Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Media Rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Media Rodzina. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 czerwca 2015

"5 sekund do Io" Małgorzata Warda

"5 sekund do Io" zainteresowało mnie właściwie z jednego powodu - oto autorka mainstreamowa postanowiła poruszyć temat gier komputerowych. Z jednorazowego doświadczenia (z "Dziewczyną Mistrza Gry" Siesickiej) wiem, że w takich sytuacjach często dzieją się rzeczy niestworzone (rzeczonej Siesickiej na przykład udało się stworzyć przekonujący obraz dziesięcioletniego socjopaty, ale nie sądzę, żeby taki był zamysł autorki). Poza tym jedną powieść Wardy już czytałam i o ile wątku dziejącego się w "naszym" świecie za chińskiego boga nie pamiętam (jakiś trup tam się pojawiał chyba), to bardzo dobrze pamiętam wątek relacji autora i jego dzieła. Stąd moja wiara w to, że i z grami sobie poradzi (bo tu jednak fajnie można, nomen omen, pograć z czwartą ściana i zatracaniu się w opowieści, którą się tworzy).

Mika jest sierotą - matka odeszła od nich wiele lat temu, a ojciec zginął w wypadku. Z młodszą siostrą, mającą jeszcze szanse na adopcje Nikolą też ma coraz słabszy kontakt. Kiedy w jej liceum wybucha strzelanina, Mika jest akurat w bibliotece szkolnej, gdzie widzi, jak agresor strzela do bibliotekarki. Kiedy okazuje się, że dziewczyna spotkała sprawce wcześniej, na turnieju gier komputerowych, policjant i jednocześnie znajomy ojca sióstr składa jej propozycję - będzie wtyczką policyjną w jednej z nowych gier w przełomowej technologii Work a Dream. Jej zadaniem będzie odnalezienie kilku zaginionych w realnym świecie, ale wciąż aktywnych w grze osób.

Zacznę może od tego, z czym mam w tej książce największy problem, czyli z przedstawieniem przez autorkę świata gier. Od razu powiem, że traktuje ona ten aspekt powieści dość instrumentalnie i tak naprawdę nie jest on najważniejszy, ale parę kwestii mnie jednak uwiera (mimo że sama graczką raczej określić się nie mogę i może w paru kwestiach to jednak autorka ma rację. Jeśli zacznę prawić farmazony, lejcie po łapach).

Po pierwsze, już sama koncepcja Io trochę mnie rozczarowała. Ja wiem, że to licentia poetica i żaden błąd, ale fabularne uzasadnienie kolonizacji tego ciała niebieskiego tym, że naukowcy po x latach odkryli, że jednak się mylili i Io jest w pełni zdatna do ludzkiej kolonizacji, jest po prostu żałosne. Poza tym kompletnie nie rozumiem, dlaczego graficy uznali, że idealnym rozwiązaniem będzie ubranie graczy we współczesne wojskowe stroje (raczej na zasadzie bluz moro i spodni khaki niż mundurów polowych) i uzbrojenie ich we współczesną broń (która w świecie gry powinna być już mocno archaiczna). Ja rozumiem, że gry w stylistyce modern retro też bywają ciekawe wizualnie, ale c'mon - macie nową technologię wizualną, chcecie pokazać jej możliwości i dlatego rezygnujecie z bardzo widowiskowych laserów-blasterów i kombinezonów kosmicznych?

Samą rozgrywkę i relacje między graczami autorka przedstawiła jednak całkiem fajnie, jak na osobę nawet nie tyle niezwiązana, co nawet nie obserwującą środowiska. Ma to swoje wady i zalety. Wadą jest na przykład fakt, że ciągle podsuwa pod rozważania tematy już dawno omówione w środowisko z każdej strony, na przykład przełożenie agresji w grze na agresje w rzeczywistości. Jakkolwiek temat ten jest w powieści ciekawie rozegrany (szkoda, że go nie pogłębiono), to jednak można byłoby dodać kilka słów o tym, co ustaliły badania i ogólnie wyjść do mainstreamu z komunikatem trochę innym niż dotychczas (a mimo ciekawego ujęcia motywu w fabule, jego rozwinięcie ciągle pozostaje raczej standardowe).

Dobrze, chwilowo może koniec tego narzekania na koncepcję, teraz ponarzekam trochę na główną bohaterkę. Mika w realu jest bardzo dobrze zarysowaną postacią - zagubiona, osamotniona, pozostawiona samej sobie dziewczyna, która stara się jakoś żyć i marzy o adoptowaniu młodszej siostry. To niezwykle wiarygodna kreacja i należałoby pogratulować autorce pomysłu i wyczucia. Czytelnik jest w stanie poczuć wyalienowanie dziewczyny, zrozumieć jej nieliczne kalekie relacje z innymi ludźmi i chęć ucieczki w świat gier. Tyle tylko, że w momencie ucieczki w świat gier Mika traci na wiarygodności. Autorka przedstawia ją jako weterankę, która starała się na bieżąco być z każdym nowym systemem, jaki tylko wchodził na rynek (co też mi nieco zgrzyta, bo nowe gry i konsole to raczej drogie hobby, często poza zasięgiem dzieciaków z domu dziecka. Ale jesteśmy w niedalekiej przyszłości, może do tego czasu sprzęt i gry mocno staniały). Tymczasem, gdy dziewczyna loguje się do "Bitwy o Io", wszystko ją tam dziwi - od tego, że rozgrywka polega na strzelaniu do innych graczy zaczynając, a na tym, że gracze w zależności od profesji swojej postaci dostają zadania z rożnych "stron barykady" kończąc. Rozumiem, że przejście ze znanego systemu do gry w nowej technologii mogło być szokiem, ale przecież nie aż takim.*

Tak właściwie to sama gra nie jest szczególnie istotnym elementem powieści. Autorka skupia się na kreowaniu charakterów młodych ludzi, ale szczerze mówiąc, mam wrażenie, że trochę nie może się zdecydować, w jakich sytuacjach chce ich pokazywać. Można by było zakładać, że pokaże nam transformacje bohaterów w wirtualnym  świecie, jednak tak się nie dzieje. Mimo zapewnień, że osoby w grze nie są prawdziwe, tak naprawdę kreacje graczy są niemal identyczne z ich wizerunkami w realu, pomijając może tych, których ewidentnie pokazano jako uzależnionych od gry, a wiec już z definicji wypaczonych (ale ich z kolei nie widzimy w realu, więc może po prostu ich problemy eskalują w wirtualnej rzeczywistości). W tym momencie mam wrażenie, że autorka nie wykorzystała w pełni potencjału swojego pomysłu w budowaniu charterów postaci.

Bo szczerze mówiąc, "5 sekund do Io" to bardzo kameralna powieść, skupiająca się głownie na problemach Miki. Mamy co prawda zapowiedź jakiegoś konfliktu z wielka korporacją, ale na zapowiedzi się kończy. Mamy motyw innych graczy, ale praktycznie niczego się o nich nie dowiadujemy. Mamy wątek śledztwa, ale nic z niego nie wynika. Nie chcę powiedzieć, że to źle, być może taki był plan autorki i niczego mu nie brakuje, ale szkoda mi tych niespełnionych obietnic.

Jestem trochę rozdarta, bo mimo wad "5 sekund do Io" jest świetnie napisana i czyta się bardzo dobrze. Być może po prostu oczekiwałam innego rozłożenia akcentów. Tak więc jeśli szukacie opowieści związanej z tematyką gier, to raczej nie polecam. Ale jeśli szukacie opowieści o dziewczynie z problemami, to jak najbardziej.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Media Rodzina.

Tytuł: 5 sekund do Io
Autor: Małgorzata Warda
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok: 2015
Stron: 344

* Nawiasem mówiąc, producenci gry wykazują się tu ogromną ignorancją. Dają graczom wolną rękę (w "Bitwie..." nie ma adminów ani regulaminu), tworzą mechanikę gry promująca przemoc i dziwią się, że stworzony przez nich świat zaczyna płonąć. Zresztą, fajnie o zależnościach miedzy mechaniką gry a zachowaniami graczy pisał kiedyś Misiael.

sobota, 22 grudnia 2012

Oprawa ładniejsza - "Osobliwy dom pani Peregrine" Ransom Riggs

Kiedyś (jeszcze w czasach podstawówki zapewne) gdzieś przeczytałam anegdotę odnośnie do powstania „O krasnoludkach i sierotce Marysi” Marii Konopnickiej. Anegdota opowiadała o tym, jak to wydawca spotkał się z pisarką, pokazał jej zestaw ilustracji z krasnoludkami i dziewczynką i kazał do nich dopisać historię, co też pani Maria uczyniła. Czy opowieść jest udana, rzecz gustu (osobiście uważam, że tak), sposób jednak co jakiś czas w książkach kolejnych pisarzy powraca. „Osobliwy dom pani Peregrine” był inspirowany starymi zdjęciami, które autor postanowił ocalić od zapomnienia, dopisując do nich niesamowitą historię. Jak wygląda efekt?

Kiedy Jacob był mały, dziadek często opowiadał mu niesamowite historie: o dzieciństwie w czasie wojny, o domu dziecka na angielskiej wyspie, o kolegach i koleżankach z tego domu, którzy a to byli niewidzialni, a to lewitowali, wreszcie o walce z ohydnymi potworami przypominającymi zombie z przerostem języka. Mały Jacob wierzył dziadkowi, siedmioletni Jakob wkurzał się, że dziadek robi go w balona, dopóki ojciec nie uświadomił mu, że stary Abraham fantazjami ubarwia wnukowi okropności wojny. Jednak piętnastoletni Jacob przekonuje się, że zarówno opowieści dziadka, jak i przechowywane przez niego niesamowite zdjęcia nie są jedynie fantazjami…

„Osobliwy dom pani Peregrine” jest powieścią młodzieżową, ale dość nietypową, jeśli porównać ją z innymi współczesnymi produktami tego gatunku. Mniejszy nacisk kładzie na aspekt przygodowy, najwięcej miejsca przeznaczając na psychologię postaci. Autor nie chciał jednak całkiem rezygnować z przygody (poniekąd słusznie). Niestety, zabrakło mu umiejętności, w związku z czym zamiast pełnego gracji balansowania na wąskiej granicy mamy nieprzystojny szpagat między Problemami Psychologicznymi a Awanturniczą Rozrywką. Jacob przechodzi traumę związaną ze śmiercią dziadka i lęki, koszmary czy paranoje chłopaka są całkiem nieźle opisane. Schody zaczęły się w momencie, kiedy autor zachciał nakreślić relacje z rodzicami, którzy syna kochają, ale nie za bardzo potrafią go zrozumieć, a dodatkowo mają własne problemy. W zestawieniu z ilością stron na to przeznaczonych, skomplikowane w założeniu więzi wydają się bardzo płytkie i potraktowane powierzchownie. A szkoda, bo ta warstwa powieści miała ogromny potencjał.

Przejdźmy do akcji. Samo jej rozłożenie może sugerować, że autor w ostatniej chwili doszedł do wniosku, że zbyt dużo czasu poświęcił relacji ojciec-syn i fabułę trzeba na gwałt zdynamizować. Przez to książka początkowo (czyli gdzieś do połowy) wlecze się niemiłosiernie. Niemniej, kiedy już przyśpiesza, mamy klasyczną rozprawę z antagonistą, która na tle statystycznej powieści młodzieżowej wypada bardzo dobrze. Wnioskuję, że autorowi typowa akcja wychodzi lepiej niż psychologia.

A jeśli już przy fabule jesteśmy, to pomysł był świetny. Samo osadzenie akcji dwutorowo: na początku II wojny światowej współcześnie oraz wplecenie w nią potężnej dawki retrofantastyki jest godne pochwały. Tak samo koncept galerii osobliwych postaci rodem ze zdjęć. Sądząc po otwartym zakończeniu, część pomysłów autor chwilowo zachował dla siebie i jeśli tylko zdoła uniknąć nużących schematów i błędów z pierwszej części, druga może być o niebo lepsza.

Nie mogę nie wspomnieć o wydaniu, gdyż strona wizualna książki stanowi w tym wypadku integralne dopełnienie fabuły. Szycie i twarda oprawa z piękną grafiką co prawda tylko cieszą oko, tak jak przecudnej urody pocztówki z reprodukcjami niesamowitych zdjęć dodane do książki. W środku mamy kolejne zdjęcia, dopasowane do fabuły i odpowiednio ułożone, a także inne ilustracje, jak policyjny portret pamięciowy potwora czy listy ręcznie pisane. Strony tytułowe rozdziałów utrzymane w kolorze sepii to dla mnie już przesyt szczęścia, ale nie będę narzekać. Mam wrażenie, że to jeden z tych niezwykle rzadkich przypadków, kiedy wydawca spisał się znacznie lepiej niż sam autor.

„Osobliwy dom pani Peregrine”
jest dla mnie powieścią problematyczną, posiada bowiem zarówno mocne strony, jak i bolesne braki. Bolesne tym bardziej, że wspaniała oprawa zapowiada niesamowitą przygodę. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że książka może się podobać, zwłaszcza nastoletnim czytelnikom. Niech więc sami zdecydują, czy warto poświęcić jej czas.

Recenzja dla portalu Insimilion.

Tytuł: Osobliwy dom pani Peregrine
Autor: Ransom Riggs
Tłumacz:
Małgorzata Hesko-Kołodzińska
Tytuł oryginalny:
Miss Peregrine’s Home for Peculiar Children
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok: 2012
Stron: 400

niedziela, 20 lutego 2011

Królewskie fanaberie - "Czytelniczka znakomita" Alan Bennett

Kolejna książka, na którą nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie blogosfera. Tym razem na trop naprowadziła mnie recenzja na Wrotach Wyobraźni. I świetnie się składa, bo jest to książka, którą naprawdę warto przeczytać. Zwłaszcza, jeśli jest się nałogowym czytelnikiem. Co prawda pan Bennett nie próbuje nam udowodnić, jak niektórzy autorzy, że książki mogą zabić, niemniej jednak każdy w osobie głównej bohaterki odnajdzie kawałek siebie. Co można sobie poczytać za swego rodzaju nobilitację.

Czy można sobie wyobrazić czytelniczkę bardziej znakomitą, bardziej niepospolitą, niż królowa angielska? Chyba nie, zważywszy na to, jakie wartości i cechy są kojarzone z tą funkcją. Otóż królowa pewnego dnia napotyka na swojej drodze (a właściwie drodze swoich psów) objazdową bibliotekę. Wiedziona poczuciem obowiązku (bo przecież z biblioteki nie wypada wyjść bez książki, zwłaszcza, że bibliotekarz mógłby pomyśleć, że nie jest godzien monarszego zainteresowania), wypożycza powieść. Wiedziona tym samym poczuciem obowiązku, czyta ją, czego wcześniej nigdy nie robiła ze względu na bardzo napięty chronogram zajęć. Później wypożycza następną książkę, i jeszcze jedną, i kolejną…

Znajomość z literaturą szybko przeistacza się w swoisty nałóg, przez który Jej Królewska Mość zaczyna zaniedbywać do tej pory skrupulatnie egzekwowane detale swoich obowiązków. Wszystko po to, aby z programu dnia wyszarpnąć choć kilka dodatkowych minut na lekturę. Nie podoba się to ani rządowi, ani dworzanom. Zaczynają się wręcz rozchodzić pogłoski, że starcza demencja dopadła umysł najważniejszej osoby w państwie. Nic jednak bardziej mylnego – w końcu któż dotknięty tą przypadłością mógłby z wypiekami na twarzy pochłaniać „W poszukiwaniu straconego czasu”?

W powieści nie sposób się doszukać zwrotów akcji, emocjonalnych porywów czy wzrostu napięcia. Fabuła rozumiana jako następujące po sobie w szaleńczym tempie karkołomne wydarzenia, tutaj nie występuje. Książka ma raczej charakter refleksyjny. Autor chciał nam pokazać, jakie zmiany mogą nastąpić w kimś, kto w tak zachłanny sposób jak królowa odkrywa lekturę. Wybór takiej, a nie innej bohaterki miał na celu głównie wywołanie efektu komicznego. No i chyba wstrząśnięcie brytyjskim czytelnikiem, jako że (jak podejrzewam, ponieważ nie znam się na tym kompletnie) jego stosunek do monarchii (zwłaszcza własnej) jest dużo bardziej emocjonalny, niż obywatela każdego innego państwa.

Napis na czwartej stronie okładki głosi, że jest to „Obrazoburcza i ogromnie zabawna powieść […].”. Nie zauważyłam tam ani odrobiny obrazoburczości (po prawdzie, wcale jej nie szukałam). Być może książka wydaje się taka dla mieszkańca Zjednoczonego Królestwa, jednakowoż dla zwykłej polskiej czytelniczki, która na dodatek nigdy się angielskim stosunkiem do monarchii nie interesowała, nie ma w niej krzty niestosowności.  Kwestia „zabawności” jest już bardziej skomplikowana. Autor włożył dużo wysiłku, aby wiele sytuacji, które opisał, wywoływało uśmiech na twarzy czytelnika, jednak mi w szczerym śmiechu przeszkodził pewnie fakt. Ogólna pogarda dla czytania, jaką wyrażał dwór królewski, uznawanie go za objaw słabości umysłu czy niezdrową obsesję, podejmowanie wszelkich działań, aby uniemożliwić królowej lekturę, wydało mi się jako obraz ogólny strasznie smutne. Tym bardziej, że zdaję sobie sprawę z tego, że ten obraz niewiele odbiega od rzeczywistości. Bo chyba każdy z nas, moli książkowych, usłyszał kiedyś kwestię w stylu: „To ty masz czas czytać? Ja mam tyle ważniejszych spraw, że nie starcza mi czasu na głupie rozrywki.”, „Po co czytasz? To przecież strata czasu, pieniędzy z tego nie będzie”, „Do nauki byś się wziął, a nie tylko te durne powieści ci w głowie”. Smutne, ale prawdziwe. I nawet wysiłki autora nie były w stanie osłodzić mi tego faktu.

Jako mistrz pióra Alan Bennett natomiast nie zawiódł mnie wcale. Jest on przykładem pisarza, który używa języka przystępnego, ale nie prostackiego, a trudniejsze zwroty wprowadza w taki sposób, aby czytelnik nie musiał się zastanawiać, cóż one takiego znaczą. Takich pisarzy lubię czytać najbardziej: z jednej strony widzę, że wzbogacam słownictwo, obcując z prawdziwie literackim językiem, z drugiej nie muszę mieć „Słownika wyrazów obcych i trudnych” na podorędziu, żeby rozumieć tekst.

Wydanie książki też zasługuje na uznanie. Chociaż to powieść raczej kieszonkowa, kartki są szyte, oprawa twarda, a wklejki ozdobiono deseniem w stylu znanym ze starszych wydań klasyki. Nie mówiąc już o bardzo pomysłowym zdjęciu z okładki. Tłumaczenie jest świetne, widać pracę pani, która się nim zajmowała: nie ma żadnych potknięć czy rażących lapsusów, a nawet gry słowne są przełożone z wielką pieczołowitością. Na dodatek nie znalazłam ani jednej literówki. Wadą mogą być jedynie bardzo grube i sztywne kartki, które nieco utrudniają czytanie. No i brak przy takim solidnym wydaniu wstążeczki – zakładki, ale przecież nie można mieć wszystkiego.

Polecam przede wszystkim molom książkowym i fanom brytyjskiego humoru. Oraz wszystkim, którzy lubią dobry styl – nie spodziewajcie się jednak salw śmiechu czy dowcipu w stylu Pratchetta. Ani galopującej akcji. Jeśli jednak macie ochotę na chwilę lekko i przystępnie podanej refleksji nad własnym „nałogiem”, czytajcie śmiało.

Tytuł: Czytelniczka znakomita
Autor: Alan Bennett
Tłumacz: Ewa Rajewska
Tytuł oryginalny:
The Unkommon Reader
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok: 2009
Stron: 112
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...