
Hyperversum to gra komputerowa typu RPG, która umożliwia rozegranie dowolnego scenariusza w dowolnych realiach historycznych. Do rozgrywki używa się specjalnych rękawic i wizjerów 3D, a więc gracze mają wrażenie, że to oni, a nie postać na ekranie biorą udział w przygodzie. Właśnie taką rozrywką przyjaciele postanowili przywitać powracającego z Francji (gdzie pracował nad doktoratem) Iana Maarykasa. Ian zaś, aby przybliżyć im temat swojej pracy, przygotował scenariusz osadzony w miejscu i czasie najbardziej go interesującym — w trzynastowiecznej Francji. Sześcioosobowa drużyna w składzie: Ian, Daniel, Jodie (dziewczyna Daniela), Carl, Donna oraz Martin (trzynastoletni brat Daniela) zalogowała się do systemu i rozpoczęła rozgrywkę. Coś jednak poszło nie tak.
Nagle gracze spostrzegają, że nie siedzą już wygodnie na kanapie i że
oglądany wirtualny świat nabrał głębi, smaku, zapachu… I już nie jest
wirtualny. Naprawdę znajdują się teraz na statku płynącym ku wybrzeżom
Francji, a na niebie kłębią się czarne, burzowe chmury. Jak nietrudno
się domyślić, sztorm rozbija statek, a nasi przyjaciele zostają
rozdzieleni i wyrzuceni na brzeg tylko w tym, co akurat mieli na sobie.
Muszą sobie radzić w czasach, które żądzą się regułami bardzo odmiennymi
od naszych. Czy uda im się przetrwać w targanej niepokojami Francji?
Wbrew temu, co można na pierwszy rzut oka pomyśleć, Hyperversum jest bardziej powieścią o podróżach w czasie, niż o wciągnięciu graczy do świata gry. Nie mamy bowiem osobnego uniwersum, bohaterowie po prostu za pomocą komputera cofają się w czasie o 800 lat. Nie jest to jednak zbyt istotne, gdyż autorka nie rozwodzi się na tematy zwykle w fantastyce z takimi eskapadami kojarzone — nie o to w Hyperversum chodzi. Tutaj liczy się po prostu przygoda.
Zacznę może od wad. Po pierwsze, autorka w ogóle nie wykorzystała faktu zderzenia kultur, jaki niewątpliwie musiałby mieć miejsce, gdyby grupę współczesnych studentów (z których tylko jeden studiował historię) przenieść do XIII wieku. Bohaterowie co prawda bywają szokowani pewnymi faktami (jak choćby okrucieństwo władz), ale wszystkie obyczaje przyswajają niemal z marszu. Dziwi to zwłaszcza w przypadku dziewcząt, którym przecież w tamtych czasach wolno było o wiele mniej, niż obecnie.
Drugim rozczarowaniem, choć już nie tak dużym, byli bohaterowie. Z szóstki graczy Randall poświęca swoją uwagę tylko dwóm: Ianowi i Danielowi, reszta zaś stanowi tło, które nie wnosi do fabuły praktycznie nic. Jakby tego było mało, Ian przez pierwsze 200 stron jawi nam się jako wcielenie cnót wszelakich i jest doskonały do obrzydliwości — całe szczęście, że później ujawniają się u niego ludzkie słabości. Trzeba jednak przyznać, że mimo tych potknięć i mimo faktu, że spora część postaci wypada dość schematycznie (czasem nawet bardzo schematycznie…), są i bohaterowie dobrze opisani. Dotyczy to zwłaszcza francuskiego rycerstwa i wielka szkoda, że Randall nie poświęciła mu więcej uwagi.
Czy książka ma w takim razie jakieś zalety? Owszem. Akcja, mimo że rozpędza się bardzo powoli, to gdy już się rozpędzi potrafi wciągnąć czytelnika. Autorce udało się to osiągnąć dzięki umiejętności dobrego konstruowania dynamicznych epizodów (jednak jak na książkę młodzieżową, którą w istocie jest Hyperversum, trochę zbyt często pojawiają się fragmenty statyczne). Kolejną zaletą jest lekkość języka, który nie jest co prawda wyszukany czy poetycki, ale za to łatwo przyswajalny i zrozumiały dla przeciętnego nastolatka — autorka nie naszpikowała bowiem swojego tekstu specjalistycznymi i historycznymi pojęciami. Dodatkowym plusem jest zaś zakończenie, które mimo przewidywalności fabuły potrafi czytelnika zaskoczyć.
Jeszcze kilka słów o jakości wydania. Książkę wydrukowano na bardzo miękkim papierze, dzięki czemu mimo dużej objętości łatwo ją otworzyć i trudno złamać grzbiet. Literówki również nie zdarzają się licznie, chociaż można natrafić na powtórzony wyraz czy pomyloną numerację rozdziałów. Jedynie czcionka mogłaby być nieco wyraźniejsza — przy zastosowanych przez wydawcę szerokich interliniach czyta się dość niewygodnie. Okładka współgra z treścią i chociaż zazwyczaj nie lubię fotorealistycznych grafik przywodzących na myśl plakaty filmowe i opakowania (nomen omen) gier, to tutaj takie rozwiązanie jest wyjątkowo na miejscu. Zwłaszcza, że świetnie dobrano kolorystykę tła i napisów. Bezdyskusyjnym mankamentem są natomiast „kwiatki”, za przynajmniej część których odpowiedzialny jest tłumacz — ot, choćby kulawe gramatycznie zdanka, z których to można wywnioskować, że aby koń przyśpieszył, należy ściągnąć mu wodze, zaś aby zwolnił, należy go ukuć ostrogą…
Podsumowując, Hyperversum nie jest na pewno powieścią z wyższej półki. Jest w nim jednak coś, co sprawia, że czytelnik bardzo chce się dowiedzieć, „co będzie dalej” i „jak to wszystko się skończy?”. Bohaterowie, mimo mankamentów, potrafią wzbudzić sympatię, zaś fabuła wciąga. Z czego wynika, że powieść Randall świetnie się nadaje na wakacyjny wyjazd — nie nadweręży szarych komórek, a idealnie pasuje do plażowego kocyka czy leżaka na werandzie. Szczególnie polecam ją tym, którzy w bólach pokonywali „Krzyżaków” Sienkiewicza — może uda im się znowu polubić rycerzy.
Tytuł oryginalny: Hyperversum
Wbrew temu, co można na pierwszy rzut oka pomyśleć, Hyperversum jest bardziej powieścią o podróżach w czasie, niż o wciągnięciu graczy do świata gry. Nie mamy bowiem osobnego uniwersum, bohaterowie po prostu za pomocą komputera cofają się w czasie o 800 lat. Nie jest to jednak zbyt istotne, gdyż autorka nie rozwodzi się na tematy zwykle w fantastyce z takimi eskapadami kojarzone — nie o to w Hyperversum chodzi. Tutaj liczy się po prostu przygoda.
Zacznę może od wad. Po pierwsze, autorka w ogóle nie wykorzystała faktu zderzenia kultur, jaki niewątpliwie musiałby mieć miejsce, gdyby grupę współczesnych studentów (z których tylko jeden studiował historię) przenieść do XIII wieku. Bohaterowie co prawda bywają szokowani pewnymi faktami (jak choćby okrucieństwo władz), ale wszystkie obyczaje przyswajają niemal z marszu. Dziwi to zwłaszcza w przypadku dziewcząt, którym przecież w tamtych czasach wolno było o wiele mniej, niż obecnie.
Drugim rozczarowaniem, choć już nie tak dużym, byli bohaterowie. Z szóstki graczy Randall poświęca swoją uwagę tylko dwóm: Ianowi i Danielowi, reszta zaś stanowi tło, które nie wnosi do fabuły praktycznie nic. Jakby tego było mało, Ian przez pierwsze 200 stron jawi nam się jako wcielenie cnót wszelakich i jest doskonały do obrzydliwości — całe szczęście, że później ujawniają się u niego ludzkie słabości. Trzeba jednak przyznać, że mimo tych potknięć i mimo faktu, że spora część postaci wypada dość schematycznie (czasem nawet bardzo schematycznie…), są i bohaterowie dobrze opisani. Dotyczy to zwłaszcza francuskiego rycerstwa i wielka szkoda, że Randall nie poświęciła mu więcej uwagi.
Czy książka ma w takim razie jakieś zalety? Owszem. Akcja, mimo że rozpędza się bardzo powoli, to gdy już się rozpędzi potrafi wciągnąć czytelnika. Autorce udało się to osiągnąć dzięki umiejętności dobrego konstruowania dynamicznych epizodów (jednak jak na książkę młodzieżową, którą w istocie jest Hyperversum, trochę zbyt często pojawiają się fragmenty statyczne). Kolejną zaletą jest lekkość języka, który nie jest co prawda wyszukany czy poetycki, ale za to łatwo przyswajalny i zrozumiały dla przeciętnego nastolatka — autorka nie naszpikowała bowiem swojego tekstu specjalistycznymi i historycznymi pojęciami. Dodatkowym plusem jest zaś zakończenie, które mimo przewidywalności fabuły potrafi czytelnika zaskoczyć.
Jeszcze kilka słów o jakości wydania. Książkę wydrukowano na bardzo miękkim papierze, dzięki czemu mimo dużej objętości łatwo ją otworzyć i trudno złamać grzbiet. Literówki również nie zdarzają się licznie, chociaż można natrafić na powtórzony wyraz czy pomyloną numerację rozdziałów. Jedynie czcionka mogłaby być nieco wyraźniejsza — przy zastosowanych przez wydawcę szerokich interliniach czyta się dość niewygodnie. Okładka współgra z treścią i chociaż zazwyczaj nie lubię fotorealistycznych grafik przywodzących na myśl plakaty filmowe i opakowania (nomen omen) gier, to tutaj takie rozwiązanie jest wyjątkowo na miejscu. Zwłaszcza, że świetnie dobrano kolorystykę tła i napisów. Bezdyskusyjnym mankamentem są natomiast „kwiatki”, za przynajmniej część których odpowiedzialny jest tłumacz — ot, choćby kulawe gramatycznie zdanka, z których to można wywnioskować, że aby koń przyśpieszył, należy ściągnąć mu wodze, zaś aby zwolnił, należy go ukuć ostrogą…
Podsumowując, Hyperversum nie jest na pewno powieścią z wyższej półki. Jest w nim jednak coś, co sprawia, że czytelnik bardzo chce się dowiedzieć, „co będzie dalej” i „jak to wszystko się skończy?”. Bohaterowie, mimo mankamentów, potrafią wzbudzić sympatię, zaś fabuła wciąga. Z czego wynika, że powieść Randall świetnie się nadaje na wakacyjny wyjazd — nie nadweręży szarych komórek, a idealnie pasuje do plażowego kocyka czy leżaka na werandzie. Szczególnie polecam ją tym, którzy w bólach pokonywali „Krzyżaków” Sienkiewicza — może uda im się znowu polubić rycerzy.
Tytuł: Hyperversum
Autor: Cecilia RandallTytuł oryginalny: Hyperversum
Wydawnictwo: Esprit
Rok: 2011
Stron: 75
Rok: 2011
Stron: 75
poniedziałek, 10 stycznia 2011
I szybko zniknął jak sen jaki złoty... - "Sen" Lisa McMann
Nie miałam w planach czytania tej książki. Nawet nie wiedziałam o jej istnieniu, szczerze mówiąc. Ale traf chciał, że akurat Siostra Lubego była świeżo po lekturze, a jeszcze do biblioteki szkolnej nie odniosła. Przy okazji, warty odnotowania jest sposób, w jaki książka ta trafiła do szkolnej biblioteki. Wiadomo, że żadnej bibliotece się raczej nie przelewa, na nowości ciągle brak funduszy, a w szkolnych bibliotekach to już całkiem. Wpadła tedy miejscowa pani bibliotekarka na pomysł, żeby u wydawców pomocy poszukać i rozesłała do nich pisma z prośbą o wsparcie księgozbioru. Największy odzew pochodził od wydawnictwa Amber, które szkolnej bibliotece podarowało mały zbiorek literatury młodzieżowej (i nie tylko) o wartości około 1000 zł. Piszę o tym dlatego, że bardzo podoba mi się prospołeczna postawa wydawnictwa i uważam, że należy takie postawy propagować. Ale wróćmy już do meritum.
Janie życie nigdy nie rozpieszczało. Nie wie, kto jest jej ojcem, a matka, mimo, że nad dziewczynką się nie znęca, ma wystarczająco dużo własnych, alkoholowych problemów, żeby jeszcze do tego przejmować się córką. Do tego Janie musi sobie radzić z męczącą i całkowicie dezorganizującą jej życie przypadłością: gdy tylko ktoś w pobliżu zasypia, dziewczyna zostaje natychmiast wciągnięta w jego sny, co w skrajnych przypadkach objawia się napadami drgawkowymi. Nastolatka mimo tego ciuła na studia każdy grosz i stara się żyć normalnie. W pewnym momencie na horyzoncie pojawia się niejaki Cabel…
Znacie serię „Nie dla mamy, nie dla taty, lecz dla każdej małolaty”? Pisała w niej pewna autorka, nazwiska niestety nie pomnę, która swoje książki tworzyła pod jeden schemat. I to tak ordynarnie pod niego, że w kolejnych dziełach zmieniała tylko imiona bohaterów i „dekoracje”. (Nawiasem mówiąc, spotkania z prozą tej pani było główną przyczyną znielubienia przeze mnie romansów wszelakich.) Schemat zaś był mniej więcej taki: ona spotyka jego -> wpadają sobie w oko -> dobrze się im układa -> fatalne nieporozumienie -> ona nie chce go znać -> nieporozumienie w mniej lub bardziej spektakularny sposób się wyjaśnia -> godzą się i żyją długo i szczęśliwie. „Sen” idealnie się w ten schemat wpasowuje. Szczegóły jednak sprawiają, że stawiam go wyżej od książek zapomnianej autorki.
Pierwszym z nich jest język i styl powieści. Bardzo młodzieżowy, młodzieżowością nieco nazbyt amerykańską momentami, ale jednak bliską sercu każdego nastolatka. Mamy więc zwroty akcji i wypowiedzi typowe dla tego przedziału wiekowego i to wstawione w taki sposób, że wydają się być naturalnie na miejscu. Pisanie krótkimi, nieraz jednozdaniowymi akapitami może starszego czytelnika nieco irytować, ale idealnie oddaje charakter rozdartej nastolatki, co jest wielkim plusem książki (wolę już rozchwiane emocjonalnie i rzucające urywkami myśli panny od tych uładzonych, o wypowiedziach zawierających niemal wyłącznie zdania złożone. Jakieś to bliższe sercu i rzeczywistości). I tylko towarzyszy mi uporczywie nieprzyjemne wrażenie, że ta cała heca ze snami jest doklejona tylko po to, żeby wypłynąć na pozmierzchowej fali paranormal romance…
Drugi zaś to wydanie. Książeczka jest wydrukowana dużą, przejrzystą czcionką i z szerokimi (chociaż bez przesady) interliniami, co wraz z niewielkimi gabarytami sprawia, że idealnie nadaje się do czytania pod ławką (zwłaszcza, że czyta się błyskawicznie).;)
Podsumowując, nic fenomenalnego. Ale jako odmóżdżacz świetnie się sprawdza; do tych celów polecam ją szczególnie czytelniczkom w wieku 13 – 17 lat. U starszych nie będzie się sprawdzał tak dobrze, ale też powinien sobie poradzić.
Autor: Lisa McMann
Tłumacz: Agnieszka Kabala
Tytuł oryginalny: Wake
Cykl: Sen
Wydawnictwo: Amber
Rok: 2010 (wyd. II)
Stron: 232
P.S. Natrafiłam dziś na You Tube na filmiki, które tak mnie rozbawiły, że aż postanowiłam się nimi z Wami podzielić. Pierwszy z nich powinien być bliski sercu każdego fana fantasy, a już w szczególności tym, którzy swego czasu brali udział w sporze, czy lepszy jest Harry Potter, czy może Frodo Baggins. Tutaj bohaterowie mają okazję sami udowodnić swoją ewentualną wyższość.;)
A ten filmik dedykuję wszystkim którzy mieli wątpliwą przyjemność bliższego zapoznania się z systemem Windows Vista.
poniedziałek, 15 listopada 2010
"Piekło to świadomość naszych błędów bez możliwości naprawy"* - "Wolałbym żyć" Thierry Cohen
Czy wiecie, czym jest dybuk? Według mitologii żydowskiej, jest to dusza zmarłego, która nie może zaznać wiecznego spoczynku. Wstępuje więc w ciało żywego człowieka i przejmuje nad nim kontrolę, w pewnym momencie wypierając duszę właściciela, która nie ma już nic do powiedzenia w sprawie swojego ciała. W czasie lektury „Wolałbym żyć” skojarzenie z dybukiem przylgnęło do mnie na samym początku i pozostało do ostatniej strony. A dla uściślenia dodam, że żaden dybuk (jako stworzenie fantastyczne bądź mityczne) w fabule się nie pojawia.
Historia opowiedziana przez autora jest niezwykła. Zaczyna się bowiem od samobójstwa nieszczęśliwie zakochanego młodego człowieka. Jednak świadomość Jeremiasza nie gaśnie w tym momencie. Pisany mu jest inny los. Musi obserwować, jak życie innych ułożyło się po jego śmierci. Co najważniejsze, w życiu tym ciągle bierze udział jego ciało, jak najbardziej żywe. Tylko dusza, czy też świadomość młodego mężczyzny, pozostaje nieobecna, pojawiając się jako bezsilny obserwator w chwilach kluczowych. Ale dlaczego tak się stało? Dlaczego Jeremiasz nie odszedł w niebyt czy też nie płonie teraz w piekielnym ogniu należnym samobójcom? Czy doświadczenie to czegoś go nauczy? I najważniejsze: czy Jeremiasz dostanie drugą szansę?
Książka jest niesamowicie wciągająca, a jeśli wziąć pod uwagę jej niewielkie gabaryty, czyta się ją wręcz ekspresowo. Mogę nawet stwierdzić, że zbyt szybko. Jednak nie chciałabym, aby autor bardziej się rozpisywał czy też bardziej rozwijał te czy inne wątki. Czasem mniej znaczy lepiej i „Wolałbym żyć” jest tego najlepszym przykładem.
Jeremiasz bardzo przypomina mi Oskara z „Oskara i pani Róży” Schmitta. Chociaż jeden z nich jest dziesięcioletnim chłopcem wbrew woli niejako skazanym na śmierć, a drugi dwukrotnie starszym młodym człowiekiem, niemogącym się upragnionego końca doczekać, łączy ich pewien element. Zarówno dziecko, jak i młody mężczyzna doznają przyspieszonego procesu dojrzewania poprzez śmierć. I chociaż ze zrozumiałych względów u Jeremiasza proces ten jest bardziej drastyczny, to w zasadzie obaj przechodzą przez bardzo zbliżone jego etapy.
Bohaterowie (wszyscy razem) są skonstruowani dobrze i mimo, że autor nie poświęca im całych rozdziałów ani nie uprawia wodolejstwa, możemy zajrzeć głęboko w ich umysły. Dla mnie to wielki plus. Poza tym opisy emocji i stanów psychiki są tak żywe i barwne, tak pełne realizmu, że nie sposób nie dzielić ich z postaciami.
Co mi w książce przeszkadzało? Tłumaczenie. W sumie nie jest w tej kwestii tragicznie, nie ma błędów rażących i na zgrzyty nie natykamy się zbyt często. Jednak tłumaczenie niektórych wyrażeń, mimo, że nie błędne, wywoływały we mnie dysonans. Ot, choćby zwroty w języku polskim utarte (choć jeszcze nie frazeologiczne) występują tutaj w dziwacznych niekiedy mutacjach. Nie jest to błąd: po prostu żaden zwykły człowiek takich wyrażeń nie używa. Taki stan rzeczy nieco utrudniał mi delektowanie się treścią.
Ogólne wrażenie? W mojej osobistej klasyfikacji Thierry Cohen wyrównał poziom, jeśli nie przewyższył Schmitta. Niech jednak osoby, które Schmitta nie trawią, nie zrażają się moim porównaniem. Bo historia podana w sposób tak ciekawy i niebanalny, a poza tym tak wzruszająca i jednocześnie odmienna od pozostałych zasługuje n przeczytanie. Zachęcam więc. Szczerze.
Tytuł: Wolałbym żyć
Autor: Thierry Cohen
Tłumacz: Wiktor Dłuski
Tytuł oryginalny: J'Auraus prefere vivre
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2008
Stron: 190
*Cohen Thierry, Wolałbym żyć, Świat Książki, warszawa 2008, str. 185.
poniedziałek, 4 października 2010
"Dzień świstaka" w Nowym Jorku - "Wrócę po Ciebie" Guillaume Musso
Mam słabość do autorów nawiązujących do fantastyki. Takich, który niby piszą zwykłe powieści, ale tak naprawdę kluczowym dla fabuły (chociaż nie dominującym) czynią element fantastyczny. I chociaż czasem mam wrażenie, że autorzy ci chcieliby zostać fantastami, ale się boją, to i tak świetnie mi się ich czyta. A moim zdecydowanym faworytem w tej kategorii jest Guillaume Musso. Toteż kiedy tylko zobaczyłam jego najnowszą powieść w bibliotece, musiałam ją wypożyczyć. I właśnie skończyłam ją czytać.
Ethan jest najsłynniejszym psychoterapeutą Ameryki. Ma pieniądze, sławę i kobiety, a wszystko to zawdzięcza własnej ciężkiej pracy. Jednak jest coraz bardziej nieszczęśliwy. Kiedy budzi się w sobotę, 31 października, odkrywając w swoim łóżku nieznaną kobietę a na parkingu rozbity samochód, nie przypuszcza nawet, że to początek najgorszego dnia jego życia. Najgorszego i ostatniego za razem, gdyż po długiej serii niefortunnych zdarzeń, dokładnie o północy, tajemniczy mężczyzna strzela do niego trzykrotnie. Ethan osuwa się w ciemność i nagle… słyszy dźwięk budzika. Jest godzina 8.00, sobota, 31 października. Najsłynniejszy psycholog Ameryki dostaje kolejną szansę od losu. Czy będzie potrafił ją wykorzystać?
Po przeczytaniu kilku powieści, nietrudno stwierdzić, że Musso zawsze używa tych samych klocków do budowania swojej fabuły. Mamy więc psychologa (lub kogoś żywo zainteresowanego psychologią) pochodzącego z niskiego stanu, który przez jakiś czyn z przeszłości zwichnął sobie życie. Mamy też kobietę jego życia, która jest zdolna do naprawdę szalonych czynów, aby go odzyskać i najlepszego przyjaciela obojga (albo tylko psychologa), który dzielnie jej sekunduje. Mamy zagubioną nastolatkę z problemami, a i jakiś mroczny sekret – zagadka w całej historii się znajdzie. No i oczywiście mamy jakiś element fantastyczny, czasem tylko zakamuflowany jakimiś krypto naukowymi wyjaśnieniami. I mimo, że klocki te zawsze są obecne, to jednak autorowi niezmiennie udaje się je poustawiać tak, że zakończenie jego historii mnie zaskakuje. Tak samo jest i tutaj. Poniosłam sromotną klęskę, próbując się domyślić, jakie zakończenia ma ta opowieść i jakie jest tym razem rozwiązanie zagadki. Ostrzegam jednak, że jeśli ktoś spodziewa się po tej książce lukrowanego happyendu, to może się srogo zawieść.
Musso pisze trochę jak Schmitt. O ile jednak u tego drugiego zwykłe historie zyskują posmak niezwykłości, to ten pierwszy przedstawia nam historie niezwykłe, w celu ukazania zwykłych prawd. Język we „Wrócę po Ciebie” nie jest może tak urzekający jak u Schmitta, ale i tu da się zauważyć przebłyski magii (zaczynam podejrzewać, że to jakiś grubszy trend w literaturze francuskiej). W prostocie czai się siła, a Musso wie, jak ją wykorzystać.
Jeśli chodzi o kreację bohaterów, to autorowi świetnie wychodzą portrety ludzi nieszczęśliwych. Do tej kategorii należy większość postaci zaludniających karty jego książek, a „Wrócę po Ciebie” nie jest wcale wyjątkiem. Przedstawia nam się ich jako osoby subtelnie cierpiące: Musso nie epatuje egzaltowanymi opisami, jednak nie pozostawia wątpliwości co do stanu psychicznego. A co najśmieszniejsze, autor potrafi w taki sposób opowiedzieć tę historię, że po wszystkim czytelnik nie tylko nie czuje się przygnębiony, ale wręcz odprężony i wzruszony. Jest to więc niewątpliwie książka na uspokojenie skołatanego ducha.
Podsumowując, książkę mogę polecić każdemu. Znajdą tu coś dla siebie i miłośnicy romansu, i miłośnicy zagadek, ci, co lubią elementy nie z tego świata oraz ci, którzy na takie elementy mają alergię. Polecam więc szczerze na długie jesienne wieczory.
Tytuł: Wrócę po Ciebie
Autor: Guillaume Musso
Tytuł oryginalny: Je reviens te chercher
Tłumacz: Joanna Prądzyńska
Wydawnictwo: Albatros
Rok: 2010
Stron: 397
sobota, 28 sierpnia 2010
Co zawdzięczmy Danowi Brownowi? - "Kapłan" Krzysztof Kotowski
Danowi Brownowi zawdzięczamy kilka powieści sensacyjnych, z których część stała się bestsellerami. Zawdzięczmy mu też kilka filmów, nakręconych na podstawie jego powieści. Ale głównie zawdzięczamy mu zapoczątkowanie pewnej mody wydawniczej. Mianowicie, wydawcy na masową skalę zaczęli wydawać powieści sensacyjne z wątkiem spiskowo – religijnym. I tak sobie myślę, że gdyby nie ta moda, to „Kapłan” Krzysztofa Kotowskiego nigdy nie zostałby wydany. W sumie, szkoda by było.
Na oddział pewnego warszawskiego szpitala dla psychicznie chorych trafia ksiądz Krzysztof Lorent z podejrzeniem schizofrenii paranoidalnej. Niektóre objawy jednak nie pasują. Na przykład ten, że ksiądz nagle zaczął mówić płynnie w ponad sześćdziesięciu językach. Jednak, kiedy próbuje ostrzec lekarzy, że przyjdą po niego bardzo niebezpieczni ludzie, ze zrozumiałych względów nikt mu nie wierzy. Aż do momentu, kiedy pojawiają się tajemniczy wojownicy w zielonych habitach…
Książka podzielona jest na dwie części, stanowiące w zasadzie niezależne mikropowieści, co prawda połączone fabularnie, ale niezbyt mocno. Pierwsza z nich bardziej przypadła mi do gustu. W drugiej autor poświęcił stanowczo zbyt wiele uwagi pracy złych i skorumpowanych gliniarzy, co zaniżyło moją ocenę.
Mimo, iż pan Kotowski korzysta ze stałych elementów tego typu powieści (tajne stowarzyszenia, pościgi, ucieczki itp.), potrafi je złożyć w nowy, ciekawy sposób. I chociaż pewne wytłumaczenia (choćby to, w jaki sposób zwykły człowiek staje się tytułowym Kapłanem) są tak naciągane, że aż trzeszczą w szwach, a akcja nie biegnie tak wartko jak choćby u pana Browna, książkę czytało mi się dużo lepiej niż „Kod Leonarda da Vinci”. Z kilku powodów. Po pierwsze, wielką rolę odegrał tzw. koloryt lokalny. Już sam fakt, że akcja dzieje się w Polsce sprawił, że poczułam przypływ sympatii dla tej powieści. Po drugie nie mamy tutaj do czynienia z tworzeniem książki jak ulał na scenariusz do filmu (wprowadzenie, akcja, akcja, cięcie, przeniesienie planu, akcja, cięcie i tak dalej) co mi u Browna przeszkadzało. Po trzecie, pan Kotowski poświęcił dużo więcej uwagi swoim postaciom. Nie można co prawda powiedzieć, że stworzył ich dogłębne portrety psychologiczne, jednak bohaterowie (zwłaszcza ci drugoplanowi) są o wiele bardziej prawdziwi, niż u zagranicznego kolegi. Styl Kotowskiego też jest bardzo przyjemny. Co prawda niczym szczególnym się nie wyróżnia, ale jest też bardzo poprawny.
A co z wadami? Autor ma skłonności do nadużywania niektórych wyrażeń, najczęściej gwarowych. Do jego ulubieńców należy „jamioł”. Czasem bywa to irytujące. Poza tym, w drugiej mikropowieści, obserwujemy cudowne rozmnożenie tajnych/prywatnych organizacji o dużych wpływach. Również jej fabuła jest słabsza.
Mimo wszelkich wad, myślę, że warto się zapoznać z tym polskim produktem. Szczególnie, jeśli się lubi powieści sensacyjne. Ja z pewnością sięgnę po kolejny tom.
Tytuł: Kapłan
Autor: Krzysztof Kotowski
Wydawnictwo: Cat Book
Rok: 2008
Stron: 496
czwartek, 29 lipca 2010
Twoja przeszłość jest moją przyszłością - "Miłość ponad czasem" (lub "Żona podróżnika w czasie") Audrey Niffenegger
Zazwyczaj nie lubię powieści o miłości. Mdłe to jakieś, głupiutkie i naiwne, a poza tym śmiertelnie nudne, bo ile razy można przerabiać ten sam schemat? Dlatego nigdy nie tknęłam Harlequina. Do polskich powieści tzw. literatury kobiecej też podchodzę z nieufnością, bo tam prawie zawsze wyzwolona trzydziestolatka szuka nowej miłości, gdyż jakiś facet (szef lub były, niepotrzebne skreślić) okazał się draniem. Czasem człowiek lubi się takim czytadełkiem odmóżdżyć, ale bez przesady. Chętnie jednak czytam o miłości opisanej w sposób niekonwencjonalny, nierzadko z lekką nutką fantastyki w tle. Dlatego tak bardzo lubię Musso i dlatego bardzo mi przypadła do gustu „Miłość ponad czasem” (inny tytuł to „Żona podróżnika w czasie”).
Kiedy Henry, bibliotekarz z Chicago, ma 28 lat, po raz pierwszy spotyka o osiem lat młodszą Clare. Ona okazuje się bardzo dobrze go znać – spotykała się z nim już ponad 150 razy. Nie ma w tym nic dziwnego, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że Henry cierpi na nietypową chorobę genetyczną: spontanicznie i nieprzewidywalnie przenosi się w czasie. Clare spotykała wcześniej jego starsze wersje, ale teraz mają okazję być razem tu i teraz. Nic dziwnego, że szybko decydują się na małżeństwo. Jednak książka ta nie jest opowieścią lukrowaną, życie po ślubie wcale nie jest usłane różami, a choroba Henry’ego okazuje się przekleństwem.
W tej powieści motyw podróży w czasie jest mało ważny. Równie dobrze Henry mógłby cierpieć na jakąś chorobę psychiczną, a fabuła praktycznie niewiele by się zmieniła. Jednak nie jest to powieść SF, więc autor nie musi pieczołowicie opisywać wszystkich paradoksów czasowych. W powieściach głównonurtowych motyw ten jest zwykle wykorzystywany, aby pokazać, jak taka anomalia wpływa na psychikę osób nią dotkniętych. A o tym rzadko można przeczytać w książkach fantastycznych. I w „Miłości ponad czasem” dzięki temu zabiegowi, możemy uzyskać obraz bardzo ciekawy i poruszający.
Henry jest wiecznym wędrowcem, który nie tylko musi borykać się z problemami życia codziennego, ale nigdy nie wie, gdzie (i kiedy) znajdzie się za chwilę. W pracy też miewa kłopoty, bo jak ma wytłumaczyć szefowi, dlaczego znika czasem bez słowa, a po powrocie biega nagi między regałami (podróże w czasie nie obejmują ubrań i ekwipunku)? Clare, jak wierna Penelopa, zawsze na niego czeka i daje mu siłę, żeby kurczowo trzymać się teraźniejszości. Są jednak zwykłymi ludźmi, więc ich związek nie jest wolny od kłótni i problemów, a wielką próbą staje się dla nich czas, kiedy starają się o dziecko. Dlatego oboje jako bohaterowie książki są bardzo realistyczni, czytelnik ma wrażenie, że mogliby być jego sąsiadami. Autorka opisała to małżeństwo bez patosu czy lukru, nie szczędząc obojgu chwil słabości czy załamania. Jest to ogromnym plusem powieści, bo historia miłosna z tak naturalnymi bohaterami jest niezwykłą rzadkością.
Narracja jest prowadzona nietypowo, gdyż, mimo, że zawsze pierwszoosobowa, wypowiadają się zarówno Henry, jak i Clare. Dlatego część wydarzeń poznajemy z obu perspektyw. Język bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Spodziewałam się raczej czegoś prostego, jak to bywało w tych nielicznych romansach, jakie przeczytałam. Tymczasem pani Niffenegger udaje się miejscami przemycić język poetycki, unikając jednocześnie patosu, co jest nie lada osiągnięciem. Inna rzecz, że poutykane w dużej ilości cytaty z Rilkego w którymś momencie zaczynają denerwować.
Czytając „Miłość ponad czasem” szczerze się wzruszyłam, a to mi się przy książce rzadko zdarza. Myślę, że dla nikogo przeczytanie jej nie będzie czasem straconym. Trzeba tylko mieć na uwadze, że to świetna powieść o miłości, a nie dzieło godne Dickensa.
A. Niffenegger, Miłość ponad czasem, Świat Książki, Warszawa 2004, s. 495
Subskrybuj:
Posty (Atom)




