Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 września 2022

"Gawędy o wilkach i innych zwierzętach" Marcin Kostrzyński


„Gawędy o wilkach i innych zwierzętach” Marcina Kostrzyńskiego miały swoją premierę w okresie mody na wszelką ekoliteraturę. Rynek miał wtedy ogromne ssanie na tego typu teksty, a że najwyraźniej polscy autorzy byli tańsi niż zagraniczni, to każdy, kto był jakkolwiek rozpoznawalny w internecie ze swojej przyrodniczej działalności wydawał wtedy książkę. Przy czym „Gawędy...” musiały cieszyć się sporym powodzeniem wśród czytelników, bo w jakiś czas po pierwszym wydaniu wyszło drugie, poprawione i rozszerzone. I mimo że na półce stało pierwsze, to odpaliłam Legimi i przeczytałam drugie, bo czemu nie (różnice nie są znaczące, doszło kilka nowych historyjek).

sobota, 5 grudnia 2020

"Bezgwiezdne Morze" Erin Morgenstern


Jest kilkoro takich autorów, od których książki biorę w ciemno. Do tego grona należy Erin Morgenstern. Jej debiutancki „Cyrk Nocy” nie miał u nas szczęścia – wyszedł akurat jako jedna z ostatnich publikacji chylącego się ku upadłości wydawnictwa w związku z czym praktycznie nie miał promocji i przeszedł bez większego echa. A szkoda, bo to świetna książka. Jednak szczęśliwie Świat Książki znalazł nowego właściciela i odbił się od dna, stać go więc na odpowiednią promocję „Bezgwiezdnego Morza”. A przynajmniej mam taką nadzieję, bo to fenomenalna książka zasługująca na jak największe nakłady. 

sobota, 31 stycznia 2015

Komedia geriatryczna, czyli w sto lat dookoła świata - "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" Jonas Jonasson

Są powieści, które maja ogromną promocję w blogosferze. W okolicach premiery trudno się opędzić od notek o nich, w pewnym momencie człowiek zaczyna się bać zaglądać do lodówki. „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” właśnie do nich należał, ale szczerze mówiąc w czasie tej kampanii promocyjnej nie zapałałam chęcią przeczytania (choć zapamiętałam okładkę – strasznie mi się podoba). Więc jak rzucili edycję biedronkową w śmiesznych cenach, to się skusiłam. I nie żałuję.

Allan Karlsson kończy dziś sto lat, ale czuje się jeszcze całkiem dobrze. Nie za bardzo odpowiada mu spędzenie reszty życia w tym okropnym domu opieki, gdzie nawet kieliszka wychylić nie można. Toteż postanawia spontanicznie wyskoczyć przez okno (na parterze było). Na dalszy rozwój wydarzeń planu nie ma, ale dworzec wydaje mu się nienajgorszą opcją. To co potem się dzieje, przechodzi ludzkie pojęcie, a na pewno oczekiwania Allana.

Czytając powieść Jonassona, miałam skojarzenia z prozą Chmielewskiej i to z najlepszych lat jej pisarstwa. Ta sama szalona akcja, nieprawdopodobne teorie i wątek śledztwa. Niemniej, sama konstrukcja powieści dość znacznie się rożni od tego, co królowa polskiego kryminału zwykła nam serwować. U Chmielewskiej to grupa przyjaciół próbuje rozwiązać zagadkę, często tworząc przy tym całkiem fantastyczne teorie. Tutaj poznajemy niejako grupę ściganych, którzy chcą przed stróżami prawa umknąć, za przyjaciół mając najbardziej nieprawdopodobne zbiegi okoliczności. To tak, jakby jedna z szalonych teorii bohaterów Chmielewskiej nagle okazała się prawdziwa.

Ale brawurowa ucieczka stulatka to tylko połowa fabuły powieści. Druga połowa to biografia Allana. Okazuje się, że stulatek, który zaczynał jako nieletni posłaniec w fabryce materiałów wybuchowych, stał się człowiekiem niezwykle bywałym i światowym. Dwudziesty wiek obfitował w zdarzenia brzemienne historycznie i najwyraźniej Alan w większość z nich był zamieszany. A kulisy tego zamieszania zdradzają dość osobliwe szczegóły.

Sam Allan niezwykle przypomina mi archetypowego wręcz Jasia z baśni. To taki chłopek-roztropek: szkół nie kończył, za przewodnika w życiu najczęściej miał chłopski rozum, ale z drugiej strony sprytu mu nie brakowało i w ciemię bity nie był. A że szczęście mu sprzyjało, to potrafił każdego zrobić w konia i jeszcze się ustawić. W dodatku Allan jest postacią ogromnie sympatyczną, więc czytelnik przyklaskuje mu, gdy kolejne pościgi wyprowadza w pole, a wrogów spotyka mniej lub bardziej zasłużona kara. To klasyczna baśń napisana we współczesnym języku.

Dodatkowe punkty ma u mnie autor za uczynienie bohaterami ludzi starych. Oczywiście, rodzi to dodatkowy potencjał komiczny (dziadek wodzący za nos policjantów zawsze będzie bardziej zabawny niż robiący to samo młodzik. Tylko z fanserwisem gorzej), ale mimo wszystko miło, gdy w plejadzie bohaterów młodych i w średnim wieku pojawi się osoba 70+ pełna werwy i pomysłów, a nie rozpamiętująca ze zgorzknieniem własne życie.

„Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” tryska humorem (to naprawdę szalenie zabawna powieść, często dość absurdalna), ale autor komentuje w nim również sprawy poważne – jak choćby zimna wojna, afera Watergate czy masowe sterylizacje „niedostosowanych” w Szwecji (pisałam niedawno o książce, w której o tym ostatnim można poczytać na poważnie), sprowadzając je do absurdu i obnażając ich głupotę. Dzieje się to co prawda kosztem pewnych uproszczeń, ale zadaniem satyry nie jest przecież zabawa w niuanse.


Czy polecam „Stulatka...”? Owszem, to idealna powieść na poprawę humoru, świetnie napisana i z galerią barwnych, często historycznych postaci (o których nie wspominałam, bo spoiery – nie chcę wam psuć zabawy). Teraz z czystym sumieniem będę się mogła zabrać za ekranizację. Ciekawe, czy dorówna pierwowzorowi.

Tytuł: Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął
Autor: Jonas Jonasson
Tytuł oryginalny: Den hundredårige der kravlede ud ad vinduet og forsvandt
Tłumacz: Joanna Myszkowska-Mangold
Wydawnictwo: Świat Ksiązki
Rok: 2013
Stron: 416

niedziela, 29 września 2013

Dom szeroko pojmowany - "W Japonii czyli w domu" Rebecca Otowa

Muszę przyznać, że od chwili, kiedy zobaczyłam tę książkę w zapowiedziach, w mojej głowie zrodził się niecny plan. Czytałam kiedyś książkę o podobnej tematyce autorstwa Polki. Polka owa na swoim blogu pisała kiedyś, że pierwotnie jej książka miała być wydana w Stanach, ale wydawca stwierdził, że jak nie ma Tokio i dziwów cukierkowej popkultury, to on nie chce. Zastanawiałam się więc, jakaż prowincja jest w książce Amerykanki, że się ukazała. Bardzo też ciekawa byłam, czy istnieje różnica pomiędzy polskim a amerykańskim postrzeganiem życia w Japonii. Przekonałam się, że istnieje, ale nie podejrzewam, żeby wynikała z narodowości.

Rebecca Otowa mieszka w Japonii już prawie trzydzieści lat. Jednak „W Japonii czyli w domu” nie jest pamiętnikiem tego czasu, nie jest nawet zbiorem anegdot z prowincji. Jest zbiorkiem krótkich felietonów, poświęconych mniej lub bardziej lokalnym zwyczajom japońskim i rozważaniom nad zagadnieniem mentalności Japończyków.

Czegoś mi w tej książce brakowało. Była to osoba autorki. „W Japonii czyli w domu”, zwłaszcza na początku, jest pisane z sileniem się na obiektywizm. Pewnie większość osób zainteresowanych kulturą Kraju Kwitnącej Wiśni nie zgodzi się za mną, ale gdybym chciała poznać obiektywną relację, sięgnęłabym po opracowanie naukowe. Sięgając po beletrystykę, chciałabym odnaleźć w niej subiektywne spojrzenie żywego człowieka, nie naukową bezosobowość. Tutaj tego spojrzenia zabrakło. Co prawda w dalszych częściach (bo rzecz cała podzielona jest tematycznie) już panią Otowę lepiej widać, ale silenie się na zbędny obiektywizm jest wciąż obecne i o tyle irytujące, że przynajmniej częściowo bezskuteczne.

Jeśli jednak czytelnika interesowałaby wiedza ogólna, socjologiczna i kulturoznawcza, śmiem twierdzić, że „W Japonii czyli w domu” będzie dla niego świetną lekturą. Mamy tam bowiem opisy domowych zwyczajów związanych z lokalnymi świętami (czego w książce Anny Ikedy próżno szukać), trochę kolorowych zdjęć i mnóstwo rysunków (niestety, w odcieniach szarości). Dla mnie najciekawszym rozdziałem była historia rodziny męża autorki, bogato okraszona zdjęciami. Było w niej widać zaangażowanie osobiste pani Otowy, co znacząco podniosło wartość tekstu.

Jeśli chodzi o język, to trochę brakuje mu lekkości. Autorka lubi wpadać w ciężkawe, filozoficzne rozważania nad naturą japońskiej wszechrzeczy, co trochę mnie nudziło – są to momenty bardzo introspektywne, ale brakuje w nich czegoś, co mogłoby zainteresować czytelnika. Poza tym wszystko, o czym Otowa pisze, nosi znamię sztywnej powagi – bardzo to japońskie, ale nieco niestrawne.

Na początku pisałam, że nie sądzę, aby różnice między książką Polki i Amerykanki wynikały z narodowości. Obie panie dzieli po pierwsze różnica pokolenia, co automatycznie wpływa na postrzeganie świata, a po drugie, podczas gdy japońska część rodziny pani Ikedy jest bardzo postępowa, państwo Otowa mocno trzymają się tradycji. Nie jest więc to opozycja spojrzenie polskie vs. spojrzenie amerykańskie, ale raczej prowincja nowoczesna (jak na możliwości prowincji, oczywiście) contra tradycyjna. Więc jeśli ktoś szuka relacji z tradycyjnej japońskiej wsi – polecam „W Japonii czyli w domu”. Pozostali niech sięgną po książkę Ikedy.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Świat Książki.

Tytuł: W Japonii czyli w domu. Amerykanka w Kraju Kwitnącej Wiśni
Autor: Rebecca Otowa
Tytuł oryginalny: At Home in Japan
Tłumacz: Iwona Kordzińska-Nawrocka
Wydawnictwo: Świat Ksiązki
Rok: 2013
Stron: 192

niedziela, 27 stycznia 2013

Niezbyt o Japonii - "Amerykańska gejsza" Lea Jacobson

O Japonii poczytać sobie od czasu do czasu lubię, bo dalekowschodnie klimaty zawsze kojarzyły mi się z jakąś fantastyką. A że Kraj Kwitnącej Wiśni niedawno modny się zrobił (przynajmniej tak, jak kraje bliskowschodnie), to o nim można przeczytać najwięcej. Ostatnio taką lekturą była „Amerykańska gejsza” Lei Jacobson. I teraz mam problem.


Książka jest swego rodzaju pamiętnikiem, w którym autorka postarała się pokazać obraz wycinka kultury japońskiej. Chodzi mianowicie o swoiste środowisko barów z hostessami, będącymi specyficzną gałęzią przemysłu rozrywkowo-erotycznego. I zgodzę się z autorką, że takich tworów nie ma chyba nigdzie indziej na świecie – jakoś nie wyobrażam sobie, żeby jakiekolwiek miasto w zachodnim kręgu kulturowym dysponowało barem, w którym podstarzali biznesmeni traciliby kupę kasy tylko i wyłącznie po to, żeby porozmawiać i wypić drinka z egzotyczną pięknością, doskonale wiedząc, że na nic więcej nie mogą liczyć. Niemniej, jak każda praca w branży, było niebyło, rozrywkowej, praca w tego typu barze ma swoje ciemne strony.

Jak już mówiłam, mam problem. Ideą książki miało być, zdaje się, pokazanie jak praca w barze wygląda i z czym się wiąże. Ten cel w zasadzie udało się osiągnąć. Z drugiej strony wygląda na to, że napisanie tej książki miało dla autorki wymiar terapeutyczny, co zaszkodziło powieści na poziomie warsztatowym.

„Amerykańska gejsza” jest spisana w formie krótkich rozdzialików, będących w zasadzie samodzielnymi artykułami, w sam raz do prasy. Ponieważ mają też znamiona pamiętnika, początkowy obraz autorki/bohaterki, jaki się z nich wyłania, jest bardzo irytujący. Oto bowiem mamy młoda dziewczynę świeżo po studiach (japonistyce i kulturze azjatyckiej), która przyjechawszy do Japonii jest bardzo zdziwiona, jeśli nie oburzona faktem, że  kultura tego kraju różni się od Amerykańskiej i postępowanie w zgodzie z rodzimymi zwyczajami może skutkować ostracyzmem. Poza tym młoda Lea często wypowiada się na temat Japończyków w wyższością godną dziewiętnastowiecznego antropologa wygłaszającego wykład o ludach Afryki. Gdy mówi o swoich klientach, jest to jeszcze zrozumiałe – trzeba jakoś utrzymywać higienę psychiczną w pracy tak wyczerpującej emocjonalnie. Ale kiedy tematem takich wypowiedzi jest rodzina, u której autorka mieszkała podczas swojej nauczycielskiej kariery, robi to bardzo niemiłe wrażenie.

Może pozwolę sobie na sporą nadinterpretację (na zasadzie „nie znam się, więc się wypowiem”), ale dla mnie „Amerykańska gejsza” to nie jest książka o japońskich barach. To jest fascynujące studium autodestrukcji. W sumie bohaterka/autorka wydaje się ze mną zgadzać. Już przed wyjazdem z kraju Lea miała problemy psychiczne, objawiające się aktami destrukcyjnymi – bulimia i problem z samookaleczeniem. Sama przyznaje, że wywoływał je stres i poczucie winy (czy może stres wywołany poczuciem winy). Wybranie zajęcia dającego szybkie i łatwe pieniądze, a jednocześnie ułatwiającego uzależnienie od alkoholu i narkotyków przy jednoczesnym wypaleniu emocjonalnym wydaje się tylko następnym krokiem (dziewczę znało dwa języki i miało możliwość – z której czasem korzystało – pracy w zawodzie nauczycielki lub modelki, zawsze mogło też wrócić do domu, nie mówimy więc o żadnej zewnętrznej konieczności).

O ile „Amerykańska gejsza”  jest znakomitym materiałem do analiz pychologicznych, o tyle warstwa literacka nie jest już tak dobra. Styl jest trochę przyciężki, a gdy autorka zaczyna (pseudo)filozoficzne rozważania, powiew nudy od razu usypia czytelnika. Poza tym osobiście czułam się w trakcie lektury traktowana trochę jak przygłup, bo autorka ma irytującą manierę powtarzania co klika linijek tej samej informacji (na zasadzie: „X była Amerykanką.” i kilka linijek później „X oczywiście doskonale znała słowa tej piosenki Pink, bo była Amerykanką”.). Mało jest czysto warsztatowych błędów, które bardziej mnie irytują.

Czy polecam? Raczej tak, książka nie jest przecież totalnym gniotem. A komu? W pierwszej kolejności fanom powieści z wątkiem autobiograficznych, w drugiej – tym, którzy lubią historię ludzi po przejściach. Japonofilom raczej powiem, żeby przeczytali, jeśli będą chcieli.

Tytuł: Amerykańska gejsza
Autor: Lea Jacobson
Tłumacz: Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik
Tytuł oryginalny:
Bar Flower
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2009
Stron: 286


 Książka przeczytana w ramach wyzwania "Od A do Z" u takichomiktaki.

piątek, 18 stycznia 2013

Dla moli - "Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek" Mary Ann Shafer, Anne Barrows


Są takie książki, których tytuły nas urzekają. Są wstrząsające, nietypowe, wpadające w ucho, urocze, albo wszystko na raz. Książka z pań Shaffer i Barrows zdecydowanie należy do tych, których tytuły urzekają. Bo czyż można przejść obojętnie obok „Stowarzyszenia Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek”?

Juliett jest pisarką, która wyrusza w trasę promującą jej najnowszą książkę. Jest to jej pierwsza książka powojenna – zbiór felietonów które w czasie wojny publikowało jedno z londyńskich czasopism. Niedawno skończyła się II wojna światowa i cała Europa liże rany, a zbiór humorystycznych tekstów najwyraźniej w tym pomaga, przynajmniej Anglikom. Czas jednak poszukać tematu do nowej powieści. List od obcego mężczyzny i nowi znajomi z Wysp Normandzkich wydatnie w tym pomogą.

Autorki zdecydowały się na bardzo nietypową obecnie formę – stworzyły powieść epistolarną. Dotąd byłam przekonana, że szał na opowieści w listach skończył się przy „Cierpieniach młodego Wertera”, ale najwyraźniej nie. Dla mnie to ogromna zaleta, uwielbiam różnorodność i nietypowe rzeczy. Może trzeba więcej uwagi poświęcać temu, kto i do kogo pisze, ale warto. Bohaterowie bowiem listy piszą dowcipne, ciepłe, często zawierające historie niesamowite czy cudowne, a zawsze wzruszające. Język jest lekki i zgrabny, pozwalając czytelnikowi całkowicie wsiąknąć w cudzą korespondencję.

Zdarzało mi się czasem znaleźć w czeluściach sieci recenzje lekko rozczarowanych czytelniczek. Głównym zarzutem był brak rozdzierającego tragizmu historii, i naturalistycznych opisów cierpień mieszkańców okupowanych wysp. Cóż, ja takich pretensji nie mam. Z jednej strony dlatego, że autentyczne wojenne wspomnienia (z literaturą obozową na czele) są dla mnie zbyt trudne w czytaniu. Poraża mnie ten ogrom cierpienia, dlatego wolę go w wersji wygładzonej, jeśli już koniecznie musze z nim obcować. Z drugiej strony – chyba naturalistyczny rys jest niemożliwy w listach pisanych do obcej osoby w niespełna rok po wojnie. W każdym razie mnie bardzo odpowiadają wojenne opowieści mieszkańców wyspy, które są raz zabawne (sprawa pieczonego prosiaka), innym razem znowu tragiczne czy zwyczajnie pełne smutku i beznadziei. 

Kolejną mocną stroną powieści są bohaterowie. Sama Juliett jest osobą bardzo sympatyczną, choć (a może właśnie dlatego) nieco postrzelaną. Zaś mieszkańcy wyspy to cała galeria osobliwości. Mamy więc i lokalną wiedźmę, która wcale nie wygląda jak wiedźma, mamy farmera rozkochanego w esejach Lamba, mamy lokaja z zacięciem aktorskim i byłego psychiatrę. Wszystkie te postacie są niezwykle sympatyczne (poza tymi, które nie miały takie być) – nawet niemieckich okupantów autorki starały się nie demonizować. Wreszcie jest też postać najważniejsza, choć nieobecna. Elizabeth była duszą wyspy, która pozwoliła mieszkańcom przetrwać wojnę. Razem z Juliett poznajemy jej niezwykłą charyzmę oraz pełne odwagi i codziennego poświęcenia życie.

Zapomniałabym wspomnieć o tym, co książkowe mole lubią najbardziej. Jak sam tytuł wskazuje, że „Stowarzyszenie Miłośników Literatury…” jest przede wszystkim opowieścią o książkach i o tym, jak wielką rolę mogą odegrać w życiu człowieka. Nie tylko pomagają przetrwać wojnę, ubarwić jej beznadziejność – pośrednio mogą nawet zapobiec przestępstwu czy kojarzyć małżeństwa. Jest to więc balsam dla duszy każdego mola, który czuje się nierozumiany przez otoczenie. No i zawsze przyjemnie poczytać o współuzależnionych.;)

Jeśli szukacie autentycznych i brutalnych w swojej tragedii wspomnień wojennych, ta książka z pewnością was nie zadowoli. Jeśli natomiast macie ochotę na ciepłą historię o literaturze i relacjach międzyludzkich na tle wojny, przedstawioną w nietypowej formie, „Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek” to coś dla was. Zatem miłej lektury.

Tytuł: Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek
Autor: Mary Ann Shafer, Anne Barrows
Tłumacz: Joanna Puchalska
Tytuł oryginalny:
The Guernsey Literary and Potato Peel Pie Society
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2010
Stron: 252

środa, 14 listopada 2012

Kapłanka śmierci - "Accabadora" Michela Murgia

Jestem osobą, która gustuje głównie w książkach fantastycznych. Jednak jest coś czego być może po mnie nie widać (nawet dwie rzeczy) – nie mam zamiaru zamykać się w getcie jednego gatunku i mam pewną słabość do realizmu magicznego. Realizmu magicznego, który definiuję według własnych, wysoce subiektywnych kryteriów. Po „Accabadorze” spodziewałam się, że te kryteria spełni. Pomyliłam się jednak.


Fabuła tej króciutkiej powieści to w zasadzie opis kilku lat życia sardyńskiego miasteczka. Kilku lat widzianych z perspektywy Marii Listru, dziewczynki, a później młodej kobiety, będącej duchowym dzieckiem Bonarii Uraii. Czytelnik ma okazję zanurzyć się w sennej atmosferze powojennego miasteczka, poznać typowe dla Sardynii zwyczaje. Zwyczaje często magiczne, gdyż, jeśli wierzyć autorce, w tamtym czasie Sardynia była miejscem, gdzie sąsiedzi wciąż rzucali klątwy, aby przesunąć granice działek, ludzie zaś przychodzili na świat przy pomocy akuszerki, a odchodzili często przy pomocy tajemniczej, budzącej strach i szacunek accabadory…

Jak już mówiłam, spodziewałam się po książce specyficznego klimatu, którym według mnie winny się charakteryzować powieści z gatunku realizm magiczny. Jako że jestem osobą, która realizm magiczny Marquezem poznawała, ten nurt jest nierozerwalnie związany z pewnym surrealistycznym klimatem. „Accabadora” go nie posiada. Ma swoją własną, zupełnie inną aurę.

W powieści czuć bowiem klimat małego miasteczka, w którym wszyscy się znają. Nie jest to jednak mieścina, jakich wiele – specyfiki nadaje jej sardyńskie otoczenie i ludzie, jacy je zamieszkują. Ludzie, którzy w drugiej połowie XX wieku ciągle rzucają klątwy na sąsiadów i w których społeczności jest miejsce zarówno dla księdza, jak i dla tej, która pomaga odejść, accabadory, kogoś pośredniego między wiedźmą i ostatnią instancją zaufania publicznego. Oraz dla duchowych dzieci.

W zasadzie to relacje Bonarii z jej duchową córką są, poza sardyńskimi zwyczajami, które autorka utrwaliła w powieści niczym na dagerotypie,  głównym tematem tej historii. Mamy tutaj opowieść o zrozumieniu i o dojrzewaniu, z tym że to drugie nie dotyczy samej Marii, rozlewa się na całe miasteczko. Autorka zarysowała tutaj relację dziewczynki posiadającej coś na kształt dwóch matek i nie umiejącej się pogodzić z naturą jednej z nich. To, co mogłoby być największym plusem książki, moim zdaniem zostało jednak zbyt słabo zarysowane. Gdyby autorka zechciała nam ten wątek przybliżyć, pogłębić psychologiczną więź bohaterek, powieść wiele by zyskała. A tak pierwsze skrzypce pozostają jednak w rękach ludu Sardynii. Trochę szkoda.

Podsumowując, „Accabadora” jest niewątpliwie powieścią ciekawą i bardzo klimatyczną, jednak spodziewałam się po tej krótkiej historii czegoś więcej. Z całego serca mogę ją polecić fanom śródziemnomorskich klimatów - z pewnością będą zachwyceni. Pozostałym też pewnie się spodoba, ale już nie aż tak.

 Książkę otrzymałam od wydawnictwa Świat Książki.

Tytuł: Accabadora. Ta, która pomaga odejść
Autor: Michela Murgia
Tłumacz: Hanna Borkowska
Tytuł oryginalny:
Accabadora
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2012
Stron: 192

poniedziałek, 8 października 2012

Daj się ponieść magii cyrku - "Cyrk Nocy" Erin Morgenstern [Przedpremierowo]

Wiele książek nazywanych jest bestsellerami i chyba większość czytelników zdaje sobie sprawę, że taki napis o niczym nie świadczy, no, może o dochodach wydawcy. Niemniej jednak niektóre książki dobrze się sprzedają z konkretnych powodów – chociażby takich, że są świetnie napisane, mają ciekawych bohaterów czy wciągającą fabułę. „Cyrk Nocy” niewątpliwie posiada konkretne powody, żeby dobrze się sprzedać.

Pewnej nocy dwóch mężczyzn postanawia wystawić swoich uczniów w pojedynku. Nie jest to jednak nic tak prozaicznego, jak walka szermierzy czy zawody w strzelaniu. Obaj panowie są bowiem magami i rozgrywka musi być o wiele subtelniejsza. Jeden szkoli swoją uczennicę wyłącznie za pomocą zajęć praktycznych. Drugi przekazuje wiedzę uczniowi jedynie za pomocą książek. Pojedynek wszakże musi mieć odpowiednią oprawę i tę oprawę ma mu zapewnić coś wyjątkowego – niesamowity cyrk. Z czasem okazuje się, że znaczenie cyrku jest przeogromne, a jego losy splatają ze wszystkimi, którzy przyłożyli rękę do jego powstania. Jak na tej arenie poradzi sobie dwoje zagubionych ludzi, którzy wbrew sobie znaleźli się po przeciwnych stronach barykady?

„Cyrk Nocy” jest z pewnością powieścią niezwykłą. Wbrew pozorom nie jest jednak opowieścią o magicznym pojedynku na tle dziewiętnastowiecznego Londynu. Nie jest też do końca opowieścią o miłości, chociaż wątek ten ma spore znaczenie. Jest opowieścią o miejscu. Roztaczający nieziemską aurę Le Cirqe des Reves jest tu głównym bohaterem. To jego niezwykłość porywa czytelnika, to piękno opisu poszczególnych atrakcji jest duszą książki. Cyrk odpowiada na nasze tęsknoty i jest płótnem, na którym różnobarwnymi nićmi wyhaftowano losy bohaterów. Czym byłby haft bez płótna?

Główni bohaterowie nie są tak zachwycający, jak cyrk. Oczywiście Celia i Marco stanowią bez wątpienia ciekawe i przyciągające uwagę osobowości, ale są dokładnie tym, czego należałoby się spodziewać bo po bohaterach podobnej opowieści. Ich niedoskonałość nie polega na posiadaniu jakiegoś konkretnego mankamentu, lecz właśnie na akuratności. Na szczęście w cyrku pracuje wiele osób, które są kompletnie zaskakujące i nie mam tu na myśli magów, od których się wszystko zaczęło. Mamy więc tajemniczą i egzotyczną kobietę gumę, mamy emerytowaną primabalerinę – obecnie dyktatorkę mody, jest też para ognistowłosych bliźniąt, urodzonych w noc otwarcia cyrku. Wszystkie te postacie są niezsamowite, wszystkie zapadają czytelnikowi w pamięć i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Erin Morgensterh posiada niebywały talent do tworzenia bohaterów.

Klimat powieści również jest niesamowity – czytanie tej książki przypomina odwiedziny w tytułowym cyrku, który jest bardziej wyrafinowanym teatrem ulicznym, niż klasycznym cyrkiem. Główna w tym zasługa wyobraźni autorki i niezwykłej subtelności, z jaką posługuje się piórem. Opisy niezwykłości są niebywale żywe, aż czytelnik czuje, że może ich wszystkich dotknąć. I nawet narracja w czasie teraźniejszym nie jest w stanie tego zepsuć – wręcz przeciwnie.

Powieść Erin Morgenstern jest z pewnością warta polecenia – zwłaszcza dla tych, którzy szczyptę magii przedkładają ponad twardą rzeczywistość, jak i dla tych, którzy wolą subtelność dymów i luster od miotania ordynarnych ognistych kul. Polecam – odrobina magii na jesienne wieczory.

 Książkę otrzymałam od wydawnictwa Świat Książki.

Tytuł: Cyrk Nocy
Autor: Erin Morgenstern
Tytuł oryginalny: The Night Circus
Tłumacz: Patryk Gołębiowski
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2012 (premiera 17 października)
Stron: 429
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...