Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smoki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smoki. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 października 2023

"Fourth Wing. Czwarte skrzydło" Rebecca Yarros

Jeżeli mam jakąś popkulturową słabość, to są to smoki. Zwłaszcza jeśli chodzi o książki wielki, latający jaszczur to jest dokładnie to, co mnie zwabi. Czasem to dobrze ("Smok Jego Królewskiej Mości" forever), często nie bardzo. A kiedy indziej wiem, że wyprowadzam się na manowce, ale i tak idę dalej. Jak w przypadku "Fourth Wing. Czwarte skrzydło" Rebbecci Yarros (będę używać dalej polskiego wariantu tytułu, choć wydawca na okładce zostawił oba). Bo jeszcze że to hit booktoka to nic, czasem faktycznie trafia się tam coś ciekawego. Ale zostałam ostrzeżona, że to romantasy, a to już pewien problem. NO ALE SMOKI. 

wtorek, 12 listopada 2019

"Skrzydła Ognia: Przebudzenie Pełni" Tui S. Sutherland


Cykl o Skrzydłach Ognia był całkiem przyjemną opowieścią dla młodszego czytelnika (dla tych, którzy nie bardzo kojarzą, opowiadał o piątce smocząt wskazanych przez przepowiednię, których przeznaczeniem miało być jakoby zakończenie dwudziestoletniej wojny między pretendentkami do trony Królestwa Piasku). Był też całkiem zgrabnie zamkniętą całością. Ale jak doświadczenie fantasy (a także tej konkretnej autorki) uczy, żadna historia nie jest na tyle zamknięta, aby nie można było czegoś jeszcze dopisać. Bo chociaż przeznaczenie Smocząt Przeznaczenia się dopełniło, to w świecie Pyrii można opowiedzieć jeszcze wiele historii.

piątek, 19 kwietnia 2019

"Podróż Bazyliszka" Marie Brennan

Przyznam, że już dawno nie miałam takich problemów z opisaniem książki, jakich dostarczyła mi „Podróż Bazyliszka”. Przy pierwszym tomie byłam rozdarta między plusami a minusami. W drugim punktowałam braki, które mnie jako czytelniczce dostarczyły rozczarowań. Tom trzeci wygląda tak, jakby autorka przeczytała moja poprzednią notkę i wzięła sobie narzekania do serca. Dostaliśmy więc książkę w niektórych aspektach bardziej satysfakcjonującą, ale ogólnie po prostu poprawną.

A czym tym razem zajmuje się Lady (jeszcze nie) Trent? Ano postanawia badać węże morskie i w tym celu wyrusza w tytułowa podróż „Bazyliszkiem”, czyli zwykłym żaglowcem, który poza celami naukowymi realizuje również cele handlowe. Podróż ma być ambitna, dookoła świata i przynieść wiele nowych informacji.

sobota, 28 lipca 2018

"Zwrotnik Węży" Marie Brennan


Pierwszy tom „Pamiętników Lady Trent” pozostawił mnie z pewnym takim niedosytem i resztkami dawnego entuzjazmu – miałam przecież spore oczekiwania. Przy drugim tomie już oczekiwań nie miałam, liczyłam, że nie będzie gorzej niż w tomie pierwszym. Ale i tak nie do końca dostałam to, czego chciałam.

W „Zwrotniku Węży” Izabela znowu wyrusza na wyprawę badawczą. Tym razem do Erigi, gdzie dla odmiany będzie musiała zmierzyć się z tropikalnymi upałami, chorobami, niechęcią rodaków i dziwnymi zwyczajami tubylców. Ach, nie zapomnijmy o groźbie wybuchu wojny. Niemniej, prawdziwy badacz niedogodności się nie boi i poszerzanie wiedzy przedkłada ponad własne bezpieczeństwo. Smoki czekają.

Niestety, Brennan najwyraźniej nie ma zamiaru pisać o smokach. Tym razem jest ich jeszcze mniej niż poprzednio. Owszem, bohaterka dokonuje przełomowych odkryć (cóż za zaskoczenie), ale są one wspomniane mimochodem i tak naprawdę nie mają szczególnej wartości dla utworu (poza może momentem, kiedy autorka używa ich jako fabularnego wytrychu. Trzeba przyznać, ze nawet zgrabnie jej to wychodzi). Rozumiem, że jest to w pewnym sensie konsekwencja przyjętego stylu narracji – bohaterka spisuje swoje pamiętniki po latach i w kwestiach, których nie chce rozwijać odsyła czytelników bądź do książeczek, które napisała wcześniej, bądź do cudzych publikacji. Tyle że sporo tych odsyłań dotyczy rzeczy, które mnie, jako czytelniczkę, żywo interesują... 
 
Taki obrazek wrzuciłam na insta.
W „Historii naturalnej smoków” sytuację ratowały badania. Autorka poświęciła tam sporo czasu na opisy tego, jak wyglądały poczynania pseudowiktoriańskich naukowców, okraszając to wszystko sosem z trudności, jakie mogły dotykać w tej materii młodą kobietę. Liczyłam na podobne doświadczenie czytelnicze w „Zworniku Węży”, bo dekoracje wydawały się znacznie bardziej interesujące – widzicie, co innego zdobywać wiedzę w klimacie pseudowschodnioeuropejskich gór, a co innego przedzierać się przez dziką, tropikalną dżunglę. Niestety, z samych przygotowań do wyprawy czy też trudności, jakie nasza dzielna ekipa mogła napotkać na drodze, dostajemy tylko niezbędne minimum. O samym prowadzeniu obserwacji nie wiemy absolutnie nic, a o bujności życia w deszczowym lesie dowiadujemy się tylko o tyle, o ile próbuje ono poczęstować się bohaterami. Nawet opisy życia wśród lokalnych, dzikich plemion są skąpe, choć i tak znacznie bardziej rozbudowane, niż opisy samych badań czy przyrody. Przyznam, że tutaj poczułam się już zawiedziona.

Na czym więc skupia się autorka? Ano na problemach obyczajowości i kolonializmu (z lekkim zabarwieniem ekologicznym). I jeszcze ta obyczajowość nawet jej wychodzi, choć mam wrażenie, że została potraktowana dość... płytko. Mamy bowiem Izabelę, która niby ciągle mówi o swoim pewnym wykluczeniu społecznym. Z tym, ze głównie mówi, bo ani to wykluczenie szczególnie rygorystyczne nie jest, ani też będąca samotniczką Izabela niezbyt nim się przejmuje. Szczerze mówiąc, wydaje się być nawet zadowolona, bo dzięki temu, że nie musi chadzać na bale i proszone kolacje ma więcej czasu na badania i pisanie monografii. A ponieważ autorka najwyraźniej uznała, że stateczna (khem, khem...) Izabela nie będzie tak atrakcyjnym obiektem społecznego oburzenia, powraca Natalie Oscott, która pojawiła się na chwile już w poprzednim tomie. I autorka przygotowuje wszystko tak, aby wywołać trzęsienie ziemi – Natalie bowiem ucieka przed widmem małżeństwa, rodziną i ogólnie narzuconą jej rolą społeczną, przy czym robi to w spektakularny i skandalizujący sposób.

Zatrzymajmy się może na chwilę przy Natalie, bo jest ciekawie napisaną postacią (i w sumie jedyną istotną, z którą nie mieliśmy zbyt wiele do czynienia wcześniej). Jest ona tym wszystkim, czym młoda Izabela nie była w pierwszym tomie. Natalie nie godzi się z czekającą na nią rolą społeczną ani na chwilę, małżeństwo nie interesuje jej nawet jako środek do osiągnięcia pewnej niezależności i możliwości kontynuowania własnych projektów (a marzeniem dziewczyny jest skonstruowanie skrzydła zdolnego unieść człowieka). Woli wykluczenie społeczne i zerwanie kontaktów z rodziną niż prowadzenie domu. Jedną z przyczyn jest jej aseksualność, wyrażona otwartym tekstem – i jest to jedna z nielicznych postaci tak wyraźnie przez autora określonych, jakie zdarzyło mi się w fantastyce spotkać. Przy czym autorka daje do zrozumienia, że gdyby nie Izabela, która postanawia koniec końców zatrudnić Natalie w charakterze asystentki i damy do towarzystwa, to biedna dziewczyna raczej nie miałaby wyjścia i jej historia mogłaby potoczyć się znacznie bardziej tragicznie. Aż szkoda, że przez większość wyprawy Natalie poprzestaje na udowadnianiu, jak bardzo użytecznym jej członkiem może być i tylko tyle.

Trzecie zagadnienie związane z obyczajowością to zderzenie kultur. Izabela i Natalie przybywają do kraju o zupełnie innych zwyczajach i stosunku do kobiet i muszą jakoś się przystosować – a symbolem tego przystosowania staje się namiot, do którego odsyła się wszystkie menstruujące kobiety jako nieczyste. I byłoby to może ciekawe, gdyby nie fakt, że nasze bohaterki zadziwiająco łatwo dopasowują się do jakichkolwiek warunków, jakie przyjdzie im napotkać. Czy to połyskujący złotem pałac władcy Bayembe, czy bagienne szałasy Moulinów, po wstępnej konsternacji nasze dzielne badaczki świetnie wtapiają się w obcą kulturę (a przynajmniej na tyle, żeby wziąwszy pod uwagę pobłażanie tubylców dla dziwnych obcych, funkcjonować w miarę bezkonfliktowo). Trochę to spłyca przeżycia bohaterów.

Pozostaje jeszcze problem kolonializmu. Narratorka poświęca bardzo wiele miejsca na rozważanie, jaki wpływ na Bayembe może mieć założenie scirlandzkiej kolonii i przyjęcie wsparcia militarnego (Bayembe stoi u progu wojny z sąsiadami). Widzi, że mamy tu do czynienia z bardzo nierównomiernym podziałem wkładu i zysków, że lokalna ludność może w przyszłości zapłacić taką cenę za jednorazową w sumie pomoc, jakiej nie jest w stanie przewidzieć. I pewnie gdybym znała lepiej historię Imperium Brytyjskiego, byłabym w stanie wyłapać więcej nawiązań, ale że znam ja na poziomie „mieli dużo kolonii, których nie traktowali fair”, to nie będę dalej drążyć. Przyznam jednak, że bardzo wyprzedzające swój czas rozważania Izabeli zaczynały mnie trochę irytować, choć trudno odmówić im słuszności.

No i tak – z jednej strony jest to książka pełna rozczarowań, bo spodziewałam się czegoś innego (acz chyba czas pogodzić się z faktem, że wizja autorki mocno odbiega od moich oczekiwań. Albo przestać czytać). Z drugiej – jednak lubię bohaterów (nawet jeśli jest ich mało i wszyscy poza głównymi dostają tylko odrobinę czasu antenowego) i fajnie się to czyta (tu ukłony dla redakcji i przekładu – powieść miała dwie tłumaczki, ale zupełnie tego nie widać). Więc po kolejny tom raczej sięgnę. Ale Wy musicie zdecydować sami.
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Zysk i s-ka
 
Tytuł: Zwrotnik Węży
Autor: Marie Brennan
Tytuł oryginalny: The Tropic of Serpents (A Memoir of Lady Trent)
Tłumacz: Dorota Żywno, Danuta Górska
Cykl: Pamiętnik Lady Trent
Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Rok: 2018
Stron: 346

wtorek, 12 czerwca 2018

"Liga smoków" Naomi Novik



Zdaję sobie sprawę, że notka o ostatnim (czyli dziewiątym) tomie średnio popularnego fantastycznego cyklu nie wzbudzi raczej niczyjego zainteresowania (może poza kilkoma fanatykami takimi jak ja), ale ponieważ to zwieńczenie mojej absolutnie ulubionej opowieści o smokach, nie mogę jej nie napisać. Tak więc słów kilka o „Lidze smoków” Naomi Novik. Wybaczcie, będą drobne spoilery.

Ostatnio zostawiliśmy naszych bohaterów w Rosji, gdzie byli świadkami załamania się ofensywy Napoleona. Teraz wracamy do nich, kiedy gonią uciekające w kierunku Berezyny resztki Wielkiej Armii. Tym razem Napoleonowi udaje się uciec, ale wszyscy wiedzą, że jak tylko wróci do Paryża zacznie zbierać nową armię. Lawrence, wraz z towarzyszącym mu angielskim dyplomatą, dokładają więc wszelkich starać, żeby zawiązywać sojusze – trzeba wyprowadzić uderzenie wyprzedzające...

Tym razem Naomi Novik również ciska naszymi ulubieńcami z miejsca na miejsce, ale ogranicza się do Europy. Mamy satysfakcjonująca ilość scen batalistycznych, ale mnie osobiście najwięcej radochy sprawiały porównywania między początkiem a końcem.

Widzicie, w tym tomie możemy w pełnej krasie podziwiać, jak reformy Napoleona i Lien zmieniły życie francuskich smoków na lepsze. Wcześniej oczywiście widzieliśmy migawki i zapowiedzi, ale dopiero teraz autorka pokazała, jak to wygląda i jak świetnie chińskie standardy (czyli traktowanie smoków, było nie było istot inteligentnych, jak pełnoprawnych członków społeczeństwa a nie jak troszkę większą i droższą wersję konia kawaleryjskiego) sprawdzają się na bardziej konserwatywnym i zacofanym w tym względzie europejskim gruncie.

W Anglii też zachodzą pewne zmiany społeczne, ale niestety nie docierają do skostniałego parlamentu. Większość smoków ciągle zadowala się zarabianiem na usługach kuriersko-przewozowych, ale do niektórych dociera, że teraz jest ostatnia szansa, aby coś dla siebie wywalczyć. Jeszcze ciągle coś znaczą – póki trwa wojna, rząd będzie skory do ustępstw, licząc na pozyskanie wsparcia niewojskowej części populacji. Osobliwie poruszająca w tym kontekście wydała mi się scena rozmowy Temeraire'a z Perscitią (jedyną chyba brytyjską smoczycą aktywnie udzielającą się politycznie), w której smoczyca mówi naszemu bohaterowi, że zostało już niewiele czasu – ludzie niedługo wynajdą taką broń, która odeśle smoki do lamusa. Do Temeraire'a dociera wtedy, co ludzie są zdolni zrobić ze smokami, jeśli uznają je za niepotrzebne – napatrzył się na to w Rosji. To taka scena przebudzenia się świadomości, że nie można poprzestać na budowaniu pozycji społecznej jakiejś grupy na tylko jednym filarze, że stabilizacja jakiejkolwiek mniejszości musi mieć solidniejsze podstawy, bo inaczej nie jest prawdziwą stabilizacją i kiedyś mogą nadejść dni płonących pułapek, jeśli odpowiednio wcześniej nie zabezpieczymy swoich praw...

W zasadzie jedynym rozczarowaniem (w pewnym sensie) była tytułowa Liga Smoków. Wiecie, spodziewałam się mocnego uderzenia fabularnego, czegoś, co wyrwie mnie z butów. Tymczasem... cóż, zamiast rewolucji dostałam początek ewolucji. Co jest zdecydowanie bardziej prawdopodobne i tym bardziej irytujące, ze nie będzie nam dane podziwiać przebiegu tego procesu. To mogłoby być nawet ciekawsze niż powietrzne bitwy.

„Temeraire” to jeden z niewielu cykli, któremu dane było spokojnie dotrzeć do swojego naturalnego końca. Nawet jeśli autorka zechce kiedyś wrócić do tego uniwersum i opowiedzieć inne historie, to rozdział wojen napoleońskich i pewnego Cesarskiego smoka jest już zamknięty. To smutne, że nie spotkam się już z Temeraire'm. Ale ciągle mam jakąś tam nadzieję, że kiedyś wrócę do jego świata (choć raczej nie w najbardziej interesujący mnie okres; chciałabym coś bardziej współczesnego, tymczasem aktorka kiedyś przebąkiwała coś o starożytnym Rzymie).

Tytuł: Liga smoków
Autor: Naomi Novik
Tytuł oryginalny: League of Dragons
Tłumacz: Jan Pyka
Cykl: Temeraire
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2018
Stron: 494

wtorek, 13 marca 2018

"Skrzydła Ognia: Najjaśniejsza noc" Tui T. Sutherland

Wreszcie doczekaliśmy się zamknięcia pięcioksięgu o Smoczętach Przeznaczenia. To znaczy, zakończyliśmy główną historie pięciu smocząt z przepowiedni, bo jak dotąd autorka już zdążyła natłuc kolejne pięć tomów kontynuacji (tym razem głównym bohaterem każdego czyniąc postacie drugoplanowe głównej serii; chyba mają to u nas wydawać. I tak, będę to dalej czytać). Ostatnia narratorką została Słoneczko, „wybrakowana” Piaskoskrzydła członkini ekipy. Przyznam, że byłam bardzo ciekawa tego tomu, głównie dlatego, że narracja z punktu widzenia Słoneczka mogła być  nietypowa.

W zamieszaniu, jakie zostało wywołane ostatnimi wydarzeniami na wyspie Nocoskrzydłych, Słoneczko zostaje porwana. Udaje jej się co prawda uciec, ale poznawszy plany porywaczy, chce przeszkodzić w ich realizacji – w tym celu musi udać się na teren Piaskoskrzydłych. Czy idealistyczna, pogodna smoczyca bez szczególnych (żeby nie powiedzieć „żadnych”) umiejętności bojowych będzie w stanie dopiąć swego?

Tego tomu byłam ciekawa głównie dlatego, że tym razem narratorką miała być postać, której wcześniej prawie nie użyczano głosu. Słoneczko bowiem przez swoich przyjaciół była zawsze gremialnie ignorowana – łatwo ignorować kogoś, kto jest mały, cichy i wiecznie pogodny. Zwykle uważa się go za uroczego i niezbędnego dla równowagi w grupie, ale trochę bezużytecznego w chwilach, kiedy trzeba działać albo podejmować ważne decyzje. W „Najjasniejszej nocy” autorka na przykładzie Słoneczka pokazuje, jak bardzo frustrujące dla samego zainteresowanego może być tego typu podejście. Okazuje się, że mała smoczyca miałaby swoim przyjaciołom do zaoferowania znacznie więcej, niż mogliby podejrzewać – gdyby tylko dali jej dojść do słowa.

Słoneczko w czasie swojej samotnej przygody przechodzi swoistą przemianę. Teraz nadchodzi jej kolej na odnalezienie utraconej rodziny – dzięki temu bohaterka nabiera pewności siebie i może określić własne miejsce w świecie (poczucie tożsamości młodej smoczycy mocno ucierpiało na skutek rewelacji ujawnionych w poprzednim tomie). To subtelna przemiana, ale dzięki niej Słoneczko przestaje być ignorowana – uczy się, jak może przedstawiać własne racje tak, żeby ich wysłuchano. Młoda Piaskoskrzydła nie porzuca przy tym swojego idealizmu i pogody ducha – wręcz przeciwnie, łagodna natura i wrodzona skłonność do mediacji zamiast bijatyki sprawia, że nie tylko ocali własna skórę, ale też doprowadzi do finału całej tej kabały z przepowiednią.

Rozwiązanie głównego wątku fabularnego znajduję ciekawym – nie rozczarowałam się. Acz muszę przyznać, że od pewnego momentu rzeczy dzieją się zbyt szybko i rozwiązanie intrygi, która dojrzewała od pięciu tomów na właściwie kilkunastu stronach pozostawia pewien niedosyt. Można to było chyba trochę lepiej zrównoważyć.

Ogólnie „Skrzydła Ognia” to bardzo fajny cykl dla młodszego czytelnika. Polecam – gdybym miała jedenaście lat, byłabym zachwycona.


Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Skrzyła Ognia: Najjaśniejsza noc
Autor: Tui T. Sutherland
Tytuł oryginalny: Wings of Fire. Book Five: The Brightest Night
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Skrzydła Ognia
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2018
Stron: 294

środa, 18 października 2017

"Skrzydła Ognia: Mroczny sekret" Tui T. Sutherland

Minęło sporo czasu, odkąd ostatnio odwiedziłam Pyrrię. Wydawnictwo zafundowało fanom serii ponad roczną przerwę i to w dość niefortunnym miejscu, bo ostatnio skończyło się cliffhangerem. Mnie osobiście poprzedni tom trochę rozczarował, ale muszę przyznać, że historia Gwiezdnego Lotnika (bo to z jego perspektywy poznajemy wydarzenia „Mrocznego sekretu”) to zupełnie nowa jakość. Autorka strzeliła z grubej rury.

No i UWAGA, SPOILERY! Głownie do tej, ale i do poprzednich części.

Gwiezdny Lotnik został porwany przez swoich pobratymców, Nocoskrzydłe, do ich tajemniczego królestwa. Co prawda okoliczności przybycia nie były najszczęśliwsze, a pierwsze wrażenie nie nastraja optymistycznie, ale młody smok ciągle ma nadzieję, że jego rodzaj okaże się tak wspaniały, jak mówią  ukochane zwoje. Przecież przerażający, wredny i okrutny Wieszcz (jedyny przedstawiciel własnego gatunku, jakiego Lotnik kiedykolwiek poznał) nie może być reprezentatywny, prawda?

Jak dotąd autorka, przedstawiając nam społeczności poszczególnych gatunków smoków zamieszkujących Pyrrię, była raczej umiarkowana. Owszem, każda miała swoje wady, swoją niekoniecznie pozytywną charakterystykę i często okrutne obyczaje, ale szczerze mówiąc, nie było to nic, czego nie możnaby się spodziewać po fantasy dla młodszego czytelnika (znaczy, są krwawe walki między smokami i padają trupy, ale dla mnie to nie jest nic, czego bym się nie spodziewała po akurat tym cyklu…). Tymczasem teraz… cóż, stworzyła nacjonalistów.

Społeczność Nocoskrzydłych ma dwa główne problemy. Pierwszy (i jedyny, jaki zauważają), to fakt, że ich królestwo umiera. Wyspa, na której dotąd mieszkały, została jakieś dziesięć lat wcześniej zmieniona w pustkowie przez wybuch wulkanu, więc przetrzebiona populacja smoków głoduje, a z powodu zanieczyszczenia powietrza pyłem i wyziewami wciąż aktywnego wulkanu wykluwa się niewiele młodych. Zrozumiałe, że w takich warunkach smoki będą desperacko poszukiwać przestrzeni do życia. I każde rozwiązanie dające szanse na sukces będzie dobre. Nawet jeśli obejmuje wybicie i zniewolenie (w dowolnej kolejności i proporcjach) innego ze smoczych gatunków.

Przy czym to samo w sobie nie jest dziwne – potrafię zrozumieć desperację narodu, który za wszelką cenę chce znaleźć takie miejsce do życia, które nie zabija ich dzieci. Ale Nocoskrzydłe są przy tym głęboko przekonane o swojej wyższości nad innymi smokami. Wierzą, że mają prawo je wykorzystywać i traktować instrumentalnie, że są nadsmokami, których naturalnym przeznaczeniem jest rozkazywać każdemu, komu chęć rozkazywania wyrażą. Mamy więc scenkę że smoczym odpowiednikiem doktora Mengele, który każe porywać i torturuje łagodne Deszczoskrzydłe, aby prowadzić badania nad ich jadem – przy czym traktuje swoje prawo do poświęcania innego rodzaju smoków w imię nauki jako oczywistość. Kiedy Gwiezdny Lotnik zwraca mu uwagę, że jest de facto katem, naukowiec jest głęboko wstrząśnięty. Wychowano go w przekonaniu, że inne smoki można traktować jak zwierzęta laboratoryjne i potrzeba było kogoś z zewnątrz, żeby zauważyć, że coś tu jest nie tak. Owszem, organizująca walki gladiatorów między pojmanymi jeńcami królowa Nieboskrzydłych też była okrutna, ale było to prymitywne okrucieństwo silniejszego - który wie, że kiedyś już może silniejszy nie być, ale tymczasem cieszy się chwilą. Tutaj mamy okrucieństwo systemowe, wynikające z głębokiego przeświadczenia o własnej wyższości,uświęcającej wszelkie występki.

I w takie otoczenie tafia idealistyczny Gwiezdny Lotnik. Który naczytał się w (pisanych oczywiście przez Nocoskrzydłe) zwojach o wspaniałości i rozlicznych zaletach własnej rasy. Który dodatkowo jest bierny z natury, brak mu przebojowości, a jego sposób radzenia sobie z problemami polega na czekaniu, aż same się rozwiążą. I któremu brutalne zderzenie z rzeczywistością uświadomi, że tym razem musi działać, bo dojdzie do katastrofy, której konsekwencje poniosą dwa smocze gatunki. Przyznam, że w przeciwieństwie do poprzednich tomów "Mroczny sekret" nie mówi nam, jaka przemiana zaszła w jego głównym bohaterze - końcowe wydarzenia powieści były dla Lotnika bardzo traumatyczne i pewnie dopiero w kolejnej części dowiemy się, jakie ostatecznie wywarły na nim piętno. Widać, że autorka powoli odchodzi od prostego schematu weryfikacji dziecięcych marzeń swoich bohaterów i zaczyna stawiać na ich dojrzewanie jako proces, nie akt (co było zasygnalizowane już w poprzedniej części).

Z pewnością jest to tom bardziej udany niż poprzedni: dzieje się więcej, a i ciężar wydarzeń zdaje się bardziej znaczący dla fabuły całości cyklu. Bardzo przyjemnie czyta mi się o młodych smokach. I chętnie będę czytać kolejne tomy.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag

Tytuł: Skrzyła Ognia: Mroczny sekret
Autor: Tui T. Sutherland
Tytuł oryginalny: Wings of Fire. Book Four: The Dark Secret
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Skrzydła Ognia
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 278

czwartek, 14 września 2017

"Ogień przebudzenia" Anthony Ryan

Jak wiadomo, każda książka, która oferuje smoki, wzbudza moje automatyczne zainteresowanie. Nie inaczej było z nowym cyklem Anthony’ego Ryana (znanego u nas z trylogii „Kruczy Cień”, z którą też mam zamiar się kiedyś zapoznać). I owszem, smoki są i to dużo, nawet w ciekawych ujęciach, ale o tym później. Co mnie uderzyło, to wiele punktów zbieżnych między prozą Ryana i Sandersona – i pozwólcie, że sobie te punkty zbieżne przy okazji niniejszej recenzji poomawiam.

Żelazny Syndykat Handlowy ma problem – smocza krew, na której oparł swoją ekonomiczną (a więc i każdego innego rodzaju) potęgę, zaczyna być coraz trudniejsza do zdobycia: wydajność hodowli drastycznie spada, a koszty odławiania dzikich smoków wszystkich czterech znanych gatunków (Czarnych, Czerwonych, Zielonych i Niebieskich) rosną w tempie wykładniczym. Oczywiście nie jest to informacja, która może przedostać się do szerszego audytorium (bo Cesarstwo Corvuskie tylko czeka na okazję do ataku). Należy przedsięwziąć odpowiednie kroki zaradcze. I Zarząd Syndykatu podejmuje: w nadziei na odkrycie piątego, legendarnego gatunku, wysyła ekspedycję do Interioru, a aby ekspedycja wiedziała, gdzie właściwie ma się udać, wysyła też agentkę z równoległą misją pozyskania tajemniczego artefaktu, którzy rzekomo wskazuje położenie terenów zamieszkanych przez legendarne Białe. Żadna z zainteresowanych stron nie wie jednak, jakie konsekwencje przyniosą ich działania.

Autorowi udało się stworzyć interesujący świat przedstawiony – coś na kształt steampunkowego cyberpunku. „Cywilizowany” świat jest podzielony między wpływy ponadnarodowych korporacji i jedyne ale za to zajmujące cały kontynent, absolutystyczne Cesarstwo Corvuskie, a wszystko to w dekoracjach plus-minus dziewiętnastowiecznych. Przy czym widać, że jest to konstrukcja głęboko przemyślana i bardzo złożona. Ryan poświęca wiele narracyjnej energii, aby odmalować nie tylko zróżnicowanie etniczno-kulturowe w momencie trwania akcji, ale też zasugerować, że przed akcją było ładne kilka tysięcy lat historii z licznymi, czekającymi na zbadanie białymi plamami. Mamy więc nie tylko bohaterów o zróżnicowanym wyglądzie (czekam na narzekania na tą straszliwą poprawność polityczną) i mówiących różnymi językami, ale też wywodzących się z rozmaitych kultur (co rzadsze, autor wspomina o konfliktach między tymi różnego pochodzenia bohaterami mających korzenie we wspólnej, czasem bardzo nieprzyjemnej historii). Właśnie ten zróżnicowany świat i jego zagadki jest główną osią napędową fabuły.

I to między innymi (poza upodobaniem do opasłych tomiszczy) łączy powieść Ryana z pisarstwem Sandersona – dobre światotwórstwo i wykorzystywanie tego światotwórstwa nie tylko jako fajnych dekoracji, ale też osi napędowej fabuły. Poza tym system magiczny opisany przez Ryana jest bardzo podobny do sandersonowej allomancji z cyklu „Ostatnie Imperium”. W obu przypadkach polega ona na wykorzystaniu rzadkich, wrodzonych zdolności, które pozwalają „spalić” zażyty wcześniej eliksir (u Sandersona była to zawiesina drobinek metalu, u Ryana ekstrakt ze smoczej krwi) i w zależności od rodzaju tego eliksiru uzyskać różne nadnaturalne moce na czas określony. To nie są jedyne podobieństwa, ale moim skromnym zdaniem wszystko inne Ryan zrobił lepiej.

Weźmy taką narrację. Podczas gdy czytając właściwie wszystkie grubsze powieści Sandersona miałam ochotę sporo powycinać (serio, naprawdę nie trzeba co kilka rozdziałów przez kilka stron przypominać czytelnikowi, jakież to rozterki przeżywa bohater, zwłaszcza, kiedy nic się w temacie nie zmienia), u Ryana nie jestem w stanie wskazać żadnego zbędnego elementu, żadnej dłużyzny. Obaj panowie stosują narrację trzecioosobową z perspektywy bohatera i znowu Ryan robi to lepiej – potrafi zróżnicować sposób narracji w zależności od możliwości konkretnego bohatera i jego sposobu odbierania świata. Na przykład agentka specjalna zwraca uwagę na gestykulację i drobne tiki rozmówcy, ponieważ może jej to wiele zdradzić o jego zamiarach i narracja o nich wspomina. Za to były rzezimieszek czy żołnierz kompletnie na takie niuanse uwagi nie zwracają i w ich przypadku narrator koncentruje się na czymś innym.

Co wychodzi Ryanowi nadzwyczaj dobrze, to prezentacja kobiet. „Ogień przebudzenia” to jedna z naprawdę nielicznych powieści fantasy, w których nie tylko mamy istotną główną bohaterkę (to akurat nie jest wcale takie rzadkie), ale też narrację poprowadzoną w ten sposób, żeby pokazać czytelnikowi, że świat nie składa się wyłącznie z robiących rzeczy mężczyzn i kryjących się gdzieś na nieistotnym uboczu kobiet (tu może mały disclaimer: ja naprawdę nie uważam, że pisarze i pisarki świadomie piszą opowieści z jedynym takim żeńskim płatkiem śniegu osadzonym wśród mających moce sprawcze mężczyzn i robiących za tło kobiet. Tylko że większość chyba najzwyczajniej w świecie nie ma pomysłu na sensowne bohaterki drugo- i trzecioplanowe, więc ich nie pisze. Co skutkuje tym, że na kilkuset stronach mamy nadreprezentację bohaterów męskich przy braku lub pretekstowych/ledwie wspominanych bohaterach żeńskich. I o ile w stosunkowo krótkich, kameralnych na dobrą sprawę utworach jestem w stanie to zrozumieć – bo objętość powieści ogranicza możliwość ekspozycji – to przy ogromnych kolubrynach na prawie tysiąc stron już nie bardzo). Z trójki wiodących postaci jedna jest kobietą i jej właśnie najbliżej do tej typowej Silnej Postaci Kobiecej – to taki James Bond swoich czasów w spódnicy, postać świetnie napisana, ale w sumie dość przewidywalna. Ale nie jest jedyną zarysowaną postacią kobiecą w swoim wątku – autor zdołał bowiem stworzyć też dalszoplanowe, ale pełnokrwiste postacie płci obojga, których mimo braku jakiejś szczególnej fabularnej roli czytelnik nie traktuje jako dekoracji. I takich pełnokrwistych bohaterów dalszych planów jest w książce mnóstwo – właśnie płci obojga, bo stosunek jest wyrównany. A to zaskakująco rzadkie.

Głowni bohaterowie, z których perspektywy obserwujemy wydarzania, to były złodziejaszek, agentka specjalna i oficer marynarki wojennej Syndykatu. Każda z tych perspektyw tworzy właściwie własną powieść (jeśli o oficera chodzi, to właściwie jest to tylko przedstawienie postaci, bo zakończenie sugeruje, że większą rolę będzie miał do odegrania dopiero w kolejnym tomie). I tak były złodziejaszek, Claydon Torcreek, pozwala nam za swoim pośrednictwem poznać przygodową opowieść o wyprawie w nieznaną dzicz – coś jak pamiętniki dziewiętnastowiecznych angielskich podróżników, tylko te bardziej podkoloryzowane. Przy czym mam wrażenie, że jest postacią najbardziej statyczną – owszem, dojrzewa do podjęcia ogromnej odpowiedzialności, ale już na początku autor wyraźnie sugerował, że takie odruchy nie są mu obce. Poza tym jest po prostu sympatycznym chłopakiem, który trochę się w życiu pogubił. Na wyprawę w dziki Interior Clay wybrał się ze stryjem i jego kompanią najemników, która sama w sobie stanowi mieszaninę barwnych postaci, a w trakcie opowieści jeszcze kilka się znajduje (między innymi smok. Czarny z błękitnymi oczami. Czy to tylko moje wrażenie, że odkąd Novik stworzyła Temeraire’a, każdy czarny smok musi mieć niebieskie oczy?). Agentka, o której wspominałam w poprzednim akapicie to właśnie taka kobieta osadzona w typowo męskiej roli (z naszej perspektywy, bo akurat w tym uniwersum kobieta szpieg to nie nowina), poza tym jest bardzo aktywną, mająca ogromny wpływ na bieg wydarzeń postaci. Przechodzi najbardziej złożoną metamorfozę – z bezgranicznie ufającej przełożonym, oddanej agentki, w kobietę, która wreszcie zaczyna dostrzegać potencjalne niebezpieczeństwo drzemiące we wpojonych jej ideałach. Najmniej wiemy o poruczniku Hilemore – ale dowiemy się pewnie znacznie więcej w kolejnym tomie.

Kilka słów o smokach, no bo gdzieżby nie. Na początku czytelnik poznaje je jako zwykłe, choć cwane zwierzaki bez szerszych możliwości intelektualnych, jednak z biegiem wydarzeń okazuje się, że to złudne wrażenie. Sam autor wykorzystuje je po trosze jako metaforę zgubnych sił natury. Z jednej strony gospodarka nie może sobie bez tego dobra poradzić (rozpaczliwa sytuacja Syndykatu), a kiedy już wyeksploatowała źródło do granic, zaczęła szukać nowych, ignorując niebezpieczeństwa z tym związane.

Przyznam szczerze, że „Ogień przebudzenia” spodobał mi się bardziej, niż się spodziewałam. Bogaty świat, sympatyczni bohaterowie, fajne smoki, intrygujące zagadki – czego chcieć więcej? Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Ogień przebudzenia
Autor: Anthony Ryan
Tytuł oryginalny: The Waking Fire
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Draconis Memoria
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 712

piątek, 29 lipca 2016

"Skrzydła Ognia: Ukryte królestwo" Tui S. Sutherland

Jestem po lekturze trzeciego tomu „Skrzydeł Ognia”. Dla tych, którzy nie wiedzą, o co chodzi, wyjaśniam – jest to cykl o przygodach piątki młodocianych wybrańców (przeznaczony dla młodszych miłośników fantastyki), mających według przepowiedni zakończyć trwającą od wielu lat wojnę. Zasadniczo od wielu innych cykli tego typu różni się tym, że wybrańcy są smokami. Akurat trzeciego tomu byłam ciekawa, bo opowiadać ma o nieco wyalienowanej, izolującej się od grupy członkini zespołu, której właściwie nie powinno w nim być. Brzmi ciekawie, prawda? Cóż, przyznam, że nieco się rozczarowałam.

Po ucieczce z pałacu w Królestwie Morza, nasze dzielne smoczęta udały się do Królestwa Lasu Deszczowego w nadziei, że uzyskają pomoc dla rannego towarzysza. Gloria jest bardziej podekscytowana od reszty, ponieważ nareszcie będzie mogła zobaczyć dom swojego plemienia i spotkać towarzystwo własnego rodzaju. Deszczoskrzydłe mają na całym świecie opinię leniwych, bezużytecznych pacyfistów, ale młoda smoczyca liczy na to, że opinie są mocno przesadzone. Czy pobratymcy ją rozczarują?

Ja wiem, że to powieść dla dzieci, ale miałam pewne oczekiwania. Widzicie, Gloria jest w specyficznej sytuacji – przepowiednia o niej nie mówi. Owszem, wykluła się odpowiedniego dnia, ale o jej gatunku nikt nie wspominał. Dlatego przez dwa poprzednie tomy była kreowana na postać nieco izolującą się od grupy, nie dlatego, że grupa ją odrzuca, ale dlatego, że smoczyca czuła, że do niej nie należy (pomimo szczerych zapewnień przyjaciół). Liczyłam, że w tomie poświęconym Glorii (bo to z jej perspektywy prowadzona jest narracja w „Ukrytym królestwie”) będzie o tym wyalienowaniu i próbach szukania miejsca w grupie trochę więcej. Tymczasem autorka wolała się raczej skupić na plemieniu Glorii, niż na niej samej.

Same Deszczoskrzydłe jawią mi się jako grupa łuskowatych hippisów. To brzydzący się przemocą pacyfiści, wychowujący dzieci wspólnotowo i nie zakładają rodzin (nawet używki mają – słońce działa na nie mniej więcej tak, jak na ludzi trawka). Autorka na ich przykładzie próbowała chyba pokazać, że egzystowanie tak pokojowo nastawionej społeczności, mającej na dodatek w głębokim poważaniu to, co się dzieje poza ich lasem, jest głęboko niewłaściwe i do niczego dobrego nie prowadzi, podobnie jak głęboka niefrasobliwość. Owszem, mają swoje zalety (Deszczoskrzydłe wszystkie konflikty rozwiązują pokojowo i bez ofiar oraz opiekują się tymi członkami społeczności, którzy takiej opieki wymagają – czego nie można powiedzieć o wszystkich smoczych nacjach), ale głęboki pacyfizm i odcięcie od świata sprawia, że leśne smoki są nie tylko bezbronne wobec niebezpieczeństwa, ale także zupełnie go nieświadome. Cóż, jak dla mnie ten motyw znacznie lepiej rozegrała Dorota Terakowska w „Córce czarownic”.

„Ukryte królestwo” to właściwie jedyny jak dotąd tom w cyklu, który nie oferuje zamkniętego zakończenia. Poprzednio, mimo iż istnienie ciągu dalszego powieści było oczywiste, mieliśmy do czynienia z zamkniętymi rozdziałami. Teraz przerwano nam lekturę w połowie opowieści. Cóż, mimo drobnego rozczarowania, kolejna część zapowiada się o wiele ciekawiej i może nieco rozjaśni nam tę część intrygi, która znacząco wykracza poza jednotomowe rozdziały (a i ona nabiera rumieńców). Czekam.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Skrzyła Ognia: Ukryte królestwo
Autor: Tui T. Sutherland
Tytuł oryginalny: Wings of Fire. Book Three: The Hidden Kingom
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Skrzydła Ognia
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 284

wtorek, 19 kwietnia 2016

"Skrzydła Ognia: Zaginiona sukcesorka" Tui S. Sutherland

Za mną drugi tom „Skrzydeł Ognia” (o pierwszym pisałam tutaj). Tym razem wydarzenia poznajemy z perspektywy Tsunami, co wymusza drobne zmiany. W przeciwieństwie do Łupka, który był prostolinijnym, niewinnym przytulakiem Tsunami bardziej przypomina zadziorną nastolatkę z pierwszymi objawami buntu dorastania. Ale jej historia pozostaje zajmująca. Ach, recenzja zawiera drobne spoilery względem tomu pierwszego.

Po wydarzeniach ze „Smoczego proroctwa” grupa przyjaciół postanawia, skoro już znaleźli się blisko brzegu, odnaleźć rodzinę Tsunami, morskiej smoczycy. Wiedzą już, że pochodzi ona z królewskiego rodu, liczą więc, że w pałacu znajdą schronienie, a sama Tsunami bardzo pragnie poznać matkę i konstruuje sobie w myślach jej idealny obraz. Czy marzenia wygrają konfrontację z rzeczywistością?

Drugi tom cyklu, jak zwykle w tego typu seriach bywa, ma spory walor krajoznawczy – poznajemy w nim Królestwo Morza. Dowiadujemy się sporo o zwyczajach Morskoskrzydłych, o smoczej rodzinie królewskiej i organizacji państwa. Dowiadujemy się też, ze Smoczętom Przeznaczenia towarzyszy intryg, której nie są świadome co dodatkowo dodaje cyklowi głębi.

Tsunami jest bardzo ciekawą narratorką – gdyby była człowiekiem, byłaby nastoletnią chłopczycą, dobrą, ale krnąbrną i narwaną (wygląda też na to, że jest bardziej rozwinięta od swoich przyjaciół, bo podczas gdy Łupka czy Słoneczko możnaby porównać do dzieciaków dziesięcioletnich, Tsunami zdaje się mieć jakieś czternaście lat). Uważa się za wojowniczkę i często najpierw działa, a potem myśli, co niekoniecznie zyskuje jej przychylność przyjaciół. Ona sama w głębi duszy wie, że nie zawsze ma rację (a w trakcie wydarzeń przedstawionych w książce dojrzewa na tyle, by zdobyć się na przyznanie tego przed samą sobą), ale postępować inaczej dopiero będzie musiała się nauczyć. 

Dla mnie najciekawszą częścią fabuły były interakcje Tsunami i jej matki (pozostałe smoczęta przeznaczenia zostały mocno zmarginalizowane w „Zaginionej sukcesorce” i właściwie nie spełniają znaczącej roli fabularnej). Młoda smoczyca musi skonfrontować swoje idealne wyobrażenie z rzeczywistością. Autorka przedstawiła tutaj w skondensowanej formie ten aspekt dojrzewania, kiedy dzieci zaczynają zauważać, że ich rodzice nie są idealni (i ja się może na dzieciach nie znam ale wydaje mi się, że dla docelowych odbiorców „Skrzydeł Ognia” na poruszenie tego aspektu jest jeszcze trochę za wcześnie. Ale mogę się mylić). Tsunami dostrzega (a może to jednak czytelnik? Bo zarzuty nie są wypunktowane wprost, Sutherland sporo zostawia w gestii czytelnika), że jej matka mimo że z pewnością jest dobra, nie jest takim ideałem, jakim maluje się w swoich książkach. Poza tym bywa zaborcza i nadopiekuńcza co niesfornej smoczych niezbyt odpowiada. Niemniej, Tsunami bardzo dojrzale (mogłabym powiedzieć, że nieadekwatnie dojrzale, jeśli wziąć pod uwagę dotychczas budowany charakter postaci) przyjmuje wszystkie wydarzenia, jakie na nią spadają.

Tak na marginesie, właśnie zauważyłam, że Sutherrland sporo miejsca poświęca na relacje matek z córkami – w poprzednim tomie też znalazł się taki motyw, choć nie dotyczył żadnej z głównych postaci. To interesujące, bo rzadko spotykane w, było nie było, przygodowych powieściach dla dzieci i młodzieży. Są to często relacje problematyczne, choć spłycone na potrzeby młodszych czytelników czy też tylko sygnalizowane, niemniej zawsze nakreślone trafnie i dość realistycznie.

Ciągle uważam, że w kategorii fantastyki dla młodszego czytelnika „Skrzydła Ognia” winny zając wysoką pozycję. Fajnie się to czyta, nawet rodzice czytający dzieciom nie powinni się nudzić.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag

Tytuł: Skrzyła Ognia: Zaginiona sukcesorka
Autor: Tui T. Sutherland
Tytuł oryginalny: Wings of Fire. Book Two: The Lost Heir
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Skrzydła Ognia
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 266

piątek, 26 lutego 2016

"Skrzydła Ognia: Smocze proroctwo" Tui T. Sutherland

Od czasu do czasu zdarza się, że Mag wydaje książki dla dzieci (lub też młodszej młodzieży. W każdym razie, chodzi o odbiorców nieco młodszych niż ci, do których kieruje się książki young adult). Kiedy w zapowiedziach pojawił się pierwszy tom „Skrzydeł ognia”, sama momentalnie poczułam się dzieckiem. Bo cóż może być bardziej fascynującego dla niżej podpisanej niż książka, której głównymi bohaterami są smoki?

Fabularnie mamy tu typowe fantasy. Oto piątka wybrańców z przepowiedni, wychowanych w odosobnieniu i obarczonych misją uratowania świata (w tym przypadku konkretnie mają zakończyć wieloletnią wojnę. Swoją szosą, dwudziestoletnia smocza wojna przy naszej wojnie stuletniej czy Dwóch Róż nie wygląda jakoś szczególnie imponująco. W każdym razie nie aż tak, żeby wymagała przepowiedni). Wybrańcy jednak, jak to młodzież, postanawiają się nieco przedwcześnie wyrwać spod skrzydeł opiekunów. I tu zaczynają się problemy.

Diabeł (tutaj raczej diabełek) tkwi jednak w szczegółach. Pomijając fakt, że wybrańcami (jak i pozostałymi bohaterami powieści) są smoki, od samego początku nie wszystko idzie zgodnie z planem. Jaja Nieboskrzydłych (jednego z siedmiu smoczych plemion) nie udało się dostarczyć zgodnie z proroctwem, więc piąty smoczek jest raczej z łapanki niż z przepowiedni. Poza tym młodzież rosnąca od wyklucia w izolacji nie jest zbyt dobrze przygotowana do konfrontacji ze światem zewnętrznym – nie za bardzo wiedzą, jak zachowywać się wśród innych smoków i czego można się po nich spodziewać (a nadmienić należy, że nie wszyscy zainteresowani są rychłym końcem wojny. Zwłaszcza, że przepowiednia mówi o śmierci niektórych królowych). Ale najgorsze jest to, że nigdzie nie wspomniano, jak właściwie banda dzieciaków ma zakończyć wojnę.

„Smocze proroctwo” jest wyjątkowe o tyle, że zamiast trójki bohaterów (jak to przeważnie w młodzieżówkach) mamy ich pięcioro. Pozwala nam to obserwować przeróżne relacje w grupie. Głównym bohaterem tego tomy jest Łupek (na okładce; jak sądzę, ilustracja będzie przedstawiać główne postacie także w kolejnych tomach) – samiec z plemienia Błotoskrzydłych. Jak przystało na przedstawicieli jego rasy, jest największy i najsilniejszy w grupie. Ale wojownik z niego kiepski, bo serce ma złote a zapędy raczej opiekuńcze niż bojowe. Z czego wynikają jego rozterki, bo bardzo chciałby chronić przyjaciół, ale nie potrafi. Łupek wyrasta na nieformalnego lidera grupy, który przedkłada dobro przyjaciół ponad własne. I choć jest pełny wątpliwości co do swoich kompetencji i zdolności, reszta dość naturalnie i bez zbędnych deklaracji oddaje się pod jego opiekę.

A na początku ksiązki jest tak oto ilustrowana rozpiska smoczych ras.:)
„Reszta” też jest dość barwną grupą (i nie tylko o kolory łusek tu chodzi). Po Łupku, najbardziej znaczącą postacią wśród smoczą przeznaczenia jest Tsunami z Morskoskrzydłych. To urodzona wojowniczka, ale przy tym niepozbawiona rozsądku. Nocny Lotnik z Nocoskrzydłych pełni rolę „tego mądrego” – taka męska Hermiona, tylko bez jaj (tych metaforycznych), bo Lotnik na chwilę obecną kompletnie nie ma charyzmy i stanowi raczej tło. Podobnie ze Słoneczkiem z Piaskoskrzydłych, której przypadła rola radosnego promyczka. Jest o tyle ciekawsza od Nocnego Lotnika, że wykluła się wybrakowana. Powinna stanowić znaczną siłę bojową w ekipie, tymczasem jest niewyrośnięta i niejadowita, w przeciwieństwie do innych przedstawicieli swojej rasy. Ostatnia z piątki jest Gloria, smoczek nie ujęty w przepowiedni, a dosztukowany naprędce, żeby stan ilościowy się zgadzał. Gloria jest ciekawą postacią, dość przebiegłą, ale żyjącą dotąd w przeświadczeniu, że nie spełnia pokładanych w niej oczekiwań i jest piątym kołem u wozu. Z tego powodu dystansuje się do reszty smocząt, choć one traktują ją jak członka grupy. 

Autorka potrafi przedstawiać rożne charaktery. Co prawda jej bohaterowie z konieczności są nieco uproszczeni, ale spektrum ich motywacji i uczuć pozostaje zaskakująco bogate jak na powieść dla dzieci. Przy czym smoki są jednak dość brutalne – wielu bohaterów dalszoplanowych czy epizodycznych ginie (w końcu sporo miejsca w fabule poświęcono walkom na arenie). Dzięki temu widać ich odrębność gatunkową (smoków, w sensie). Są znacznie bardziej egoistyczne niż uchodzi to w ludzkim społeczeństwie, wiele konfliktów rozwiązuje się poprzez walkę (a sceny walk są opisywane bardzo sugestywnie, więc nie wiem, czy książka nadaje się dla młodszych czy wrażliwych dzieciaków). Nie należy się jednak obawiać, że młody czytelnik wyniesie z lektury jakieś złe wzorce.

Okładka niemiecka. Chyba moja ulubiona.
Podoba mi się też świat wykreowany na potrzeby powieści. Jak wspominałam, mamy tam siedem ras smoków, tworzących społeczności o matriarchalnej strukturze, na czele których stoją królowe. Autorka każdej rasie przyporządkowała odrębne cechy, umiejętności i biologię, co bardzo się chwali. Taka dbałość o szczegóły niestety nie jest w powieściach dla dzieci oczywista, a Pyrria nie odstaje pod względem złożoności od przeciętnej Krainy fantasy. Przy czym rasy te prowadzą między sobą polityczne gierki, toczą wojny i borykają się z problemami tylko sobie właściwymi. Mogłabym się przyczepić, że podział jest zbyt oczywisty, że rodem z najbardziej oklepanych systemów RPG, ale się nie przyczepię. Bo to działa, zwłaszcza w połączeniu z pełnowymiarowymi (choć przykrojonymi do możliwości młodszego czytelnika) bohaterami.

Poza tym, to jest naprawdę świetnie wydana książka. Twarda oprawa, szyte kartki, wstążka-zakładka. Ilustracja na okładce w stylu disnejowskim może lekko kiczowata, ale przynajmniej od razu widać, dla kogo książka jest. Tłumaczenie też przyzwoite, choć tłumaczka musiała się nieco nagimnastykować, bo imiona postaci są znaczące i trzeba je było przełożyć, uwzględniając płeć bohaterów (i tak samiec Clay został Łupkiem, choć powinien był Gliną).

Podsumujmy może, bo nie wiem, czy wyraziłam się dosyć jasno. „Smocze proroctwo” to niewątpliwie książka dla dzieci (i młodszej młodzieży), ale czyta się to fenomenalnie. Ma świetnie skonstruowanych bohaterów o indywidualnych cechach i problemach, ma bardzo wartką akcję, która nie pozwoli się nudzić nawet najbardziej niecierpliwemu czytelnikowi i ma świetne smoki. Krótko mówiąc ma wszystko, co najlepsze. Nawet biorąc pod uwagę, że na target jestem o ładnych parę lat za stara, chcę więcej. Dużo więcej. Teraz.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.



Tytuł: Skrzyła Ognia: Smocze proroctwo
Autor: Tui T. Sutherland
Tytuł oryginalny: Wings of Fire. Book One: The Dragonet Prophecy
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Skrzydła Ognia
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 284

piątek, 8 stycznia 2016

"Powietrzny korsarz" Piotr Wałkówski

Miałam straszny dylemat, czy w ogóle zapoznawać się z tą książką. Cykl „Temeraire” należy do moich ulubionych, więc coś tak silnie nim inspirowanego to ogromna pokusa. Główny problem stanowiła moja nieufność wobec fanfików (i wobec wszelkich form selfpublishingu i innego vanity. Choć przyznam, że książki o takiej tematyce raczej żadne normalne wydawnictwo by autorowi nie wydało). Niestety, dziwaczność pomysłów ich twórców jest zwykle odwrotnie proporcjonalna do umiejętności pisarskich. W przypadku „Powietrznego korsarza” również mieliśmy do czynienia z dziwacznym pomysłem, aby głównym bohaterem uczynić hybrydę człowieka i smoka (dla tych, którzy nie wiedzą – w świecie Novik nie ma magii, po prostu jest dodatkowy takson w przyrodzie, czyli smoki. Stworzenie takiej międzygatunkowej hybrydy jest więc równie karkołomne, co u nas skrzyżowanie człowieka z, na przykład, krokodylem). Niemniej, skoro zdecydowałam się czytać, to nie ma na co narzekać – albo się bierze wszystko z dobrodziejstwem inwentarza, albo się nie bierze w ogóle.

Zanim przejdziemy do głównej treści, chciałabym jeszcze kilka kwestii uściślić. Zakładam, że skoro książka została wydana, to autor wszelkie sprawy związane z prawami autorskimi do postaci i uniwersum załatwił jak należy, więc wszelkie wątpliwości na ten temat proszę kierować do niego. Poza tym chciałam zadeklarować, że jestem kanon nazi, czyli tym rodzajem czytelnika, dla którego zgodność z dziełem kanonicznym jest podstawowym warunkiem zaistnienia jakiegokolwiek dzieła fanowskiego, więc bardzo bacznie będę zwracać na to uwagę (wyjąwszy te rzeczy, które ze względu na koncepcję autora musiały zostać zmienione – sam fakt istnienia hybrydy na przykład – i te, o których autor wiedzieć nie mógł, bo pojawiły się w późniejszych tomach cyklu). Z racji tego recenzja będzie zawierać spoilery, ale wszystkie istotne odpowiednio oznaczę. Choć, paradoksalnie, mam wrażenie, że lepiej się tę powieść czytało osobom, które cyklu Novik nie znały (do zrozumienia fabuły nie jest to niezbędne). Kolejna rzecz, to fakt, że uniwersum tego cyklu jest głęboko powiązane z naszą historią, ergo naszą historię właśnie będę uznawać za odnośnik, na zasadzie, że jeśli czegoś nie było w kanonie, należałoby to zrobić zgodnie z wiedzą historyczną. I nie ma, że boli.

Akcja „Powietrznego korsarza” rozgrywa się ładnych parę lat po zakończeniu wojen napoleońskich, czyli także po zakończeniu kanonicznego cyklu (ile konkretnie, nie wiadomo, bo ostatni tom dopiero w drodze). W wyniku zrządzenia losu, w ręce brytyjskich sił powietrznych trafia jajo rzadkiej rasy smoka, tej samej, do której należy Temeraire. Jakież jest zaskoczenie wszystkich, kiedy zamiast spodziewanego Niebiańskiego, wykluwa się z niego dziwaczna, gadzio-ludzka hybryda. Mały wybiera sobie imię Nestor, mieszka i dorasta w bazie lotniczej, dopóki w dość dziwnych okolicznościach nie musi z niej wraz z Temerairem uciekać. W skutek czego nasi drodzy przyjaciele zostają włączeni do udziału w powstaniu listopadowym.

Na początku może zaczniemy od tego, czego mi tu brakowało, jako czytelniczce i fance cyklu. Przede wszystkim, brakowało mi tu kobiet. Widzicie, w innym wypadku brak postaci kobiecych dałoby się obronić, bo wojsko i XIX wiek są średnio z kobietami kompatybilne. Ale Naomi Novik sporo się nagimnastykowała, żeby to obejść, w związku z czym w kanonie mamy całkiem sporo sensownych kobiet, nie tylko ludzkich, ale i smoczych. Tymczasem autor poszedł na łatwiznę i sobie bohaterki odpuścił. Ja rozumiem, że w konserwatywnej Kongresówce mogłoby być ciężko babę z wojskiem pożenić, ale żeby w kryjówce tytułowych korsarzy nie znalazła się żadna zbuntowana pani kapitan ze swoim smokiem? Albo chociaż jakaś sensowna smoczyca z charakterem? Albo jakaś samica z dzikich smoków, która miałaby jakąś istotną rolę do odegrania w fabule książki? Ktokolwiek? Zamiast tego, na pięćset stron książki mamy: dwie głupiutkie wkładki dołóżkowe dla głównego bohatera, smoczycę kompletnie bez charakteru, która bierze udział w jednym dialogu i jedną z kanonicznych pań kapitan, której przypadła rola kwilenia z zachwytu nad malutkim Nestorkiem. Smutne.

Drugim, czego mi brakowało, było rozwinięcie zmian. Wiecie, przed wydaniem „Powietrznego korsarza” autor czytał przynajmniej pięć tomów. W piątym miały miejsce wydarzenia, które po prostu musiały wpłynąć na stosunek społeczności angielskiej do smoków (nie mówiąc już o wprowadzonej dwa tomy wcześniej polityce Napoleona, mającej na celu właśnie taką zmianę na kontynencie). Tymczasem autor postanowił uznać te poszlaki za niebyłe i wygodnie przedstawia nam świat, jaki znamy z pierwszego tomu, bez żadnych narosłych zmian. Rozumiem, że to jego licentia poetica i miał do tego prawo, jednak trochę mi szkoda zmarnowanego potencjału.

Teraz czas przejść do części bardziej obiektywnej. Pochylmy się nad postaciami i zacznijmy od Temeraire’a, gdyż z kanonicznych smoczych bohaterów tylko on odgrywa istotną rolę. Mam z nim problem. W roku 1830, kiedy to rozpoczyna się właściwa akcja powieści, Temeraire ma dwadzieścia cztery lata, czyli jest już smokiem dorosłym, w pełni dojrzałym fizycznie, jak i umysłowo oraz z wieloletnim doświadczeniem bojowym. Naturalnym byłoby, gdyby prowadził niedoświadczonego, młodego Nestora, służył mu radą i ogólnie był mu mentorem i nauczycielem. Chyba nawet taki był pierwotny zamysł autora. Tymczasem im dalej w las, tym bardziej widoczne jest, jak bardzo Temeraire tej roli nie spełnia. Zachowuje się nie jak dorosły i bardziej doświadczony partner młodego żołnierza, ale jak pisklak, któremu wiecznie trzeba objaśniać świat i który wszystkiemu się dziwi. W związku z czym czytelnik zaczyna się poważnie zastanawiać, po jaką cholerę autor obsadził w tej roli właśnie tego smoka (poza oczywistym faktem, że chciał swoją ulubioną postać kanoniczną wcisnąć w opowieść obok swojego ulubionego własnego bohatera), skoro wymagało to cofnięcia go w rozwoju. Co prawda w pewnym momencie (gdzieś tak w połowie książki) autor daje Temeraire’owi trochę więcej do powiedzenia, ale to wciąż dialog na zasadzie szeregowca biorącego z jakiegoś powodu udział w dyskusji oficerów. Osobiście uważam, że chcąc zachować taką konwencję, należało Nestorowi przydzielić jakiegoś młodego smoka, wyklutego nie więcej niż pół roku przed ucieczką do Europy. Niechby nawet był duży, niezwykle rzadkiej rasy i jedyny w swoim rodzaju. Wtedy więcej sensu miałyby nie tylko wzajemne relacje obu bohaterów, ale i okoliczności ich ucieczki z bazy w Loch Laggan (którego nazwę autor notorycznie przekręca).

W ogóle smoki w „Powietrznym korsarzu” są dla mnie dość problematyczne, bo prawie ich nie ma. To znaczy, teoretycznie są – autor dość szczegółowo opisuje swoich bohaterów, to jak wyglądają, skąd pochodzą, co robią podczas bitew. Problem polega na tym, że te opisy ani trochę nie przydają im charakterów. W formacji, w jakiej Temeraire z Nestorem służą na początku powstania, są, jeśli dobrze liczę, cztery smoki. Na początku autor próbował budować ich charaktery (a właściwie jednego z nich, bo reszta doczekała się tylko niewielkich wzmianek), ale dość szybko jakoś się to wszystko rozeszło po kościach. Koniec końców, smoki w ochotniczej formacji nie dostają więcej miejsca niż ukochane konie dowolnie wybranego oddziału kawalerii w dowolnie wybranej powieści wojennej. Szkoda, bo Novik przyzwyczaiła swoich czytelników to tego, że smoki i ludzie są równorzędnymi bohaterami i szczerze mówiąc, jest to jeden z najwdzięczniejszych tematów do wykorzystania w twórczości fanowskiej. A tu jedyny smok „autorski”, Ruryk, który ma jakieś znaczenie fabularne, jest sprowadzony do roli wielkiej maszyny do zabijania, ślepo posłusznej kapitanowi i wypowiadającej może z linijkę tekstu. A może i to nie.

W ogóle czarne charaktery w tej powieści to osobna sprawa. Autor obdarza ich zawsze tym samym zestawem cech – to zapijaczeni, agresywni, okrutni idioci (wyjątkiem jest tu występujący na początku kanoniczny kapitan Rankin, który również jest agresywnym, okrutnym idiotą, ale nie pije). Odnosi się to zwłaszcza do rosyjskich żołnierzy, biorących udział w pacyfikacji powstania, a szczególnie widoczne jest, kiedy nasi dzielni bohaterowie zmuszeni są przez dłuższy czas przebywać w ich towarzystwie. Całe to towarzystwo, wszyscy razem i każdy z osobna, jest konsekwentnie i wielokrotnie opisywane jako zbieranina wiecznie pijanej hałastry, która tylko patrzy, gdzie by tu skopać małego kotka albo ukatrupić żółtą kaczuszkę. Aby być uczciwą, muszę przyznać, że autor jednak w pewnym momencie dodał całego jednego rosyjskiego kapitana, który wykazuje ludzkie uczucia. Poza tym rosyjskie wojska mają dziwny zwyczaj wykazywania się głęboką indolencją akurat wtedy, kiedy jest to na rękę Nestorowi (w budynku, w którym się bronią przed partyzantami, trzymają beczki prochu w tym samym pomieszczeniu, z którego się ostrzeliwują, mimo że budynek ma piwnice; trzymają też kapitana i załogę pojmanego smoka razem z nim, chyba po to, żeby łatwiej wszystkim było uciec). Nie wpływa to dobrze na wiarygodność postaci – stają się najzwyczajniej w świecie groteskowo przejaskrawione, a to powoduje, że czytelnik zamiast przejąć się losem protagonistów, przewraca oczami ze zniecierpliwieniem i irytacją. Bo jeśli bohater ma problem z pokonaniem takich przeciwników, to kiepsko to świadczy o bohaterze. A na koniec dodam jeszcze, że przy opisywaniu Rosjan autor beztrosko posługuje się prawem Kalego: najpierw pisze, jakie okrutne są ich siły powietrzne, bo zdarza się, że rozszarpują smoki przeciwnika (kanonicznie w Europie zachodniej obowiązywała zasada, że smoka wystarczy wyłączyć z walki. Wynikało to z faktu, że wszyscy mięli stosunkowo mało smoków i wysyłanie pogoni za jednostką przeciwnika i tak już niezdolną do walki było bez sensu), po czym Temeraire robi to samo bez krzty refleksji. Więc kto tu w końcu jest okrutny?

Przejdźmy może do głównego bohatera powieści, czyli Nestora. Mam z nim pewien problem, bo, nie owijając w bawełnę, Nestor zachowuje się jak typowy, współczesny gimbus. Przez większość akcji (poza scenkami z dzieciństwa na początku) ma co prawda piętnaście lat (choć też nie do końca, bo wykluł się rozwinięty jak pięciolatek, więc logika nakazywałaby mu być teraz na poziomie rozwoju dwudziestolatka, o ile nie dalej, bo smoki rozwijały się znacznie szybciej niż ludzie, a Nestor w końcu wykluł się, było nie było, ze smoczego jaja) i trudno wymagać od niego doświadczenia, ale jest przy tym strasznie niedojrzały. A ponieważ pełni bardzo odpowiedzialną funkcję, jego niedojrzałość odbija się na podległych mu ludziach i przyjaciołach. Wystarczy porównać go z, również nastoletnią, ale kanoniczną Emily Roland. Dziewczyna jest bystra, sympatyczna, a mając świadomość, że kiedyś odziedziczy po matce dowództwo i smoka, dokłada wszelkich starań, aby do tego momentu nauczyć się jak najwięcej, obserwując i słuchając swojego kapitana i starszych oficerów. Tymczasem Nestor, na którego kapitaństwo spada dość nagle, na dobre rady doświadczonych oficerów irytuje się i zżyma, po czym robi swoje, co często ma bardzo nieprzyjemne konsekwencje. Oczywiście półsmok ma potem wyrzuty sumienia, ale nie na tyle, żeby wyciągnąć wnioski i przy najbliższej okazji schemat się powtarza. Autor próbuje ratować wizerunek swojego bohatera, dopisując mu samotność i poczucie wyobcowania (całkiem uzasadnione zresztą). W sumie gdyby nie to, że Nestor zajmuje tak odpowiedzialną pozycję, dałoby się go lubić. Ale niestety, fochy, którymi odpowiada na szczerą troskę swoich ludzi i konsekwencja, z jaką nie jest w stanie się niczego nauczyć, sprowadzające nieszczęścia na tych, za których jest odpowiedzialny sprawia, że ostatecznie jest tylko irytujący.

Ale to nie jest tak, że autor nie potrafi napisać fajnej postaci. Taki na przykład pierwszy oficer Temeraire’a pod rządami Nestora, Józef Karpiński, to bardzo sensowny facet. Ma swoje wady, ale ogólnie dobry z niego człowiek i zna się na swoim fachu, czyli na wojowaniu ze smoczego grzbietu. Próbuje też jak umie edukować swojego niedoświadczonego kapitana, niestety, z miernym skutkiem. Właściwie to czekałam na scenę, w której wreszcie straci cierpliwość i opieprzy Nestora jak Święty Michał diabła, po czym do młodziaka wreszcie coś dotrze i się poprawi. Niestety, za każdym razem, kiedy już, już miałam nadzieję, autor kazał Karpińskiemu kłaść uszy po sobie i ustępować dzieciakowi. (W ogóle Karpiński jest dość podobny do Granby’ego. Jakoś tak się dziwnie złożyło, że ciekawe postacie z kanonicznej załogi Temeraire’a mają swoje odbicie w „Powietrznym korsarzu”. Niby nazwisko i pochodzenie inne, ale stopień i charakter ten sam). Bracia Satarowie, tureccy oficerowie w nowej, mocno multi-kulti załodze Temeraire’a też zapowiadali się całkiem ciekawie, ale niestety, nie znalazło się dość miejsca na ich rozwinięcie. W ogóle w pewnym momencie miałam wrażenie, że autor spostrzegł, że zapomniał rozwinąć charakterologicznie załogę i gdzieś tak po dwóch trzecich książki zaczął o nich pisać nieco więcej. Niestety, wciąż za mało.

Teraz będzie kilka akapitów, w których odwalę robotę, którą powinien był odwalić redaktor. Bo autor popełnił trochę błędów rzeczowych i logicznych. Przede wszystkim mam wrażenie, że nie za bardzo zdaje sobie sprawę z tego, jak właściwie funkcjonuje armia. Jego bohaterowie w ogóle nie przejmują się reakcją przełożonych na swoje czyny, do jednostki wojskowej wtargnąć mogą cywile i nikt wobec nich nie wyciąga konsekwencji, a taktyka to tylko takie dziwnie brzmiące słowo. Po wykluciu Nestora Lawrence’owi w głowie nie postaje, jak wytłumaczy Admiralicji, że nie dostaną swojego ciężkiego smoka bojowego – martwi się tylko o to, żeby niedoszły kapitan Nestora nie zrobił zbiegowiska (czemu miałby je robić w środku nocy, nie wiem. Raczej bałabym się tego, że z pierwszym kurierem poleci na skargę do Admiralicji właśnie). Kiedy grupa rozwścieczonych wieśniaków wbiega na teren wojskowego aerodromu i chce pobić Nestora, będącego podówczas oficerem (!), nikt wobec nich nie wyciąga konsekwencji (nikomu do głowy nie przyjdzie, że mogła to być na przykład przykrywka dla zaplanowanej przez wroga akcji dywersyjnej, ale nawet zwykłe wtargnięcie na teren bazy wojskowej domaga się przykładnego ukarania winnych. Dla samej zasady). Sposób dowodzenia Nestora też jest ciekawy, mamy tu bowiem wojskowa demokrację (albowiem sztywna struktura czegokolwiek za mało liberalna jest). Czyli rozkazy i awanse przegłosowujemy demokratycznie. Szybki gugiel podpowiedział mi, że taki system zastosowano w historii świata tylko raz, a i tak zniesiono go po pierwszych walkach, bo się kompletnie nie sprawdził (jeśli ktoś ma lepsze informacje, chętnie poczytam). I w sumie nie wiem, czy zamierzenie, ale tutaj również mamy potwierdzenie, jak bardzo demokracja w wojsku się nie sprawdza – formacja Nestora dowodzona jest nieudolnie, żołnierze są niezdyscyplinowani a ogólny chaos widać wszędzie. Tylko nie wiem, czy akurat taki był zamysł autora, czy też tylko tak jakoś wyszło. (Bo jak można zdyscyplinowanym nazywać oddział, w którym pozwala się żołnierzom na wypady do miasta od tak, między wartami, bez żadnej przepustki. Wojsko to nie etat w urzędzie, gdzie masz się stawić w miejscu pracy na ósmą, a co robiłeś przedtem, to twoja sprawa. Może się mylę, ale zawsze mi się wydawało, że w armii chodzi jednak o to, żeby w razie alarmu bojowego wszyscy jak najszybciej stanęli w gotowości. Ale czego się spodziewać po, jakby nie patrzeć, dezerterach i ochotnikach).

Mam też trochę wątpliwości co do opisu walk. Jeżeli ktoś zauważy, że bredzę, to poproszę o komentarz, chętnie się doedukuję. Gwoli wprowadzenia, u Novik każdy smok bojowy ma w załodze strzelców z karabinami oraz bellmanów, którzy zajmują się między innymi zrzucaniem bomb. W „Powietrznym korsarzu” walki powietrzne są bardzo krwawe, wielu ludzi odnosi rany od kul przeciwnika. Zastanawiam, czy ówczesna broń jest wystarczająco celna, aby siać takie spustoszenie wśród załogi (nie zapomnijmy, że tu pukawkami sprzed dwustu lat strzela do siebie załoga z jednego ruchomego obiektu do załogi na drugim ruchomym obiekcie). Poza tym mamy scenę, gdzie ludzie Nestora zrzucają bomby na wrogiego smoka, w związku z czym jego grzbiet ulega praktycznie anihilacji. Tylko że żeby przeprowadzić skutecznie tego typu manewr, trzeba dysponować bombami z zapalnikiem kontaktowym, które wybuchają od uderzenia w cel. W pierwszej połowie XIX wieku jeszcze ich nie znano. Mając bomby z zapalnikiem czasowym (a lont do takich należy), trzeba mieć cholernie dużo szczęścia, żeby bomba wybuchła w momencie wylądowania na smoczym grzbiecie (bo smok może zmienić wysokość lotu i bomba wybuchnie w powietrzu, albo przeciwnie – załoga dostanie kilka cennych sekund na strącenie jej). Jest na sali specjalista od uzbrojenia?

Poza tym, mamy jeszcze mnóstwo drobniejszych błędów. Scena bitwy powietrznej, pod nogi Nestora spada obiekt zrzucony przez wrogą załogę a on, jak ostatni idiota, zamiast go odruchowo kopnąć w siną dal, bierze go w ręce i uważnie ogląda. Obiekt okazuje się być granatem pieprzowym, który wybucha i rozpyla gaz, załoga i smok się krztuszą. Tyle że gaz powinien zostać zdmuchnięty przez pęd powietrza podczas lotu, a Temeraire w ogóle nie powinien go poczuć, bo granat wybuchł na karku smoka, ładnych parę metrów za głową no i pod bardzo silny wiatr. Jest też scenka, w której bohaterowie dyskutują o podświadomości. Wszystko fajnie, ale człowiek, który to pojęcie wprowadzi, urodzi się dopiero za trzydzieści lat. Albo załoga Temeraira zapala olejowe (!) lampy pozycyjne mimo, iż leci nad terenem wroga i wie, że wróg ów posiada smoki widzące w ciemności znacznie lepiej niż Temeraire. Jeszcze parę takich kwiatków by się znalazło.

Względem kanonu również jest trochę błędów, zauważalnych co prawda tylko dla takich zboczeńców jak ja, ale to moja notka, więc o tym napiszę. Są to głównie irytujące drobiazgi: a to wzmianka, że skorupka jaja przed wykluciem mięknie (w kanonie robiła się twarda i krucha), a to zachwyty nad tym, jakiż ten Temeraire niezwykły, ponieważ interesuje się smoczymi jajami (w kanonie jajami interesują się wszystkie smoki. Do tego stopnia, że przekonanie ich, że jaja będą należycie doglądane stanowiło jeden z podstawowych warunków utrzymania smoków w granicach wyznaczonych terenów rozpłodowych). Najbardziej dziwi jednak zachowanie smoków w chwili, gdy zagrożony jest ich kapitan. Widzicie, w kanonie taki smok dostawał furii i nie zważając na ofiary i okoliczności, próbował kapitana ratować. W „Powietrznym korsarzu” mamy z sytuacją zagrożenia do czynienia kilkukrotnie, ale żaden ze smoków nie reaguje (a to jest w sumie dość istotne, bo zastosowanie tej zasady wymagałoby przebudowania całych scen). A na dokładkę Temeraire przez osiem miesięcy przebywania wśród Polaków nie jest w stanie nauczyć się polskiego, choć w tym samym czasie bez problemu biegle opanował chiński w mowie i piśmie…

Zostawmy już może ten temat i przejdźmy do poziomu literackiego. Tutaj nie jest tak źle, za to jest bardzo nierówno. Widać, że autor nie ma doświadczenia, a nikt go przez manowce nie przeprowadził (tak tylko napomknę, że w sumie redaktor powinien się tym zająć). Wstęp, z tego co się dowiedziałam, był wcześniej publikowany jako samodzielne opowiadanie na jednym z fanowskich forów i najwyraźniej przez to forum zredagowany. Zdecydowanie odstaje literacko od poziomu powieści na plus. Nie jest to może wybitna literatura, ale całkiem przyzwoite rzemiosło. Dalsza część jest już niestety dużo mniej dopracowana. Tutaj też mamy ciekawostkę, bo sposób pisania ewoluuje od chorobliwie niedopowiedzianego (na początku są miejsca i wątki, które aż się proszą o rozwinięcie, ale go nie dostają) do przegadanego, przez krótką chwilę znajdując równowagę. To właśnie w tej przegadanej części brakuje ręki redaktora. Kogoś, kto powiedziałby autorowi, że lepiej zaprezentowałby osobowości i przekonania bohaterów, prezentując ich w działaniu, a nie przytaczając ich długie dysputy (po kilka razy i na ten sam temat). Kogoś, kto powiedziałby, że owszem, ta czy tamta scena jest fajna, ale raz, że niczego nie wnosi, a dwa, że zaraz po niej są jeszcze trzy takie i to zdecydowanie za dużo jak na cierpliwość przeciętnego czytelnika. Ogólnie przydałoby się, aby autor opanował najtrudniejszą sztukę w pisarskim rzemiośle – sztukę selekcji własnych pomysłów.

Jeszcze może kilka słów stricte o języku. Trochę trudno mi się wypowiadać o stylu Wałkówskiego, bo widać na pierwszy rzut oka, że starał się go stylizować na pisarstwo Novik. Nie wyszło źle, powiem nawet, że bywało dobrze. Ale widać też wyraźnie, że autorowi brakuje wyczucia językowego Novik. Trudno nazwać „pisaniem z wyczuciem” sytuację, w której pisarz o dwóch rozszarpujących się w szale bojowym smokach pisze „oponenci” (słownik PWN definiuje oponentów jako osoby o odmiennych zdaniach. Niby prawda, bo walczące smoki raczej mają przeciwne zdania względem czegoś, ale sami przyznacie, że to grube niedopowiedzenie). Autor ma też ulubione słówka, których używa trochę zbyt często. Z tym, że, jak pisałam wyżej, wszystkie te błędy mogą wynikać z prób archaizacji. Mam solidne podstawy sądzić, że „własny” tekst wyglądałby lepiej pod tym względem.

Prawie cała ta notka to festiwal wytykania błędów i potknięć (bo niewątpliwie jest ich sporo, nawet nie wymieniłam wszystkich), ale to nie jest tak, że dla autora nie ma nadziei. Z pewnością ma wyobraźnię, może trochę za bardzo skupioną na jednym temacie, ale dość bujną – wymyślanie i opis polskich ras smoków wychodzi mu bardzo dobrze, tak samo jak opisy walk powietrznych, które są należycie dynamiczne i ciekawe. Niemniej, uważam, że „Powietrzny korsarz” narodził się przedwcześnie. Autor zdecydowanie powinien popracować nad konstrukcją postaci i nauczyć się przedkładać wewnętrzną logikę stworzonego przez siebie świata ponad imperatyw narracyjny (przede wszystkim nauczyć się dostrzegać różnicę między tym, co mówi narrator a tym, co postacie rzeczywiście pokazują przez zachowanie. To trudna sztuka, nawet niektórzy uznani pisarze mają problemy z jej opanowaniem, ale bez tego nie da się napisać dobrej książki), powinien też poszukać kogoś, kto przeczyta tekst i udzieli kilku dobrych rad (może warto byłoby poćwiczyć na opowiadaniach?). Wierzę, że następna książka będzie lepsza.

Książkę otrzymałam od autora. 

Tytuł: Powietrzny korsarz
Autor: Piotr Wałkówski

Wydawnictwo: Novae Res
Rok: 2014
Stron: 502

sobota, 9 sierpnia 2014

Kim jestem? Czyli wojna i pokój i smoki - "Krew tyranów" Naomi Novik

Czas na „Krew tyranów” - ósmą i przedostatnia już odsłonę cyklu Naomi Novik o Temerairze i jego świcie. Przyznam, że już na samym początku autorka zdecydowała się na zabieg, który wywołał u mnie mieszane uczucia. Ale może po kolei.

Czyli od tego kontrowersyjnego zabiegu, bo dostajemy nim po oczach już od pierwszej strony. Otóż Laurence, który w czasie sztormu trafił za burtę, budzi się na japońskim wybrzeżu i... kompletnie nie pamięta ostatnich ośmiu lat życia – wszystkich tych, które spędził z Temeraire'em. Mam problem z tym zabiegiem, a nawet cały szereg problemów. Po pierwsze, utraty pamięci zajęły honorowe miejsce wśród kiepskich rozwiązań fabularnych z wenezuelskiej telenoweli rodem. Najczęściej były stosowane w odcinkach o wysokim numerze, gdzie najwyraźniej scenarzystom brakowało pomysłów. Nic dziwnego więc, że pojawienie się tego rozwiązania w przedostatnim tomie ulubionej serii budzi niepokój. Sama nabrałam pesymistycznego przekonania, że teraz będzie tylko gorzej. Po drugie trochę to wygląda, jakby autorka nie miała już pomysłu na bohatera, względnie jej się znudził i postanowiła go napisać od nowa. To może budzić obawy wśród czytelników, bo oto staja przed widmem sytuacji, w której bohater znany i lubiany, z którym się zżyli i którego rozwój śledzili, nagle stanie się kimś zupełnie innym. Na szczęście do żadnego z tych nieszczęść ostatecznie nie doszło, ale i tak dziwnie mi z tą amnezją.

Mimo tak ryzykownego kroku, Novik udało się udowodnić, że zna się na swoim fachu i wątek poprowadziła bardzo dobrze. Czytelnicy mogą więc obserwować Laurence'a, jak próbuje najpierw odnaleźć się w sytuacji, w której nawet nie wie gdzie się znalazł i jak (w końcu osiem lat temu nawet nie potrafiłby sobie wyobrazić okoliczności, które mogłyby go zagnać do Japonii), a później zrekonstruować czas, który utracił. Ostatecznie powstaje bohater odmieniony, choć nie do końca. Tutaj trzeba pisarce przyklasnąć, bo mimo że zabrała bohaterowi pamięć, to jednak pozostawiła w nim resztki wspomnień – na przykład w pewnym momencie Will zastanawia się, dlaczego ogromne smoki nie budzą w nim niepokoju, choć logicznie rzecz biorąc powinny. Z czasem udaje mu się zrekonstruować utracone wspomnienia i otrzymujemy zapewnienie, że nie jest już tą samą osobą, którą był kiedyś, ale póki co, to tylko zapewnienia, bo osobiście nie dostrzegłam większej różnicy między Willem z „Próby złota” a Willem z „Krwi tyranów”.

O głównym bohaterze już było, zanim przejdziemy do pobocznych (licznych i ciekawych), może trochę o świecie przedstawionym. Wspominałam o Japonii i prawdą jest, że bohaterowie się wokół niej kręcą, ale czytelnikom dane jest poznać jedynie migawki z życia codziennego kraju, na tyle skąpe, że trudno z nich wywnioskować obraz całości. Wiadomo, że stosunki na linii ludzie-smoki są tam podobne do chińskich i że Japończycy dysponują pewną rasą smoków o osobliwym cyklu rozwojowym i darzonych taką czcią, że w zasadzie stoją ponad prawem. Ale to właściwie tyle. Znacznie więcej można się dowiedzieć o sytuacji smoków północnoamerykańskich, ale to też z drugiej ręki – mam wrażenie, że autorka trochę żałowała, że nie zdąży już tam zabrać czytelników, więc postanowiła skorzystać z okazji i wcisnąć trochę pomysłów.

Główną scenerią „Krwi tyranów” są jednak tereny Chin (znowu) i Rosji. W Chinach już byliśmy, jednak oglądaliśmy je z perspektywy turysty-honorowego gościa, a więc już to ogólnie, już to w izolowanych kawałkach. Teraz możemy się przyjrzeć dokładniej strukturom wojskowym czy polityce. Bardzo podoba mi się to przybliżenie – Novik udowodniła, że dokładnie przemyślała swój świat i po prostu pokazuje nam coraz większe kawałki uprzednio namalowanego obrazu, a nie łata dziury naprędce nasmarowanymi szkicami. 

Rosja to już zupełnie inny świat. Jak dotąd autorka pokazywała nam zwykle miejsca, w których smoki (czyli, jak by nie patrzeć, drugą rasę rozumną) traktuje się lepiej niż w Anglii – jak ludzi, czyli istoty rozumne właśnie. Teraz postanowiła pokazać mroczniejszą stronę świata. W Rosji smoki traktuje się jako śmiertelne zagrożenie, tych największych boją się nawet ich własne załogi. Oczywiście brutalne metody szkolenia i traktowania mają też swoje złe strony nawet z punktu widzenia ludzi (np. smoki rosyjskie nie są zdolne do walki metodą inną niż „kupą, panowie”), ale najwyraźniej w kraju zdolnym do wystawienia milionowych armii nikomu to nie przeszkadza. Z jednej strony trochę mnie ten obraz Rosji szturchnął (bo nie uderzył przecież) – taki stereotypowy jak za czasów zimnej wojny. Z drugiej jest też właśnie taki, jaki kreśliła rosyjska proza z dziewiętnastego wieku, więc nie mogę mieć pretensji do autorki, że podążyła tą drogą.

Czas na słów kilka o bohaterach. W tym odcinku najbardziej fascynującymi postaciami okazały się smoki: a to towarzyski kupiec z Ameryki (tak! Z własnym statkiem i u progu intratnego biznesu), a to smoczyca z japońskiej świątyni, która usposobieniem i pogardą dla konwenansów przypominała nieco szurniętą starszą panią. Jednak najwięcej czasu antenowego spośród nowicjuszy zabrał generał Chu – wzór żołnierskich cnót wszelakich, wiekowy i doświadczony. Świetnie udowadnia, że ludzie i smoki wcale tak bardzo się od siebie nie różnią (przynajmniej, kiedy młodzieńcza gorąca krew już nieco im ostygnie). Nowych ludzi poznajemy niewielu, a tylko jeden z nich ma jakieś znaczenie fabularne. Niestety, nie jest nam dane spędzić z nim zbyt wiele czasu – a szkoda, bo ukazanie jego życia wewnętrznego mogłoby tylko wyjść powieści na dobre.
To mogła być polska okładka...


Nie byłabym sobą, gdybym nie powiedziała kilku słów o okładce. Nie jest co prawda tak żenująca, jak w poprzednim tomie, ale ciągle brzydka jak grzech. Śmiertelny. Co boli zwłaszcza gdy zdajemy sobie sprawę, że pierwsze przymiarki były robione do angielskiej wersji okładki. Cóż przynajmniej korekta jest przyzwoita jak na ten cykl – tylko sporadycznie przepuszcza babole. Za to redakcja angielska przepuściła pewną nieścisłość, mianowicie pozwoliła, żeby smoki Nefrytowe na przestrzeni sześciu tomów dość znacznie urosły: w drugim tomie były określane jako znacznie mniejsze od człowieka, zaś teraz nagle są wielkości konia pociągowego (co jest o tyle znaczące, że poprzednim razem autorka poświęciła trochę uwagi opisowi zdumienia bohaterów, którzy nigdy nie spodziewali się zobaczyć tak małej rasy, wielkości pociągowego konia zaś bywały popularne europejskie rasy kurierskie).

Podsumowując: na duży plus. Świat się rozwija, akcja też. Zastanawiam się, czy autorka postanowi podążyć zgodnie z naszą ogólną linią historyczną, czy też zdecyduje się na coś przeciwnego. Tymczasem czekam na ostateczne starcie. To może być już w przyszłym roku.

Ksiązke otrzymałam od wydawnictwa Rebis.

Tytuł: Krew tyranów
Autor: Naomi Novik
Tytuł oryginalny: Temeraire: Blood of Tyrants
Tłumacz: Jan Pyka
Cykl: Temeraire
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2014
Stron: 564
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...