Po dwuletniej przerwie (i kilkukrotnym przekładaniu daty premiery) w końcu w moje łapki trafił czwarty już tom cyklu o Herbercie Kruku, warszawskim magu. Poprzednia trylogia stanowiła pewną zamkniętą całość i autor sugerował już, że w czwartym tomie klimat opowieści nieco się zmieni i zaczniemy nową przygodę, przynajmniej w pewnym stopniu. I nie wiem, czy to dłuższa przerwa pomiędzy tomami zniekształciła mi percepcję, ale mam wrażenie, że zmiany są nie tylko fabularne, ale także w sposobie prowadzenia narracji.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Genius Creations. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Genius Creations. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 27 listopada 2018
wtorek, 13 lutego 2018
"Zima" Michał Ochnik
Jak już kilkukrotnie zdarzało mi się wspominać, zawsze z zainteresowaniem śledzę literackie poczynania koleżanek blogerek i kolegów blogerów. Nie inaczej było w przypadku zapowiadanej od lat (od pierwszych zapowiedzi do wydania opłynęło jakieś trzy czy cztery lata) „Zimy”, debiutanckiej powieści Michała Ochnika, którego bloga śledzę prawie od początku. Byłam bardzo ciekawa, jak też autorowi udała się forma tak bardzo inna niż blogowa notka. I przyznam, że po lekturze uczucia mam nieco mieszane. Ale zacznijmy od początku.
Do Vadeline, małego, sennego miasteczka na rubieżach (które, z racji odkrycia sporego złoża złota w pobliżu niedługo nie będzie już ani małe, ani senne) przybywa ekscentryczny młody mężczyzna. Jego jedynym celem i marzeniem zdaje się być odbudowa lokalnego teatru oraz znalezienie niepublikowanych sztuk wybitnego dramaturga, Samuela Zimmermana, który właśnie w Vadeline się urodził i przez większość życia mieszkał. Jednak czy nie wydaje się odrobinę podejrzane, aby ktoś porzucił życie w stolicy i przeniósł się na totalne odludzie, w dodatku ładując w to odludzie małą fortunę li tylko z powodu obsesji na punkcie konkretnego autora? Czy za całą sprawą nie kryje się coś więcej? Przepis na udany zamach stanu na przykład?
Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to język. Cała „Zima” jest, mam wrażenie, stylizowana na powieść dziewiętnastowieczną i widać to nie tylko w konstrukcji nazw rozdziałów, ale też w bardzo bogatym (żeby nie powiedzieć „barokowym”) języku. Zdania są krągłe, rozbudowane i często złożone, narrator używa bogatych epitetów, wszystko opisując w wielu słowy, co mnie osobiście w gorszych momentach przypominało natchnione monologi Ani Shirley (choć przynajmniej aniowej śmiesznej górnolotności nam oszczędzono), a w lepszych narrację Jane Austen. I to jest w sumie zabieg, który mogę kupić, bo wyróżnia się na tle tych wszystkich przejrzystych stylów, jakich pełno w literaturze rozrywkowej.
Natomiast znaczne gorzej wyszła autorowi stylizacja i różnicowanie języka na potrzeby świata przedstawionego (i ten właśnie aspekt języka najbardziej mi w lekturze przeszkadzał). Z jednej strony postacie używają lokalnych idiomów (co jest zdecydowanie plusem, lubię takie smaczki), autor też podkreśla kilkukrotnie, że studenci przyjeżdżający z prowincji do stolicy znacznie różnią się wymową i manierami językowymi od tubylców, że czyjśtam akcent zdradzał pochodzenie, tyle że... to zróżnicowanie językowo-etniczne pozostaje jeno deklaratywne. Mimo narratorskich zapewnień w dialogach wszyscy posługują się jednakowym, bogatym językiem, takim samiutkim, jakiego używa narrator. I jestem w stanie uwierzyć, że takich barokowych fraz mógłby używać arystokrata czy przybyły właśnie ze stolicy młody człowiek z tytułem naukowym, ale trochę mi zgrzytają w ustach prowincjonalnego ulicznika czy prostego, starego myśliwego. A większość postaci drugo- i trzecioplanowych to właśnie tacy prości ludzie z prowincji, więc zgrzytały mi dość często.
Sami bohaterowie też mi zapewnili swego rodzaju dysonans poznawczy. „Zima” to tak naprawdę powieść bardzo kameralna. Nie dlatego, że autor okroił obsadę (ta jest bardzo rozbudowana), ale dlatego, że praktycznie cały dostępny czas antenowy zajął główny bohater, Victor Caillou. Jest to postać w pewnym stopniu udana: autor nakreślił nam portret nieco idealistycznego człowieka, takiego sympatycznego wariata, o którym wszyscy znajomi mówią, że jest nieco szurnięty, ale powszechnie się go lubi i daje zarażać entuzjazmem. Facet ma niezaprzeczalną charyzmę i jest bystrzachą na cztery nogi kutym, z takich raczej sprytnych niż odważnych. Oraz jest tajemniczy. I z tą tajemniczością mam problem. Do pewnego momentu ona naprawdę się sprawdza – sprawia, że bohater wydaje się czytelnikowi bardziej intrygujący, zaczyna budzić ciekawość. Problem w tym, że Victor do końca pozostaje tak bardzo tajemniczy, że właściwie niczego poza tu-i-teraz się o nim nie dowiadujemy. Owszem, wiemy, że brał udział w jakichś zbrojnych działaniach ruchu oporu, że był wziętym reżyserem w stolicy i kilka innych detali z przeszłości autor nam ujawnia, tyle że one nie mają znaczenia. Nie wiemy skąd Victor się właściwie wziął, co go ukształtowało, skąd bierze się jego postawa... Brak mu przeszłości. A do bohatera bez przeszłości, w dodatku takiego, co do którego ostatecznie trudno stwierdzić, czy jego obecny wizerunek nie jest aby tylko wystudiowaną maską, trudno się przywiązać.
Dlatego też znacznie ciekawiej wypadają drugoplanowi aktorzy tego przedstawienia. Moim chyba ulubionym był niedostępny arystokrata, niczym zły duch czający się w swej podmiejskiej rezydencji, który, mimo wielu różnic światopoglądowych, potrafił jednak wyjść poza ciasne postrzeganie świata. Sympatycznie wypada też trupa młodych aktorów, choć tak naprawdę niewiele o niej wiemy, oraz najlepszy przyjaciel głównego bohatera, Neil. Który ma wszystko, czego Victorowi jako postaci brakuje. Niestety, brakuje mu paru rzeczy, które lubiłam w Victorze.
Poza Neilem, wszystkich bohaterów łączy jedno – teatr ich w taki czy inny sposób odmienia i dla ludzi bardziej zaznajomionych z tematem byłoby tu spore pole do interpretacyjnego popisu (ja się nie podejmuję; o teatrze i jego toposach wiem tyle, że trzeba siadać twarzą do sceny). Przy okazji, autor też sporo nawiązuje do różnych dzieł kultury, ale pewnie jakieś 90% tego mi umknęło.
Najbardziej w całej powieści przemawia do mnie świat przedstawiony. Autorzy fantastyki wykazują nad wyraz intensywne zainteresowanie zimą (inne pory roku doprawdy mogą poczuć się pokrzywdzone), ale tutejsza wariacja na temat Królowej Śniegu wypada ciekawie. Oto bowiem mamy planetę o nieproporcjonalnie długiej zimie, indukowanej nie tylko warunkami astronomicznymi, ale też najwyraźniej magią Białej Królowej. Nie wiadomo za bardzo, czym ona właściwie jest, ale na pewno nie człowiekiem. Nie wiadomo, skąd się wzięła i jak można się jej pozbyć, ale od mniej więcej dwustu lat sprawuje niepodzielną i despotyczną władzę na planecie. Szczerze mówiąc, geneza Białej Królowej, historia jej podbojów oraz mechanizmy rządzące światem przedstawionym wydaje mi się znacznie bardziej interesująca, niż wydarzenia bieżące. Ale ostatnio ciągle tak mam.
I tylko zakończenie wydało mi się rozczarowujące. Nie chce za wiele zdradzać (tekst już i tak się robi ponadprzeciętnie długi jak na tego blogaska, nie nawykłam o pisania takich), ale... No, spodziewałam się czegoś więcej niż wyświechtanego, bezbarwnego banału. Po fabule tak bardzo odbiegającej od tego, do czego przyzwyczaiło nas fantasy (co prawda mamy tu ciągle wariację na temat szukania potężnego artefaktu, ale przyjemnie nietypowo podaną) liczyłam na równie kreatywne zakończenie. No to się przeliczyłam.
No i sama nie wiem. Z jednej strony jest to debiut i to napisany przed ładnych kilku laty, więc raz, że powinnam potraktować go ulgowo (taki mam zwyczaj względem debiutów). Z drugiej wiem, że autor zdążył się od tego czasu rozwinąć, przynajmniej jeśli chodzi o krótką formę (można sobie obejrzeć próbkę w lutowym numerze Nowej Fantastyki). „Zima” ma kilka ciekawych pomysłów, ale nie jest też wolna od typowych debiutanckich bolączek. Niemniej, autorowi mam zamiar bacznie się przyglądać, nie tylko ze względu na blogowe sympatie.
Tytuł: Zima
Autor: Michał Ochnik
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok: 2017
Stron: 388
Do Vadeline, małego, sennego miasteczka na rubieżach (które, z racji odkrycia sporego złoża złota w pobliżu niedługo nie będzie już ani małe, ani senne) przybywa ekscentryczny młody mężczyzna. Jego jedynym celem i marzeniem zdaje się być odbudowa lokalnego teatru oraz znalezienie niepublikowanych sztuk wybitnego dramaturga, Samuela Zimmermana, który właśnie w Vadeline się urodził i przez większość życia mieszkał. Jednak czy nie wydaje się odrobinę podejrzane, aby ktoś porzucił życie w stolicy i przeniósł się na totalne odludzie, w dodatku ładując w to odludzie małą fortunę li tylko z powodu obsesji na punkcie konkretnego autora? Czy za całą sprawą nie kryje się coś więcej? Przepis na udany zamach stanu na przykład?
Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to język. Cała „Zima” jest, mam wrażenie, stylizowana na powieść dziewiętnastowieczną i widać to nie tylko w konstrukcji nazw rozdziałów, ale też w bardzo bogatym (żeby nie powiedzieć „barokowym”) języku. Zdania są krągłe, rozbudowane i często złożone, narrator używa bogatych epitetów, wszystko opisując w wielu słowy, co mnie osobiście w gorszych momentach przypominało natchnione monologi Ani Shirley (choć przynajmniej aniowej śmiesznej górnolotności nam oszczędzono), a w lepszych narrację Jane Austen. I to jest w sumie zabieg, który mogę kupić, bo wyróżnia się na tle tych wszystkich przejrzystych stylów, jakich pełno w literaturze rozrywkowej.
Natomiast znaczne gorzej wyszła autorowi stylizacja i różnicowanie języka na potrzeby świata przedstawionego (i ten właśnie aspekt języka najbardziej mi w lekturze przeszkadzał). Z jednej strony postacie używają lokalnych idiomów (co jest zdecydowanie plusem, lubię takie smaczki), autor też podkreśla kilkukrotnie, że studenci przyjeżdżający z prowincji do stolicy znacznie różnią się wymową i manierami językowymi od tubylców, że czyjśtam akcent zdradzał pochodzenie, tyle że... to zróżnicowanie językowo-etniczne pozostaje jeno deklaratywne. Mimo narratorskich zapewnień w dialogach wszyscy posługują się jednakowym, bogatym językiem, takim samiutkim, jakiego używa narrator. I jestem w stanie uwierzyć, że takich barokowych fraz mógłby używać arystokrata czy przybyły właśnie ze stolicy młody człowiek z tytułem naukowym, ale trochę mi zgrzytają w ustach prowincjonalnego ulicznika czy prostego, starego myśliwego. A większość postaci drugo- i trzecioplanowych to właśnie tacy prości ludzie z prowincji, więc zgrzytały mi dość często.
Sami bohaterowie też mi zapewnili swego rodzaju dysonans poznawczy. „Zima” to tak naprawdę powieść bardzo kameralna. Nie dlatego, że autor okroił obsadę (ta jest bardzo rozbudowana), ale dlatego, że praktycznie cały dostępny czas antenowy zajął główny bohater, Victor Caillou. Jest to postać w pewnym stopniu udana: autor nakreślił nam portret nieco idealistycznego człowieka, takiego sympatycznego wariata, o którym wszyscy znajomi mówią, że jest nieco szurnięty, ale powszechnie się go lubi i daje zarażać entuzjazmem. Facet ma niezaprzeczalną charyzmę i jest bystrzachą na cztery nogi kutym, z takich raczej sprytnych niż odważnych. Oraz jest tajemniczy. I z tą tajemniczością mam problem. Do pewnego momentu ona naprawdę się sprawdza – sprawia, że bohater wydaje się czytelnikowi bardziej intrygujący, zaczyna budzić ciekawość. Problem w tym, że Victor do końca pozostaje tak bardzo tajemniczy, że właściwie niczego poza tu-i-teraz się o nim nie dowiadujemy. Owszem, wiemy, że brał udział w jakichś zbrojnych działaniach ruchu oporu, że był wziętym reżyserem w stolicy i kilka innych detali z przeszłości autor nam ujawnia, tyle że one nie mają znaczenia. Nie wiemy skąd Victor się właściwie wziął, co go ukształtowało, skąd bierze się jego postawa... Brak mu przeszłości. A do bohatera bez przeszłości, w dodatku takiego, co do którego ostatecznie trudno stwierdzić, czy jego obecny wizerunek nie jest aby tylko wystudiowaną maską, trudno się przywiązać.
Dlatego też znacznie ciekawiej wypadają drugoplanowi aktorzy tego przedstawienia. Moim chyba ulubionym był niedostępny arystokrata, niczym zły duch czający się w swej podmiejskiej rezydencji, który, mimo wielu różnic światopoglądowych, potrafił jednak wyjść poza ciasne postrzeganie świata. Sympatycznie wypada też trupa młodych aktorów, choć tak naprawdę niewiele o niej wiemy, oraz najlepszy przyjaciel głównego bohatera, Neil. Który ma wszystko, czego Victorowi jako postaci brakuje. Niestety, brakuje mu paru rzeczy, które lubiłam w Victorze.
Poza Neilem, wszystkich bohaterów łączy jedno – teatr ich w taki czy inny sposób odmienia i dla ludzi bardziej zaznajomionych z tematem byłoby tu spore pole do interpretacyjnego popisu (ja się nie podejmuję; o teatrze i jego toposach wiem tyle, że trzeba siadać twarzą do sceny). Przy okazji, autor też sporo nawiązuje do różnych dzieł kultury, ale pewnie jakieś 90% tego mi umknęło.
Najbardziej w całej powieści przemawia do mnie świat przedstawiony. Autorzy fantastyki wykazują nad wyraz intensywne zainteresowanie zimą (inne pory roku doprawdy mogą poczuć się pokrzywdzone), ale tutejsza wariacja na temat Królowej Śniegu wypada ciekawie. Oto bowiem mamy planetę o nieproporcjonalnie długiej zimie, indukowanej nie tylko warunkami astronomicznymi, ale też najwyraźniej magią Białej Królowej. Nie wiadomo za bardzo, czym ona właściwie jest, ale na pewno nie człowiekiem. Nie wiadomo, skąd się wzięła i jak można się jej pozbyć, ale od mniej więcej dwustu lat sprawuje niepodzielną i despotyczną władzę na planecie. Szczerze mówiąc, geneza Białej Królowej, historia jej podbojów oraz mechanizmy rządzące światem przedstawionym wydaje mi się znacznie bardziej interesująca, niż wydarzenia bieżące. Ale ostatnio ciągle tak mam.
I tylko zakończenie wydało mi się rozczarowujące. Nie chce za wiele zdradzać (tekst już i tak się robi ponadprzeciętnie długi jak na tego blogaska, nie nawykłam o pisania takich), ale... No, spodziewałam się czegoś więcej niż wyświechtanego, bezbarwnego banału. Po fabule tak bardzo odbiegającej od tego, do czego przyzwyczaiło nas fantasy (co prawda mamy tu ciągle wariację na temat szukania potężnego artefaktu, ale przyjemnie nietypowo podaną) liczyłam na równie kreatywne zakończenie. No to się przeliczyłam.
No i sama nie wiem. Z jednej strony jest to debiut i to napisany przed ładnych kilku laty, więc raz, że powinnam potraktować go ulgowo (taki mam zwyczaj względem debiutów). Z drugiej wiem, że autor zdążył się od tego czasu rozwinąć, przynajmniej jeśli chodzi o krótką formę (można sobie obejrzeć próbkę w lutowym numerze Nowej Fantastyki). „Zima” ma kilka ciekawych pomysłów, ale nie jest też wolna od typowych debiutanckich bolączek. Niemniej, autorowi mam zamiar bacznie się przyglądać, nie tylko ze względu na blogowe sympatie.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Genius Creations.
Autor: Michał Ochnik
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok: 2017
Stron: 388
piątek, 14 października 2016
"Spalić wiedźmę" Magdalena Kubasiewicz
Czasem zdarza się tak, że książka wygląda na taką, która powinna ci się spodobać. Wydawnictwo z tych zaufanych (autorki co prawda nie znasz, bo to jej debiut, ale c’mon, nie można czytać tylko autorów, których się już zna. Pula szybki się skończy), blurb zachęcający, nawet fragment wygląda niczego sobie, choć widać, że mamy do czynienia z pozycją czysto rozrywkową. W necie recenzje też raczej pozytywne, więc sięgasz bez większych obaw. I się rozczarowujesz.
Stanowisko Pierwszej Czarownicy Polanii wymaga oczywiście potężnej mocy, ale również pewnego dyplomatycznego obycia, taktu i biegłości w poruszaniu się wśród dworskich intryg. Dlatego też jedną z największych tajemnic pozostaje, dlaczego stanowisko to otrzymała Sara Weronika Sokołowska, która z powyższych cech ma tylko pierwszą. Dzika, żywiołowa, arogancka i nielicząca się z opinią innych nie zjednuje sobie sympatii dworzan ani kolegów po fachu. Tymczasem w mieście stołecznym Krakowie zaczynają się dziać bardzo niepokojące rzeczy. Czy Sara sobie z nimi poradzi?
Cóż, mój główny problem z tą książką polega na tym, że szczerze nie cierpię głównej bohaterki. Sara Sokołowska należy do tego typu bohaterek, którym dość szybko zaczynam życzyć wszystkiego najgorszego. Do króla, który co prawda jest od niej młodszy, ale jednak jest jej przełożonym, zwraca się zawsze z lekceważeniem – to takie fanfikowe podejście, kojarzące mi się z super fajnymi (niestety, tylko w mniemaniu autorek) bohaterkami, którym nikt nie podskoczy, bo chroni je aura imperatywu narracyjnego. W ogóle Sara będąc kobietą dorosłą i, jak mamy zasugerowane w treści, po przejściach, zachowuje się jak rozwydrzona nastolatka (żeby było zabawniej, ubiera się też jak nastoletnia metalówa, a obserwatorzy często biorą ją za młodszą, niż jest w rzeczywistości. Tak bardzo kojarzy mi się to z kolejnymi pytaniami w przeróżnych testach na Mary Sue), co nawet w pewnym momencie wytyka jej jedna z postaci. Oczywiście autorka próbuje nam to jakoś racjonalizować, że niby bohaterka taka po przejściach i odpycha wszystkich, bo jak się nie daj boże do kogoś przywiąże, to… no właśnie jeszcze nie wiadomo, co. Być może byłoby wiadomo po kolejnych tomach, ale na chwilę obecną ta świadomość jakoś nie pomaga mi przejmować się losami wiedźmy. Bo tu i teraz to mamy postać, która chyba miała być typową antybohaterką, niezrozumianą, samotną, o trudnym charakterze, ale wykonującą swoją pracę sumiennie i czasem metodami, które ogółowi mogłyby się nie spodobać. A wyszedł nam arogancki babsztyl przekonany o swojej nieomylności. To zdecydowanie nie jest mój ulubiony typ protagonisty, cóż poradzę.
Dobrze, wyżaliłam się, możemy przejść dalej. Najciekawszym moim zdaniem aspektem książki jest świat przedstawiony. Wizja współczesnego w gruncie rzeczy świata, w którym magia jest elementem codzienności od zawsze bardzo do mnie przemawia. Zwłaszcza, że autorka włożyła sporo pracy, aby swój świat zróżnicować. I tak wiemy na przykład, że mimo szacunku i piastowania przez magów wysokich stanowisk, ciągle istnieje groźba, że niemagiczna część społeczeństwa zareaguje zbyt nerwowo na ten czy inny rodzaj magii. I że wcześniej już takie rzeczy się zdarzały. Fajna jest taka dywersyfikacja, pokazywanie, że nawet magiczny świat nie jest wolny od fobii i uprzedzeń. Tym bardziej żal, że tak naprawdę niewiele z niego autorka pokazała, bo skupiając się na jednych aspektach, nieco zaniedbała inne. Chętnie poczytałabym o tym, jak magia wpłynęła na życie codzienne mieszkańców chociażby. Cóż, może innym razem.
Postacie drugo- i dalszoplanowe wypadają raczej pozytywnie. Sam król Polanii, Julian (miałam trakcie lektury dojmujące wrażenie, że ktoś jest wielkim fanem „Pingwinów z Madagaskaru”), to całkiem sensowny facet, koronowany w młodym wieku i mimo upływu lat ciągle jeszcze niepewnie się czujący w pewnych aspektach sprawowania władzy. Poza nim interesującą (choć ledwie zarysowaną) postacią jest nie-mentorka Sary oraz grono innych potężnych magów, zajętych oczywiście wewnętrznymi intrygami. No i jest Smok Wawelski. Niemniej, nie da się ukryć, że „Spalić wiedźmę” to przedstawienie jednej aktorki.
Właściwie, to gdyby nie irytująca bohaterka, „Spalić wiedźmę” byłoby przyjemną lekturą. Zwłaszcza, że autorka wplotła w intrygę wiele nawiązań do baśni, słowiańskich wierzeń i krakowskich legend, a wszystko napisała całkiem strawnym językiem. Pewnie po tom drugi też bym sięgnęła, gdyby się pojawił, ale raczej z ciekawości, czy głównej bohaterce zmienił się charakter i czy zobaczę więcej świata przedstawionego. Podsumowując: nie polecam i nie odradzam, bo książka uwiera mnie w sposób mocno subiektywny. Zdecydujcie sami, czy was też będzie uwierać.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Genius Creations
Tytuł: Spalić wiedźmę
Autor: Magdalena Kubasiewicz
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok: 2015
Stron: 284
wtorek, 21 czerwca 2016
"Bezsenni" Marcin Jamiołkowski
Najgorsze jest pisanie wstępów. Niby powinno być oryginalnie, ale co tu oryginalnego wymyślić, kiedy się zaczyna notkę na temat trzeciego tomu jakiegoś cyklu (a co dopiero będzie przy dziesiątym)? Niemniej, fantastyka cyklami stoi, więc był czas przywyknąć. W tym przypadku przywykałam od dwóch tomów, więc powinnam być zahartowana. Nie przedłużając więc, zapraszam o przeczytania moich wrażeń z lektury trzeciego (i nie ostatniego) tomu Herberta Kruka.
Herbertowi udało się dostać na przyjęcie organizowane przez Złotą Kaczkę. A to nie w kij dmuchał, Złota Pani to najpotężniejsza magiczna istota w Warszawie (a przynajmniej jedna z najpotężniejszych). Oczywiście Herbert przybył tam w konkretnym celu – dowiedzieć się, gdzie na ostatnie trzydzieści lat przepadła jego matka. Ale Złota Pani ma dla niego przy okazji zadanie do spełnienia, a szaleństwa kilkudniowej imprezy mają dość nieoczekiwane konsekwencje.
„Bezsenni” są dłużsi od „Orderu”, mają objętość zbliżoną do „Okupu krwi”. Wyszło im to na dobre, bo akcja nie jest tak mocno skondensowana. Autor wprowadza dwa równoległe wątki, przez co czytelnik nie nuży się jednym, wałkowanym bez przerwy tematem. Dzięki temu też akcja nie leci na łeb, na szyję, choć pozostaje wartka. Inna rzecz, że Jamiołkowski wprowadził bardzo dużo nowinek właściwie znienacka, co może czytelnika przytłaczać (mogą sobie z Butcherem rękę podać).
Przykro mi, bardzo się starałam, ale nie mogę nie porównywać cyklu o Herbercie Kruku z „Aktami Dresdena” – obie serie są zbyt podobne i obie bardzo lubię. Ale na etapie trzeciego tomu widać pewne różnice. Pierwsza jest taka, że podczas gdy Butcher, pisząc trzeci tom swojej opowieści, zdawał się już wiedzieć, dokąd to wszystko zmierza i zakładał jakąś zamkniętą całość, tak Jamiołkowski chyba jeszcze tego nie wie i nie zakłada. Nie ma w tym nic złego, w końcu seria o warszawskim Kruku może równie dobrze pozostać zbiorem luźno związanych epizodów, nikt nie karze jej się łączyć w spójną całość. Ale osobiście uważam, że wrażenie celowości wyszłoby cyklowi na dobre. W ten sposób można pokazać czytelnikowi, że się wie, co się właściwie robi.
Sam Herbert robi się coraz bardziej podobny do Harryego Dresdena. Niby nie jest detektywem, ale coraz bardziej w swoje poczynania angażuje służby (inna rzecz, że jeżeli akurat poluje na jakieś magiczne niewiadomoco, które morduje ludzi, to w normalnym kraju nie ma siły, żeby służby się sprawą nie zainteresowały). Fascynująca jest jednak różnica, z jaką obaj bohaterowie podchodzą do zabijania swoich wrogów. Harry co prawda bez wyrzutów sumienia ciśnie w nich fireballem w zamkniętym pomieszczeniu, ale kiedy musiał własnoręcznie odstrzelić człowieka, to przeżywał to przez wiele miesięcy. Herbert zdaje się nie mieć takich rozterek, jeśli wina jest ewidentna, zostanie wykonana najwyższa kara. I to mnie trochę zastanawia. Bo tak, z jednej strony czytelnicy przyklasną decyzjom Herberta, boć to właśnie należało zrobić. Ale z drugiej… to jest przecież zwykły człowiek, nie miał dotąd do czynienia z niczym wystarczająco paskudnym na tyle często, żeby się całkiem uodpornić, a u zwykłych ludzi zabicie kogoś powinno zostawić jakiś ślad lub opór. Jak dotąd nie mamy informacji żeby coś takiego się z Herbertem działo. I być może jest to wpływ magicznej metalowej ręki i tytułu obrońcy miasta oraz syreniej magii (jak sugerowano w poprzednim tomie), ale trochę brakuje mi w tym momencie refleksji. Jeśli czujemy, że coś zmienia naszą osobowość, to chyba poświęcamy temu jednak nieco więcej uwagi, niż jedno zdanko. Tak mi się wydaje.
Skoro już przy bohaterach jesteśmy, to oczywiście kilku starych znajomych spotkamy. Jest więc Zazel, gdzieś tam miga Anna, a i oficer BORu z poprzedniego tomu się pojawia. Poza tym autor wprowadził kilka nowych postaci, co do których jeszcze nie jestem pewna, czy zostaną na dłużej, czy już się nie pojawią (oceniając po dotychczasowych dokonaniach, raczej to drugie, ale nie przesądzajmy). No i jest Tycjana. Z nią mam pewien problem.
Tycjana mogłaby być bardzo interesująca postacią kobiecą. Ale nie do końca wyszło, bo autor za mało nam o niej mówi. Właściwie wiadomo tylko, że kręci się przy Dworze Złotej Pani, miała ciężkie dzieciństwo, cięty język ciągle ma. I to wszystko. Bardzo fajnie czyta się jej rozmówki z Herbertem i docinki z Zazelem, ale niewiele z tego wynika. Dodatkowo człowiek ma wrażenie deja vu, bo kwestie Tycjany, jej przebojowość i zachowanie bardzo przypominają to, co prezentowała nam Anna w pierwszym tomie (plus drobne złośliwości). Mam nadzieję, że Jamiołkowski nie okaże się jednym z tych autorów, który potrafi pisać tylko jedną postać kobiecą w fąfdziesięciu odsłonach. (No dobra, jest jeszcze Złota Kaczka, ale ona pełni tu całkiem zasłużoną rolę udzielnej królowej. Bardzo łaskawej zresztą, jak na istotę nadprzyrodzoną. Wychodzi na to, że w Polsce mamy łaskawe istoty nadprzyrodzone i bezwzględnych magów, zaś w USA na odwrót).
Podsumowując, „Bezsenni” są opowieścią dużo zgrabniejszą niż „Order”. Mają co prawda wady, ale nie aż takie, żeby zepsuć mi radość czytania tej czysto rozrywkowej opowieści. Czekam na kolejny tom.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Genius Creations.
Autor: Marcin Jamiołkowski
Cykl: Herbert Kruk
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok: 2016
Stron: 308
wtorek, 5 kwietnia 2016
[Patronat] "Idź i czekaj mrozów" Marta Krajewska
Jedna z koleżanek blogerek napisała kiedyś bardzo fajną notkę o kobiecej fantasy. Definicji tejże padało tam kilka, w tym jedna o zwróceniu bacznej uwagi na relacje bohaterów i ich wewnętrzne przeżycia (w opozycji do fantasy męskiej, gdzie ważniejsze są wydarzenia globalne, takie jak quest, bitwy czy ratowanie świata). Właśnie do tej grupy mogłabym zaliczyć „Idź i czekaj mrozów”. Ale w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że jest to powieść nudna.
Od początku najbardziej urzekło mnie w powieści Marty Krajewskiej to, że cała jej fabuła (o konstrukcji dość epizodycznej; nie trudno byłoby sobie wyobrazić „Idź i czekaj mrozów” jako zbiór opowiadań. Z drugiej strony wszystkie te epizody tworzą bardzo zgrabną całość) koncentruje się na tym, co zasadniczo powieści high fantasy pomijają. Kojarzycie te anonimowe wioski, które mijał wiedźmin albo Aria Stark? Właśnie w jednej z nich toczy się akcja powieści. Przez niespełna rok obserwujemy życie mieszkańców osady w Wilczej Dolinie.
Wygląda nieciekawie, prawda? Otóż nieprawda. Bo widzicie, to że żaden wiedźmin czy inszy bohater do Doliny nie zagląda (wszak to praktycznie koniec świata) nie oznacza jeszcze, że wszelkie potwory również trzymają się od niej z daleka. Wręcz przeciwnie. Jako iż obszarem tym władały przez stulecia wilkary, zmiennokształtni o wilczej formie, inne nocne tałatajstwo rozpleniło się gęsto. Dlatego też należy przestrzegać nakazów starych bogów i składać im należyte ofiary. W okolicznych jaskiniach mieszkają bazyliszki, świętych dębów strzeże leszy, a przed kupalnocką lepiej nie pływać w jeziorze, bo zła rusałka czy utopiec mogą do wody wciągnąć. Z drugiej strony, jak w baśni, można sobie wiłę na żonę upolować. Ale linia obrony mieszkańców nie sprowadza się tylko do przestrzegania zasad starych bogów. Broni ich opiekun.
![]() |
| A notkę zilustrują moje szkice.:) |
Autorce doskonale udało się oddać to, czego mi w większości powieści brakuje. Odpowiedziała na pytanie, jak też sobie radzą zwykli ludzie, kiedy akurat Bohatera w pobliżu nie ma (gdybym znała więcej Brzezińskiej, porównałabym powieść Krajewskiej do opowiadań o Babuni Jagódce, przynajmniej koncepcyjnie. Ale znam tylko dwa opowiadania z tej serii, więc nie porównam). Bo, logicznie rzecz biorąc, jakoś sobie radzić muszą. Pokazuje życie zupełnie zwykłych ludzi, tych, którzy zostają w wiosce, kiedy już Mędrzec zabierze Wybrańca i dalej żyją własnym życiem. A że to życie obejmuje też okazjonalne ukatrupienie mniej lub bardziej wspólnym wysiłkiem jakiegoś potwora? Ot, taka kolej rzeczy.
Przy tym mieszkańcy wioski to ludzie prości, weseli, ale twardzi, bo i w twardej okolicy przyszło im żyć. Niemniej, dorośli sobie, a młodzież pozostaje młodzieżą. I tak Venda, główna bohaterka, to dziewczyna wychowana przez opiekuna – człowieka, który przybył zza gór, skąd i ją przywiózł. Szkolona na zielarkę, żerczynię i kogoś, kto zdołałby odpędzić groźne stwory. Przy tym, jak każda młoda i niepewna siebie osoba, boi się odpowiedzialności i jest pełna wątpliwości. Z drugiej strony świetna z niej przyjaciółka, potrafi słuchać i rozwiązywać problemy mieszkańców osady. Na kartach powieści obserwujemy, jak powoli dojrzewa do przejęcia obowiązków, poznaje słodki smak miłości i gorycz utraty.
Choć „Idź i czekaj mrozów” to zdecydowanie sztuka jednej aktorki (no, może duetu, ale bardziej aktorki), mieszkańcy wioski stanowią barwne i pełne indywidualnych cech tło. I tak w jednej chacie widzimy, że nie każdy potwór jest zły. W innej, że tam, gdzie w baśni „żyli długo i szczęśliwie”, rzeczywistość pisze bardziej dramatyczny scenariusz (to jest w ogóle szalenie udany wątek, jeden z moich ulubionych, bo tak bardzo prawdopodobny psychologicznie), a w trzeciej, że od miłości do szaleństwa i tragedii tylko jeden krok.
Z językiem jest trochę... dziwnie. Na początku autorka dość dużą wagę przykładała do stylizacji, trochę jak w „Starej baśni”. I to było fajne, choć trochę zachowawcze. Jednak im dalej w tekst, tym bardziej stylizacja zostawała w dialogach, ze szczególnym uwzględnieniem rozmów mężczyzn z osady. Narrator i młodsi bohaterowie zaś (ze szczególnym uwzględnieniem tych drugich) zaczęli się wysławiać bardziej ekspresyjnie, korzystając czasem z wulgaryzmów czy kolokwializmów. I to też było fajne, choć wprowadzało pewien dysonans.
Nie wiem, czy autorka planuje kontynuację (coś tam w zapowiedziach jest, ale nie wiem, czy ma związek z omawianą powieścią). Zostawiła sobie kilka furtek, więc czemu nie. Ale dla mnie „Idź i czekaj mrozów” pozostanie powieścią kompletną. Najadłam się tym tekstem i mogę teraz z ukontentowaniem ułożyć się do poobiedniej drzemki (wybaczcie to pretensjonalne, gastronomiczne porównanie). Następnym razem wolałabym chyba dostać inne, zupełnie nowe danie. I mieć nadzieję, że będzie równie pyszne.
Z pamiętnika ksiązkoholika jest patronem medialnym powieści:)
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Genius Creations.
Tytuł: Idź i czekaj mrozów
Autor: Marta Krajewska
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok: 2016
Stron: 520
wtorek, 26 stycznia 2016
"Studnia Zagubionych Aniołów" Artur Laisen
Fantasy w schemacie „otwartych drzwi” – kiedy ktoś z naszego świata zostaje jakimś sposobem przeniesiony do świata fantastycznego – od dłuższego czasu nie jest szczególnie popularna (zdaje się, że mniej więcej o czasu, kiedy Tolkien „uprawomocnił” kompletnie autonomiczne światy fantasy). Sama, mówiąc szczerze, nie przepadam za tą konwencją, choć nie byłabym w stanie powiedzieć, dlaczego właściwie. Niemniej, kiedy wydawnictwo Genius Creations zapowiedziało pierwszy tom planowanego cyklu Artura Laisena, koncepcja wydała mi się na tyle interesująca, żeby z książką zapoznać się bliżej.
Na niebie Hamanu pojawia się kometa, która zapowiada bardzo niepokojące wydarzenia. Aby im zapobiec, potrzebna jest pomoc ludzi z innego świata. Władze Hamanu podejmują więc działania, mające na celu sprowadzenie takich ludzi... Tymczasem na drodze z Warszawy w kierunku zacisznej wioski Joanna i jej kuzynka Kinga przeżywają coś dziwnego – manifestują się przed nimi nieznane moce. Jedna z owych mocy objawia się też innym ludziom, niekoniecznie przyjaznym… Do tego dochodzi tajemnicza zielona róża, sny o strasznej leśnej chacie, dwóch facetów o odmiennej filozofii życia i kilka innych tajemniczych zjawisk.
Mam z tą książką pewien problem. Bowiem cała „Studnia Zagubionych Aniołów”, przez 385 stron jest tylko wstępem do czegoś większego. W dodatku dość wolno rozwijającym się wstępem. Wszystkie wątki, jakie autor utworzył albo ciągle pozostają otwarte, albo ich zamknięcie pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi (i właściwie jest deklaracją początku zupełnie nowych wątków). Wątek okołowarszawski (że tak go nazwę) zabiera więcej miejsca, niż jesteśmy przyzwyczajeni oczekiwać po fantastyce tego typu. Nie to, żeby nic się w nim nie działo, ale.. no, nie wiem, jak wy, ale ja zawsze z utęsknieniem czekam, aż bohaterowie przeniosą się do fantasylandu.
I w zasadzie z tego prostego powodu wynikają wszelkie moje zastrzeżenia do innych aspektów powieści. Weźmy na przykład bohaterów. Tych z naszej strony rzeczywistości poznajemy bardzo dobrze. Mamy więc Joannę, młodą kobietę o konserwatywnych (a jakże) poglądach, której marzy się kariera w polityce (acz, aby być sprawiedliwym, należy zaznaczyć, że konserwatywne poglądy bohaterki wydają się być jednak nieco na pokaz). I która ostatecznie okazuje się być mocno elastyczna. Jej kuzynka Kinga to dla odmiany typowy nawiedzeniec metafizyczny, który szuka odpowiedniej religii dla siebie metodą prób i błędów (a w każdą próbę angażuje się bez reszty). Akurat ona jest nieco pokrzywdzona przez autora, bo opisano ją jedynie przez pryzmat religijnych poszukiwań i poza nimi nie ma żadnych cech. Cóż, może później. Prócz dziewczyn, mamy jeszcze dwóch mężczyzn – jeden to typowy, twardo stąpający po ziemi biznesmen, którego przeniesienie do innej rzeczywistości trochę przerasta. Drugi pozostaje tajemnicą i powiem szczerze, że z ziemskiej ekipy wydaje się najbardziej interesujący. Pozostaje obserwować, jak zmieni ich nowa rzeczywistość.
Co do bohaterów z Hamanu, to niestety po pierwszym tomie da się o nich powiedzieć tylko tyle, że autor ma na nich jakiś pomysł. Jaki, okaże się później, ale a chwilę obecną wydaje się ten pomysł być wielce obiecujący. Na etapie „Studni Zagubionych Aniołów” jak dotąd mamy dwie postacie, które wydają się być ważne, ale zważywszy na to, że bohaterowie w nowej rzeczywistości spędzili nieco ponad sto stron, trudno o czymkolwiek wyrokować.
O samym świecie przedstawionym (i pozwólcie, że skupię się na tym fantastycznym, bo jak wygląda polska rzeczywistość to i autor, i czytelnicy wiedzą) też niewiele można powiedzieć, poza tym, że zapowiada się. No zapowiada się całkiem nieźle – może nie jest to uniwersum na miarę Wegnera, ale może być nieźle. Niestety, jak na razie – brak danych.
Literacko jest bardzo dobrze. Styl Laisena może nie należy do szczególnie wyszukanych, ale z pewnością jest bardzo przyjazny czytelnikowi i przejrzysty. Czyta się to bardzo dobrze i widać, że całej opowieści towarzyszył głębszy pomysł na większą całość. Zobaczymy, czy autor poradzi sobie z opanowaniem go.
Jeszcze dwa słowa o wydaniu. W porównaniu z poprzednim „rzutem” tytułów, jakość papieru podoba mi się dużo bardziej – może jest nieco cieńszy, ale dzięki temu bardziej miękki i otwieranie książki nie wymaga siłowania się z nią. Czcionka też nieco większa. Niektórzy może będą sarkać, ale ode mnie tłusta foka aprobaty. Okładka trochę mnie rozczarowała. Sam wzór świetny i mam nadzieję, że kolejne tomy wyjdą w podobnej stylistyce, ale… wiecie, widziałabym go posrebrzanym. Czarny nie jest aż tak epicki.
Cóż, nie powiem wam, czy polecam. Nie mogłabym z czystym sercem, bo za dużo w tej powieści niewiadomych. Za to mogę Wam powiedzieć, że świetnie się zapowiada. Tylko tyle i aż tyle. Na bardziej konkretne informacje trzeba będzie poczekać do kolejnego tomu, bo oczywiście mam zamiar go przeczytać. Wtedy opowiem się bardziej zdecydowanie (o ile autor da mi taką możliwość).
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Genius Creations
Autor: Artur Laisen
Cykl: Teraia
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok: 2015
Stron: 385
wtorek, 15 grudnia 2015
[Przedpremierowo] "Order" Marcin Jamiołkowski
Już za kilka dni, za dni parę (a konkretnie 19.12) będzie można dostać w sklepach nowiutką część przygód Herberta Kruka, czyli „Order”. Poprzednia mnie zachwyciła, więc z ogromnym entuzjazmem podeszłam do drugiej (byłam akurat po spotkaniach z Dresdenem, więc pozostaliśmy w temacie, ale wróciłam do Polski). I powiem wam, że się nie zawiodłam, choć kilka uwag mam.
Po wydarzeniach sprzed kilku miesięcy Herbert próbuje wrócić do normalnego życia. Nie porzuca jednak myśli o zemście – ciągle szuka Schrödingera, niestety, na razie bez skutku. Tymczasem, aby podreperować budżet, gra na wyścigach. Tam też spotyka starszego jegomościa, który prosi go o przysługę. Skradziono bowiem order Virtuti Militari, ale niezwykły – został on bowiem przyznany miastu Warszawa i od tej pory w pewien sposób je chronił. Strach pomyśleć, co planuje złodziej, skoro zależało mu na pozbawieniu miasta tej ochrony…
Może zacznę od uwag (a właściwie jednej uwagi), będziemy to mieli z głowy. Otóż nawet w porównaniu z „Okupem Krwi” (który nie był zbyt bogaty we wszelkiego rodzaju poboczności), „Order” wydaje się mocno skondensowany. Fajnie, że Jamiołkowski nie serwuje nam wielostronicowych opisów wszystkiego, ale sama sucha intryga (sucha w sensie, że bez omasty, nie w sensie, że drętwa) pozostawia zmęczenie i niedosyt. Zmęczenie, bo prowadzona jest wartko i w pewnym momencie czytelnikowi zaczyna brakować oddechu. Niedosyt, bo chętnie bym o tej Warszawie poczytała więcej. I fakt, że autor nie wprowadza nowych postaci, więc nie ma niczego nowego do opisania w ogóle nie jest usprawiedliwieniem. Przydałby się jakiś wątek poboczny. Albo dwa.
Sam Herbert się zmienia – nie do końca pozostaje tym samym bohaterem, którego poznaliśmy w „Okupie Krwi”. Tę przemianę bardzo dobrze autor rozegrał, bo z jednej strony jest ona subtelna i dotyczy tylko niektórych spraw i zagadnień w życiu bohatera, ale też pozostaje narzucana z zewnątrz i choć niejako pokrywa się z wolą Herberta, to jednak pozostaje obca, co nie do końca mu pasuje. Ciekawi mnie bardzo, jak ten konflikt rozegra się dalej.
A skoro już przy bohaterach jesteśmy, to wygląda na to, że autor bardzo ich lubi, co udziela się też czytelnikom, ale z drugiej strony nie przeszkadza mu czasem kogoś sponiewierać. Właściwie że znaczących postaci zostajemy w starym, znanym z „Okupu..” składzie. Ubywa jednego bohatera, dochodzi za to dwójka nowych. To mnie akurat troszkę rozczarowało, bo co prawda od razu widać, że mamy do czynienia z cyklem kameralnym, ale jednak spodziewałam się czegoś więcej (zwłaszcza, że w kwestii czarnych charakterów też nic nas nie zaskakuje – serio, od połowy książki mniej więcej wiedziałam, kto stoi za tym całym zamieszaniem).
Ale ja nie o tym chciałam. Otóż bardzo podoba mi się rozwój postaci drugoplanowych (mam tu na myśli głównie panią detektyw Annę, bo Zazel pozostaje typowym nerdem i w sumie do twarzy mu w tej roli. Alsoł, autorze, I see, what you doing there z Anną i Herbertem i jeszcze nie wiem, czy mnie to cieszy, czy nie). Podoba mi się także podejście autora i jego bohaterów do tak zwanych przypadkowych ofiar. Widzicie, zwykle ta dziewczyna, na którą rzuciło się pomniejszy urok, żeby niczego nie widziała albo ten chłopak, któremu gwizdnęliśmy środek transportu uciekając przed potworem nie obchodzi ani autora, ani protagonisty. Tutaj kiedy bohaterowie chcą wykorzystać losową dziewczynę, pilnują przynajmniej, żeby nie zrujnować jej życia.
Na koniec jeszcze słów kilka o czymś, co zachwyciło mnie już w poprzednim tomie, ale jakoś tak zapomniałam wspomnieć wcześniej, czyli o systemie magicznym. Jest on bowiem uroczo absurdalny i absolutnie oryginalny. Autor oparł go na żywej materii miasta oraz ludzkich przyzwyczajeń. Furda łacińskie inkantacje czy latynizowany bełkot, furda kute na pamięć formułki. Wszak język miasta to język przepisów i biurokracji. I tak doskonałe zaklęcie niewidzialności zapewni przykrycie się tym, co ludzie zwykli w codziennym życiu z premedytacją ignorować (licencje programów i regulaminy umów telekomunikacyjnych, na przykład), a do zmiany postaci wystarczy wyrecytowanie formułki prawnej dotyczącej dowodu osobistego. Może nie brzmi to szczególnie przekonująco, ale w praktyce wypada przekozacko – nie dość, że biurokratyczny bełkot się do czegoś przydaje, to jeszcze nadaje magicznym pojedynkom tragikomiczny rys (a jeśli chodzi o humor, to Jamiołkowski ma świetne wyczucie. Butcher się przy nim jednak chowa).
Podsumowując, drugi tom przygód Herberta Kruka wychodzi na plus, choć przydałoby się go nieco bardziej rozbudować. Ale pewnie trochę przesadzam – drugie tomy trylogii przeważnie są nieco słabsze o początkowych i końcowych. Ważne, żeby zamknięcie było mocne.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Genius Creations.
Autor: Marcin Jamiołkowski
Cykl: Herbert Kruk
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok: 2015
Stron: 230
piątek, 4 września 2015
"Pokój światów" Paweł Majka
Rozglądając się po blogosferze i portalach dla miłośników fantastyki można stwierdzić, że Paweł Majka ma wielu oddanych fanów. Większość opinii jest bardzo entuzjastyczna, więc kierowana ciekawością i cudzymi zachwytami, chciałam sama zakosztować tych literackich frykasów. Wymagania miałam spore, choć, szczerze mówiąc, nie bardzo wiedziałam, czego mam się spodziewać. Cóż, ostatecznie Majka nie wywarł na mnie tak dobrego wrażenia, jak bym chciała.
Opowieść zapowiada się dobrze: oto mamy świat, w którym ożyły (dosłownie, bo przybrały fizyczną formę) dawne wierzenia. A spowodowali to kosmici, używając swojej ostatecznej broni. Niestety, nie wszystko poszło tak, jak zakładali – planety nie udało się podbić a resztki armii zdobywców próbują się jakoś zaaklimatyzować wśród rdzennych mieszkańców Ziemi. U jednego z takich właśnie Marsjan (jak nazywają ich ludzie) zatrudnia się Mirosław Kutrzeba. Chce wziąć udział w ekspedycji organizowanej przez obcego (a w tym świecie podróże po Europie to nie przelewki – Wiekuista Puszcza na przykład wyjątkowo nie lubi ludzi i ich wynalazków). Jednak jego prawdziwym celem jest zemsta na mordercach żony i dzieci.
Powiem wam, że trochę mam problem z koncepcją tego świata. Tego wszystkiego jest po prostu za dużo. Z jednej strony świat – niby lata siedemdziesiąte dwudziestego wieku, ale rozwój technologii jak z naszego międzywojnia. Pociągi, sterowce, wielki przemysł ze swoimi fabrykami – czułam się trochę jakbym czytała skrzyżowanie nienachlanego steampunku z powieścią pozytywistyczną (napisałabym, że młodopolską, ale za mało znam ten okres, żeby mi się cokolwiek kojarzyło). Z drugiej strony magia w mieście, pogańskie bóstwa, golemy i ożywające legendy (a poza miastem to już właściwie dzicz i barbaria), czasami pochodzące z laboratoriów. Z trzeciej jeszcze kosmici do tego. Ci ostatni wydają mi się wyjątkowym kwiatkiem do kożucha. Niby bez nich autor nie mógłby uzasadnić konstrukcji świata, ale moim zdaniem wykorzystanie ich w fabule nie wyszło najlepiej.
Taki Nowakowski na przykład. Autor próbował za jego pośrednictwem pokazać rozdarcie istoty, która znalazła się w świecie całkiem obcym pozbawiona możliwości dostosowania go do własnych potrzeb, do czego był przyzwyczajony. Widać tęsknotę Marsjanina za dawnymi czasami. I to wyszło nienajgorzej. Niestety, w powieściowym tu i teraz obecność Nowakowskiego jest niepotrzebna. W praktyce jest to ten typ postaci, który teoretycznie jest ważny, ale tak naprawdę bez niego byłoby znacznie lepiej. Właściwie czytając „Pokój światów” przez jakieś dziewięćdziesiąt procent książki o istnieniu Nowakowskiego w ogóle się zapomina. Jak i o istnieniu kosmitów jako takich. A chyba nie o to chodziło.
Jak już nadgryzłam kwestię bohaterów, to może będę ją kontynuować. Autor konstruował całkiem zgrabną drużynę, którą Kutrzeba zebrał przed wyruszeniem w drogę. Jest więc Jaśko, typowy trzeci syn z baśni – taki, co to rozumem nie grzeszy, ale serce ma złote i trochę magicznej mocy też. W gratisie do jaśka dostajemy Cygankę Sarę i jej przybocznego wielkoluda, stanowiących barwne tło dla reszty. Reszta to Szuler Losu, bóg zbiegły z laboratorium, związany paktem posłuszeństwa z Kutrzebą, jego córka Wanda oraz Grabiński. Szuler jest chyba najciekawszą i najbardziej złożoną postacią w powieści. Wydaje się bardziej samotny od Marsjan, a jego tęsknoty są bardziej ludzkie niż boskie. Garbiński zaś… mam z nim problem. Jest to typowy złamany życiem człowiek, który bez butelki wódki do śniadania nie potrafi funkcjonować. Z drugiej strony, chyba zwyczajnie najsympatyczniejszy członek ekipy. No i jest jeszcze Kutrzeba.
Kutrzeba ma teoretycznie wszystko, co potrzebne bohaterowi, aby zdobyć moje serce. Mroczny sekret przeszłości jest, walka o słuszną (no, załóżmy na potrzeby tego zdania, że słuszną; Majce trzeba przyznać, że jako jeden z nielicznych autorów fantasy stara się zasiać w czytelniku wątpliwości co do moralnej czystości protagonisty) sprawę jest, odrobina mrocznego uroku takoż, ale... To wszystko nie działa. Kutrzeba mimo tych zalet pozostaje dość bezbarwny i jako czytelniczka z coraz większą obojętnością śledziłam jego losy. Znacznie bardziej interesująca była Zmora Kutrzeby – jedyna ciekawa i znacząca kobieta na czterysta stron powieści.
Biorąc pod uwagę powyższe, trudno było mi w pełni cieszyć się fabułą, choć autorowi trzeba przyznać, że prowadził ją całkiem sprawnie. Niektórym narracja może sprawiać problem, bo Majka przeplata sceny teraźniejsze z przeszłymi, ale mi to nie przeszkadzało. Sam język powieści też nie jest wymagający więc z tej strony nie należy oczekiwać trudności.
Rozczarował mnie trochę „Pokój światów”. Nie jest to powieść zła, ale uznaję ją za najwyżej przeciętną. Choć nie powiem, troszkę jestem ciekawa dalszego ciągu. Choć wam ani nie polecam, ani nie odradzam – zdecydujcie sami.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Genius Creations.
Tytuł: Pokój światów
Autor: Paweł Majka
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok: 2014
Stron: 400
wtorek, 28 lipca 2015
"Okup krwi" Marcin Jamiołkowski
Z polskim urban fantasy mam pewien problem. Z jednej strony jest to podgatunek dość często przez rodzimych autorów wybierany (oni generalnie lubią sytuacje, w których magia okazuje się ukrytym elementem znanego świata), z drugiej, niestety, rzadko mnie porywa. Z zagranicznymi nie mam tego problemu – czego nie przeczytam, to strzał może niekoniecznie w dziesiątkę, ale zawsze jednak bliżej środka niż krawędzi tarczy. Do „Okupu krwi” tez podchodziłam bez oczekiwań, choć z pewna taką ciekawością. I powiem wam, że bardzo miło mnie zaskoczył.
Herbert siedział sobie spokojnie w swojej pracowni, kiedy pewien jegomość w bardzo elegancki sposób złożył mu propozycję nie do odrzucenia – albo dostarczy na miejsce powierzoną przesyłkę, albo… no cóż, niech za koniec zdania posłuży ucho jego dziewczyny, dołączone do przesyłki. Nie jest to jednak początek thrillera, Herbert jest bowiem magiem, a i paczka, i groźba, i jegomość również śmierdzą magią na kilometr. Cała intryga, w którą naszego krawca hobbystę wplątano, również jest magiczna. Czy Herbert wyjdzie z niej cało?
Powiem wam, że niespodziewanie wciągnęła mnie ta opowieść. Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się dlaczego. Czym „Okup krwi” różni się od innych powieści? Napisany jest bardzo sprawnie, ale przecież nie on jeden. Doszłam do wniosku, że chodzi o Warszawę. Bo widzicie, autor nie próbuje nam wmówić, że to miasto, jakiego nie znamy, że ono tylko udaje przyjazne i znajome, żeby w chwili nieuwagi wciągnąć nas w ciemny zaułek i pożreć. Nie próbuje budować atmosfery zagrożenia. Warszawa, którą przemierza Herbert to taka sama Warszawa, jaką oglądamy codziennie z okna czy w telewizorze. To ludzie są niezwykli. Ludzie, którzy potrafią zmusić uliczne latarnie do uprawiania szermierki. Ludzie, którzy w nieużywanych podziemiach szpitala oddają cześć mitycznym jaszczurom. Wreszcie ludzie, którzy oszaleli z żądzy władzy.
I to jest właśnie to, co jak dotąd różniło polskie urban fantasy od zagranicznego i co mi zgrzytało. Bohater przemierzający ulice polskiego miasta albo wypatrywał zagrożenia, albo sam mógł za nie uchodzić. Był intruzem we własnym mieście. Nie znał go, bądź na jego oczach stawało się obce. Bohater amerykański czy angielski w mieście czuje się najczęściej jak u siebie, to jego teren (a jeśli nie jego, to przynajmniej neutralny, nie bardziej straszny czy obcy niż każdy inny). I taki właśnie jest Herbert. Magia go nie przerażą, Warszawa go nie przeraża, zagrożeniem są tylko źli ludzie. I dlatego Herbert może stanąć w jednym szeregu z panem Dresdenem czy Grantem.
Ale pan Kruk to w ogóle fajny chłopak jest, bardzo do Dresdena, którego uwielbiam, podobny. Taki facet z sąsiedztwa, miły, sympatyczny, z poczuciem humory, ale jak potrzeba przyciśnie, to bez wahania (no, powiedzmy) ruszy ratować ukochaną. Ale nie tylko główny bohater się Jamiołowskiemu udał, bo i postacie drugoplanowe ciekawie wyszły. Herbert bowiem swoją zagrożoną dziewicę ratuje przy pomocy baby z jajami. Mogłabym tu narzekać, że Anna trochę za bardzo męska w postępowaniu jest, ale byłoby to niesprawiedliwe czepianie się. Mamy tu po prostu silna kobietę, która jest nie tylko wyskakującym jak bóstwo z maszyny wsparciem głównego bohatera, ale postacią z krwi i kości – oprócz gnata pod kurtką ma też swoje słabości, no i uczucia ma, co chłopczycom zdarza się rzadko. Lubię ją, mam nadzieję, że jednak zachowa licencję prywatnego detektywa. No i jest jeszcze Wyga, jako dopełnienie magicznej trójki. Na razie niewiele można o nim powiedzieć, ale jest potencjał i mam nadzieję, że autor w przyszłości go wykorzysta.
Wspominałam wcześniej o tym, że powieść jest sprawnie napisana. Powiem szczerze, że dawno nie czytałam tak sprawnie napisanego polskiego debiutu (pan wybaczy, panie Wróbel, ale stoisz pan jednak o kilka schodków niżej). Jamiołkowski styl ma może niezbyt charakterystyczny, bon mocikami nie rzuca, za to świetnie prowadzi akcję i doskonale rozkłada akcenty narracyjne. Poza tym lubi sobie nawiązać do tego czy owego utworu (pop)kultury, co wychodzi bardziej naturalnie, niż możnaby oczekiwać. A do tego potrafi w materię żywego (i znajomego) miasta wpleść zarówno legendy, jak i miejskie opowieści, i jeszcze rozegra spektakularną bitwę magiczną.
Powiem wam, że zaczynając tę książkę nie przypuszczałam, że na kontynuację przyjdzie mi czekać z utęsknieniem. A jednak. Ostatnio ta sztuczka udała się jedynie Wegnerowi (i to jest ten moment, kiedy zaczęłam się zastanawiać, czy Jamiołkowski umiałby napisać epickie fantasy…). No więc czekam. I zastanawiam się, o czym Kruk z Dresdenem mogliby pogadać przy piwie – myślę, że bez problemu by się dogadali.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Genius Creations.
Tytuł: Okup krwi
Autor: Marcin Jamiołkowski
Cykl: Herbert Kruk
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok: 2014
Stron: 210
wtorek, 30 czerwca 2015
"Cuda i Dziwy Mistrza Haxerlina" Jacek Wróbel
W polskiej fantastyce utarła się tradycja, że co poczytniejsze cykle wyrastają ze zbiorów opowiadań. Praktyczne to, w końcu debiutantowi łatwiej wyszlifować na początek kilka krótszych tekstów niż jeden długi, a i beta testy w czasopismach łatwiej robić. Ostatnio ta tradycja zamarła, głównie dlatego, że drastycznie spadła u nas liczba wydawanych debiutantów. Wydawnictwo Genius Creations stara się temu przeciwdziałać i to właśnie oni wydali zbiorek Jacka Wróbla pt. „Cuda i Dziwy Mistrza Haxerlina”.
Po prawdzie zbiorek nie jest stuprocentowym debiutem, bo dwa z dziewięciu opowiadań ukazywały się już w Nowej Fantastyce, a trzecie w Fantastyce wydaniu specjalnym, ale to raczej mało istotny detal. Przejdźmy do rzeczy ważniejszych, czyli omówienia poszczególnych opowiadań (jeśli was to nie interesuje, możecie przeskoczyć dziewięć kolejnych akapitów), a na koniec dorzucę jeszcze kilka akapitów ogólnie o całości.
„Nie wszystko złoto, co się świeci” jest właśnie jednym z opowiadań publikowanych wcześniej w Nowej Fantastyce (ponad dwa lata temu) i co prawda w książce mamy do czynienia z jego nieco rozwiniętą wersją, ale moja ocena nie zmieniła się. Fabuła mówi o tym, jak to Mistrz Haxerlin został zmuszony okolicznościami (o konkretnym imieniu i nazwisku, dodajmy) do złapania pewnej nimfy. Postanowił to zrobić za pomocą farbowanego bohatera. I teraz tak: tekst jest sprawnie napisany i nawet jakiś swój urok ma, ale pomysł na niego nie należy do tych pierwszej świeżości (a żarty ze zniewieściałych mężczyzn są już od dawna nudne…). Krótko mówiąc, oceniłabym go jako poprawny, ale gdybym tylko po nim miała ocenić, czy czytam dalej, to nie byłabym do końca przekonana.
Na szczęście pierwszy tekst jest jednocześnie najsłabszym (choć do innych miewam zastrzeżenia, to literacko zawsze stoją przynajmniej o poziom wyżej). Kolejny „Monopolista” to raczej miniaturka, ale nie pozbawiona uroku. Autor dworuje sobie w niej z wielkich korporacji, stosujących nie zawsze uczciwe metody konkurencji. Acz przyznam, że pod koniec opowiadania spodziewałam się czegoś więcej – czytając ostatnią linijkę, byłam przeświadczona, że na następnej stronie znajdę ciąg dalszy. Być może to nie wina autora, bo pointa, którą zastosował jak najbardziej może tekst zamykać, ale jakiś niedosyt pozostał.
„Succi vitalis” osobiście uważam za jeden z najlepszych tekstów zbioru. Fabuła jest dość prosta – ot, w mieście, z którego Haxerlin musiał się bardzo szybko wydostać, ogłoszono kwarantannę. Próbując podstępem wymusić przepustkę farbowany mag wplątuje się w działania grupy wałczącej z tajemniczą epidemią. Kilka epidemii już w historii polskiej fantastyki mieliśmy, sama nawet znam jeden brawurowy przypadek zwalczania, więc pomysł na fabułę jakoś szczególnie innowacyjny nie jest. Jednak nie w tym tkwi jego siła – siła tkwi w postaciach (no i w poincie, ale nad nią nie będę się rozwodzić ze zrozumiałych względów). Moim faworytem jest młody zastępca burmistrza – bohater bardzo złożony; niby dojrzały, opanowany i odpowiedzialny, ale kryjący w sercu zadrę.
„Większe związanie Hatecrafta” wprowadza postać, która będzie towarzyszyła nam przez kilka kolejnych tekstów – chodzi o demona uwięzionego w ciele jedenastolatka. Pomysł moim zdaniem bardzo fajny i ciekawie wykonany, ze sporym potencjałem komicznym. A samo opowiadanie przestrzega przed pułapkami rodzicielskiej nadopiekuńczości.
„…aż po grób” to sztandarowy przykład problemu, jaki mam niektórymi opowiadaniami Wróbla. Pomysł wydaje się rewelacyjny, autor zastosował nietuzinkowe rozwiązania, udało mu się zaskoczyć czytelnika. Po czym najbardziej innowacyjne wątki są zamykane w sposób co najmniej rozczarowujący.
„Najcenniejszy skarb na świecie” niektórym czytelnikom jest już znany – również ukazał się kiedyś w Nowej Fantastyce. Jest to tekst bardzo pocieszny, czysto humorystyczny (w innych zdarza się autorowi trącić poważniejszą nutę), z bardzo ciekawym pomysłem i pointą przecudnej urody (może nie jakąś szczególnie innowacyjną, ale idealnie pasującą do całości). Możemy się z niego dowiedzieć, dlaczego należy ostrożnie podchodzić do znalezionych map skarbów.
„Śpiew przez łzy” to moje osobiste największe rozczarowanie tomu. Pomysł na pierwszy rzut oka jest świetny – Haxerlin spotyka barda, który jest jakiś taki cosik podejrzany. I choć przeczucia Mistrza okazują się trafne, to pointa tekstu jest bardzo niezadowalająca (o ile postawimy brawurową tezę, że w ogóle istnieje). A zapowiadało się tak pięknie…
Dla kontrastu „Grota Valdura” to moim zdaniem jeden z najlepszych tekstów w zbiorze (to dobrze, bo przedostatni – widać, że autor z opowiadania na opowiadanie coraz bardziej się rozwija). Jest to typowa parodia RPGowego questa, bardzo udana zresztą (nawet gobliny są). Niemniej, dla mnie jest to ostatecznie tekst bardzo smutny, bo tajemnica tytułowej groty nastraja do raczej ponurych przemyśleń.
„Totalna evangelizacja” to również bardzo dobre opowiadanie i może nie aż tak ponure w ostatecznym rozrachunku, ale za to zdecydowanie nie tylko do śmiechu. Autor porusza w nim temat fanatyzmu religijnego – robi to dość przewrotnie, ale moim zdaniem bardzo trafnie komentuje całe zjawisko. Mamy tu też jakiś wstęp do teologii i kosmologii uniwersum, zapowiadającej się bardzo ciekawie. Mam nadzieję, że temat w przyszłości powróci.
Opowiedziałam już o każdym utworze z osobna, czas na wszystkie razem, czyli kilka uwag ogólnych. Opowiadania w zbiorze mają być z założenia humorystyczne i powiem wam, że autor sobie trudny kawałek fantastyki wybrał. Ale skoro już wybrał, to postanowił wykorzystać każda możliwość rozbawienia widza. I jakkolwiek z większości tych prób wyszedł zwycięsko, to nie zawsze tak samo zwycięsko. W moim przypadku najmniej skuteczne były zabawne w założeniu sytuacje – część nie śmieszyła wcale, czasem wywoływały lekki uśmiech. Lepiej wypadały nawiązania do popkultury, choć niektóre nawet jak na mój odporny gust były zbyt bezpośrednie (na przykład te do Gwiezdnych Wojen). Za to pochwała należy się za zabawy językiem. W tej kwestii autor ma poczucie humoru podobne do Pratchetta – lubi rzucić celnym bonmocikiem, co wychodzi mu bardzo dobrze. W warstwie humorystyczno-językowej właśnie to najbardziej mi się podobało.
A jak bohaterowie? Wszak to oni mają spajać tego typu zbiory opowiadań. Szczerze mówiąc, bohaterów jest dwóch. Jednym, głównym i najważniejszym, jest oczywiście sam Haxerlin. Przed lekturą zastanawiałam się, czy będzie podobny do innego polskiego farbowanego maga – Arivalda. Cóż, nie do końca. Pozwólcie, że sięgnę po nomenklaturę RPGową: Arivald był neutralny dobry, Haxerlin jest zdecydowanie chaotyczny dobry. Oszustwo jest jego sposobem na życie i nasz magik nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia. Z drugiej strony, stara się nie czynić nikomu krzywdy (także dlatego, że w tym biznesie to się bardzo często i wyjątkowo złośliwie mści). W ostatecznym rozrachunku mamy dość sympatycznego, zdroworozsądkowego osobnika, mimo że swoje za uszami ma.
Drugim bohaterem jest Bo’akh–Bonthuzel (zwany pieszczotliwie Thuzem), wspomniany już demon uwięziony w ciele dwunastolatka. Autor bardzo ładnie wykorzystał ten pomysł, kontrastując odruchy potężnego (acz obecnie pozbawionego mocy) demona z odruchami dziecka. Wygląda to bardzo pociesznie i powiem szczerze, że bardzo jestem zainteresowana, co też by z Thuza wyrosło (najprawdopodobniej psychopata, ale wierzę, że autor jest w stanie wznieść się ponad tak oczywiste rozwiązania). Poza tym Wróbel miewa świetne pomysły na postacie drugo- i trzecioplanowe. Niestety, nie rozwija ich, a szkoda. Mam nadzieję, że z niektórymi będę miała okazję jeszcze się spotkać.
Teraz czas na akapit poświęcony kwestiom feministycznym. Jak być może widać, jestem kobietą płci żeńskiej i lubię mieć jakąś bohaterkę do lubienia w książce, którą akurat czytam (nie musi być miła i puchata, może być wredną suczą). Polska fantastyka jest w tej kwestii wyjątkowo kulawa, więc bacznie się jej przyglądam. „Cudom i Dziwom…” też. I kiedy się tak człowiek przygląda pod tym kątem, to mu się robi bardzo smutno. Nawet nie jest tak, że Wróbel nie umie pisać kobiet, bo zdecydowanie widać, że umie. Tylko jakoś tak się dzieje, że wszystkie jego kobiety to postacie smutne/pokrzywdzone/skrzywione, albo wszystko na raz (a jak już któraś okazuje się nie pasować do żadnej kategorii, to ostatecznie też okazuje się nie być kobietą). Facetów to nie dotyczy – mamy pełną gamę charakterów i dróg życiowych. Trochę mnie uwiera ten dysonans (a jest to dysonans bardzo powszechny u nas, więc uwiera mnie tym bardziej). Panie Wróbel, jesteśmy w fantasylandzie, wyobraźni dodaj mi skrzydeł i te sprawy, naprawdę tak trudno napisać normalną, zadowoloną z życia babkę, której nie grozi straszny koniec? Przecież widać, że pan potrafi.
Czy polecam? Polecam. „Cuda i Dziwy…” to kawałek naprawdę relaksującej i bardzo przyzwoicie napisanej rozrywki, idealnej na lato. Może nie jest to debiut powalający, ale bardzo sympatyczny. Mam nadzieję, że autorowi nie zabraknie pary i pomysłów na rozwijanie Haxerlina, bo potencjał jest, i to jaki (a chodzą słuchy, że to nie będzie ostatnie spotkanie z Mistrzem Haxerlinem). I że rozwinie kilka wątków (na przykład teologiczny; jak zazwyczaj mnie irytują, tak tutaj czuję się zaintrygowana). Czekam z pewną taką niecierpliwością.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Genius Creations
Autor: Jacek Wróbel
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok: 2015
Stron: 375
Subskrybuj:
Posty (Atom)











