Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seria Biosfera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seria Biosfera. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 stycznia 2016

"Tak kochają lemury" Violetta Nowakowska

Oprócz fantastyki Moreni czasami czytuje literaturę faktu, reportaże i różne takie. A jeśli ta literatura faktu dotyczy zwierząt, to jest to absolutny must read. Zwłaszcza, jeśli należy do serii Biosfera. „Tak kochają lemury” spełnia wszystkie trzy kryteria (a jako ciekawostkę dodam, że roboczym tytułem tej książki była „Anakonda w klozecie”. Oryginalnie, ale chyba w końcu ktoś słusznie zauważył, że mało medialnie).

Jest to zbiór trzynastu historii o ludziach, w których życiu zwierzęta odegrały bardzo ważna rolę: od bardzo emocjonalnie podchodzących do kwestii prozwierzęcych wolontariuszy po naukowców badających nietoperze z chłodnym profesjonalizmem. Niezależnie od podejścia i wyznawanych zasad, łączy ich jedno – szacunek do braci mniejszych.

Kiedyś czytałam inna książkę z tej serii, „Biuro kotów znalezionych”. Tamtejsza narrację wyróżniało bardzo chłodne podejście do tematyki bezdomnych kotów. Autorka-narratorka dystansowała się do tego co robi i w sumie w pewnym momencie zastanawiałam się, dlaczego właściwie pomaga tym kotom, skoro tak bardzo brak tym jakichkolwiek emocji. Violetta Novakowska wybrała na bohaterów swoich reportaży ludzi o zupełnie odwrotnym podejściu. Nie mamy tu co prawda do czynienia ze stereotypowymi szalonymi „ekologami”, ale z ludźmi, którzy całe serce i wolny czas poświęcają na rzeczywistą pomoc potrzebującym zwierzakom.

Narracja Nowakowskiej nie jest przy tym przesłodzona czy egzaltowana (choć czasem bywa dość naiwna), raczej po prostu ludzka. Autorka nie sili się na sztuczny obiektywizm, opowiada historie swoich bohaterów po prostu po ludzku. A są to historie czasem dość zwyczajne. Ot, chłopak hoduje sobie żółwie, od czasu do czasu nawet je rozmnaża z sukcesem. Albo dziewczyna prowadzi dom tymczasowy dla chomików, które szukają nowych opiekunów (akurat w tym reportażu odnalazłam osoby, które znam z gryzoniowych forów. Dziwne uczucie;)). Dyrektorka schroniska opowiada o codziennych dylematach towarzyszących prowadzeniu takiej organizacji. Szkoda tylko, że o kotach jest eden reportaż. Ale autorka przynajmniej od razu przyznaje, że była stronnicza w doborze materiałów, bo o kotów woli psy.

Czyta się to świetnie, napisane jest gładko i słowa same wlewają się do czytelniczej głowy. Przyznam szczerze, że to jedna z lepiej napisanych książek w serii (trzecia konkretnie, według mojej klasyfikacji. Lepsze są tylko „Corvus” i „Żyjący z wilkami”). Dla tych, co lubią obrazki, jest sporo zdjęć, a dla tych, co lubią opisywanym ludziom zaglądać o domu, znajdzie się kilka smaczków z życia prywatnego zarówno autorki, jak i jej bohaterów. Polecam, w szczególności miłośnikom zwierząt. Zwłaszcza tym, którym brakuje dobrej literatury w tym temacie, rozgrywającej się w naszym kraju. Czytajcie, bo warto. 

Tytuł: Tak kochają lemury
Autor: Violetta Nowakowska
Seria: Biosfera
Wydawnictwo: WAB
Rok: 2014
Stron: 510

piątek, 12 czerwca 2015

"Dialogi Zwierząt" Colette

To będzie raczej krótka notka, bo i książeczka do obszernych nie należy. Za to należy do tych, które można odpowiednio interpretować dopiero po zapoznaniu się z twórczością i życiorysem autorki. Ja niestety jeszcze się nie zapoznałam.

Mówię tu oczywiście o „Dialogach zwierząt”, wydanych w mojej ukochanej serii Biosfera. „Dialogi…” są w serii pewnym ewenementem, gdyż dotąd ukazywał się w niej raczej książki otwarcie biograficzne (czy też mniej lub bardziej oparte na faktach). Tym razem dostajemy dzieło wybitnie literackie, choć jego bohaterowie są wzorowani na jak najbardziej żywych zwierzętach.

A co tam jest właściwie napisane? Jak wskazuje tytuł – rozmowy zwierząt, zanotowane zgodnie z regułami pisania utworów scenicznych (didaskalia i te sprawy). Zazwyczaj dyskutują kot kartuski Kiki i buldożek francuski Toby, ale nie tylko. Poza tym dostajemy jeszcze bardzo interesujące posłowie autorstwa Kazimiery Szczuki (jak dla mnie zdecydowanie ciekawsze niż część główna książki).

Nie wiem, jak pozostała twórczość Colette (ciągle zbieram się do przeczytania „Klaudyn”), ale „Dialogi…” już dość mocno się zestarzały. Albo jestem niewrażliwą na subtelny humor i piękno francuskiej prozy bułą, co też jest możliwe. Nie chcę przez to powiedzieć, że rozmowy Toby’ego i Kiki są nudne – czyta się je całkiem przyjemnie i jeśli ktoś ma ochotę, może w tych prostych historiach znaleźć mnóstwo odniesień zarówno do biografii autorki, jaki do ogólnej natury ludzkiej. Ale całość nie porywa.

Gdyby nie przynależność „Dialogów…” do serii, pewnie bym ich nie kupiła. I raczej bym tego nie żałowała. Jest to pozycja zdecydowanie dla fanów autorki, bardzo ważna dla niej samej. Jednak jeśli nie czytaliście jeszcze nic Colette, to może jednak nie zaczynajcie od „Dialogów…”.

Tytuł: Dialogi zwierząt
Autor: Colette
Tytuł oryginalny: Dialogues de betes
Tłumacz: Beata Geppert
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok: 2013
Stron: 202

środa, 29 kwietnia 2015

"Afrykańska Love Story. Miłość, życie i słonie" - Daphne Sheldrick

Sami wiecie najlepiej, że każdy gatunek czytany bez przerwy od dłuższego czasu potrafi się znudzić. Takoż i mnie trochę nużyć zaczęła fantastyka i postanowiłam zastosować mały płodozmian – zwróciłam się ku powieści zwierzęcej. Czym ona jest? Ano na własny użytek nazywam tak wszelkie książki, których nieodzownym elementem są zwierzęta. Jak dotąd moją absolutnie ulubioną serią w tej kategorii pozostaje Biosfera od WABu, a kilka tomów do przeczytania mi jeszcze zostało. Teraz już o jeden mniej.

„Afrykańska Love Story” to przede wszystkim autobiografia Daphne Sheldrick. O tyle interesująca, że ukazująca czasy przemian (było tych dużych przemian kilka) oczami najpierw dziewczynki, a później kobiety będącej blisko zdarzeń, ale nigdy w środku. Możemy więc zobaczyć dekolonizację, a przedtem powstanie Mau Mau i zaopatrywanie arami brytyjskiej w prowiant w czasie wojen. Widzimy też, jak po zniesieniu rządów brytyjskich pleni się kłusownictwo na przemysłową wręcz skalę. A na tle tego wszystkiego autorka opisuje swoje życie rodzinne i opowiada o zwierzętach, którymi się opiekowała – od tego właśnie zaczęło się coś, co teraz znane jest jako słoniowe żłobki. Tam pod profesjonalną opiekę pracowników trafiają słoniątka, których matki padły ofiarą kłusowników.

Powiem wam szczerze, że „Afrykańska Love Story” nie jest książką wybitną pod względem formy. Napisana jest co prawda sprawnie i przejrzyście, czyta się to przyjemnie, język jest prosty, ale nie prostacki (tak, wiem, banał) i ogólnie raczej nie ma się do czego przyczepić, ale nie ma się też czym zachwycić. Autorka nie jest niestety Esther Woolfson, która potrafiła mnie zachwycić językiem czy niezwykle celnymi spostrzeżeniami. Niemniej, czepiam się. Bo przecież wybitność literacka (której nie ma) nie jest i nie będzie stanowić o sile tej książki. Stanowi o niej fabuła – zdarzenia, które napisało życie.

Po prawdzie, nawet gdyby ta historia była li tylko fikcją literacką, nic by jej nie ubyło. Opisy życia dziadków autorki na nieznanych, dzikich terenach (byli oni bowiem pierwszymi osadnikami w rejonie, gdzie później dorastała autorka) czy dorastania w czasach powojennych w sercu Afryki są fascynujące. Sheldrick może i brakuje gawędziarskiego zacięcia, ale potrafi zwięźle relacjonować i wiernie opisywać zdarzenia, które chce przekazać czytelnikowi. Kiedy ma się do opowiedzenia taką historię jak ona, to w zupełności wystarczy.

Są oczywiście jeszcze zwierzęta – najpierw te, które osierocone trafiały na farmę ojca, potem te, którymi opiekowała się jako żona dyrektora parku narodowego. A wreszcie słonie. Od kiedy na kartach powieści pojawiają się słonie, ludzcy aktorzy zdają się usuwać w cień. Autorka oczywiście nie popada w tani sentymentalizm, ale opisy bezowocnych prób ratowania kolejnych słoniątek (bezowocnych dlatego, że skład słoniowego mleka bardzo długo pozostawał tajemnicą i maluchy całkiem zależne od matek a pozbawione ich, nie miały szans) i tak chwytają za serce. Równie ciekawa jest relacja, jak łączy panią Sheldrick z jedną ze słonic, która mimo całkowitego powrotu do natury, ciągle chętnie spotyka dawną opiekunkę. Oraz ogólne opisy wzajemnych relacji osieroconych słoni.

Już zupełnie na marginesie dodam jedną rzecz, która rzuciła mi się w oczy – jest to kolejna książka (po „Żyjącym z wilkami”), w której naukowcy nie są przedstawiani w najlepszym świetle (choć przyznajmy, że trafiają się i sympatyczni). Nie chcą słuchać ludzi, którzy znają obiekty ich badań z codziennych obserwacji, są zaślepieni udowadnianiem swoich teorii, a jeśli fakty przeczą teoriom, tym gorzej dla faktów. W „Afrykańskiej Love Story” mamy delikwenta, który w celu przeprowadzenia badań naukowych zażądał odstrzału trzystu słoni (właściwie zażądał odstrzału trzech tysięcy, ale dostał pozwolenie na trzysta). Wychodzi na to, że akademiccy naukowcy to banda zaślepionych arogantów, dla których liczy się tylko własna habilitacja. Mam nadzieję, że znajdą się też książki, które przeczą tej tezie.

Powiem wam, że mimo braku czytelniczej ekstazy, powieść Daphne Sheldrick znajduję bardzo przyjemną i pouczającą lekturą. Jeśli kogoś interesują słonie, życie w Afryce w początkach XX wieku albo lekko podana historia kenijskich parków narodowych, to jest to książka dla niego. Jeśli lubi silne kobiety, to też. Podobno ma być ekranizacja – mam nadzieję, że niczego nie zepsują, bo chętnie bym ją obejrzała.

Tytuł: Afrykańska Love Story. Miłość, życie i słonie
Autor: Daphne Sheldrick
Tytuł oryginalny: An African Love Story. Love, Life and Elephants
Tłumacz: Dorota Kozińska
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok: 2013
Stron: 444

wtorek, 21 stycznia 2014

Człowiek wilkowi przyjacielem - "Filozof i wilk" Mark Rowlands

Zastanawialiście się kiedyś jak to jest trzymać w domu dzikie zwierzę? Niewielu z nas pewnie by się na to odważyło. Są jednak tacy, którzy lubią ten sport i niekoniecznie są pasjonatami-specjalistami od egzotycznych zwierząt. Niektórzy stają się posiadaczami takich, powiedzmy, wilków przypadkiem – szukali ogłoszenia ze szczeniakami do wzięcia, a tu trafiły się wilcze. Coś takiego przytrafiło się Markowi Rowlandsowi, doktorowi filozofii. I całkowicie odmieniło jego życie.

„Filozof i wilk” jest próbą uchwycenia tej przemiany, ale nie tylko. Jest po trosze autobiografią, po trosze wspomnieniem o najlepszym przyjacielu, nieco próbą rozliczenia się z etapu życia, który już minął, a miejscami (a może przede wszystkim) skondensowanym wykładem filozoficznym ilustrującym poglądy autora na sprawy zasadnicze, niekiedy zmieniające się na przestrzeni lat (poglądy, nie sprawy). Dostajemy więc emocjonalną podróż przez lata spędzone z niezwykłym czworonożnym przyjacielem na zaglądaniu w głąb siebie.

Mogłoby się wydawać, że jest to podróż niezwykle nużąca, jednak tak się nie dzieje. Rowlands ma dar płynnego przechodzenia od anegdoty ze swojego życia z Breninem (tytułowym wilkiem, któremu zdarzyło się uchodzić zarówno za mieszańca, jak i za malamuta) do egzystencjalnych wniosków, jakie na przestrzeni czasu z niej wyrosły. Nawet gęsto poutykane w tekście nazwiska filozofów nie przeszkadzają cieszyć się lekturą. Jedynie we wstępie i ostatnim rozdziale muza najwyraźniej opuściła naszego filozofa. Zabrakło tam zakotwiczenia rozważań na rzeczywistym przykładzie, a najwyraźniej tylko ten zabieg pozwala uzyskać treść atrakcyjną dla czytelnika-laika. Dostajemy więc dwa rozdziały wypełnione tekstem-watą, który co prawda próbuje przekazać ważkie treści, ale robi to w sposób tak niepowabny, ze wspomniane treści wydają się banalne i wylatują z głowy zaraz po przeczytaniu. Ot, kwintesencja nieatrakcyjnego stylu.

Ciekawą rzeczą jest też obraz relacji autra-narratora z wilkiem. Śmiem twierdzić, ze gdyby Rowlands nie był w czasie, kiedy zakupił wilka jednostką dość aspołeczną (aspołecznością przejawiająca się w niechęci do tworzenia głębokich relacji, nie do przebywania w gronie znanych osób), nie nawiązałby tak głębokiej relacji z Breninem. Niewiele osób miałoby chęć i możliwości podporządkowania zwyczajów w miejscu pracy swojemu czworonożnemu przyjacielowi, niewielu tez chciałoby znosić poważne uszkodzenia zasłon, rur, mebli i ogrodu czy organizować sobie ciężkie treningi i wielogodzinne biegi, aby w jakimś stopniu dorównać zwierzęciu fizycznie (gdyby, na przykład, trzeba je było odciągnąć w czasie walki z innym psem). Większość wolałaby w tym czasie zrobić cos innego. Z reszta, autor kilkukrotnie podkreśla, ze gdyby przyszedł czytelnikom do głowy pomysł nabycia wilka, niech go sobie stamtąd czym prędzej wybiją. Ponieważ wilk wymaga innych relacji i innego postępowania niż pies. A także znacznie więcej poświęcanego mu czasu. Niemniej, właśnie dzięki tej konieczności, filozof mógł ze swoim wilkiem stworzyć niezwykłą więź, zacząć go podziwiać i doceniać, aż w końcu zrodził się z tego uczucia światopogląd, który zaważył na karierze naukowej. Jest w tym coś pięknego.

„Filozof i wilk” to z pewnością ciekawa lektura, godna polecenia zarówno miłośnikom filozofii, jak i zwierząt. Można tam znaleźć wiele rzeczy, a niektóre z pewnością dadzą każdemu czytelnikowi do myślenia. Czasem warto.

Tytuł: Filozof i wilk. Czego może nas nauczyć dzikość o miłości, śmierci i szczęściu 
Autor: Mark Rowlands
Tytuł oryginalny: The Philosopher and the Wolf. Lessons from the Wild on Love, Death and Happiness
Tłumacz: Dominika Cieśla-Szymańska
Seria: Biosfera
Wydawnictwo: WAB
Rok: 2011
Stron: 289

niedziela, 6 października 2013

O odpowiedzialności i kotach na chwilę - "Biuro kotów znalezionych" Kinga Izdebska

Już kilkukrotnie wspominałam, jak bardzo lubię serię Biosfera (tak, wiem, jestem w tym strasznie nudna. Ale uważam, że dobro trzeba rozprowadzać, więc jeszcze sobie o tym poczytacie). Niedawno cykl przeszedł pewną przemianę. O namacalnej części tej przemiany pomówimy później, tymczasem wspomnę, że do tego roku była to seria zawierająca dzieła zagranicznych autorów. Teraz dołączyli do nich polscy. Oprócz tekstów Zofii Nałkowskiej, które jeszcze przede mną, ukazała się książka bardziej współczesna. Chodzi o „Biuro kotów znalezionych” Kingi Izdebskiej.

„Biuro kotów znalezionych” to roczne zapiski, refleksje i spostrzeżenia autorki na temat wolontariatu w organizacjach prozwierzęcych i prowadzenia domu tymczasowego dla kotów. Na początku Kinga, będąca narratorką, nie wie niczego o tego typu instytucjach, ale miała kiedyś kota. Patrzymy na jej przemianę, polegającą na uświadomieniu sobie, na czym zasadza się odpowiedzialna opieka nad kotem (nie znajdziemy tu zmiany poglądów o 180 stopni, autorka-bohaterka zwierzaki lubiła zawsze, tyle że nigdy nie zastanawiała się nad odpowiedzialnością, jaka spoczywa na właścicielu). Poznajemy też kocich lokatorów – nielicznych, ale bardzo charakterystycznych oraz ludzi z organizacji, których można opisać tymi samymi przymiotnikami.

Czarnobiałe zdjęcie podopiecznego (z tym że aukrat nie autorki).
Musze przyznać, że styl pani Izdebskiej przypadł mi do gustu (pomijając fakt, ze osoba pisząca o kotach ma u mnie na wstępie bonus za temat). Nie jest może szczególnie krągły czy erudycyjny, ale autorka potrafi i żartem rzucić, i celnym spostrzeżeniem. Pisze krótko i zwięźle, ciepło, choć bez czułostkowości. Zważywszy na fakt, że to debiut, liczę, że przy następnej powieści pokaże nam coś więcej.

Właśnie brak czułostkowości najbardziej mnie urzekł. Autorka do wielu zagadnień podchodzi zdroworozsądkowo i w sposób bezkompromisowy – jakoś blisko mi do tego. Bez ubarwiania opisuje też działalność organizacji pomocy zwierzętom. I przyznam, że tutaj pewnej rzeczy nie rozumiem: dlaczego postanowiła zastąpić w książce prawdziwe nazwy organizacji, w których się udziela, fikcyjnymi? Rozumiem ukrywanie ludzi pod pseudonimami, ale organizacji pożytku publicznego (zwłaszcza, że w podziękowaniach i tak je wszystkie wymienia)? Przecież czytelnik oswajany przez ponad dwieście stron z nazwą znacznie łatwiej ją zapamięta i wesprze (instytucję, a nie nazwę), a do podziękowań nie wszyscy zaglądają…

Przejdźmy może do strony wizualnej. Wnętrze książki to biosferyczny standard – tekst dość duży, przejrzysty i porządnie zredagowany, okraszony czarnobiałymi zdjęciami podopiecznych autorki. Niemniej, jak dotąd serię wydawano w twardej oprawie z obwolutą, tak teraz oprawa jest miękka ze skrzydełkami, a książka klejona, nie szyta. Moim zdaniem to dobre posunięcie, bo nie dość, że nie lubię obwolut, to jeszcze mogę kupić książkę z ulubionej serii kilka złotych taniej. Szkoda tylko, że nikt nie pomyślał, aby nieco zwiększyć format miękkookładkowych wydań – znacznie różnią się od poprzednich wysokością. 

Porównanie między "starą" (na dole) i "nową" Biosferą. Obie książki mają podobna liczbę stron.
Na koniec polecę książkę pani Izdebskiej. Dla kociarzy to lektura obowiązkowa. Tym, którzy zastanawiają się nad wolontariatem, też może pomóc. Co prawda w ograniczonym zakresie, bo mocno brakuje w niej konkretnych informacji, ale w końcu mamy do czynienia z nieregularnie prowadzonym dziennikiem, a nie przewodnikiem młodego wolontariusza. Najbardziej jednak polecam tym, którzy szukają fajnej książki na jesienne wieczory. Nie powinni się zawieść.

Tytuł: Biuro kotów znalezionych
Autor: Kinga Izdebska
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok: 2013
Stron: 252

piątek, 12 kwietnia 2013

Opowieść o pasji - "Żyjący z wilkami" Shaun Ellis, Penny Junior

Uwielbiam czytać o ludziach z pasją. Wiecie, takich, co to często nierozumiani przez otoczenie wiele poświęcają, żeby móc robić to, co kochają. Ten opis najczęściej pasuje do artystów i tak, o artystach lubię czytać. Ale nie tylko ludzie sztuki mają tendencję do poświęcania się całkowicie tematowi swoich poszukiwań. Zdarza się to ludziom zwykłym, którzy np. nagle odkrywają, że prowadzenie zoo to jest właśnie to, co chcą robić przez resztę życia, w związku z czym wydają wszystkie oszczędności aby rzeczone zoo nabyć i doprowadzić do świetności. Zdarza się też badaczom (co utwierdza mnie w przekonaniu, że nauka ma wiele wspólnego ze sztuką). I zdarza się zwykłym ludziom, którzy z różnych (najczęściej finansowych) powodów nie zostali dyplomowanymi badaczami, a powinni. Takim człowiekiem jest „Żyjący z wilkami” Shaun Ellis.

„Żyjący z wilkami” to powieść w zasadzie autobiograficzna, więc tworzenie akapitu z zarysem treści nie ma sensu. Wiadomo, że będzie o życiu Shauna Ellissa od dzieciństwa do chwili obecnej (czyli do chwili ukończenia książki), piórem Penny Junior napisane. Chciałabym się skupić na kilku innych rzeczach.

Pierwszą rzeczą, na której chciałabym się skupić, jest wspomniana we wstępie pasja. Wielkich pasjonatów (np. wziętych artystów, czy znanych naukowców, których praca wiąże się z długimi i wyczerpującymi badaniami terenowymi) często przedstawia się jako ludzi spełnionych, których wyrzeczenia w obliczu prawdziwego powołania nie mają znaczenia, a często i sami zainteresowani (przynajmniej zdaniem ludzi o nich piszących czy opowiadających) nie zdają sobie z nich sprawy. Ellis też na początku się tym nie przejmował – wilki pochłonęły go dogłębnie i sam fakt, że mógł z nimi pracować stanowił doskonałą rekompensatę wszelkich niedogodności. Ale nie trwało to długo – w końcowych rozdziałach widać, że autor-bohater jest świadomy tego, co musiał poświęcić (a chodzi głównie o rodzinne relacje) i teraz żałuje. Co ciekawsze, jest gotów włożyć wiele wysiłku w działania mające na celu poprawienie jego relacji z bliskimi, nawet jeśli będzie musiał mniej czasu spędzać z wilkami. Dla mnie to doskonała ilustracja faktu, że każde wielkie powołanie ma swoją cenę i w pewnym momencie możemy już więcej nie chcieć jej płacić. Dlatego warto się zastanowić, co w wypadku, gdy nie będzie możliwości odzyskania depozytu.

Rozważania egzystencjalne możemy już odsunąć na bok, przejdźmy do tego, co mnie naprawdę w „Żyjącym z wilkami” zachwyciło. Czyli do podejścia Ellisa do obcowania z przyrodą, ze szczególnym uwzględnieniem pewnego uspołecznionego gatunku psowatych. Niezwykle podobało mi się, jak autor pisał o wilkach, o tym, jak wniknął w strukturę watahy i jak podejmował interakcję z jej członkami, nie zaburzając naturalnego podziału ról w stadzie. Opisy były niezwykle sugestywne, jednocześnie nie pozbawione reporterskiej precyzji, zawierały w sobie coś magicznego. Jednak metody, które stosował, jakkolwiek (przynajmniej jak mówi opis) niesamowicie skuteczne, przywiodły mi na myśl przepychanki między „zaklinaczami” zwierząt (o ile się nie mylę, Ellis sam o sobie nigdy tak nie mówił, ale aż się prosi, żeby jakaś stacja telewizyjna czy wydawnictwo reklamowała go jako zaklinacza wilków) a badaczami ściśle naukowymi. Przepychanek nie rozumiem, bo jakkolwiek metodę naukową w badaniach zachowań zwierząt cenię, a mistyczna otoczka działań niektórych zaklinaczy mnie drażni, to głównym argumentem strony naukowej zdaje się być wykrzykiwanie hasła „To nie żadna magia, tylko umiejętne wykorzystywanie wiedzy o zwierzęcych metodach porozumiewania się!”. No przecież to chyba oczywiste, nie? Smaczku sprawie dodaje fakt, że metody propagowane przez Ellisa lata później zaczęły zdobywać poklask w środowiskach naukowych, oczywiście dopiero po tym, kiedy zaczęła je propagować osoba z dyplomem…

Hm, zdaje się, że miałam pisać o niesamowitej więzi człowieka z wilkiem przedstawionej w książce, a uciekłam w dygresję. Cóż, nie jestem pisarką, więc bogactwa oryginału nie oddam – niech każdy sobie sam przeczyta, a gwarantuję, że rozczarowania nie będzie. To oczywiście nie wszystko, bo w „Żyjącym z wilkami” mamy i piękny, choć nieprzesłodzony obraz angielskiej wsi z lat sześćdziesiątych, i relację z wyprawy do Polski (też byłam tam, gdzie autor, ha! Choć wilka nie widziałam ani jednego…), i piękne opisy hierarchii stada oraz zachowań wilków, i odrobinę niezwykłości. Ale jest to przede wszystkim historia ogromnej pasji, jaką były żołnierz darzy wilki. Piękna historia, choć często gorzka. 
 
Tytuł: Żyjący z wilkami
Autor: Shaun Ellis, Penny Junior
Tytuł oryginalny: The Man Who Lives with Wolves
Tłumacz: Dorota Kozińska
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok: 2011
Stron: 334

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Pisarz o swoim natchnieniu - "Wielkie małe życie" Dean Koontz


Każdy z nas (no, prawie każdy) miał kiedyś niezwykłego przyjaciela na czterech łapach, takiego jedynego w swoim rodzaju, któremu inni pupile, mimo iż tak samo kochani, nie mogli dorównać. Jeśli jest się pisarzem, malarzem, fotografikiem czy czymś podobnym, człowiek może takiemu pupilkowi wybudować pomnik – może nie trwalszy, niż ze spiżu, ale taki na miarę możliwości, aby niesamowitość zwierzaka krzewić wśród innych. Ponieważ Dean Koontz jest pisarzem, i to całkiem wziętym, postanowił swojej ukochanej psicy wystawić pomnik literacki – i napisał „Wielkie małe życie”.

Dean Koontz jest znanym amerykańskim pisarzem, jakby ktoś nie wiedział. Zawsze uwielbiał psy i od lat jest blisko związany z organizacjami szkolącymi psich towarzyszy dla osób niepełnosprawnych, jednak własnego czworonoga zdecydowali się z żoną przygarnąć dość późno. W końcu pies to ogromna odpowiedzialność, a oni pracowali po dwanaście godzin dziennie… Niemniej, w 1998 roku w ich domu pojawiła się Trixie, trzyletnia golden retriverka, która z powodu problemów ze stawem łokciowym nie mogła już służyć niepełnosprawnym pomocą. Jak twierdzi sam autor, ta psina może nie zmieniła jego życia, ale z pewnością zmieniła go jako człowieka. 

Tych, którzy znają twórczość Koontza, może dziwić, że autor, który raczej straszył lub konstruował dynamiczne i pełne napięcia thrillery, na starość popadł w sentymentalizm i wspomina pieska. Ale, jeśli bliżej przyjrzeć się powieściom pana K., od razu widać, że psy zawsze darzył szczególnym uczuciem. Śmiem twierdzić, że spośród wszystkich postaci, najlepiej wychodziło mu właśnie te czworonogi (labrador z „Opiekunów” to jedyny bohater Koontza, który na dobre zapadł mi w pamięć). Nic więc dziwnego, że w końcu postanowił swoją miłość do najlepszego ze wszystkich psów i wspomnienia ubrać w słowa.

Książka ma postać krótkich esejów-migawek, opisujących sceny z życia suczki i jej właścicieli. Wyłania się z niej (książki, nie suczki) obraz niezwykle inteligentnego psa (co nie dziwi – psy przechodzące szkolenia towarzyszy osób niepełnosprawnych to intelektualna elita) o nietuzinkowym charakterze, niespotykanej intuicji i uwielbiającego ludzi. Zaiste nie da się panny Trixie nie lubić i nie wyczuć, jak bardzo kochali ją właściciele.

Jednak mam z tą książką pewien problem. Tak jak wczesne powieści Koontza (w których się swego czasu zaczytywałam) są pełne emocji trafiających bezpośrednio do czytelnika, tak w późniejszych pojawia się bariera, sprawiająca, że w książkach są tylko cienie uczuć. Tu jest tak samo. Czytając, zdawałam sobie sprawę z tego, jak wiele Trixie znaczyła dla państwa Koontz, ale nie mogłam podzielać tych uczuć. Pojawiały się jakieś zakłócenia. Być może pisarz już po prostu nie jest w formie, ale zdecydowanie spodziewałam się czegoś więcej. Dostałam tylko szczere intencje. 

Cóż, „Wielkie małe życie” nie powala, ale mimo tego jest bardzo przyjemną lekturą o prawdziwej miłości do zwierzęcia, przy której można ogrzać serduszko w ciemny, zimowy wieczór. Polecam ją zwłaszcza fanom psów – osobom, które uwielbiają te czworonogi. Fanom samego Koontza też polecam, bo i o samym autorze można się nieco dowiedzieć – książeczka rzuca światło na zagadnienie „dlaczego najlepszymi postaciami w powieściach pana K. są zazwyczaj psy?”. 

Tytuł: Wielkie małe życie. Wspomnienia o radosnym psie
Autor: Dean Koontz
Tytuł oryginalny: The Big Little Life. A Memoir of a Joyful Dog
Tłumacz: Dominika Cieśla-Szymańska
Wydawnictwo:W.A.B.
Rok: 2010
Stron: 315
 
Książka przeczytana w ramach wyzwania "Z literą w tle".

poniedziałek, 10 września 2012

Znowu weterynarz wiejski. Tylko bardziej współczesny - "Wet. Moi wspaniali dzicy przyjaciele" Luke Gamble

Z pewnością wielu ludzi, będąc jeszcze dziećmi, marzyło o tym, żeby zostać weterynarzem. Część z nich spełniła swoje marzenia, zaś pozostałych należałoby zaliczyć do tych, którzy teraz podczytują książki o weterynarzach. I są dość liczni, biorąc pod uwagę fakt, że kilka lat temu wznowiono Herriota, a później wydano jeszcze dwie książki Trouta. Teraz znowu możemy wrócić na angielską wieś, tym razem w towarzystwie Luke’a Gamble, skądinąd gwiazdy telewizyjnej, znanej być może niektórym z programu Weterynarze bez granic.

 Wet. Moi wspaniali dzicy przyjaciele to wspomnienia z początków praktyki Luka (jest to z pewnością jeden z tych autorów, do których lepiej zwracać się po imieniu, niż nazwiskiem). Świeżo po studiach został przyjęty do niedużej lecznicy, zajmującej się zarówno leczeniem małych zwierząt, jak i tych dużych. Możemy obserwować jego perypetie, kiedy mozolnie zdobywa doświadczenie zawodowe lub kiedy postanawia wykorzystać urlop i wyjechać do jakiegoś egzotycznego kraju, aby charytatywnie… pozdobywać doświadczenie zawodowe. A w tym fachu zdarzają się zarówno przypadki zabawne, jak i tragiczne. Luke Gamble opowiada o swoich przeżyciach swobodnie i w sposób do pewnego stopnia uroczy — ot tak, jak mógłby to robić kolega gawędziarz przy piwku w barze, dla urozmaicenia wieczoru. Czyta się go przyjemnie, chociaż brak mu erudycji. Nadrabia to humorem i ciepłem emanującym z opowieści, a także żywymi emocjami i zaangażowaniem — widać, że kocha to, o czym pisze.

Nie można też autorowi odmówić umiejętności wnikliwego obserwowania otoczenia. Potrafi bowiem zgrabnie podsumować i opisać nie tylko przypadki medyczne, ale także ludzi (warto zaznaczyć, że niektórzy są prawdziwi, ale inni to kompilacja cech kilku rzeczywiście istniejących osób). Oprócz barwnej galerii pracowników kliniki, dostajemy też pełen zakres właścicieli pacjentów. Ci pierwsi są zdecydowanie sympatyczni i nie da się ich nie polubić, a niektóre sytuacje z ich udziałem (trzeba autorowi przyznać, że umie zdobyć się na dystans do siebie) ocierają się o granice groteski do tego stopnia, że uśmiech pojawia się na twarzy czytelnika. Z kolei portrety właścicieli prezentują pełną rozpiętość charakterów, od rządnych zysków i mających dobro własnych zwierząt głęboko w miejscu, gdzie słońce nie dochodzi, farmerów, po fanatyków gotowych zaraz organizować krucjatę przeciwko każdemu, kto na ich zwierzę krzywo spojrzy. Mogą się oni co prawda wydać nieco szablonowi, ale debiutantom pewne rzeczy przecież można wybaczyć. Miejmy nadzieję, że następnym razem będzie lepiej.

Co prawda Luke Gamble czasami potyka się przy kreśleniu bohaterów, ale trzeba przyznać, że do opisu emocji i tworzenia klimatu ma spory talent. Równie sugestywnie radzi sobie ze scenami dramatycznymi, wyciskając łzy z oczu czytelników, jak i zabawnymi krotochwilami lecznicowego życia. Nie tworzy przy tym rozbieżności między odbiorem danej sceny przez czytających a tym, co autor miał na myśli (chociaż czasem przekaz ulega osłabieniu przez pojawiające się gdzieniegdzie dłużyzny — a to bardzo dobra cecha u twórcy).

Luke Gamble stworzył cos pośredniego pomiędzy książkami Herriota i Trouta. Podczas gdy dla tego pierwszego pacjenci byli tylko pretekstem do tworzenia barwnych portretów farmerów z angielskich wsi, a ten drugi całkowicie skupił się na zwierzętach, Gamble zdołał znaleźć równowagę pomiędzy obydwoma sposobami opowiadania — tak więc i miłośnicy zwierząt, i ludzkich portretów powinni być zadowoleni. Samą zaś książkę pozostaje mi polecić, bo każdy coś dla siebie z niej wyłuska, a i całkiem przyjemnie będzie się ją czytać.

 Recenzja dla portalu Unreal Fantasy.

Tytuł: Wet. Moi wspaniali dzicy przyjaciele
Autor: Luke Gamble
Tytuł oryginalny: The Vet. My Wild and Wonderful Friends
Tłumacz: Adam Pluszka
Wydawnictwo:W.A.B.
Rok: 2012
Stron: 400

niedziela, 27 maja 2012

Sroki, kruki, gołębie i gawron - "Corvus. Życie wśród ptaków" Esther Woolfson

Spójrzcie przez okno. Jeśli mieszkacie w mieście, najpóźniej po kilku chwilach ujrzycie jakiegoś czarnego ptaka przelatującego, przechadzającego się po trawniku lub kłócącego się z towarzyszami na pobliskim drzewie. Pewnie widujecie go (albo jego pobratymców) codziennie. Ale czy właściwie wiecie jaki to gatunek? Czy cokolwiek o nim wiecie? Cóż, pewnie kojarzycie, że zwierzę to należy do rodziny krukowatych. To bardzo fascynujące i bystre sworznia, do których przylgnęła niechlubna etykietka złośliwych ścierwojadów. Esther Woolfson postanowiła walczyć z tym krzywdzącym stereotypem. Między innymi dlatego powstał Corvus. Życie wśród ptaków.

Pani Woolfson mieszka w Szkocji. Klimat mamy tam dość ponury, więc pisarka rada jest, że może cieszyć się doborowym towarzystwem ptaków. Swoje doświadczenia i wspomnienia związane z pierzastymi kompanami postanowiła nieco usystematyzować, przelać na papier – i tak powstał autobiograficzny (awibiograficzny?) Corvus. Wszystko zaczęło się w momencie, kiedy rodzina pani Woolfson postanowiła, po latach prowadzenia dość koczowniczego trybu życia, osiąść w Aberdeen. Tak się złożyło, że babcia męża pisarki chciała się z kimś podzielić gołębiami, bo nadto się rozmnożyły. W ten sposób w domu państwa Woolfson pojawiły się pierwsze ptaki. Jak wiadomo, jedne przyciągają drugie (na zasadzie „Słyszałem, że trzyma pani ptaki. Znalazłem wczoraj w ogródku pisklę sroki, szkoda go, a pani ma już doświadczenia. Może się pani nim zajmie?”), więc nie trzeba było długo czekać, żeby dom całkiem się zaptasił. Wkrótce przybył Kurczak (na okładce), Pyskacz, Ptaszyna, Ikar, Max (który używał słowa na „k”) i Ziki. A to tylko najdłużej mieszkający rezydenci. 

Autorka z wnikliwością wytrawnego obserwatora opisuje ich indywidualne charaktery, zachowania i przejawy bezsprzecznej inteligencji. W międzyczasie raczy czytelnika błyszczącymi okruchami nauki: słówko o piórach, skrzydłach i lataniu, rzecz o przodkach ptaków, wywód o miejscu krukowatych w kulturze. Możemy je zbierać, niczym sroka świecidełka (co jest oczywiście mitem, bo srok wolno żyjących nie interesują błyszczące przedmioty).

Corvus to książka, która porusza wiele zagadnień. Najbardziej widocznym jest oczywiście miłość człowieka do zwierząt. W tym przypadku jest to uczucie świadome, pełne wątpliwości i refleksji. Autorka wiele pisze o rozterkach związanych z odchowem piskląt – w końcu pozbawiła je wolności i kontaktów z pobratymcami, a krukowate to przecież ptaki społeczne. Poza tym wiele miejsca zajmuje kwestia ochrony ptaków jako takich (wzmianka o kobiecie, która beztrosko przyznała się do chwytania i roztrzaskiwania głów srokom, bo niszczą lęgi drobnych ptaków, przyprawiła mnie o mdłości) a także ich siedlisk. Wszystko to bez nachalnego dydaktyzmu. Mam nadzieję, że przynajmniej niektórych czytelników uwrażliwi na kwestie ochrony środowiska.

Esther Woolfson z pewnością nie można odmówić ani erudycji, ani lekkości pióra. Niezwykle barwnie opisuje poczynania swoich pierzastych znajomków, żeby zaraz ubarwić opowieść jakąś anegdotą z życia sławnych pisarzy, a za chwilę płynnie przechodzi do objaśniania stanowiska badaczy. Wszystko podane w lekkiej formie, tak jakby rozmawiała ze znajomymi w kawiarni. W pisarstwie tej pani widać emocjonalne zaangażowanie w temat, ale nie sztuczną egzaltację. Pasjonatów z darem wymowy zawsze przyjemnie jest posłuchać.

Kilka słów o wydaniu. Wydawnictwo W.A.B. niezmiennie zachwyca mnie jakością książek, zwłaszcza tych z serii Biosfera. Mają nie tylko twarde, solidne oprawy, świetną korektę i szyte kartki, jak pozostałe tytuły W.A.B.u. Serię tę charakteryzuje niesłychane wręcz zaangażowanie i dbałość tłumaczy. Widać to szczególnie w Corvus, gdzie nie tylko tłumaczą pewne kwestie dotyczące języka czy kultury Szkocji, ale również rozwijają wiele zagadnień związanych z ptakami, o których autorka tylko napomknęła. Przypisy to integralna, choć niewielka część książki. Taka pieczołowitość to prawdziwy biały kruk na rynku wydawniczym – a szkoda.

Komu mogę polecić Corvus? Wszystkim, bo uważam, że trzeba poznawać to, co mamy po sąsiedzku – a sroki, kawki, gawrony czy wrony mamy z pewnością. Poza tym to kawał interesującej, świetnie napisanej literatury, wyjątkowo na czasie wiosną, kiedy ptaki zaczynają wić gniazda. A więc: miłej lektury!

Recenzja dla portalu Unreal Fantasy.

Tytuł: Corvus. Życie wśród ptaków
Autor: Esther Woolfson
Tytuł oryginalny: Corvus. A Life With Birds
Tłumacz: Joanna Wajs i Adam Pluszka
Wydawnictwo:W.A.B.
Rok: 2012
Stron:352

środa, 11 stycznia 2012

No kupiliśmy. I co teraz!? - "Kupiliśmy Zoo" Benjamin Mee


Lubicie książki o zwierzętach? Ale nie baśnie o gadających królikach czy metafory w stylu Folwarku zwierzęcego, tylko historie o prawdziwych zwierzakach opowiadane przez prawdziwych ludzi. Ja uwielbiam, a im menażeria bardziej egzotyczna, tym lepiej. Nikogo więc nie zdziwi, że tytuł taki, jak Kupiliśmy Zoo natychmiast mnie zaciekawił. Bo jakże to? Cały wielki, pełen nietypowych zwierząt park można nabyć ot tak, jak bułki w sklepie? Okazuje się, że owszem, tylko cena odpowiednio wyższa. Posłuchajcie.

Benjamin Mee właśnie osiągnął to, co wydawało mu się szczytem marzeń: nabył dwie wielkie stodoły w przepięknej, słonecznej, francuskiej wsi, gdzie wraz z żoną i dwójką dzieci planował wieść beztroskie życie pisarza. Plany jednak wzięły w łeb, kiedy to jego siostra poinformowała go, że jest do kupienia podupadające Zoo w Dartmoor. Pan Mee nie mógł się oprzeć tej perspektywie i postanowił dołączyć do rodzinnego planu. Cóż, nie było łatwo, nie było tanio, ale w końcu Amelia Mee, matka Benjamina, stała się dumną posiadaczką ogrodu zoologicznego. Może to trochę określenie na wyrost, lepiej pasowałoby: materiału na ogród zoologiczny, gdyż przestrzeń i zwierzęta były, ale właściwie nic poza tym. Zakup obiektu był dopiero pierwszym krokiem do utworzenia Parku Dzikich Zwierząt w Dartmoor, a nad całym przedsięwzięciem zawisa widmo śmiertelnej choroby żony Benjamina.

Benjamin Mee jest niepoprawnym gawędziarzem. Ma niespotykanie lekkie pióro, którym z równie wielką swadą opisuje strach spowodowany ucieczką jaguara czy spotkaniem oko w oko z pumą, jak i niekończące się boje z bankowcami (wierzcie mi, jeśli ktoś potrafi ciekawie opisać historię walki o kolejny kredyt, musi być nieprzeciętnie utalentowany). Z jego pamiętnikarskiej opowieści tryska optymizm, ale zawarł też w niej wiadomość, która wydaje mi się niezwykle ważna w dobie lansowania łatwych sukcesów: nic nie przychodzi gładko, a w realizację marzeń trzeba włożyć bardzo dużo wysiłku. I chociaż nie zawsze rzeczy mają się tak, jakbyśmy chcieli, a gwarancji sukcesu nie ma nigdy, to warto.

Kupiliśmy Zoo nie jest jedynie książką o ogrodzie zoologicznym. Ponieważ ma formę pamiętnika, autor nie mógł pominąć pewnego wydarzenia, mianowicie choroby własnej żony. Katherine miała glejaka, który raz zaleczony, po kilku latach uderzył ponownie. Bardzo podziwiam autora za sposób, w jaki potrafił opisać najtrudniejsze chwile zarówno swojego życia, jak i małżonki. W tych momentach widać ogrom uczucia, którym darzył Katherine i jak strasznym było dla niego patrzeć na ukochaną powoli tracącą zdolność do wykonywania najprostszych czynności. Jednocześnie brak tu patosu, czułostkowości czy użalania się nad sobą, do którego Mee miałby pełne prawo. Podziwiam go za siłę, jaką okazał i za to, że opisał cierpienie swoje i żony tak prosto, a zarazem tak sugestywnie.

Słów kilka o technicznej stronie wydania. Od wydawnictwa takiego jak W.A.B. oczekiwałam w tym względzie sporo i nie zawiodłam się. Brak literówek, brak błędów, wygodna czcionka, twarda oprawa z obwolutą a w środku kolorowe zdjęcia – to jest to, co mole książkowe lubią najbardziej. Jedynie papier mógłby być cieńszy — zastosowany jest gruby i bardzo sztywny, co sprawia, że książka potrafi sama się zamknąć.

Kupiliśmy Zoo to gratka zarówno dla miłośników zwierząt, jak i fanów życiowych historii. Każdy z nich znajdzie tutaj coś dla siebie, a wszystko utrzymane jest w takiej równowadze, aby nikt nie odczuwał niedosytu. Dodatkowo świetne wykonanie sprawia, że książka doskonale nadaje się na prezent. Tak więc, biegnijcie czym prędzej do księgarni (zwłaszcza, jeśli jeszcze nie nabyliście upominku dla znajomego mola książkowego).

Recenzja dla portalu Unreal Fantasy.

Tytuł: Kupiliśmy Zoo
Autor: Benjamin Mee
Tytuł oryginalny: We Bought a Zoo
Tłumacz: Kamila i Robert Sławińscy
Wydawnictwo:W.A.B.
Rok: 2011
Stron:342
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...