Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Pierwsze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Pierwsze. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lipca 2016

"Marley i ja" John Grogan

„Marley i ja” to swego czasu była książka szalenie popularna (nawet ją zekranizowano, choć to już dobrych parę lat po największej fali popularności w Polsce). Budziła dość skrajne opinie – spotykałam się z zachwytami nad wzruszającą historią i z pełnymi grozy i oburzenia komentarzami o nieodpowiedzialnych właścicielach, którzy nie potrafili się odpowiednio zająć swoim psem. Chciałam więc sama się przekonać, cóż budziło takie gorące emocje (zwłaszcza, że takie mniej lub bardziej oparte na faktach książki o zwierzętach lubię tak samo, jak fantastykę). Tymczasem okazało się, że to po prostu książka o rodzinie z niesfornym psem.

Dla niezorientowanych przypomnę może, że książka jest po prostu zapisem trzynastu lat życia labradora Marleya widzianych oczami jego właściciela i autora jednocześnie. Całość ma formę ułożonych chronologicznie rozdziałów opisujących pojedyncze, co ważniejsze epizody z życia psa i jego rodziny, od wyboru szczeniaka, aż po kres jego życia. Całość nie jest może napisana wybitnie, literacko nie jest to żadna perełka, ale czyta się płynnie i przyjemnie (niebycie perełką literacką jest w ogóle sporym problemem w literaturze „zwierzęcej”. To ten typ, gdzie treść jest bardzo często faworyzowana ze szkodą dla formy).

Podtytuł brzmi „Życie, miłość i najgorszy pies świata” i przyznam szczerze, że nieco mnie rozczarował. Rozumiecie, po najgorszym psie świata spodziewałam się jednak czegoś więcej niż garść frustrujących zwyczajów i paniczny lęk przed burzą. Znaczy, rozumiem, że dla właścicieli mieszkanie z notorycznie niszczącym coś czworonogiem może być ze wszechmiar uciążliwe, ale… trochę nie rozumiem fenomenu tej książki. Bo Marley to zwyczajny pies. Jasne, niewychowany pomimo starań opiekunów i nadpobudliwy, który z pewnością sprawiałby mniej kłopotów biegając po rozległej farmie niż mieszkając w małym domku na Florydzie, ale, no, w rozszarpywaniu poduszek nie widzę nic, co mogłoby z niego zrobić gwiazdę literatury. Myślę, że sukces powieści wynikał nie z tego, że autor opowiada fenomenalną historię, albo że wybitnie pisze. Wziął się stąd, że wreszcie, po setkach opowieści o najwspanialszych, najgrzeczniejszych i najniezwyklejszych psach ktoś napisał o zwyczajnym. I czytelnicy-psiarze (bo nie oszukujmy się, po powieści o zwierzętach najczęściej sięgają ludzie, którzy sami je kochają) mogli z zachwytem odnaleźć tam kawałek swojego nieidealnego przyjaciela, na zasadzie „O, Marley grzebie w śmietniku zupełnie jak mój Azor!”. Niemniej, ja psa nie mam i czułam tylko lekkie rozczarowanie.

Przy czym nie chcę napisać, że to jest zła książka. W skali szkolnej dałabym jej mocne trzy z plusem. Przygody Marleya bywają zabawne. Poza tym, w przeciwieństwie do autorki opowieści o kocie Deweyu, John Grogan rzeczywiście skupił się w swojej książce na psie. Są tam ludzie, bo oczywiście rodzina w życiu Marleya, jak każdego psa, jest niezmiernie ważna, ale nie ma poczucia, że pod pretekstem opowieści o zwierzęciu autor zajmuje się historią swojego życia. Dla mnie osobiście to wielki plus. Grogan nie zbacza też w stronę przesadnego sentymentalizmu i choć bywają fragmenty w sposób oczywisty nacechowane uczuciowo, to zawsze są na miejscu i czytelnik nie ma wrażenia, że autor go próbuje szantażować emocjonalnie.

W sumie nie żałuję czasu spędzonego na lekturze. Może nie jest to dzieło wybitne, ale całkiem sympatyczne czytadło. Na wakacje jak znalazł.

Tytuł: Marley i ja. Życie, miłość i najgorszy pies świata
Autor: John Grogan
Tłumacz: Agnieszka Lis, Magda Papuzińska
Tytuł oryginalny: Marley & Me

Wydawnictwo: Pierwsze
Rok: 2006
Stron: 344

wtorek, 9 lipca 2013

Kocia rodzina, ludzka rodzina - "Riko i my" Joanna Chełstowska, Ludwik Kozłowski

Jestem jedną z tych osób, które uwielbiają książki o zwierzętach. Z przewaga tych opartych na faktach, a stylizowanych na powieść – stąd moja ogromna sympatia do serii Biosfera i zainteresowanie serią Menażeria. Okazuje się jednak, że coś ciekawego w temacie można przeczytać i poza seriami. Wydawnictwo Pierwsze kiedyś zaprezentowało czytelnikom spopularyzowaną filmem powieść „Marley i ja”. Teraz wraca do zwierzęcej tematyki dzięki rodzimej książce „Riko i my”. Tytuły dość podobne prawda? Ciekawe, jak z wnętrzem.

Riko to kot. Olbrzymi, bury kocur z gatunku tych, które Pratchett nazywał kotami farmowymi. Jednak, w przeciwieństwie do mruczków zdefiniowanych przez sir Terry’ego, Riko jest bardzo inteligentny. Nie chodzi o to, ze jest jakimś kuriozum, które codziennie po obiedzie grywa z państwem w szachy. Chodzi raczej o jego empatię, umiejętność rozwiązywania problemów i życie emocjonalne. Poza tym łączy go niezwykle silna więź zarówno z jego kocią, jak i z ludzką rodziną, choć ta druga (więź, nie rodzina) rodziła się długo i nie bez problemów. Riko to zaiste niezwykły kot.

Może zacznę od tego, z czym mam w tej książce problem. Mianowicie chodzi o styl. Rozpieściła mnie chyba Woolfson swoją erudycją, a Koontz potoczystością wypowiedzi, chociaż ta pierwsza pisała o ptakach, a ten drugi o psie. Przy nich warstwa językowa u duetu Chełstowska i Kozłowski wypada bardzo ubogo. „Riko i my” to książka napisana w sposób prosty i, przynajmniej na początku, nieco naiwny. Widać niedobór środków artystycznych, a sam sposób pisania wygląda na mocno niedojrzały. Niemniej jest to, jak mi się wydaje, debiut literacki i tego typu błędy można wybaczyć. Zwłaszcza, że im dalej w treść, tym mniej naiwności w stylu, choć ciągle pozostaje on prosty. Jest nadzieja.

Ale przecież nie samym stylem książka stoi (śmiem twierdzić, że jestem w mniejszości przykładającej do niego sporą wagę). Jest jeszcze treść. I muszę przyznać, że autorzy przedstawiają ją z pasją i prawdziwym uczuciem. Czuć emocjonalną więź z opisywanymi wypadkami (jak wielokrotnie podkreślono „Wszystkie opisane w tej książce historie zdarzyły się naprawdę”[11]) i choć nie zawsze wychodzi to utworom na dobre, tym razem z pewnością nie zaszkodziło. Przygody kotów, zarówno podwórkowych, jak i domowych może nie porywają, ale potrafią zainteresować czytelnika i sprawić, że będzie któremuś z futrzastych bohaterów kibicował, a czasem uśmiechnie się pod nosem. Zwłaszcza, że nie ma przestojów i przynudzania, czasem wręcz szkoda, ze duet pisarski nie zagłębił się bardziej w zagadnienie.

Narrator powieści jest co prawda trzecioosobowy, ale wydarzenia poznajemy z perspektywy Rikiego i reszty kotów. Nie jest to do końca zabieg udany i mam wrażenie, że to właśnie on odpowiada za wspomnianą wyżej naiwność, wynikającą z przesadnej antropomorfizacji zwierząt. Zdaje się, że później autorzy narrację lepiej opanowali, bo pod koniec opowieści posługują się nią o wiele sprawniej.

Co do samych futrzaków przyznam, że chciałabym o nich wiedzieć więcej. Sam Riko został odmalowany szczegółowo i na tyle barwnie, że można bez problemu uwierzyć w jego niezwykłość, jednak reszta to w sporej części białe plamy. Chciałabym lepiej poznać zwłaszcza te koty, które przybyły do domu później. Z drugiej strony, w tytule książki mamy tylko Riko, więc może w kolejnych lepiej zapoznamy się z pozostałymi futrzakami.

Cóż mogę powiedzieć na zakończenie? „Riko i my” to z pewnością doskonała wakacyjna lektura dla wszystkich, którzy lubią koty, ale nie tylko. W zasadzie każdy wrażliwy czytelnik może w niej coś dla siebie znaleźć. Szkoda tylko, że zabrakło zdjęć, choćby i czarnobiałych, bo książka wspomnieniowa bez fotografii jest niepełna. Szkoda też, że po tekście szaleją podwójne spacje. Niemniej, jeśli przymkniemy oczy na niedostatki stylu i skupimy się na historii, z pewnością nie pożałujemy czasu pędzonego z książką. Jest malutka, więc w najgorszym razie niewiele go stracimy (a przynajmniej słowniczek kocich zachowań poszerzy nam wiedzę).

Ksiązke otrzymałam od Wydawnictwa Pierwsze.

Tytuł: Riko i my. O kotach, ludziach, przyjaźni i zaufaniu
Autor: Joanna Chełstowska, Ludwik Kozłowski
Wydawnictwo: Pierwsze
Rok: 2013
Stron: 223
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...