Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pamiętniki wspomnienia listy biografie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pamiętniki wspomnienia listy biografie. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 listopada 2022

"Umrzeć na swoich zasadach" Stefanie Green


Uwielbiam czytać reportaże medyczne i kilka dowodów na to można znaleźć na blogu, a jeszcze więcej na moich półkach. A jeśli do tego mówią o którejś z egzotyczniejszych lub bardziej niesamowitych dziedzin medycyny, dostają dodatkowe punkty. Tym razem w ramach współpracy z księgarnią TaniaKsiazka.pl miałam okazję przeczytać „Umrzeć na swoich zasadach” Stefanie Green. Książkę o dziedzinie medycyny, która w Polsce nie istnieje. Czyli o wspomaganej śmierci. A bardziej klarownie: o eutanazji. 

niedziela, 10 października 2021

"Szarak za miedzą" John Lewis-Stempel


Lubię książki o przyrodzie, wbrew pozorom także o tej wiejskiej, swojskiej i bliskiej. Pod warunkiem, że są dobrze napisane. A niestety o to niełatwo, bo większość książek o wiejskiej przyrodzie ma szereg cech, które niezmiernie mnie irytują. Ale ostatnio Instagram zaroił się od pozytywnych opinii o pewniej pozycji, więc sama również postanowiłam ją przeczytać. I tak, dzięki uprzejmości księgarni TaniaKsiazka.pl, trafił do mnie „Szarak za miedzą” Johna Lewis-Stempel. Nie jest to autor, o którym słyszałam po raz pierwszy: mam na półce pierwsze wydanie jego poprzedniej książki, ale oczywiście jeszcze jej nie przeczytałam. Niemniej uznałam, że w sumie może zacznę od „Szaraka...”. W końcu co może pójść nie tak?

wtorek, 20 lipca 2021

"Państwo Gucwińscy" Marek Górlikowski


Małżeństwo Gucwińskich pamiętam z telewizji. Kiedy byłam mała, bardzo chętnie oglądałam „Z kamerą wśród zwierząt”, choć musiało być to dość wczesne dzieciństwo, bo niewiele z programu pamiętam. A ponieważ mieszkam daleko od Wrocławia, to razem z programem zniknęli z mojego życia, więc najnowszych związanych z nimi kontrowersji nie byłam świadoma. Kiedy w zapowiedziach pojawiła się ich biografia autorstwa Marka Górlikowskiego, umiarkowanie się nią zainteresowałam. Dopiero po wybadaniu za pomocą cudzych recenzji, jak wiele tam jest o wrocławskim zoo, postanowiłam przeczytać. A księgarnia TaniaKsiazka.pl mi umożliwiła lekturę „Państwa Gucwińskich”.

czwartek, 12 marca 2020

"Zawód położna" Leah Hazard


Jest kilka takich segmentów rynku literackiego, które od paru już lat nie są może dominujące, ale stabilnie obecne. Jednym z nich jest wszelka literatura okołomedyczna. Co roku wychodzi kilka-kilkanaście pozycji o pracy różnej specjalizacji lekarzy i personelu medycznego. Takich na przykład książek o położnych czytałam już trzy: dwie autorek brytyjskich i jedną polskiej. Tą polską może odłóżmy na bok (dlatego, że chcę o niej kiedyś napisać osobną notkę, ale także dlatego, że ma zupełnie inną formułę) i skupmy się na „Zawód położna” Leah Hazard. 

sobota, 19 października 2019

"Nekrosytuacje" Guillaume Bailly

Od paru lat regularnie wychodzą u nas książki o zawodach. Nie jest to jakiś mocny trend, tytułów jest zwykle kilka na kwartał (jeśli odejmiemy te o pracownikach służby zdrowia), ale coś wychodzi w miarę regularnie. O grabarzach (a właściwie pracownikach domu pogrzebowego) jakiś czas temu książkę wydał Znak, teraz z podobnym pomysłem wyszło Wydawnictwo Dolnośląskie. Nie wiem, jak wypadłoby porównanie między tymi dwoma pozycjami, bo przeczytałam jak dotąd tylko „Nekrosytuacje” od Dolnośląskiego, gdyż tytuł wydawał mi się interesujący, no i był na Legimi.

poniedziałek, 14 października 2019

"To nie powinno się zdarzyć" James Herriot


James Herriot jest uważany za swego rodzaju klasyka, choć mam wrażenie, że jego popularność ogranicza się głównie do Wielkiej Brytanii i anglosaskiego kręgu kulturowego. W Polsce, jak się zdaje, nie przyjął się tak dobrze, bo choć w latach dziewięćdziesiątych wydano cały jego cykl, to próba jego wznowienia kilka lat temu zakończyła się na tomie drugim. Sama byłam dość rozczarowana pierwszym tomem i pewnie po kolejny bym nie sięgnęła, gdyby nie to, że znalazłam go na Legimi (są tam obie wznowione przez Wydawnictwo Literackie powieści Herriota). Pomyślałam, że ponieważ już wiem, czego się spodziewać, może dam autorowi drugą szansę.

sobota, 28 września 2019

"Strażnik kruków. Moje życie wśród kruków w Tower" Christopher Skaife


Ostatnio najwyraźniej mam fazę (drobną, ale zawsze) na książki o tym, jak żyją inni ludzie. Przy czym nie chodzi o jakichś zdobywców/odkrywców czegośtamu czy wybitne jednostki. Chodzi po prostu o ludzi żyjących inaczej niż ja, czasem wykonujących ciekawy zawód, a czasem niekoniecznie. Był już pamiętnik antykwariusza, na recenzję czeka opowieść o angielskim hodowcy owiec, a w tej notce pomówimy o mężczyźnie opiekującym się krukami w Tower. 

piątek, 23 sierpnia 2019

"Rzeczy, których nie wyrzuciłem" Marcin Wicha


Zawsze mam pewne obawy, kiedy sięgam po książkę mocno chwaloną, reklamowaną i nagradzaną. Jeszcze jeśli chodzi o poletko fantastyczne, to zazwyczaj przynajmniej wiem, czego się po tym objawieniu spodziewać (bo to nigdy nie jest tak, że jakikolwiek autor objawia się z nicości, często jakieś opowiadanie po sieci krąży), to w głównym nurcie już tak fajnie nie jest. Taką nagradzaną i budzącą powszechny zachwyt była swego czasu książka Marcina Wichy „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”. I tutaj, jako że chciałam przetestować możliwości Legimi na jakiejś krótkiej publikacji, właśnie tę pozycję przeczytałam jako pierwszą. I obawiam się, że nie dołączę do powszechnych pień pochwalnych.

środa, 17 lipca 2019

"Pamiętnik księgarza" Shaun Bythell


Istnieje taki rodzaj książek, które wśród zagorzałych czytelników zawsze cieszą się popularnością. Są to mianowicie książki o książkach i wszystkim, co z nim związane. Jako czytelnicy zagorzali uwielbiamy nie tylko powieści, które autorzy nam podsuwają, ale także lubimy czytać o tym, co autorzy czytają i jak podchodzą do literatury. To samo dotyczy zawodów okołoliterackich – tłumaczy, redaktorów i… księgarzy. O jednym z przedstawicieli tej ostatniej profesji możemy poczytać w „Pamiętniku księgarza”.

sobota, 29 czerwca 2019

"Weterynarz z przypadku" Philipp Schott

Uwielbiam książki pisane przez weterynarzy o ich pracy. A że tych na polskim rynku jak na lekarstwo, niezwykle nakręcam się na każda podobną zapowiedź. Nie inaczej było tym razem – gdy tylko wypatrzyłam w zapowiedziach wydawnictwa Otwartego „Weterynarza z przypadku”, zaczęłam niecierpliwie odliczać dni do premiery (zwłaszcza, że książka kusiła uroczą, minimalistyczna okładką – takie lubię). Kupiłam ją od razu w dniu premiery i niezwłocznie zasiadłam do lektury.

czwartek, 13 czerwca 2019

"Pielęgniarki" Christie Watson

Jak być może zauważyliście, poza książkami przyrodniczymi i fantastyką, lubię też poczytać sobie te okołomedyczne, zarówno o samych chorobach, jak i (może nawet bardziej) o pracy lekarzy i innego personelu medycznego. O ile o lekarzach trochę tego napisano, to inny personel medyczny wspomina się rzadko. Niemniej, nasze wydawnictwa jakiś czas temu jakby się zmówiły i praktycznie w jednym czasie pojawiły się trzy książki o pracy pielęgniarek. W tym jedna nie dotycząca polskich realiów, a odnosząca się do rzeczywistości brytyjskiej.

piątek, 10 maja 2019

"25 gramów szczęścia" Massimo Vacchetta, Antonella Tomaselli

Przyznam, że kiedy pierwszy raz usłyszałam o „25 gramach szczęścia”, wykazałam pewien taki niezdrowy entuzjazm. Nic w sumie dziwnego, względem każdej książki należącej do szeroko pojętej ekoliteratury, a nie traktującej o kotach, psach lub ptakach wykazuję daleko posunięty entuzjazm, bo najzwyczajniej w świecie zwiastują powiew świeżości. Oprócz entuzjazmu towarzyszyły mi jednak pewne obawy. Widzicie, w książkach o zwierzętach cenię podejście reportersko-edukacyjne zamiast sentymentalno-obyczajowego, a to pierwsze jest rozczarowująco rzadkie. Obawiałam się więc, że książka ostatecznie okaże się utworem grającym na emocjach w najtańszy i najbardziej oklepany sposób. Mimo tego, postanowiłam przeczytać.

poniedziałek, 14 stycznia 2019

"Przygody młodego przyrodnika" David Attenborough

Jeśli kogokolwiek zapytać, jakie nazwisko kojarzy mu się z programami przyrodniczymi, to w Polsce padną najprawdopodobniej dwie odpowiedzi: Krystyna Czubówna i David Attenborough. Niemniej, jakkolwiek głos Krystyny Czubówny chyba już zawsze pozostanie pewnym niezmywalnym memem w umysłach mojego pokolenia, to jednak ograniczała się ona do narracji. To samo memiczne miejsce w umysłach brytyjskiej publiczności zajmuje najprawdopodobniej David Attenborough, u nas rozpoznawalny równie dobrze, ale bardziej z bywania na wizji niż jako głos z offu.

piątek, 11 stycznia 2019

"Człowiek, który wspina się na drzewa" James Aldred

Każdy chyba miał taki etap w życiu, kiedy namiętnie oglądał programy przyrodnicze (niektórym nawet zostało na stałe). Czy nigdy nie zastanawiało was, jaki robi się zdjęcia tych wszystkich orlich gniazd na czubkach drzew czy bujnego życia w koronach amazońskich lasów? Mniej więcej tym właśnie zajmują się ludzie tacy jak James Aldred, zawodowo wspinający się na kilkudziesięciometrowe drzewa. Aldreda wyróżnia akurat to, że o tych swoich wspinaczkach postanowił napisać książkę.

niedziela, 27 sierpnia 2017

"Dobra świnka, dobra" Sy Montgomery

Przyznam, że moje pierwsze spotkanie z Sy Montgomery zakończyło się pewnym takim rozczarowaniem: spodziewałam się książki przyrodniczej, dostała podróżniczą. I w sumie na tamtej pozycji zakończyłabym pewnie znajomość z autorką, gdybym nie kolekcjonowała serii. A w serii był jeszcze jeden tytuł Montgomery. No to jak już i tak miałam go sobie sprowadzić do domu, to i przeczytać mogłam.

Tym razem przynajmniej było jasne, że nie trafi mi się książka podróżnicza – autorka bowiem postanowiła nam przedstawić życiorys swojej domowej świni o wdzięcznym imieniu Christopher Hogwood. A że z trzystukilogramowym knurem podróżuje się raczej niewygodnie, to i jasne było, że cała opowieść rozegra się raczej stacjonarnie, czyli w domu autorki i jego najbliższych okolicach.

Świnia domowa nie jest nawet dziś szczególnie popularnym zwierzątkiem towarzyszącym, choć teraz nikogo już nie szokuje. Na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku sytuacja miała się jednak nieco inaczej, zwłaszcza w wiejskich okolicach – świnie hodowało się po to, żeby je zjeść. Niemniej nie znaczy to, że hodowcy swoich zwierząt nie szanują. I tak znajomym farmerom państwa Montgomery ciężko było patrzeć, jak jedno z prosiąt marnieje w oczach, najsłabsze i niepotrafiące sobie wywalczyć miejsca nawet wśród grupy maluchów odrzuconych przez matki, bo zbyt małych i słabych, aby lochy chciały je wychowywać. I dlatego (wiedząc o fascynacji Sy świniami) zaproponowano państwu Montgmery, żeby sobie je wzięli i odchowali, jeśli dadzą radę – w końcu jaki dom będzie bezpieczniejszy dla świnki, niż ten zamieszkany przez wegetariankę i Żyda?

Oczywiście Christophera udało się odchować (gdyby się nie udało, cóż, książka byłaby znacznie krótsza) i szybko stał się maskotka lokalnej społeczności (zwłaszcza, kiedy zaczął sobie urządzać wycieczki krajoznawcze; zaiste, niewiele jest barier zdolnych powstrzymać wyrośniętego tucznika). Autorka z wielkim uczuciem opisuje reakcje okolicznej ludności, telefony o nieludzkich porach (na wsi ludzie z reguły wiedzą, czyje zwierzęta jak wyglądają i dzwonią do właściciela, jeśli zobaczą jakieś na gigancie), pielgrzymki dożywiających i dzieci… No, ogólną sympatię, społeczności do jedynej świni, której nie groziło przerobienie na kiełbasę. Są to opowieści sympatyczne, zabawne i ciekawe, a miejscami nawet podnoszące na duchu, widać w nim ogromny szacunek i miłość, jakimi autorka darzy swoją małą społeczność.

Jednak książka, poza poczynaniami wieprza zawiera również spory element autobiograficzny. Autorka opisuje nie tylko relacje z Christopherem, ale też ze swoimi rodzicami (a te nie zawsze były łatwe) i mężem, perypetie związane z domem i zamieszkującymi go lokatorami (po połowę budynku Montgomery’owie wynajmowali) oraz różne przeciwności losu. Całkiem przyjemnie się o tym czyta.

Przy czym styl autorki pozostał taki sam, jak w opowieści o delfinach: przystępny, nieco suchy, ale przejrzysty z jednej strony, a przejawiający gdzieniegdzie przebłyski erudycji z drugiej. Przyznam jednak, że „Dobrą świnkę, dobrą” czytało mi się znaczniej przyjemniej niż „Podróż różowych delfinów” – ale nie wiem, czy to autorka się przez te kilka lat wyrobiła, czy po prostu bardziej interesująca mnie tematyka sprawiła, że przymknęłam oczy na niedoróbki.

I tak – o ile tematycznie „Podróż różowych delfinów” była zdecydowanie bardziej fascynująca, to „Dobrą świnkę, doprą” najnormalniej w świecie przyjemniej mi się czytało. Najwyraźniej Sy Montgomery to jedna z tych licznych autorek, którym lepiej się pisze o tym, co kochają, niż o tym co tylko je fascynuje. A ja zyskałam powód, żeby dać jej jeszcze jedną szansę.

Tytuł: Dobra świnka, dobra. Niezwykłe życie Christophera Hogwooda
Autor: Sy Montgomery
Tytuł oryginalny: The Good Good Pig: The Extraordinary Life of Christopher Hogwood
Tłumacz: Adam Pluszka
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2015
Stron: 284

środa, 26 lipca 2017

"Psi dar" Claire Guest

Przyznam, że mimo mojej nieustającej miłości do wszelkiej literatury o zwierzętach z książkami o psach mam pewien problem. W przypadku czystej fikcji autorzy często próbują czytelnika szantażować emocjonalnie w sposób wyjątkowo mało subtelny (no bo wiadomo, że jak piesek umiera, najlepiej poświęcając za kogoś życie, to się czytelniku wzruszysz. Nie będziesz skończonym męskim organem rozrodczym, żeby się nie wzruszyć, prawda? PRAWDA!?), co mnie wyjątkowo irytuje. W przypadku nie-fikcji… cóż, dość powiedzieć, że czasem mam wrażenie, że każdy psiarz chce napisać biografię swojego jakże wyjątkowego pupila. Co czasem daje fajne efekty, ale raz, że rzadko, a dwa, sprawia, że książek o psach mamy zatrzęsienie i zaczynam instynktownie szukać czegoś bardziej oryginalnego. „Psi dar” był o tyle wyjątkowy, że łączy wątki zwierząt z wątkami medycznymi, czyli ostatniego (po zwierzętach i fantastyce) z wierzchołków trójkąta moich głównych zainteresowań.

„Psi dar” jest historią poszerzenia zastosowania psów w medycynie. Pomocnicy niewidomych są dla nas już od lat czymś oczywistym, asystenci niepełnosprawnych ruchowo też się opatrzyli, jednak wszelka pomoc, jaką chorzy otrzymywali dotąd od psów polegała na wykonywaniu odpowiednich zadań na polecenie podopiecznego. Claire Guest postanowiła sprawdzić, czy da się w medycynie wykorzystać psi węch i temu projektowi poświęciła lwią część swojego życia. Po czym o swoich zmaganiach napisała (po trosze autobiograficzną) książkę.

Z książkami o zwierzętach zazwyczaj jest tak, że ponieważ autor ma do opowiedzenia ciekawą historię, wybacza mu się niedostatki stylu (no niestety, nie każdy jest zawodowym pisarzem jak Koontz czy Woolfson, nie każdy ma ukryty talent do pióra). Z Claire Guest jest podobnie. Jej styl jest po szkolnemu poprawny, płynny, ale bez jakichkolwiek pretensji do literackości. Powiedziałabym, że jest tak przejrzysty i zrozumiały, że aż nudny.

Natomiast sama historia już nudna zdecydowanie nie jest. Mnie osobiście fascynuje medycyna, zwłaszcza w odsłonie literackiej, więc z ogromnym zainteresowaniem śledziłam, jak autorka-narratorka przeciera nowe szlaki nie tylko w szkoleniu psów jako takim, ale w szkoleniu przede wszystkim psów asystujących. Założona przez nią fundacja specjalizuje się w psach wywąchujących choroby – ostrzegających cukrzyków przed hipo(albo hiper)glikemią, ekstremalnych alergików o obecności alergenów czy narkoleptyków przed nadchodzącym atakiem. Możemy poznać kulisy powstawania fundacji i pionierskie programy szkoleniowe, wprowadzane przez Claire.

Jednak największym (i jak dotąd niespełnionym, chociaż prace trwają) marzeniem autorki pozostaje wyszkolenie psów do wykrywania nowotworów we wczesnym stadium. W tej dziedzinie też jest pionierką. Obserwujemy jej zmagania najpierw z ludźmi, którzy nie wierzyli w sukces przedsięwzięcia, później z obojętnością środowiska naukowego i z problemami natury zupełnie prozaicznej (na przykład skąd wziąć próbki do badań). Podziwiam ją za wytrwałość, ale także za skrupulatność w przestrzeganiu naukowych standardów przy eksperymentach i sporą dozę pokory.

Przy czym „Psi dar” to także opowieść o życiu trenerki i jej psów. Autorka opowiada o tym, jak bardzo psy były dla niej zawsze ważne, jak ceni sobie więź człowieka ze zwierzęciem. I jak mocny konkretne zwierzęta wywarły wpływ na jaj życie. Przybliża życiorysy swoich ulubieńców, które splatają się z jej własnym – od pierwszego Stroszka (dlaczego tłumacz postanowił tłumaczyć niektóre imiona, a innych nie, pozostaje dla mnie zagadką) po Daisy i Floren. Każdy jest wyjątkowy.

Myślę, że „Psi dar” to książka dla każdego. Dla miłośników psów – to oczywiste. Ale też dla lubiących opowieści o pionierach i o odkrywaniu nowych dróg w, zdawałoby się, dobrze poznanych dziedzinach. Dla tych, którzy lubią czytać o medycynie i dla miłośników wątków biograficznych. A wreszcie dla lubiących wspomnienia. Taka książka o szerokim spektrum. Poza tym ma jak dotąd najładniejszą okładkę w serii.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Marginesy.


Tytuł: Psi dar. Jak węch Daisy uratował mi życie
Autor: Claire Guest
Tytuł oryginalny: Daisy's Gift
Tłumacz: Adam Pluszka
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2017
Stron: 308

wtorek, 8 września 2015

"Sowa Wesley" Stacey O'Brien

Recenzję sponsoruje wykaraska, która pożyczyła mi książkę. Dzięki!:)

Kiedy dobrzy ludzie wspomnieli, że mają książkę o sowie, co to ją autorka wychowała i do śmierci trzymała w domu (do śmierci sowy, nie autorki, bo znajomość obu zaczęła się dość wcześnie, a sowy jednak żyją krócej niż ludzie przeważnie), no to musiałam przeczytać. Zwłaszcza, że inkryminowaną sową była płomykówka – ptak, na temat którego pisałam pracę licencjacką. A poza tym lubię książki o zwierzętach, zwłaszcza te mniej lub bardziej autobiograficzne, więc dobrzy ludzie mi „Sowę Wesleya” pożyczyli.

Powieść jest zapisem dziewiętnastu lat życia Stacey O’Brien z samcem płomykówki Wesleyem. Wesley trafił do niej w wieku czterech dni, kiedy okazało się, że uszkodzony nerw skrzydła nie pozwoli mu nigdy zostać lotnikiem na tyle wytrzymałym, żeby samemu wyżywić się na wolności. Od tej pory Stacey zastępowała mu matkę, bawiła się z nim i zapewniała towarzystwo przez wszystkie te lata.

Może najpierw pochylę się nad stroną językowo-merytoryczną książki. Jeśli chodzi o książki o zwierzętach, nawet te autobiograficzne, bardzo niedobrze jest, jeśli w stopce redakcyjnej nie wyszczególniono stanowiska „konsultant naukowy”. W przypadku „Sowy Wesley” nie wyszczególniono i konsekwencje widać w tekście (choć trudno mi powiedzieć, do jakiego stopnia zauważy to przeciętny czytelnik. Prawdopodobnie nie zauważy). Przede wszystkim irytowało mnie, że Wesley zawsze jest nazywany sową płomykową. Przeczytałam sporo opracowań naukowych o płomykówkach, ale w żadnym nie spotkałam się z tą nazwą, zawsze była to płomykówka właśnie. Być może jest to jakieś dawniejsze nazewnictwo, ale przynajmniej od pięćdziesięciu lat nieużywane. Zdarza się też pomylić gatunek podgatunkiem, ale trudno określić, komu to zawdzięczamy. Poza tym była jeszcze jedna malutka rzecz, która mnie tym przekładzie irytowała. Mianowicie konsekwentne nazywanie pewnej szkoły magii i czarodziejstwa „Hogwarts”. Ja rozumiem, że to być może nie jest błąd, ale osobiście przyzwyczaiłam się do rozpowszechnionej spolszczonej formy (czyli znanego wszystkim Hogwartu) i kiedy trafiałam w tekście na wersję angielską, zgrzytałam zębami.

Poza tymi irytującymi detalami raczej nie ma się czego czepiać. Styl O’Brien może nie jest szczególnie lotny, ale autorka czytelnie potrafi wyrażać soje myśli, a i czyta się to całkiem miło. Z korektą już gorzej, bo zdarzają się nadprogramowe znaki czy litery. Ale tez nie na tyle często, żeby przeszkadzało to jakoś w lekturze.

Sama opowieść jest bardzo przejmująca. Autorka starała się z jednej strony przybliżyć nam zwyczaje dzikich sów, z drugiej pokazać, jak instynktowne zachowania wyglądają w zupełnie nienaturalnym środowisku. Trzymając płomykówkę w pokoju musisz bowiem pamiętać, żeby nie wprowadzać do niego gości (to bardzo terytorialne sowy i mogą atakować obcych), mieć w lodówce zapas martwych myszy na kilka dni (czyli około dwudziestu sztuk) a także przygotować się na to, że zostaniesz uznany za sowiego małżonka. I nie będzie żadnych kompromisów.

Tak na marginesie wspomnę jeszcze o pewnej rzeczy, która trochę mną wstrząsnęła. Autorka wspomina o szczególnie intensywnie działających pod koniec lat osiemdziesiątych grupach wyzwolicieli zwierząt, których bardzo się bała w związku z Wesleyem. Były to grupy, które po prostu wypuszczały na wolność trzymane w ośrodkach badawczych i domach zwierzęta. Nie jestem w stanie pojąć, jak ci ludzie mogli uznawać takie postępowanie za wysoce etyczne. Pomijając już fakt, że wypuszczając zwierzęta laboratoryjne zaprzepaszczali lata badań nad lekami np. na białaczkę, to właściwie równie dobrze mogli je zabijać – przynajmniej zwierzaki nie cierpiałyby głodu, bólu i chorób, a efekt ten sam. Nie ma szans, żeby laboratoryjna mysz przeżyła na wolności. Tak samo szans przeżycia nie mają ptaki czy jakiekolwiek urodzone w niewoli zwierzęta, które nie przeszły specjalnych „kursów przygotowawczych”. Nie mówiąc już o psach i kotach… Mam nadzieję, że ta moda już dawno przeminęła.

Pochylę się jeszcze na chwilę nad wydaniem. Jest kiepskie. Książka jest sklejona z jednej strony tak, że nie można jej swobodnie otworzyć, z drugiej zaś tak, że wylatują z niej kartki. Przynajmniej czcionka jest wygodna w czytaniu. I trochę nie rozumiem wyboru zdjęcia na okładkę. Płomykówki to piękne ptaki i bez problemu można znaleźć przykuwającą uwagę grafikę, tymczasem wybrano zdjęcie pisklęcia (które przypominają kiepsko wyrenderowane upiory) i dziwacznie wycięto je w Photoshopie. Przez to książka zamiast przykuwać uwagę, odstrasza…

Powiem wam na koniec, że mimo irytujących elementów tłumaczenia i redakcji, to dobra książka i świetnie się przy niej bawiłam. Polecam ją każdemu, kto chce zobaczyć, jak to jest mieć kawałek dzikiej przyrody pod dachem. I przekona, żeby nie robić tego w domu.;)

Tytuł: Sowa Wesley
Autor: Stacey O'Brien
Tytuł oryginalny: Wesley the Owl
Tłumacz: Anna Kaliszewska
Wydawnictwo: Studio Emka (Fontanna)
Rok: 2010
Stron: 240

środa, 6 maja 2015

"Zawołajcie położną" Jennifer Worth

„W styczniu 1998 roku magazyn „Midwives” opublikował artykuł Terri Coates zatytułowany „Wizerunek położnej w literaturze”. Terri przeprowadziła skrupulatne badania, po czym stwierdziła, że w zasadzie postać położnej w literaturze w ogóle nie występuje. (…) zakończyła swój artykuł życzeniem: „Być może jest gdzieś położna, która potrafiłaby zrobić dla położnictwa to, co James Herriot zrobił dla weterynarzy”. Przeczytałam te słowa i podjęłam wyzwanie.”

To cytat z posłowia (piszę o tym „posłowie”, bo jest na końcu książki. Tematycznie bardziej pasuje na przedmowę) książki Jennifer Worth. I rzeczywiście, pewne podobieństwa do pisarstwa Herriota da się zauważyć, choćby sposób prowadzenia narracji – pierwszoosobowej i skupiającej się głownie na pacjentach. Jednak gdyby mnie ktoś pytał, powiedziałabym, że Worth zrobiła to lepiej – przy lekturze „Zawołajcie położną” czas spędziłam zdecydowanie ciekawiej, niż z angielskim weterynarzem.

Opowieść autorki możnaby nazwać zbeletryzowaną autobiografią – ze szczególnym naciskiem na „zbeletryzowaną”, jak sądzę. Poznajemy młodą Jennifer, kiedy zaczyna pracę w Domu Nonnata, instytucji zajmującej się świadczeniem usług położniczych mieszkańcom najbiedniejszych dzielnic Londynu. Tam poznaje wiele ciekawych kobiet – zarówno tych, które z nią pracują, jak i pacjentek, a każda ma do opowiedzenia własną historię, czasem tak niewiarygodną, że trudno w nią uwierzyć.

Język autorki całkowicie mnie urzekł. Wiem, że wiele razy pisałam już o pisaniu prostym, acz celnym, ale Worth właśnie takim się posługuje. Jest przy tym lekko figlarna, lubi uraczyć czytelnika żartem czy nietuzinkowym porównaniem. Szczerze mówiąc, historie jakie opowiada broniłyby się nawet napisane znacznie bardziej drętwo, ale ileż przyjemniej czyta się coś, co tak gładko spływa do mózgu (końcówka tego zdania dobitnie świadczy o tym, że nie mam nawet ułamka tego talentu, jakim dysponuje Worth).

Nie wie, czy powinnam coś pisać o kreacji bohaterów, bo bądź co bądź byli to, przynajmniej w jakimś stopniu, prawdziwi ludzie. Niemniej trzeba powiedzieć, że autorka świetnie potrafiła odmalować ich portrety (podejrzewam że są na nich znacznie barwniejsi, niż byli w rzeczywistości – to przecież cecha dobrej prozy, dać portret ciekawszy niż rzeczywistość). Jest to też w jakimś, dość dużym jak sądzę, stopniu prawdziwy obraz biedniejszej części londyńskiej społeczności w latach powojennych. I jest to z pewnością wartość dodana.

Przyznam się wam, że książkę kończyłam już jakiś czas temu. Przeglądając ją na potrzeby tej notki, nabrałam ochoty na ponowną lekturę, a to już samo w sobie o czymś świadczy. Tak więc polecam „Zawołajcie położną” wszystkim – tym, którzy lubią powieści o kobietach, tym, którzy kochają wątki medyczne, a trochę i tym, którzy najbardziej cenią powieści obyczajowe czy te z wątkami biograficznymi. Czytajcie.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.

Tytuł: Zawołajcie położną
Autor: Jennifer Worth
Tytuł oryginalny: Call the Midwife
Tłumacz: Marta Kisiel-Małecka
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2014
Stron: 426

środa, 29 kwietnia 2015

"Afrykańska Love Story. Miłość, życie i słonie" - Daphne Sheldrick

Sami wiecie najlepiej, że każdy gatunek czytany bez przerwy od dłuższego czasu potrafi się znudzić. Takoż i mnie trochę nużyć zaczęła fantastyka i postanowiłam zastosować mały płodozmian – zwróciłam się ku powieści zwierzęcej. Czym ona jest? Ano na własny użytek nazywam tak wszelkie książki, których nieodzownym elementem są zwierzęta. Jak dotąd moją absolutnie ulubioną serią w tej kategorii pozostaje Biosfera od WABu, a kilka tomów do przeczytania mi jeszcze zostało. Teraz już o jeden mniej.

„Afrykańska Love Story” to przede wszystkim autobiografia Daphne Sheldrick. O tyle interesująca, że ukazująca czasy przemian (było tych dużych przemian kilka) oczami najpierw dziewczynki, a później kobiety będącej blisko zdarzeń, ale nigdy w środku. Możemy więc zobaczyć dekolonizację, a przedtem powstanie Mau Mau i zaopatrywanie arami brytyjskiej w prowiant w czasie wojen. Widzimy też, jak po zniesieniu rządów brytyjskich pleni się kłusownictwo na przemysłową wręcz skalę. A na tle tego wszystkiego autorka opisuje swoje życie rodzinne i opowiada o zwierzętach, którymi się opiekowała – od tego właśnie zaczęło się coś, co teraz znane jest jako słoniowe żłobki. Tam pod profesjonalną opiekę pracowników trafiają słoniątka, których matki padły ofiarą kłusowników.

Powiem wam szczerze, że „Afrykańska Love Story” nie jest książką wybitną pod względem formy. Napisana jest co prawda sprawnie i przejrzyście, czyta się to przyjemnie, język jest prosty, ale nie prostacki (tak, wiem, banał) i ogólnie raczej nie ma się do czego przyczepić, ale nie ma się też czym zachwycić. Autorka nie jest niestety Esther Woolfson, która potrafiła mnie zachwycić językiem czy niezwykle celnymi spostrzeżeniami. Niemniej, czepiam się. Bo przecież wybitność literacka (której nie ma) nie jest i nie będzie stanowić o sile tej książki. Stanowi o niej fabuła – zdarzenia, które napisało życie.

Po prawdzie, nawet gdyby ta historia była li tylko fikcją literacką, nic by jej nie ubyło. Opisy życia dziadków autorki na nieznanych, dzikich terenach (byli oni bowiem pierwszymi osadnikami w rejonie, gdzie później dorastała autorka) czy dorastania w czasach powojennych w sercu Afryki są fascynujące. Sheldrick może i brakuje gawędziarskiego zacięcia, ale potrafi zwięźle relacjonować i wiernie opisywać zdarzenia, które chce przekazać czytelnikowi. Kiedy ma się do opowiedzenia taką historię jak ona, to w zupełności wystarczy.

Są oczywiście jeszcze zwierzęta – najpierw te, które osierocone trafiały na farmę ojca, potem te, którymi opiekowała się jako żona dyrektora parku narodowego. A wreszcie słonie. Od kiedy na kartach powieści pojawiają się słonie, ludzcy aktorzy zdają się usuwać w cień. Autorka oczywiście nie popada w tani sentymentalizm, ale opisy bezowocnych prób ratowania kolejnych słoniątek (bezowocnych dlatego, że skład słoniowego mleka bardzo długo pozostawał tajemnicą i maluchy całkiem zależne od matek a pozbawione ich, nie miały szans) i tak chwytają za serce. Równie ciekawa jest relacja, jak łączy panią Sheldrick z jedną ze słonic, która mimo całkowitego powrotu do natury, ciągle chętnie spotyka dawną opiekunkę. Oraz ogólne opisy wzajemnych relacji osieroconych słoni.

Już zupełnie na marginesie dodam jedną rzecz, która rzuciła mi się w oczy – jest to kolejna książka (po „Żyjącym z wilkami”), w której naukowcy nie są przedstawiani w najlepszym świetle (choć przyznajmy, że trafiają się i sympatyczni). Nie chcą słuchać ludzi, którzy znają obiekty ich badań z codziennych obserwacji, są zaślepieni udowadnianiem swoich teorii, a jeśli fakty przeczą teoriom, tym gorzej dla faktów. W „Afrykańskiej Love Story” mamy delikwenta, który w celu przeprowadzenia badań naukowych zażądał odstrzału trzystu słoni (właściwie zażądał odstrzału trzech tysięcy, ale dostał pozwolenie na trzysta). Wychodzi na to, że akademiccy naukowcy to banda zaślepionych arogantów, dla których liczy się tylko własna habilitacja. Mam nadzieję, że znajdą się też książki, które przeczą tej tezie.

Powiem wam, że mimo braku czytelniczej ekstazy, powieść Daphne Sheldrick znajduję bardzo przyjemną i pouczającą lekturą. Jeśli kogoś interesują słonie, życie w Afryce w początkach XX wieku albo lekko podana historia kenijskich parków narodowych, to jest to książka dla niego. Jeśli lubi silne kobiety, to też. Podobno ma być ekranizacja – mam nadzieję, że niczego nie zepsują, bo chętnie bym ją obejrzała.

Tytuł: Afrykańska Love Story. Miłość, życie i słonie
Autor: Daphne Sheldrick
Tytuł oryginalny: An African Love Story. Love, Life and Elephants
Tłumacz: Dorota Kozińska
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok: 2013
Stron: 444

środa, 21 maja 2014

Kawałek Afryki - "Moja Afryka" Kinga Choszcz

Kiedy czytałam poprzednią książkę Kingi Choszcz, narzekałam na jej suchy styl. Niemniej, postanowiłam kiedyś spotkać się z autorką jeszcze raz. Ta chwila nastąpiła – właśnie jestem po lekturze „Mojej Afryki”. Nie spodziewajcie się po tej notce jakiejś głębokiej analizy czy wysokiej jakości - „Moja Afryka” okazała się jedną z tych książek, o których nie bardzo wiem, co mam napisać.

Podczas swojej wielkiej wyprawy autostopem dookoła świata z przyczyn niezależnych Kindze nie udało się zwiedzić Afryki. W kilka lat później postanawia to nadrobić podczas samotnej wyprawy o minimalnym budżecie. Wybrała się wzdłuż zachodniego wybrzeża kontynentu, raz bliżej morza, raz bardziej w głąb lądu. Udało jej się dotrzeć do Zatoki Gwinejskiej. Niestety, była to jej ostatnia wyprawa. Kinga Choszcz nie wróciła już do kraju - zmarła w Akrze na malarie mózgową.

Tak jak poprzednim razem, książka jest relacją z podróży, opartą na wpisach z pamiętnika, który autorka prowadziła w opasłym brulionie. Wymusza to na niej suchy, reporterski styl, bez ozdobników czy rozbudowanych środków wyrazu. Jednak tym razem nie przeszkadzało mi to tak bardzo. Nie wiem, czy autorka miała jednak sprawniejsze pióro, czy po prostu przywykłam.

Bardzo trudno mi oceniać pamiętniki, zwłaszcza, kiedy mają tak ostateczna wymowę. Jednak wydaje mi się, że afrykańska wyprawa była w całym podróżniczym dorobku pani Choszcz najważniejsza. Na początku udało jej się uratować małego pieska od zatłuczenia kijami. Później uratowała dziecko – dziewczynkę, którą wykupiła z „niewoli” (cudzysłowie używam tylko dlatego, że oficjalnie dziecko po prostu pracowało. A że ostatecznie okazało się, że za darmo – wedle znanego mechanizmu: cała twoja pensja idzie na utrzymanie i spłatę różnych mniej lub bardziej absurdalnych „długów”...), sfinansowała powrót do rodzinnej wioski i szkolną wyprawkę. Nie było to jedyne dziecko, które dzięki Kindze poszło do szkoły – takich wyprawek było więcej. Już samo to, czego podróżniczka podczas wyprawy dokonała, sprawia, że ta staje się ogromnie wartościowa.

„Moja Afryka” to opowieść o pasji doprowadzonej do skrajności. Takiej, która pożera życie pasjonata w sposób całkowicie dosłowny. Mimo że nigdy nie poznałam Kingi Choszcz w sposób inny niż przez książki, myślę, że nawet gdyby wiedziała, jak skończy się jej afrykańska przygoda, nie potrafiłaby z niej zrezygnować. Wydaje mi się, ze tylko podróżując mogła czuć się spełniona.


Tytuł:
Moja Afryka
Autor: Kinga Choszcz
Wydawnictwo: Bernardinum, Zysk i s-ka
Rok: 2008
Stron: 352
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...