„Gawędy o wilkach i innych zwierzętach” Marcina Kostrzyńskiego miały swoją premierę w okresie mody na wszelką ekoliteraturę. Rynek miał wtedy ogromne ssanie na tego typu teksty, a że najwyraźniej polscy autorzy byli tańsi niż zagraniczni, to każdy, kto był jakkolwiek rozpoznawalny w internecie ze swojej przyrodniczej działalności wydawał wtedy książkę. Przy czym „Gawędy...” musiały cieszyć się sporym powodzeniem wśród czytelników, bo w jakiś czas po pierwszym wydaniu wyszło drugie, poprawione i rozszerzone. I mimo że na półce stało pierwsze, to odpaliłam Legimi i przeczytałam drugie, bo czemu nie (różnice nie są znaczące, doszło kilka nowych historyjek).
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 20 września 2022
sobota, 5 grudnia 2020
"Bezgwiezdne Morze" Erin Morgenstern
Jest kilkoro takich autorów, od których książki biorę w ciemno. Do tego grona należy Erin Morgenstern. Jej debiutancki „Cyrk Nocy” nie miał u nas szczęścia – wyszedł akurat jako jedna z ostatnich publikacji chylącego się ku upadłości wydawnictwa w związku z czym praktycznie nie miał promocji i przeszedł bez większego echa. A szkoda, bo to świetna książka. Jednak szczęśliwie Świat Książki znalazł nowego właściciela i odbił się od dna, stać go więc na odpowiednią promocję „Bezgwiezdnego Morza”. A przynajmniej mam taką nadzieję, bo to fenomenalna książka zasługująca na jak największe nakłady.
sobota, 31 stycznia 2015
Komedia geriatryczna, czyli w sto lat dookoła świata - "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" Jonas Jonasson
Są powieści, które
maja ogromną promocję w blogosferze. W okolicach premiery trudno
się opędzić od notek o nich, w pewnym momencie człowiek zaczyna
się bać zaglądać do lodówki. „Stulatek, który wyskoczył
przez okno i zniknął” właśnie do nich należał, ale szczerze
mówiąc w czasie tej kampanii promocyjnej nie zapałałam chęcią
przeczytania (choć zapamiętałam okładkę – strasznie mi się
podoba). Więc jak rzucili edycję biedronkową w śmiesznych cenach,
to się skusiłam. I nie żałuję.
Allan Karlsson kończy
dziś sto lat, ale czuje się jeszcze całkiem dobrze. Nie za bardzo
odpowiada mu spędzenie reszty życia w tym okropnym domu opieki,
gdzie nawet kieliszka wychylić nie można. Toteż postanawia
spontanicznie wyskoczyć przez okno (na parterze było). Na dalszy
rozwój wydarzeń planu nie ma, ale dworzec wydaje mu się
nienajgorszą opcją. To co potem się dzieje, przechodzi ludzkie
pojęcie, a na pewno oczekiwania Allana.
Czytając powieść
Jonassona, miałam skojarzenia z prozą Chmielewskiej i to z
najlepszych lat jej pisarstwa. Ta sama szalona akcja,
nieprawdopodobne teorie i wątek śledztwa. Niemniej, sama
konstrukcja powieści dość znacznie się rożni od tego, co
królowa polskiego kryminału zwykła nam serwować. U Chmielewskiej
to grupa przyjaciół próbuje rozwiązać zagadkę, często tworząc
przy tym całkiem fantastyczne teorie. Tutaj poznajemy niejako grupę
ściganych, którzy chcą przed stróżami prawa umknąć, za
przyjaciół mając najbardziej nieprawdopodobne zbiegi okoliczności.
To tak, jakby jedna z szalonych teorii bohaterów Chmielewskiej nagle
okazała się prawdziwa.
Ale brawurowa ucieczka
stulatka to tylko połowa fabuły powieści. Druga połowa to
biografia Allana. Okazuje się, że stulatek, który zaczynał jako
nieletni posłaniec w fabryce materiałów wybuchowych, stał się
człowiekiem niezwykle bywałym i światowym. Dwudziesty wiek
obfitował w zdarzenia brzemienne historycznie i najwyraźniej Alan w
większość z nich był zamieszany. A kulisy tego zamieszania
zdradzają dość osobliwe szczegóły.
Sam Allan niezwykle
przypomina mi archetypowego wręcz Jasia z baśni. To taki
chłopek-roztropek: szkół nie kończył, za przewodnika w życiu
najczęściej miał chłopski rozum, ale z drugiej strony sprytu mu
nie brakowało i w ciemię bity nie był. A że szczęście mu
sprzyjało, to potrafił każdego zrobić w konia i jeszcze się
ustawić. W dodatku Allan jest postacią ogromnie sympatyczną, więc
czytelnik przyklaskuje mu, gdy kolejne pościgi wyprowadza w pole, a
wrogów spotyka mniej lub bardziej zasłużona kara. To klasyczna
baśń napisana we współczesnym języku.
Dodatkowe punkty ma u
mnie autor za uczynienie bohaterami ludzi starych. Oczywiście, rodzi
to dodatkowy potencjał komiczny (dziadek wodzący za nos policjantów
zawsze będzie bardziej zabawny niż robiący to samo młodzik. Tylko
z fanserwisem gorzej), ale mimo wszystko miło, gdy w plejadzie
bohaterów młodych i w średnim wieku pojawi się osoba 70+ pełna
werwy i pomysłów, a nie rozpamiętująca ze zgorzknieniem własne
życie.
„Stulatek, który
wyskoczył przez okno i zniknął” tryska humorem (to naprawdę
szalenie zabawna powieść, często dość absurdalna), ale autor
komentuje w nim również sprawy poważne – jak choćby zimna
wojna, afera Watergate czy masowe sterylizacje „niedostosowanych”
w Szwecji (pisałam niedawno o książce, w której o tym ostatnim
można poczytać na poważnie), sprowadzając je do absurdu i
obnażając ich głupotę. Dzieje się to co prawda kosztem pewnych
uproszczeń, ale zadaniem satyry nie jest przecież zabawa w niuanse.
Czy polecam
„Stulatka...”? Owszem, to idealna powieść na poprawę humoru,
świetnie napisana i z galerią barwnych, często historycznych
postaci (o których nie wspominałam, bo spoiery – nie chcę wam
psuć zabawy). Teraz z czystym sumieniem będę się mogła zabrać
za ekranizację. Ciekawe, czy dorówna pierwowzorowi.
Autor: Jonas Jonasson
Tytuł oryginalny: Den hundredårige der kravlede ud ad vinduet og forsvandt
Tłumacz: Joanna Myszkowska-Mangold
Wydawnictwo: Świat Ksiązki
Rok: 2013
Stron: 416
niedziela, 29 września 2013
Dom szeroko pojmowany - "W Japonii czyli w domu" Rebecca Otowa
Muszę przyznać, że od chwili, kiedy zobaczyłam tę książkę w zapowiedziach, w mojej głowie zrodził się niecny plan. Czytałam kiedyś książkę o podobnej tematyce autorstwa Polki. Polka owa na swoim blogu pisała kiedyś, że pierwotnie jej książka miała być wydana w Stanach, ale wydawca stwierdził, że jak nie ma Tokio i dziwów cukierkowej popkultury, to on nie chce. Zastanawiałam się więc, jakaż prowincja jest w książce Amerykanki, że się ukazała. Bardzo też ciekawa byłam, czy istnieje różnica pomiędzy polskim a amerykańskim postrzeganiem życia w Japonii. Przekonałam się, że istnieje, ale nie podejrzewam, żeby wynikała z narodowości.
Rebecca Otowa mieszka w Japonii już prawie trzydzieści lat. Jednak „W Japonii czyli w domu” nie jest pamiętnikiem tego czasu, nie jest nawet zbiorem anegdot z prowincji. Jest zbiorkiem krótkich felietonów, poświęconych mniej lub bardziej lokalnym zwyczajom japońskim i rozważaniom nad zagadnieniem mentalności Japończyków.
Czegoś mi w tej książce brakowało. Była to osoba autorki. „W Japonii czyli w domu”, zwłaszcza na początku, jest pisane z sileniem się na obiektywizm. Pewnie większość osób zainteresowanych kulturą Kraju Kwitnącej Wiśni nie zgodzi się za mną, ale gdybym chciała poznać obiektywną relację, sięgnęłabym po opracowanie naukowe. Sięgając po beletrystykę, chciałabym odnaleźć w niej subiektywne spojrzenie żywego człowieka, nie naukową bezosobowość. Tutaj tego spojrzenia zabrakło. Co prawda w dalszych częściach (bo rzecz cała podzielona jest tematycznie) już panią Otowę lepiej widać, ale silenie się na zbędny obiektywizm jest wciąż obecne i o tyle irytujące, że przynajmniej częściowo bezskuteczne.
Jeśli jednak czytelnika interesowałaby wiedza ogólna, socjologiczna i kulturoznawcza, śmiem twierdzić, że „W Japonii czyli w domu” będzie dla niego świetną lekturą. Mamy tam bowiem opisy domowych zwyczajów związanych z lokalnymi świętami (czego w książce Anny Ikedy próżno szukać), trochę kolorowych zdjęć i mnóstwo rysunków (niestety, w odcieniach szarości). Dla mnie najciekawszym rozdziałem była historia rodziny męża autorki, bogato okraszona zdjęciami. Było w niej widać zaangażowanie osobiste pani Otowy, co znacząco podniosło wartość tekstu.
Jeśli chodzi o język, to trochę brakuje mu lekkości. Autorka lubi wpadać w ciężkawe, filozoficzne rozważania nad naturą japońskiej wszechrzeczy, co trochę mnie nudziło – są to momenty bardzo introspektywne, ale brakuje w nich czegoś, co mogłoby zainteresować czytelnika. Poza tym wszystko, o czym Otowa pisze, nosi znamię sztywnej powagi – bardzo to japońskie, ale nieco niestrawne.
Na początku pisałam, że nie sądzę, aby różnice między książką Polki i Amerykanki wynikały z narodowości. Obie panie dzieli po pierwsze różnica pokolenia, co automatycznie wpływa na postrzeganie świata, a po drugie, podczas gdy japońska część rodziny pani Ikedy jest bardzo postępowa, państwo Otowa mocno trzymają się tradycji. Nie jest więc to opozycja spojrzenie polskie vs. spojrzenie amerykańskie, ale raczej prowincja nowoczesna (jak na możliwości prowincji, oczywiście) contra tradycyjna. Więc jeśli ktoś szuka relacji z tradycyjnej japońskiej wsi – polecam „W Japonii czyli w domu”. Pozostali niech sięgną po książkę Ikedy.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Świat Książki.
Tytuł: W Japonii czyli w domu. Amerykanka w Kraju Kwitnącej Wiśni
Autor: Rebecca Otowa
Tytuł oryginalny: At Home in Japan
Tłumacz: Iwona Kordzińska-Nawrocka
Wydawnictwo: Świat Ksiązki
Rok: 2013
Stron: 192
Autor: Rebecca Otowa
Tytuł oryginalny: At Home in Japan
Tłumacz: Iwona Kordzińska-Nawrocka
Wydawnictwo: Świat Ksiązki
Rok: 2013
Stron: 192
niedziela, 27 stycznia 2013
Niezbyt o Japonii - "Amerykańska gejsza" Lea Jacobson
O Japonii poczytać sobie od czasu
do czasu lubię, bo dalekowschodnie klimaty zawsze kojarzyły mi się z jakąś
fantastyką. A że Kraj Kwitnącej Wiśni niedawno modny się zrobił (przynajmniej
tak, jak kraje bliskowschodnie), to o nim można przeczytać najwięcej. Ostatnio
taką lekturą była „Amerykańska gejsza” Lei Jacobson. I teraz mam problem.
Książka jest swego rodzaju pamiętnikiem,
w którym autorka postarała się pokazać obraz wycinka kultury japońskiej. Chodzi
mianowicie o swoiste środowisko barów z hostessami, będącymi specyficzną
gałęzią przemysłu rozrywkowo-erotycznego. I zgodzę się z autorką, że takich
tworów nie ma chyba nigdzie indziej na świecie – jakoś nie wyobrażam sobie,
żeby jakiekolwiek miasto w zachodnim kręgu kulturowym dysponowało barem, w
którym podstarzali biznesmeni traciliby kupę kasy tylko i wyłącznie po to, żeby
porozmawiać i wypić drinka z egzotyczną pięknością, doskonale wiedząc, że na
nic więcej nie mogą liczyć. Niemniej, jak każda praca w branży, było niebyło,
rozrywkowej, praca w tego typu barze ma swoje ciemne strony.
Jak już mówiłam, mam problem.
Ideą książki miało być, zdaje się, pokazanie jak praca w barze wygląda i z czym
się wiąże. Ten cel w zasadzie udało się osiągnąć. Z drugiej strony wygląda na
to, że napisanie tej książki miało dla autorki wymiar terapeutyczny, co
zaszkodziło powieści na poziomie warsztatowym.
„Amerykańska gejsza” jest spisana
w formie krótkich rozdzialików, będących w zasadzie samodzielnymi artykułami, w
sam raz do prasy. Ponieważ mają też znamiona pamiętnika, początkowy obraz
autorki/bohaterki, jaki się z nich wyłania, jest bardzo irytujący. Oto bowiem
mamy młoda dziewczynę świeżo po studiach (japonistyce i kulturze azjatyckiej),
która przyjechawszy do Japonii jest bardzo zdziwiona, jeśli nie oburzona
faktem, że kultura tego kraju różni się
od Amerykańskiej i postępowanie w zgodzie z rodzimymi zwyczajami może skutkować
ostracyzmem. Poza tym młoda Lea często wypowiada się na temat Japończyków w
wyższością godną dziewiętnastowiecznego antropologa wygłaszającego wykład o
ludach Afryki. Gdy mówi o swoich klientach, jest to jeszcze zrozumiałe – trzeba
jakoś utrzymywać higienę psychiczną w pracy tak wyczerpującej emocjonalnie. Ale
kiedy tematem takich wypowiedzi jest rodzina, u której autorka mieszkała
podczas swojej nauczycielskiej kariery, robi to bardzo niemiłe wrażenie.
Może pozwolę sobie na sporą
nadinterpretację (na zasadzie „nie znam się, więc się wypowiem”), ale dla mnie
„Amerykańska gejsza” to nie jest książka o japońskich barach. To jest
fascynujące studium autodestrukcji. W sumie bohaterka/autorka wydaje się ze mną
zgadzać. Już przed wyjazdem z kraju Lea miała problemy psychiczne, objawiające
się aktami destrukcyjnymi – bulimia i problem z samookaleczeniem. Sama
przyznaje, że wywoływał je stres i poczucie winy (czy może stres wywołany
poczuciem winy). Wybranie zajęcia dającego szybkie i łatwe pieniądze, a
jednocześnie ułatwiającego uzależnienie od alkoholu i narkotyków przy
jednoczesnym wypaleniu emocjonalnym wydaje się tylko następnym krokiem
(dziewczę znało dwa języki i miało możliwość – z której czasem korzystało –
pracy w zawodzie nauczycielki lub modelki, zawsze mogło też wrócić do domu, nie
mówimy więc o żadnej zewnętrznej konieczności).
O ile „Amerykańska gejsza” jest znakomitym materiałem do analiz
pychologicznych, o tyle warstwa literacka nie jest już tak dobra. Styl jest
trochę przyciężki, a gdy autorka zaczyna (pseudo)filozoficzne rozważania,
powiew nudy od razu usypia czytelnika. Poza tym osobiście czułam się w trakcie
lektury traktowana trochę jak przygłup, bo autorka ma irytującą manierę
powtarzania co klika linijek tej samej informacji (na zasadzie: „X była
Amerykanką.” i kilka linijek później „X oczywiście doskonale znała słowa tej
piosenki Pink, bo była Amerykanką”.). Mało jest czysto warsztatowych błędów,
które bardziej mnie irytują.
Czy polecam? Raczej tak, książka
nie jest przecież totalnym gniotem. A komu? W pierwszej kolejności fanom
powieści z wątkiem autobiograficznych, w drugiej – tym, którzy lubią historię
ludzi po przejściach. Japonofilom raczej powiem, żeby przeczytali, jeśli będą
chcieli.
Tytuł: Amerykańska gejsza
Autor: Lea Jacobson
Tłumacz: Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik
Tytuł oryginalny: Bar Flower
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2009
Stron: 286
Książka przeczytana w ramach wyzwania "Od A do Z" u takichomiktaki.
Autor: Lea Jacobson
Tłumacz: Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik
Tytuł oryginalny: Bar Flower
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2009
Stron: 286
Książka przeczytana w ramach wyzwania "Od A do Z" u takichomiktaki.
piątek, 18 stycznia 2013
Dla moli - "Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek" Mary Ann Shafer, Anne Barrows
Są takie książki, których tytuły
nas urzekają. Są wstrząsające, nietypowe, wpadające w ucho, urocze, albo
wszystko na raz. Książka z pań Shaffer i Barrows zdecydowanie należy do tych,
których tytuły urzekają. Bo czyż można przejść obojętnie obok „Stowarzyszenia
Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek”?
Juliett jest pisarką, która
wyrusza w trasę promującą jej najnowszą książkę. Jest to jej pierwsza książka
powojenna – zbiór felietonów które w czasie wojny publikowało jedno z
londyńskich czasopism. Niedawno skończyła się II wojna światowa i cała Europa
liże rany, a zbiór humorystycznych tekstów najwyraźniej w tym pomaga,
przynajmniej Anglikom. Czas jednak poszukać tematu do nowej powieści. List od
obcego mężczyzny i nowi znajomi z Wysp Normandzkich wydatnie w tym pomogą.
Autorki zdecydowały się na bardzo
nietypową obecnie formę – stworzyły powieść epistolarną. Dotąd byłam
przekonana, że szał na opowieści w listach skończył się przy „Cierpieniach
młodego Wertera”, ale najwyraźniej nie. Dla mnie to ogromna zaleta, uwielbiam
różnorodność i nietypowe rzeczy. Może trzeba więcej uwagi poświęcać temu, kto i
do kogo pisze, ale warto. Bohaterowie bowiem listy piszą dowcipne, ciepłe,
często zawierające historie niesamowite czy cudowne, a zawsze wzruszające.
Język jest lekki i zgrabny, pozwalając czytelnikowi całkowicie wsiąknąć w cudzą
korespondencję.
Zdarzało mi się czasem znaleźć w
czeluściach sieci recenzje lekko rozczarowanych czytelniczek. Głównym zarzutem
był brak rozdzierającego tragizmu historii, i naturalistycznych opisów cierpień
mieszkańców okupowanych wysp. Cóż, ja takich pretensji nie mam. Z jednej strony
dlatego, że autentyczne wojenne wspomnienia (z literaturą obozową na czele) są
dla mnie zbyt trudne w czytaniu. Poraża mnie ten ogrom cierpienia, dlatego wolę
go w wersji wygładzonej, jeśli już koniecznie musze z nim obcować. Z drugiej
strony – chyba naturalistyczny rys jest niemożliwy w listach pisanych do obcej
osoby w niespełna rok po wojnie. W każdym razie mnie bardzo odpowiadają wojenne
opowieści mieszkańców wyspy, które są raz zabawne (sprawa pieczonego prosiaka),
innym razem znowu tragiczne czy zwyczajnie pełne smutku i beznadziei.
Kolejną mocną stroną powieści są
bohaterowie. Sama Juliett jest osobą bardzo sympatyczną, choć (a może właśnie
dlatego) nieco postrzelaną. Zaś mieszkańcy wyspy to cała galeria osobliwości.
Mamy więc i lokalną wiedźmę, która wcale nie wygląda jak wiedźma, mamy farmera
rozkochanego w esejach Lamba, mamy lokaja z zacięciem aktorskim i byłego
psychiatrę. Wszystkie te postacie są niezwykle sympatyczne (poza tymi, które
nie miały takie być) – nawet niemieckich okupantów autorki starały się nie
demonizować. Wreszcie jest też postać najważniejsza, choć nieobecna. Elizabeth
była duszą wyspy, która pozwoliła mieszkańcom przetrwać wojnę. Razem z Juliett
poznajemy jej niezwykłą charyzmę oraz pełne odwagi i codziennego poświęcenia życie.
Zapomniałabym wspomnieć o tym, co
książkowe mole lubią najbardziej. Jak sam tytuł wskazuje, że „Stowarzyszenie
Miłośników Literatury…” jest przede wszystkim opowieścią o książkach i o tym,
jak wielką rolę mogą odegrać w życiu człowieka. Nie tylko pomagają przetrwać
wojnę, ubarwić jej beznadziejność – pośrednio mogą nawet zapobiec przestępstwu
czy kojarzyć małżeństwa. Jest to więc balsam dla duszy każdego mola, który
czuje się nierozumiany przez otoczenie. No i zawsze przyjemnie poczytać o
współuzależnionych.;)
Jeśli szukacie autentycznych i
brutalnych w swojej tragedii wspomnień wojennych, ta książka z pewnością was
nie zadowoli. Jeśli natomiast macie ochotę na ciepłą historię o literaturze i
relacjach międzyludzkich na tle wojny, przedstawioną w nietypowej formie, „Stowarzyszenie
Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek” to coś dla was. Zatem
miłej lektury.
Tytuł: Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek
Autor: Mary Ann Shafer, Anne Barrows
Tłumacz: Joanna Puchalska
Tytuł oryginalny: The Guernsey Literary and Potato Peel Pie Society
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2010
Stron: 252
Autor: Mary Ann Shafer, Anne Barrows
Tłumacz: Joanna Puchalska
Tytuł oryginalny: The Guernsey Literary and Potato Peel Pie Society
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2010
Stron: 252
środa, 14 listopada 2012
Kapłanka śmierci - "Accabadora" Michela Murgia
Jestem osobą, która gustuje
głównie w książkach fantastycznych. Jednak jest coś czego być może po mnie nie
widać (nawet dwie rzeczy) – nie mam zamiaru zamykać się w getcie jednego
gatunku i mam pewną słabość do realizmu magicznego. Realizmu magicznego, który
definiuję według własnych, wysoce subiektywnych kryteriów. Po „Accabadorze”
spodziewałam się, że te kryteria spełni. Pomyliłam się jednak.
Fabuła tej króciutkiej powieści
to w zasadzie opis kilku lat życia sardyńskiego miasteczka. Kilku lat widzianych
z perspektywy Marii Listru, dziewczynki, a później młodej kobiety, będącej
duchowym dzieckiem Bonarii Uraii. Czytelnik ma okazję zanurzyć się w sennej
atmosferze powojennego miasteczka, poznać typowe dla Sardynii zwyczaje.
Zwyczaje często magiczne, gdyż, jeśli wierzyć autorce, w tamtym czasie Sardynia
była miejscem, gdzie sąsiedzi wciąż rzucali klątwy, aby przesunąć granice
działek, ludzie zaś przychodzili na świat przy pomocy akuszerki, a odchodzili
często przy pomocy tajemniczej, budzącej strach i szacunek accabadory…
Jak już mówiłam, spodziewałam się
po książce specyficznego klimatu, którym według mnie winny się charakteryzować
powieści z gatunku realizm magiczny. Jako że jestem osobą, która realizm
magiczny Marquezem poznawała, ten nurt jest nierozerwalnie związany z pewnym
surrealistycznym klimatem. „Accabadora” go nie posiada. Ma swoją własną,
zupełnie inną aurę.
W powieści czuć bowiem klimat
małego miasteczka, w którym wszyscy się znają. Nie jest to jednak mieścina,
jakich wiele – specyfiki nadaje jej sardyńskie otoczenie i ludzie, jacy je
zamieszkują. Ludzie, którzy w drugiej połowie XX wieku ciągle rzucają klątwy na
sąsiadów i w których społeczności jest miejsce zarówno dla księdza, jak i dla
tej, która pomaga odejść, accabadory, kogoś pośredniego między wiedźmą i
ostatnią instancją zaufania publicznego. Oraz dla duchowych dzieci.
W zasadzie to relacje Bonarii z
jej duchową córką są, poza sardyńskimi zwyczajami, które autorka utrwaliła w
powieści niczym na dagerotypie, głównym
tematem tej historii. Mamy tutaj opowieść o zrozumieniu i o dojrzewaniu, z tym
że to drugie nie dotyczy samej Marii, rozlewa się na całe miasteczko. Autorka
zarysowała tutaj relację dziewczynki posiadającej coś na kształt dwóch matek i
nie umiejącej się pogodzić z naturą jednej z nich. To, co mogłoby być
największym plusem książki, moim zdaniem zostało jednak zbyt słabo zarysowane.
Gdyby autorka zechciała nam ten wątek przybliżyć, pogłębić psychologiczną więź
bohaterek, powieść wiele by zyskała. A tak pierwsze skrzypce pozostają jednak w
rękach ludu Sardynii. Trochę szkoda.
Podsumowując, „Accabadora” jest
niewątpliwie powieścią ciekawą i bardzo klimatyczną, jednak spodziewałam się po
tej krótkiej historii czegoś więcej. Z całego serca mogę ją polecić fanom
śródziemnomorskich klimatów - z pewnością będą zachwyceni. Pozostałym też
pewnie się spodoba, ale już nie aż tak.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Świat Książki.
Tytuł: Accabadora. Ta, która pomaga odejść
Autor: Michela Murgia
Tłumacz: Hanna Borkowska
Tytuł oryginalny: Accabadora
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2012
Stron: 192
Tłumacz: Hanna Borkowska
Tytuł oryginalny: Accabadora
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2012
Stron: 192
poniedziałek, 8 października 2012
Daj się ponieść magii cyrku - "Cyrk Nocy" Erin Morgenstern [Przedpremierowo]
Wiele książek nazywanych jest
bestsellerami i chyba większość czytelników zdaje sobie sprawę, że taki napis o
niczym nie świadczy, no, może o dochodach wydawcy. Niemniej jednak niektóre
książki dobrze się sprzedają z konkretnych powodów – chociażby takich, że są
świetnie napisane, mają ciekawych bohaterów czy wciągającą fabułę. „Cyrk Nocy”
niewątpliwie posiada konkretne powody, żeby dobrze się sprzedać.
Pewnej nocy dwóch mężczyzn
postanawia wystawić swoich uczniów w pojedynku. Nie jest to jednak nic tak
prozaicznego, jak walka szermierzy czy zawody w strzelaniu. Obaj panowie są
bowiem magami i rozgrywka musi być o wiele subtelniejsza. Jeden szkoli swoją
uczennicę wyłącznie za pomocą zajęć praktycznych. Drugi przekazuje wiedzę
uczniowi jedynie za pomocą książek. Pojedynek wszakże musi mieć odpowiednią
oprawę i tę oprawę ma mu zapewnić coś wyjątkowego – niesamowity cyrk. Z czasem
okazuje się, że znaczenie cyrku jest przeogromne, a jego losy splatają ze
wszystkimi, którzy przyłożyli rękę do jego powstania. Jak na tej arenie poradzi
sobie dwoje zagubionych ludzi, którzy wbrew sobie znaleźli się po przeciwnych
stronach barykady?
„Cyrk Nocy” jest z pewnością
powieścią niezwykłą. Wbrew pozorom nie jest jednak opowieścią o magicznym
pojedynku na tle dziewiętnastowiecznego Londynu. Nie jest też do końca
opowieścią o miłości, chociaż wątek ten ma spore znaczenie. Jest opowieścią o
miejscu. Roztaczający nieziemską aurę Le Cirqe des Reves jest tu głównym
bohaterem. To jego niezwykłość porywa czytelnika, to piękno opisu
poszczególnych atrakcji jest duszą książki. Cyrk odpowiada na nasze tęsknoty i
jest płótnem, na którym różnobarwnymi nićmi wyhaftowano losy bohaterów. Czym
byłby haft bez płótna?
Główni bohaterowie nie są tak
zachwycający, jak cyrk. Oczywiście Celia i Marco stanowią bez wątpienia ciekawe
i przyciągające uwagę osobowości, ale są dokładnie tym, czego należałoby się spodziewać
bo po bohaterach podobnej opowieści. Ich niedoskonałość nie polega na
posiadaniu jakiegoś konkretnego mankamentu, lecz właśnie na akuratności. Na
szczęście w cyrku pracuje wiele osób, które są kompletnie zaskakujące i nie mam
tu na myśli magów, od których się wszystko zaczęło. Mamy więc tajemniczą i
egzotyczną kobietę gumę, mamy emerytowaną primabalerinę – obecnie dyktatorkę
mody, jest też para ognistowłosych bliźniąt, urodzonych w noc otwarcia cyrku.
Wszystkie te postacie są niezsamowite, wszystkie zapadają czytelnikowi w pamięć
i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Erin Morgensterh posiada niebywały talent do
tworzenia bohaterów.
Klimat powieści również jest
niesamowity – czytanie tej książki przypomina odwiedziny w tytułowym cyrku,
który jest bardziej wyrafinowanym teatrem ulicznym, niż klasycznym cyrkiem.
Główna w tym zasługa wyobraźni autorki i niezwykłej subtelności, z jaką posługuje
się piórem. Opisy niezwykłości są niebywale żywe, aż czytelnik czuje, że może
ich wszystkich dotknąć. I nawet narracja w czasie teraźniejszym nie jest w
stanie tego zepsuć – wręcz przeciwnie.
Powieść Erin Morgenstern jest z
pewnością warta polecenia – zwłaszcza dla tych, którzy szczyptę magii przedkładają
ponad twardą rzeczywistość, jak i dla tych, którzy wolą subtelność dymów i
luster od miotania ordynarnych ognistych kul. Polecam – odrobina magii na
jesienne wieczory.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Świat Książki.
Tytuł: Cyrk Nocy
Autor: Erin Morgenstern
Tytuł oryginalny: The Night Circus
Tłumacz: Patryk Gołębiowski
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2012 (premiera 17 października)
Stron: 429
Subskrybuj:
Posty (Atom)




