Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Esprit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Esprit. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 sierpnia 2012

Opowieść o pokusie i przerażeniu - "Juniper Berry i tajemnicze drzewo" M. P. Kozlowsky

Dzisiejszą recenzję sponsoruje Aria, która pożyczyła mi książkę. Dziękuję!:)

Dobra książka dla dzieci to taka sama rzadkość, jak dobra książka dla dorosłych. Dzieciakom jednak jeszcze trudniej na taką trafić, po pierwsze dlatego, że są bardziej podatne na reklamy zachwalające ten czy inny niekoniecznie dobry tytuł, a po drugie dlatego, że mają mniejsze doświadczenie czytelnicze. Dlatego warto czasem im doradzić. A po czym dorosły może rozpoznać dobrą książkę dla dzieci? Po tym, że w trakcie czytania jego wewnętrzne dziecko wychodzi z ukrycia i świetnie się bawi.

Juniper Berry kiedyś była szczęśliwą dziewczynką. Rodzice zawsze mieli dla niej czas, razem z nią gotowali, bawili się i odgrywali napisane przez nią sztuki. Teraz co prawda są znanymi i nagradzanymi aktorami, którzy mają rzesze fanów, ale córki już nie zauważają. Juniper zaś czuje się samotna i opuszczona w ich wielkiej willi. Pewnego dnia spotyka chłopca mniej więcej w swoim wieku i dowiaduje się, że nie tylko z jej rodzicami dzieje się coś niepokojącego. Juniper i Giles stają u progu odkrycia mrocznej tajemnicy swoich opiekunów. Czy uda się ich uratować?

Rzadko zdarza się książka, która jednocześnie byłaby piękna, mądra i wciągająca. „Juniper Berry…” właśnie taka jest. Na początek: mamy tu bohaterów, z którymi każde dziecko może się utożsamiać – a zwłaszcza to, którego rodzice dużo pracują i nie mają dla niego czasu. Juniper jest mądra, ciekawa świata i dzielna, a w razie gdyby jakiś chłopiec nie chciał czytać o dziewczynce, mamy jeszcze Gilesa. Mamy też wciągającą historię, której nikt, bez względu na wiek, nie jest w stanie się oprzeć. Jest tajemnica, jest dreszczyk emocji i wreszcie ciarki niepokoju przelatujące po plecach. A przy tym wszystkim, ta książka zawiera wiele mądrości.

Czytając ją można się dowiedzieć, że najważniejsze to być sobą, że dostosowanie się do oczekiwań otoczenia wcale nie jest najważniejszym celem życia, że odwaga i zdolność do poświęcenia również są swego rodzaju siłą. A najważniejszym, czego się dowiemy jest to, że pokusy zawsze będą obecne w naszym życiu i powinniśmy uczyć się je zwyciężać, a nie ich unikać. Ale najważniejsza jest magia opowieści, którą nasączone są karty tej książki. Jest to coś pomiędzy czarami słów starej bajarki, opowiadającej swoje historie wiejskim dzieciakom pomiędzy krytymi strzechą chatami, a magią najnowocześniejszych, dobrych filmów animowanych w 3D. Taka mieszanka musi trafić do każdego. Dodatkową zaletą jest intrygująca okładka i przyjemne ilustracje, utrzymane w stylistyce komputerowo animowanych filmów (nic dziwnego – ilustrator właśnie przy takich filmach pracuje). Duża czcionka ułatwi dzieciom samodzielna lekturę.

Teraz pozostaje tylko polecić powieść. Polecam ją więc, zarówno dzieciom, jak i rodzicom. Najlepiej do wspólnego czytania.

Tytuł: Juniper Berry i tajemnicze drzewo
Autor: M. P. Kozlowsky
Tytuł oryginalny: Juniper Berry: The Tale of Terror and Temptation
Tłumacz: Anna Papiernik
Wydawnictwo: Esprint
Rok: 2012
Stron: 280

środa, 6 lipca 2011

Obyczaje średniowiecznej francji według Cecilii Randal - "Hyperversum" Cecilia Randall

Chyba każdy grał kiedyś w grę komputerową, która wymagała prowadzenia jakiejś postaci (czyli była nieco bardziej złożona od Tetrisa czy Diamentów). Ale czy zastanawialiście się kiedykolwiek, co by się stało, gdybyście w jednej chwili zorientowali się, że zamiast Lary Croft to wy osobiście stoicie przed ogromnym potworem, albo zamiast Rycerza Chaosu prowadzicie legiony potępionych do walki z siłami światła? Cecilia Randall w Hyperversum postanowiła odpowiedzieć na to pytanie, chociaż może nie stworzyła aż tak spektakularnych dekoracji, jakich ja użyłam w przykładzie. Odpowiadała na nie przez ponad 700 stron powieści. A z jakim skutkiem?

Hyperversum to gra komputerowa typu RPG, która umożliwia rozegranie dowolnego scenariusza w dowolnych realiach historycznych. Do rozgrywki używa się specjalnych rękawic i wizjerów 3D, a więc gracze mają wrażenie, że to oni, a nie postać na ekranie biorą udział w przygodzie. Właśnie taką rozrywką przyjaciele postanowili przywitać powracającego z Francji (gdzie pracował nad doktoratem) Iana Maarykasa. Ian zaś, aby przybliżyć im temat swojej pracy, przygotował scenariusz osadzony w miejscu i czasie najbardziej go interesującym — w trzynastowiecznej Francji. Sześcioosobowa drużyna w składzie: Ian, Daniel, Jodie (dziewczyna Daniela), Carl, Donna oraz Martin (trzynastoletni brat Daniela) zalogowała się do systemu i rozpoczęła rozgrywkę. Coś jednak poszło nie tak.

Nagle gracze spostrzegają, że nie siedzą już wygodnie na kanapie i że oglądany wirtualny świat nabrał głębi, smaku, zapachu… I już nie jest wirtualny. Naprawdę znajdują się teraz na statku płynącym ku wybrzeżom Francji, a na niebie kłębią się czarne, burzowe chmury. Jak nietrudno się domyślić, sztorm rozbija statek, a nasi przyjaciele zostają rozdzieleni i wyrzuceni na brzeg tylko w tym, co akurat mieli na sobie. Muszą sobie radzić w czasach, które żądzą się regułami bardzo odmiennymi od naszych. Czy uda im się przetrwać w targanej niepokojami Francji?

Wbrew temu, co można na pierwszy rzut oka pomyśleć, Hyperversum jest bardziej powieścią o podróżach w czasie, niż o wciągnięciu graczy do świata gry. Nie mamy bowiem osobnego uniwersum, bohaterowie po prostu za pomocą komputera cofają się w czasie o 800 lat. Nie jest to jednak zbyt istotne, gdyż autorka nie rozwodzi się na tematy zwykle w fantastyce z takimi eskapadami kojarzone — nie o to w Hyperversum chodzi. Tutaj liczy się po prostu przygoda.

Zacznę może od wad. Po pierwsze, autorka w ogóle nie wykorzystała faktu zderzenia kultur, jaki niewątpliwie musiałby mieć miejsce, gdyby grupę współczesnych studentów (z których tylko jeden studiował historię) przenieść do XIII wieku. Bohaterowie co prawda bywają szokowani pewnymi faktami (jak choćby okrucieństwo władz), ale wszystkie obyczaje przyswajają niemal z marszu. Dziwi to zwłaszcza w przypadku dziewcząt, którym przecież w tamtych czasach wolno było o wiele mniej, niż obecnie.

Drugim rozczarowaniem, choć już nie tak dużym, byli bohaterowie. Z szóstki graczy Randall poświęca swoją uwagę tylko dwóm: Ianowi i Danielowi, reszta zaś stanowi tło, które nie wnosi do fabuły praktycznie nic. Jakby tego było mało, Ian przez pierwsze 200 stron jawi nam się jako wcielenie cnót wszelakich i jest doskonały do obrzydliwości — całe szczęście, że później ujawniają się u niego ludzkie słabości. Trzeba jednak przyznać, że mimo tych potknięć i mimo faktu, że spora część postaci wypada dość schematycznie (czasem nawet bardzo schematycznie…), są i bohaterowie dobrze opisani. Dotyczy to zwłaszcza francuskiego rycerstwa i wielka szkoda, że Randall nie poświęciła mu więcej uwagi.

Czy książka ma w takim razie jakieś zalety? Owszem. Akcja, mimo że rozpędza się bardzo powoli, to gdy już się rozpędzi potrafi wciągnąć czytelnika. Autorce udało się to osiągnąć dzięki umiejętności dobrego konstruowania dynamicznych epizodów (jednak jak na książkę młodzieżową, którą w istocie jest Hyperversum, trochę zbyt często pojawiają się fragmenty statyczne). Kolejną zaletą jest lekkość języka, który nie jest co prawda wyszukany czy poetycki, ale za to łatwo przyswajalny i zrozumiały dla przeciętnego nastolatka — autorka nie naszpikowała bowiem swojego tekstu specjalistycznymi i historycznymi pojęciami. Dodatkowym plusem jest zaś zakończenie, które mimo przewidywalności fabuły potrafi czytelnika zaskoczyć.

Jeszcze kilka słów o jakości wydania. Książkę wydrukowano na bardzo miękkim papierze, dzięki czemu mimo dużej objętości łatwo ją otworzyć i trudno złamać grzbiet. Literówki również nie zdarzają się licznie, chociaż można natrafić na powtórzony wyraz czy pomyloną numerację rozdziałów. Jedynie czcionka mogłaby być nieco wyraźniejsza — przy zastosowanych przez wydawcę szerokich interliniach czyta się dość niewygodnie. Okładka współgra z treścią i chociaż zazwyczaj nie lubię fotorealistycznych grafik przywodzących na myśl plakaty filmowe i opakowania (nomen omen) gier, to tutaj takie rozwiązanie jest wyjątkowo na miejscu. Zwłaszcza, że świetnie dobrano kolorystykę tła i napisów. Bezdyskusyjnym mankamentem są natomiast „kwiatki”, za przynajmniej część których odpowiedzialny jest tłumacz — ot, choćby kulawe gramatycznie zdanka, z których to można wywnioskować, że aby koń przyśpieszył, należy ściągnąć mu wodze, zaś aby zwolnił, należy go ukuć ostrogą…

Podsumowując, Hyperversum nie jest na pewno powieścią z wyższej półki. Jest w nim jednak coś, co sprawia, że czytelnik bardzo chce się dowiedzieć, „co będzie dalej” i „jak to wszystko się skończy?”. Bohaterowie, mimo mankamentów, potrafią wzbudzić sympatię, zaś fabuła wciąga. Z czego wynika, że powieść Randall świetnie się nadaje na wakacyjny wyjazd — nie nadweręży szarych komórek, a idealnie pasuje do plażowego kocyka czy leżaka na werandzie. Szczególnie polecam ją tym, którzy w bólach pokonywali „Krzyżaków” Sienkiewicza — może uda im się znowu polubić rycerzy.

Recenzja napisana dla portalu Unreal Fantasy.

Tytuł: Hyperversum
Autor: Cecilia Randall
Tytuł oryginalny: Hyperversum
Wydawnictwo: Esprit
Rok: 2011
Stron: 75
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...