Nie jestem szczególną fanką powieści dziecięcej, ale ponieważ trzeba już myśleć o kompletowaniu biblioteczki progeniturze, lubię czasem sprawdzić, co ten segment rynku oferuje. Do „Meluzyny Noctis i Mrocznej Głębi” przyciągnęło mnie nazwisko autora. Philip Reeve jest u nas znany głównie z młodzieżowego cyklu „Żywe/Zabójcze maszyny” (w zależności od wydania), który z kolei stał się znany dzięki ekranizacji (podobno średniej). Oczywiście go nie czytałam, ale stwierdziłam, że może jednotomowa powieść dziecięca będzie lepszą drogą do zapoznania się z autorem. A z czasem może i moje dziecię przeczyta.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dla dzieci i młodzieży. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dla dzieci i młodzieży. Pokaż wszystkie posty
sobota, 10 września 2022
czwartek, 10 grudnia 2020
"Jedyny i niepowtarzalny Ivan" Katcherine Applegiate
O „Jedynym i niepowtarzalnym Ivanie” usłyszałam już jakiś czas temu, ale jakoś nie było motywacji do zapoznania się. Później dowiedziałam się, ze Disney będzie tę książkę ekranizował. Miałam nadzieję, że powstanie piękna animacja poruszająca pewien konkretny problem („Zootopia” pokazała, że można), poza tym byłaby to możliwość pokazania współczesnej odpowiedzi na „Dumbo”. Koniec końców okazało się, że film będzie aktorski, a opublikowany niedawno zwiastun nie napawa szczególnym optymizmem. Toteż pomyślałam, że warto zadbać o dobre pierwsze wrażenie i przeczytać książkę, zanim ekranizacja mi ją zepsuje. A poza tym teraz mogę tłumaczyć, że to do biblioteczki Młodej.
czwartek, 13 sierpnia 2020
"Ruchomy zamek Hauru" Diana Wynne Jones
„Ruchomy zamek Hauru” to jedna z tych historii, które w naszym kraju znane są głównie z animowanej adaptacji. Tymczasem w anglosaskim kręgu kulturowym powieść, która była podstawą dla filmu jest kultowym dziełem klasyki dziecięcej. W Polsce jednak nie przebiła się do szerszej publiczności, mimo że wydano go u nas już 15 lat temu. Przyznam, że i ja znałam tę historię jedynie z produkcji studia Ghibli i mam do niej ogromny sentyment. Toteż gdy doszły mnie słuchy o wznowieniu tytułu przez wydawnictwo Nowa Baśń, niecierpliwie czekałam na moment, kiedy będę mogła nabyć książkę i porównać animację z oryginałem. W tej notce też tych porównań unikać nie będę, choć nie mam na celu robienia szczegółowej analizy podobieństw i różnic.
sobota, 11 lipca 2020
"Kotolotki" Ursula K. Le Guin
Kiedy Prószyński wydawał serię wszystkich dzieł zebranych Le Guin, tak naprawdę jedno pominął. Dziecięce opowiadania o kotolotkach mianowicie, bowiem ta jedna z najbardziej uznanych autorek fantastycznych napisała też coś dla dzieci (tak, to typowa literatura dziecięca, nie żadne young adult). I w sumie brak tego utworu w serii nie był ze strony wydawcy taką złą decyzją, w końcu książki dla dzieci wymagają nieco innej oprawy niż te kierowane do dorosłych kolekcjonerów. Nie pasowałyby do kolekcji.
piątek, 10 kwietnia 2020
"Na ostrzu noża" Patrick Ness
Przyznam, że sama z siebie nigdy nie zainteresowałabym się powieścią Patricka Nessa. Wyglądała bowiem jak kolejna sztampowa młodzieżowa dystopia, jakich wiele swego czasu przewinęło się przez rynek wydawniczy. Jednak tłumaczka wypowiadała się bardzo pochlebnie o poziomie całej serii, więc postanowiłam zaryzykować i się zapoznać. I okazało się, że Ness swoim czytelnikom zaserwował coś, co technicznie wciąż jest powieścią młodzieżową i spełnia z grubsza wszystkie założenia definicji YA, ale jest też bardzo odmienne od tego, do czego rynek nas przyzwyczaił. Do tego stopnia, ze będę musiała powiedzieć kilka słów o zakończeniu, więc gdzieś tam dalej trafi się spoilerowy akapit. Ale spokojnie, oznaczę.
piątek, 10 stycznia 2020
[Zimowe czytanie] "Szara wilczyca" James Oliver Curwood
James Olivier Curwood, obok Jacka Londona, to chyba jeden z najbardziej znanych w Polsce piewców północnoamerykańskiej przyrody. Zwłaszcza tej z północnych obszarów kontynentu. Z dzieciństwa i wczesnego nastolęctwa pamiętam powieści obu tych panów, z tym że akurat wtedy w bibliotece mieli tylko „Włóczęgów północy” w starszym ode mnie wydaniu. Tym bardziej cieszy, że Zysk i s-ka dwa lata temu wznowił bodaj najpopularniejszą u nas książkę autora, czyli „Szarą wilczycę” w bardzo atrakcyjnym wydaniu.
środa, 28 sierpnia 2019
"Zatrute ciasteczko" Alan Bradley
Nie lubię kryminałów. Wiecie, istnieje po prostu ograniczona ilość pomysłów, jakie można wykorzystać w realistycznych kryminałach, a ja może i szczególnie bystra nie jestem, ale całkiem nieźle mi idzie rozpoznawanie wzorców. Co zwykle skutkuje tym, że już w połowie książki nie tylko wiem, kto zabił, ale i dlaczego i tylko się wściekam na tego tępego głównego bohatera, że taki niedomyślny. Nieco inaczej sprawy się mają, kiedy autor zmieni założenia wyjściowe. Takie urban fantasy to w miażdżącej większości kryminały (na tym lub innym poziomie), ale autor ma znacznie więcej narzędzi do zaskakiwania czytelnika i mylenia mu ścieżek. Albo inny trik: wystarczy głównym bohaterem uczynić dziecko. Co prawda wtedy wiek docelowej grupy czytelników też się obniża, ale to nie znaczy, że ma się obniżać razem z jakością książki. Poszerza nam się paleta możliwych do wykorzystania przestępstw (dorosły czytelnik kryminałów będzie zawiedziony, jeśli nikt nie padnie trupem, w kryminałach dla młodszych czytelników denat może się objawić, ale przecież nie musi), ale też całkowicie zmienia nam się zakres czynności śledczych, jakie bohater może podjąć, a nic tak nie ożywia konwencji, jak ograniczenia. Na taki właśnie pomysł wpadła nie tylko nasza rodzima Joanna Chmielewska, ale też Kanadyjczyk Alan Bradley.
piątek, 10 sierpnia 2018
[Rok z Nebulą] "Ocean na końcu drogi" Neil Gaiman
Jak już wiele razy mówiłam (ale notka o Gaimanie bez tej informacji byłaby niekompletna, więc powtórzę jeszcze raz) należę do tych nielicznych osób, które uważają, że „Amerykańscy bogowie” to powieść mocno przereklamowana. W ogóle Gaimana mam za pisarza, który bez narzuconych ram objętościowych zaczyna się rozmieniać na drobne i gubić wątek. Toteż najbardziej podobają mi się jego dłuższe opowiadania i powieści dla młodszych czytelników. Zwłaszcza do tych ostatnich baśniowa maniera pisarska autora pasuje jak ulał.
Pewien mężczyzna w średnim wieku postanowił przejechać się nieco, dla uspokojenia emocji (wszak dzień pogrzebu kogoś bliskiego aż się od nich roi). Zupełnym przypadkiem (a może nie?) zawędrował w okolice, w których się wychował. Przypomniał sobie, że na końcu drogi przechodzącej obok jego starego domu była farma, na której bywał jako dziecko, więc postanowił sprawdzić, czy dalej tam jest. Była. Nawet nie zmieniła właścicieli. Stary kaczy stawek, który zapamiętał, też ciągle był na swoim miejscu, choć minęło już kilkadziesiąt lat. Z tym miejscem wiąże się wiele wspomnień. Głównie takich, które dotąd ginęły w mrokach niepamięci. Zresztą, i tak nikt by nie uwierzył.
„Ocean na końcu” drogi to gaimanowska współczesna baśń w najlepszym wydaniu. Autor zbudował klimat powieści na zasadzie kontrastu (trochę wykorzystując chwyty fabularne wypróbowane wcześniej w „Koralinie”) - z jednej strony mamy zwyczajne życie siedmioletniego chłopca, mola książkowego, któremu trudno odnaleźć się w społeczności i który praktycznie nie ma przyjaciół. Dodatkowo kłopoty finansowe rodziców sprawiają, że traci swój pokój na piętrze, wynajmowany coraz dziwniejszym z perspektywy dziecka lokatorom. Z drugiej – staroświecka farma na końcu drogi, zamieszkana przez babcię, matkę i jedenastoletnią dziewczynkę, na tyle niezwykłą, że nasuwa się pytanie „Jak długo masz jedenaście lat?”. Wyprawa w miejsca niby podobne, ale wyraźnie obce i nie z tego świata. I potwór, którego trzeba pokonać, bo cóż to za baśń bez potwora?
Kreacja potwora jest bardzo zbliżona do tej z „Koraliny”. Subtelna różnica jest jednak taka, że tym razem to zagrożenie przenika z innego świata do zwyczajnego życia bohatera, grożąc pożarciem nie tylko jego i znajomego kawałka rzeczywistości, ale wręcz całego świata. I już tradycyjnie jest to zagrożenie, którego dorośli nie dostrzegają – dają mu się bezmyślnie omotać. Potwór jest najmocniejszym punktem całej powieści – Gaimanowi udało się go tak stworzyć, że potrafi przestraszyć nawet czytelników, którzy już od bardzo dawna nie są dziećmi.
Ciekawe jest też to, jak autor odwrócił klasyczny schemat baśni. I tak chłopiec, po którym spodziewalibyśmy się, że będzie siłą sprawczą zdolną bronić słabszych i rozwiązywać problemy okazuje się ofiarą wymagającą ratunku, całkowicie bezbronna wobec zagrożeń, których nie zna i nie rozumie (a jednocześnie, co charakterystyczne dla dzieci, przyjmuje za pewnik i nie dziwi się niczemu, nie stara się negować i uracjonalniać tego, co widzi. Przyjmuje rzeczy takimi, jakimi są, choćby były najbardziej fantastyczne). Ratunek oferuje dziewczynka, po której spodziewalibyśmy się raczej odtwarzania kliszy zagrożonej dziewicy (choć po prawdzie autor już na samym początku dobitnie pokazuje, że jeśli ktoś w tej opowieści będzie rycerzem, to Lottie właśnie). Jest nawet motyw ceny, która trzeba zapłacić, aby wszystko wróciło do bezpiecznej normy.
Nie dziwi mnie, że „Ocean...” dostał nominację do Nebuli. W pełni sobie na to zasłużył. Mało kto potrafi dzisiaj pisać baśnie, zwłaszcza tak dobrze i bezpretensjonalnie, przetwarzając do tego znane mitologie w iście burtonowski sposób (choć nie jestem pewna, czy akurat na tego reżysera bym postawiła przy ekranizacji). I chyba Gaimana w takiej odsłonie najbardziej lubię – kiedy forma narzuca mu dyscyplinę, potrafi pokazać pazur.
Pewien mężczyzna w średnim wieku postanowił przejechać się nieco, dla uspokojenia emocji (wszak dzień pogrzebu kogoś bliskiego aż się od nich roi). Zupełnym przypadkiem (a może nie?) zawędrował w okolice, w których się wychował. Przypomniał sobie, że na końcu drogi przechodzącej obok jego starego domu była farma, na której bywał jako dziecko, więc postanowił sprawdzić, czy dalej tam jest. Była. Nawet nie zmieniła właścicieli. Stary kaczy stawek, który zapamiętał, też ciągle był na swoim miejscu, choć minęło już kilkadziesiąt lat. Z tym miejscem wiąże się wiele wspomnień. Głównie takich, które dotąd ginęły w mrokach niepamięci. Zresztą, i tak nikt by nie uwierzył.
„Ocean na końcu” drogi to gaimanowska współczesna baśń w najlepszym wydaniu. Autor zbudował klimat powieści na zasadzie kontrastu (trochę wykorzystując chwyty fabularne wypróbowane wcześniej w „Koralinie”) - z jednej strony mamy zwyczajne życie siedmioletniego chłopca, mola książkowego, któremu trudno odnaleźć się w społeczności i który praktycznie nie ma przyjaciół. Dodatkowo kłopoty finansowe rodziców sprawiają, że traci swój pokój na piętrze, wynajmowany coraz dziwniejszym z perspektywy dziecka lokatorom. Z drugiej – staroświecka farma na końcu drogi, zamieszkana przez babcię, matkę i jedenastoletnią dziewczynkę, na tyle niezwykłą, że nasuwa się pytanie „Jak długo masz jedenaście lat?”. Wyprawa w miejsca niby podobne, ale wyraźnie obce i nie z tego świata. I potwór, którego trzeba pokonać, bo cóż to za baśń bez potwora?
Kreacja potwora jest bardzo zbliżona do tej z „Koraliny”. Subtelna różnica jest jednak taka, że tym razem to zagrożenie przenika z innego świata do zwyczajnego życia bohatera, grożąc pożarciem nie tylko jego i znajomego kawałka rzeczywistości, ale wręcz całego świata. I już tradycyjnie jest to zagrożenie, którego dorośli nie dostrzegają – dają mu się bezmyślnie omotać. Potwór jest najmocniejszym punktem całej powieści – Gaimanowi udało się go tak stworzyć, że potrafi przestraszyć nawet czytelników, którzy już od bardzo dawna nie są dziećmi.
Ciekawe jest też to, jak autor odwrócił klasyczny schemat baśni. I tak chłopiec, po którym spodziewalibyśmy się, że będzie siłą sprawczą zdolną bronić słabszych i rozwiązywać problemy okazuje się ofiarą wymagającą ratunku, całkowicie bezbronna wobec zagrożeń, których nie zna i nie rozumie (a jednocześnie, co charakterystyczne dla dzieci, przyjmuje za pewnik i nie dziwi się niczemu, nie stara się negować i uracjonalniać tego, co widzi. Przyjmuje rzeczy takimi, jakimi są, choćby były najbardziej fantastyczne). Ratunek oferuje dziewczynka, po której spodziewalibyśmy się raczej odtwarzania kliszy zagrożonej dziewicy (choć po prawdzie autor już na samym początku dobitnie pokazuje, że jeśli ktoś w tej opowieści będzie rycerzem, to Lottie właśnie). Jest nawet motyw ceny, która trzeba zapłacić, aby wszystko wróciło do bezpiecznej normy.
Nie dziwi mnie, że „Ocean...” dostał nominację do Nebuli. W pełni sobie na to zasłużył. Mało kto potrafi dzisiaj pisać baśnie, zwłaszcza tak dobrze i bezpretensjonalnie, przetwarzając do tego znane mitologie w iście burtonowski sposób (choć nie jestem pewna, czy akurat na tego reżysera bym postawiła przy ekranizacji). I chyba Gaimana w takiej odsłonie najbardziej lubię – kiedy forma narzuca mu dyscyplinę, potrafi pokazać pazur.
Tytuł: Ocean na końcu drogi
Autor: Neil Gaiman
Tytuł oryginalny: The Ocean at the End of the Lane
Tłumacz: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2013
Stron: 216
Autor: Neil Gaiman
Tytuł oryginalny: The Ocean at the End of the Lane
Tłumacz: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2013
Stron: 216
poniedziałek, 9 lipca 2018
"Pułapka czasu" Madeleine L'Engle
Literatura dziecięco-młodzieżowa (zwłaszcza z naciskiem na dziecięcą) wydaje się być mocno zunifikowana – w końcu wszyscy (przynajmniej w zachodnim kręgu kulturowym) słyszeli o Muminkach, Pippi czy baśniach Andersena. Niemniej, każdy kraj ma własne dziecięce hity, nawet jeśli już nieco przyprószone kurzem zapomnienia i znane bardziej z popkulturowych odtworzeń niż oryginałów. Takim lekko zakurzonym oryginałem jest „Pułapka czasu” Madeline L'Engle. Wcześniej wydano ją u nas jako „Fałdkę w czasie”, ale chyba nie wzbudziła zainteresowania, bo wyszedł tylko jeden tom z pięciotomowego cyklu. Mag postanowił wznowić powieść (i chyba idzie mu lepiej niż poprzedniemu wydawcy, bo wyszły już dwie części) ze względu na ekranizację. Nieco zepsuł plany fakt, że film nie trafił do polskiej dystrybucji. No ale może przejdźmy do rzeczy.
Trzynastoletnia Meg ma problemy w szkole. Nie dość, że rówieśnicy robią sobie niewybredne żarty na temat jej rodziny, to jeszcze dziewczynka nie potrafi odnaleźć się w szkolnym systemie. No i oczywiście tęskni za ojcem, który zaginął w jednej z rządowych tajnych akcji (ale przecież nie może o tym powiedzieć tym kretynom w szkole, co tajne, to tajne). Pewnego dnia w jej domu zjawiają się dziwna staruszka, a w jakiś czas potem ona i jej dwie siostry zabierają Meg, jej małego, genialnego braciszka oraz kolegę ze szkoły w niesamowitą podróż. To jedyny sposób, aby odnaleźć i uratować ojca.
Książka powstała w latach sześćdziesiątych i przyznam szczerze, że nie zestarzała się jakoś bardzo źle (choć nieco rozczulił mnie obraz matki-naukowca, która swoje przełomowe eksperymenty robi na palniku w piwnicy). To typowa przygodówka w starym stylu, bez wyraźnych wątków romantycznych – fabuła liniowo przesuwa się z punktu A do B i kolejnych liter alfabetu, aż do satysfakcjonującego w sumie zakończenia, po drodze przekazując młodemu czytelnikowi co fajniejsze chrześcijańskie wartości (dość otwarcie zresztą; Lewis sugerował, że Aslan jest zbawicielem, L'Engle mówi, że Jezus grał po stronie dobrych), uczy także, że grunt to umieć zaakceptować siebie i przekuć swoje wady w zalety. Co może ją wyróżniać, to fakt, że nie jest to raczej powieść o dojrzewaniu (a przynajmniej nie na przestrzeni jednego tomu. Przyznam szczerze, że nie wiem, jak sytuacja rozwija się dalej). Owszem, Meg uczy się opanowywać swój gniew, ale mam wrażenie, że nie jest to zasługa jej samej, tylko zmiany zewnętrznych warunków.
Pozostali bohaterowie byli jacyś tacy płascy. Charles Wallace, kilkuletni genialny braciszek bohaterki wydawał mi się raczej niepokojący niż uroczy (o czym z kolei zapewniali mnie narrator i wszyscy bohaterowie), trzy niezwykłe siostry były zbyt obce i tylko Calvin, kolega ze szkoły, robił wrażenie sympatycznego chłopaka, który jakoś próbuje sobie radzić z problemami w domu. Niestety nie dostał zbyt wiele czasu antenowego.
Jest to jedna z tych powieści, która prezentuje wręcz archetypiczny podział na dobro i zło – mamy więc szlachetnych bohaterów i tajemniczą siłę, pożerającą wszechświat niczym Pustka Fantazjanę. Z tym, że o ile Pustka nie pozostawiała po sobie nic, o tyle Zło w „Pułapce czasu” subtelnie wypacza światy, na które wpływa. Moim skromnym zdaniem jest to znacznie ciekawszy zabieg, niż choćby osobowy Sauron.
„Pułapka czasu” posiada też walor edukacyjny – autorka wyjaśnia na przykład czym jest tessarakt i na czym polega podróż WARP (w powieści zwana tessarowaniem, ale nazwa jakoś się nie przyjęła). Wychodzi jej to całkiem nieźle, problem jednak polega na tym, że zdarzyło mi się czytać już książki znacznie bardziej kompleksowo (i równie przystępnie) zapoznające młodego czytelnika z zganieniami fizyki kwantowej.
Cóż, czytało się to nawet miło, ale „Pułapka czasu” nie przekonała mnie do kontynuowania znajomości z cyklem. Może to nieco przestarzałe rozłożenie akcentów fabularnych, może jestem po prostu za stara. Nie było jednak tak źle, żebym chciała wszystkim odradzać lekturę. Decyzję pozostawiam potencjalnym czytelnikom.
Trzynastoletnia Meg ma problemy w szkole. Nie dość, że rówieśnicy robią sobie niewybredne żarty na temat jej rodziny, to jeszcze dziewczynka nie potrafi odnaleźć się w szkolnym systemie. No i oczywiście tęskni za ojcem, który zaginął w jednej z rządowych tajnych akcji (ale przecież nie może o tym powiedzieć tym kretynom w szkole, co tajne, to tajne). Pewnego dnia w jej domu zjawiają się dziwna staruszka, a w jakiś czas potem ona i jej dwie siostry zabierają Meg, jej małego, genialnego braciszka oraz kolegę ze szkoły w niesamowitą podróż. To jedyny sposób, aby odnaleźć i uratować ojca.
Książka powstała w latach sześćdziesiątych i przyznam szczerze, że nie zestarzała się jakoś bardzo źle (choć nieco rozczulił mnie obraz matki-naukowca, która swoje przełomowe eksperymenty robi na palniku w piwnicy). To typowa przygodówka w starym stylu, bez wyraźnych wątków romantycznych – fabuła liniowo przesuwa się z punktu A do B i kolejnych liter alfabetu, aż do satysfakcjonującego w sumie zakończenia, po drodze przekazując młodemu czytelnikowi co fajniejsze chrześcijańskie wartości (dość otwarcie zresztą; Lewis sugerował, że Aslan jest zbawicielem, L'Engle mówi, że Jezus grał po stronie dobrych), uczy także, że grunt to umieć zaakceptować siebie i przekuć swoje wady w zalety. Co może ją wyróżniać, to fakt, że nie jest to raczej powieść o dojrzewaniu (a przynajmniej nie na przestrzeni jednego tomu. Przyznam szczerze, że nie wiem, jak sytuacja rozwija się dalej). Owszem, Meg uczy się opanowywać swój gniew, ale mam wrażenie, że nie jest to zasługa jej samej, tylko zmiany zewnętrznych warunków.
Pozostali bohaterowie byli jacyś tacy płascy. Charles Wallace, kilkuletni genialny braciszek bohaterki wydawał mi się raczej niepokojący niż uroczy (o czym z kolei zapewniali mnie narrator i wszyscy bohaterowie), trzy niezwykłe siostry były zbyt obce i tylko Calvin, kolega ze szkoły, robił wrażenie sympatycznego chłopaka, który jakoś próbuje sobie radzić z problemami w domu. Niestety nie dostał zbyt wiele czasu antenowego.
Jest to jedna z tych powieści, która prezentuje wręcz archetypiczny podział na dobro i zło – mamy więc szlachetnych bohaterów i tajemniczą siłę, pożerającą wszechświat niczym Pustka Fantazjanę. Z tym, że o ile Pustka nie pozostawiała po sobie nic, o tyle Zło w „Pułapce czasu” subtelnie wypacza światy, na które wpływa. Moim skromnym zdaniem jest to znacznie ciekawszy zabieg, niż choćby osobowy Sauron.
„Pułapka czasu” posiada też walor edukacyjny – autorka wyjaśnia na przykład czym jest tessarakt i na czym polega podróż WARP (w powieści zwana tessarowaniem, ale nazwa jakoś się nie przyjęła). Wychodzi jej to całkiem nieźle, problem jednak polega na tym, że zdarzyło mi się czytać już książki znacznie bardziej kompleksowo (i równie przystępnie) zapoznające młodego czytelnika z zganieniami fizyki kwantowej.
Cóż, czytało się to nawet miło, ale „Pułapka czasu” nie przekonała mnie do kontynuowania znajomości z cyklem. Może to nieco przestarzałe rozłożenie akcentów fabularnych, może jestem po prostu za stara. Nie było jednak tak źle, żebym chciała wszystkim odradzać lekturę. Decyzję pozostawiam potencjalnym czytelnikom.
Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.
Tytuł: Pułapka czasu
Autor: Madeleine L'Engle
Tytuł oryginalny: A Wrincle in Time
Tłumacz: Anna Reszka
Cykl: Kwintet czasu
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2018
Stron: 196
wtorek, 13 marca 2018
"Skrzydła Ognia: Najjaśniejsza noc" Tui T. Sutherland
Wreszcie doczekaliśmy się zamknięcia pięcioksięgu o Smoczętach Przeznaczenia. To znaczy, zakończyliśmy główną historie pięciu smocząt z przepowiedni, bo jak dotąd autorka już zdążyła natłuc kolejne pięć tomów kontynuacji (tym razem głównym bohaterem każdego czyniąc postacie drugoplanowe głównej serii; chyba mają to u nas wydawać. I tak, będę to dalej czytać). Ostatnia narratorką została Słoneczko, „wybrakowana” Piaskoskrzydła członkini ekipy. Przyznam, że byłam bardzo ciekawa tego tomu, głównie dlatego, że narracja z punktu widzenia Słoneczka mogła być nietypowa.
W zamieszaniu, jakie zostało wywołane ostatnimi wydarzeniami na wyspie Nocoskrzydłych, Słoneczko zostaje porwana. Udaje jej się co prawda uciec, ale poznawszy plany porywaczy, chce przeszkodzić w ich realizacji – w tym celu musi udać się na teren Piaskoskrzydłych. Czy idealistyczna, pogodna smoczyca bez szczególnych (żeby nie powiedzieć „żadnych”) umiejętności bojowych będzie w stanie dopiąć swego?
Tego tomu byłam ciekawa głównie dlatego, że tym razem narratorką miała być postać, której wcześniej prawie nie użyczano głosu. Słoneczko bowiem przez swoich przyjaciół była zawsze gremialnie ignorowana – łatwo ignorować kogoś, kto jest mały, cichy i wiecznie pogodny. Zwykle uważa się go za uroczego i niezbędnego dla równowagi w grupie, ale trochę bezużytecznego w chwilach, kiedy trzeba działać albo podejmować ważne decyzje. W „Najjasniejszej nocy” autorka na przykładzie Słoneczka pokazuje, jak bardzo frustrujące dla samego zainteresowanego może być tego typu podejście. Okazuje się, że mała smoczyca miałaby swoim przyjaciołom do zaoferowania znacznie więcej, niż mogliby podejrzewać – gdyby tylko dali jej dojść do słowa.
Słoneczko w czasie swojej samotnej przygody przechodzi swoistą przemianę. Teraz nadchodzi jej kolej na odnalezienie utraconej rodziny – dzięki temu bohaterka nabiera pewności siebie i może określić własne miejsce w świecie (poczucie tożsamości młodej smoczycy mocno ucierpiało na skutek rewelacji ujawnionych w poprzednim tomie). To subtelna przemiana, ale dzięki niej Słoneczko przestaje być ignorowana – uczy się, jak może przedstawiać własne racje tak, żeby ich wysłuchano. Młoda Piaskoskrzydła nie porzuca przy tym swojego idealizmu i pogody ducha – wręcz przeciwnie, łagodna natura i wrodzona skłonność do mediacji zamiast bijatyki sprawia, że nie tylko ocali własna skórę, ale też doprowadzi do finału całej tej kabały z przepowiednią.
Rozwiązanie głównego wątku fabularnego znajduję ciekawym – nie rozczarowałam się. Acz muszę przyznać, że od pewnego momentu rzeczy dzieją się zbyt szybko i rozwiązanie intrygi, która dojrzewała od pięciu tomów na właściwie kilkunastu stronach pozostawia pewien niedosyt. Można to było chyba trochę lepiej zrównoważyć.
Ogólnie „Skrzydła Ognia” to bardzo fajny cykl dla młodszego czytelnika. Polecam – gdybym miała jedenaście lat, byłabym zachwycona.
W zamieszaniu, jakie zostało wywołane ostatnimi wydarzeniami na wyspie Nocoskrzydłych, Słoneczko zostaje porwana. Udaje jej się co prawda uciec, ale poznawszy plany porywaczy, chce przeszkodzić w ich realizacji – w tym celu musi udać się na teren Piaskoskrzydłych. Czy idealistyczna, pogodna smoczyca bez szczególnych (żeby nie powiedzieć „żadnych”) umiejętności bojowych będzie w stanie dopiąć swego?
Tego tomu byłam ciekawa głównie dlatego, że tym razem narratorką miała być postać, której wcześniej prawie nie użyczano głosu. Słoneczko bowiem przez swoich przyjaciół była zawsze gremialnie ignorowana – łatwo ignorować kogoś, kto jest mały, cichy i wiecznie pogodny. Zwykle uważa się go za uroczego i niezbędnego dla równowagi w grupie, ale trochę bezużytecznego w chwilach, kiedy trzeba działać albo podejmować ważne decyzje. W „Najjasniejszej nocy” autorka na przykładzie Słoneczka pokazuje, jak bardzo frustrujące dla samego zainteresowanego może być tego typu podejście. Okazuje się, że mała smoczyca miałaby swoim przyjaciołom do zaoferowania znacznie więcej, niż mogliby podejrzewać – gdyby tylko dali jej dojść do słowa.
Słoneczko w czasie swojej samotnej przygody przechodzi swoistą przemianę. Teraz nadchodzi jej kolej na odnalezienie utraconej rodziny – dzięki temu bohaterka nabiera pewności siebie i może określić własne miejsce w świecie (poczucie tożsamości młodej smoczycy mocno ucierpiało na skutek rewelacji ujawnionych w poprzednim tomie). To subtelna przemiana, ale dzięki niej Słoneczko przestaje być ignorowana – uczy się, jak może przedstawiać własne racje tak, żeby ich wysłuchano. Młoda Piaskoskrzydła nie porzuca przy tym swojego idealizmu i pogody ducha – wręcz przeciwnie, łagodna natura i wrodzona skłonność do mediacji zamiast bijatyki sprawia, że nie tylko ocali własna skórę, ale też doprowadzi do finału całej tej kabały z przepowiednią.
Rozwiązanie głównego wątku fabularnego znajduję ciekawym – nie rozczarowałam się. Acz muszę przyznać, że od pewnego momentu rzeczy dzieją się zbyt szybko i rozwiązanie intrygi, która dojrzewała od pięciu tomów na właściwie kilkunastu stronach pozostawia pewien niedosyt. Można to było chyba trochę lepiej zrównoważyć.
Ogólnie „Skrzydła Ognia” to bardzo fajny cykl dla młodszego czytelnika. Polecam – gdybym miała jedenaście lat, byłabym zachwycona.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.
Tytuł: Skrzyła Ognia: Najjaśniejsza noc
Autor: Tui T. Sutherland
Tytuł oryginalny: Wings of Fire. Book Five: The Brightest Night
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Skrzydła Ognia
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2018
Stron: 294
niedziela, 26 listopada 2017
"Cinder" Marissa Mayer
Są takie serie fantastyczne, które gromadzą wokół siebie prężne grupy fanów. Niestety, grupy te nie zawsze są na tyle liczne, żeby zapewnić odpowiedni poziom sprzedaży. Koniec końców wydawnictwo przerywa wydawanie na którymś tam tomie, pozostawiając grupkę stosunkowo nielicznych, ale bardzo zaangażowanych entuzjastów na lodzie, co kończy się głośnym wyrażaniem niezadowolenia przez tych ostatnich. Do takich serii należy „Saga księżycowa”, która mimo bardzo ciepłego przyjęcia w internecie dotrwała u nas tylko do drugiego tomu. Teraz Papierowy Księżyc tchnął nadzieję w serduszka fanów (i skupił na sobie uwagę tych, którzy nie czytali, tylko nasłuchali się wcześniej samych superlatyw i chcieliby je zweryfikować), gdyż zapowiedział wznowienie całego cyklu. W tym tygodniu wyszedł pierwszy tom, czyli „Cinder”. I muszę powiedzieć, że mam mieszane uczucia.
Mamy tu do czynienia z ciekawym relellingiem baśni o Kopciuszku, osadzonym w dalekiej przyszłości. Oto Cinder, nastoletnia dziewczyna, która jest wziętym mechanikiem w Nowym Pekinie. Specjalizuje się w naprawach androidów i osobistego sprzętu elektronicznego. Niestety, jest też cyborgiem, a to oznacza nie tylko bycie outsiderem, ale także fakt, że jest kompletnie zależna od swojej opiekunki prawnej. Która, tak na marginesie, nie znosi dziewczyny, ale bardzo lubi pieniądze zarabiane przez Cinder. Tak więc Cinder siedzi na swoim stoisku i marzy o ucieczce z miasta, kiedy przychodzi do niej książę (do którego wzdychają wszystkie dziewczęta w cesarstwie), oczywiście incognito, aby zlecić naprawę prywatnego androida. A to dopiero początek serii niefortunnych zdarzeń, w których udział maja epidemia nieuleczalnej choroby i wizyta złowrogiej królowej Księżyca.
Nie da się ukryć, że pomysł na retelling Meyer miała oryginalny i poniekąd udany. Przeniesienie koncepcji znanych z baśni (dręczona przez macochę pasierbica, niska pozycja głównej bohaterki, wreszcie książę i bal) wypadło całkiem zgrabnie, zwłaszcza w połączeniu z zaskakującym zakończeniem, które zupełnie zmienia przekaz finału. Jednak wadą retellingu jako formy (przynajmniej w takim wydaniu, jakie postanowiła nam zaserwować autorka) jest pewna przewidywalność. Mroczny plan królowej Księżyca był dla mnie tak oczywisty od samego początku, że zamiast zaskoczenia jego ujawnieniem było mnie stać tylko na okrzyk „No nareszcie!”, wyrażający radość, że ktoś wreszcie tę oczywistość dostrzegł. Podobnie było zresztą z rozwiązaniem kwestii zaginionej księżycowej księżniczki. Znane motywy to jednak tylko połowa powieści. Z elementami autorskimi, czyli drugą połową, mam kilka problemów, które gryzły mnie od początku lektury.
Największym jest dla mnie pozycja cyborgów w świecie przedstawionym. Cinder jest pariaską , na której widok co mniej uprzejmi obywatele spluwają z obrzydzeniem a ci bardziej uprzejmi patrzą z politowaniem i współczuciem. I to jest ok na poziomie światotwórczym, bo uprzedzenia społeczne nie potrzebują żadnego logicznego wyjaśnienia. Natomiast system prawny już jednak jakieś powinien mieć (choćby i pretekstowe). Widzicie, według ichniejszego prawa fakt, że jesteś cyborgiem sprawia, że automatycznie stajesz się czyimś niewolnikiem, bez możliwości samostanowienia i posiadania majątku, bo tak i co nam pan zrobisz. Zgrzyta mi bardzo brak jakiegokolwiek uzasadnienia takich restrykcji. Co zabawniejsze, cyborgizacja zdaje się być powszechnie stosowaną procedurą medyczną w przypadku utraty kończyny, niezakazaną we Wspólnocie. Co sprawia, że właściwie każdy może mieć pecha i stać się niewolnikiem, ale o dziwo nikt nie protestuje. Zazwyczaj, jeśli autor wprowadza do swojej opowieści prawo szykanujące jakąś grupę społeczną, stara się je uzasadnić w kontekście budowanego świata, tymczasem Meyer kompletnie nie zawracała sobie tym głowy. Co więcej, każe nam lubić osobę, która w jakiś sposób za takim systemem stoi – ani książę Kai (o którym się mówi, że będzie dobrym władcą i na poziomie osobistym całkiem sympatyczny chłopak z niego), ani jego ojciec (uznawany za dobrego i postępowego władcę), nie widzieli nic niestosownego w fakcie, że system prawny w ich jakże postępowym i miłującym pokój kraju de facto sankcjonuje niewolnictwo. Wręcz przeciwnie – wydali zezwolenie na prowadzenie eksperymentów medycznych na tych nieludziach z metalowymi kończynami.
I tak, wiem, że baśniowość wymaga pewnej umowności. Ale tu mamy do czynienia z tym rodzajem retellingu, który rezygnuje z umowności na rzecz realizmu, żeby jeszcze bardziej skontrastować materiał źródłowy z materiałem wyjściowym. Więc w ten sposób autorki tłumaczyć nie można.
Taka sytuacja sprawia, że ciężko mi patrzeć na rozkwitające zakochanie bohaterki w księciu z jakąkolwiek sympatią. Cóż, Cinder jest nastolatką zauroczoną sympatycznym celebrytą (bo książę i taki ma status, z fanklubami itd.), więc nie winię jej, że zakochała się de facto w osobie w dużej części odpowiedzialnej za jej beznadziejną sytuację (i która mogłaby ją zmienić, ale nawet o tym nie myśli. Choć niejako usprawiedliwiająco działa fakt, że ma teraz bardziej palące problemy na głowie), natomiast na mnie jako czytelniczkę ten chwyt nie działa. Zakończenie książki daje jednak nadzieję na pewne interesujące rozwiązania i zmiany, więc może dalej coś się wyjaśni.
Bohaterowie są, cóż, poprawni. Cinder jest właściwie typową bohaterką powieści młodzieżowej: nie tak zwyczajna, jak się może wydawać na pierwszy rzut oka, silna, zdecydowana i odważna, a także dość bystra. Jej macocha i jedna z przybranych sióstr to idealne przełożenie baśniowego pierwowzoru, zaś książę Kai to (pomijając obiekcje, które wyłuszczyłam w poprzednich akapitach) marzenie nastolatki: książę w końcu, ładny, miły, powabny, mądry i tak dalej. Właściwie tylko królowa Levana ze swoim orszakiem upiornych księżycowych jest w jakiś sposób zaskakująca. Niby gra w tej opowieści rolę demonicznej złej królowej i rzeczywiście taka jest (a z pewnością nie brak jej chorych ambicji i praktyki w dążeniu do celu po trupach), ale mam wrażenie, że pod tą skorupą kryje się coś więcej.
Językowo „Cinder” jest raczej przeciętna – typowa przedstawicielka przejrzystego stylu, który jest całkiem zgrabny, ale kompletnie niczym się nie wyróżnia. Czyta się to przyjemnie, autorka nie ma problemu z wyrażaniem myśli (czasem się gubi. Na przykład w jednym miejscu pisze, że przyczyny choroby są nieznane, gdy później się okazuje, że drobnoustrój chorobotwórczy nie tylko został określony, ale i z powodzeniem daje się go sztucznie hodować. Choć może to wina mojego przedpremierowego egzemplarza i później zostało to poprawione), ale styl nie ma żadnych charakterystycznych cech.
Przyznam szczerze, że nie rozumiem fenomenu tej książki. Owszem, niezła, ale nie lepsza niż wiele innych młodzieżówek. Autorka miała kilka fajnych pomysłów, ale te najfajniejsze pojawiły się pod koniec i będą mogły się rozwinąć dopiero w drugim tomie. Co jest właściwie jedynym powodem, dla którego chcę po te kolejne tomy sięgnąć. Choć tym razem już bez rozbudowanych oczekiwań.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Papierowy Księżyc.
Tytuł: Cinder
Autor: Marissa Meyer
Tytuł oryginalny: Cinder
Tłumacz: Magdalena Grajcar
Cykl: Saga Księżycowa
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2017
Stron: 415
Autor: Marissa Meyer
Tytuł oryginalny: Cinder
Tłumacz: Magdalena Grajcar
Cykl: Saga Księżycowa
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2017
Stron: 415
środa, 18 października 2017
"Skrzydła Ognia: Mroczny sekret" Tui T. Sutherland
Minęło sporo czasu, odkąd ostatnio odwiedziłam Pyrrię. Wydawnictwo zafundowało fanom serii ponad roczną przerwę i to w dość niefortunnym miejscu, bo ostatnio skończyło się cliffhangerem. Mnie osobiście poprzedni tom trochę rozczarował, ale muszę przyznać, że historia Gwiezdnego Lotnika (bo to z jego perspektywy poznajemy wydarzenia „Mrocznego sekretu”) to zupełnie nowa jakość. Autorka strzeliła z grubej rury.
No i UWAGA, SPOILERY! Głownie do tej, ale i do poprzednich części.
Gwiezdny Lotnik został porwany przez swoich pobratymców, Nocoskrzydłe, do ich tajemniczego królestwa. Co prawda okoliczności przybycia nie były najszczęśliwsze, a pierwsze wrażenie nie nastraja optymistycznie, ale młody smok ciągle ma nadzieję, że jego rodzaj okaże się tak wspaniały, jak mówią ukochane zwoje. Przecież przerażający, wredny i okrutny Wieszcz (jedyny przedstawiciel własnego gatunku, jakiego Lotnik kiedykolwiek poznał) nie może być reprezentatywny, prawda?
Jak dotąd autorka, przedstawiając nam społeczności poszczególnych gatunków smoków zamieszkujących Pyrrię, była raczej umiarkowana. Owszem, każda miała swoje wady, swoją niekoniecznie pozytywną charakterystykę i często okrutne obyczaje, ale szczerze mówiąc, nie było to nic, czego nie możnaby się spodziewać po fantasy dla młodszego czytelnika (znaczy, są krwawe walki między smokami i padają trupy, ale dla mnie to nie jest nic, czego bym się nie spodziewała po akurat tym cyklu…). Tymczasem teraz… cóż, stworzyła nacjonalistów.
Społeczność Nocoskrzydłych ma dwa główne problemy. Pierwszy (i jedyny, jaki zauważają), to fakt, że ich królestwo umiera. Wyspa, na której dotąd mieszkały, została jakieś dziesięć lat wcześniej zmieniona w pustkowie przez wybuch wulkanu, więc przetrzebiona populacja smoków głoduje, a z powodu zanieczyszczenia powietrza pyłem i wyziewami wciąż aktywnego wulkanu wykluwa się niewiele młodych. Zrozumiałe, że w takich warunkach smoki będą desperacko poszukiwać przestrzeni do życia. I każde rozwiązanie dające szanse na sukces będzie dobre. Nawet jeśli obejmuje wybicie i zniewolenie (w dowolnej kolejności i proporcjach) innego ze smoczych gatunków.
Przy czym to samo w sobie nie jest dziwne – potrafię zrozumieć desperację narodu, który za wszelką cenę chce znaleźć takie miejsce do życia, które nie zabija ich dzieci. Ale Nocoskrzydłe są przy tym głęboko przekonane o swojej wyższości nad innymi smokami. Wierzą, że mają prawo je wykorzystywać i traktować instrumentalnie, że są nadsmokami, których naturalnym przeznaczeniem jest rozkazywać każdemu, komu chęć rozkazywania wyrażą. Mamy więc scenkę że smoczym odpowiednikiem doktora Mengele, który każe porywać i torturuje łagodne Deszczoskrzydłe, aby prowadzić badania nad ich jadem – przy czym traktuje swoje prawo do poświęcania innego rodzaju smoków w imię nauki jako oczywistość. Kiedy Gwiezdny Lotnik zwraca mu uwagę, że jest de facto katem, naukowiec jest głęboko wstrząśnięty. Wychowano go w przekonaniu, że inne smoki można traktować jak zwierzęta laboratoryjne i potrzeba było kogoś z zewnątrz, żeby zauważyć, że coś tu jest nie tak. Owszem, organizująca walki gladiatorów między pojmanymi jeńcami królowa Nieboskrzydłych też była okrutna, ale było to prymitywne okrucieństwo silniejszego - który wie, że kiedyś już może silniejszy nie być, ale tymczasem cieszy się chwilą. Tutaj mamy okrucieństwo systemowe, wynikające z głębokiego przeświadczenia o własnej wyższości,uświęcającej wszelkie występki.
I w takie otoczenie tafia idealistyczny Gwiezdny Lotnik. Który naczytał się w (pisanych oczywiście przez Nocoskrzydłe) zwojach o wspaniałości i rozlicznych zaletach własnej rasy. Który dodatkowo jest bierny z natury, brak mu przebojowości, a jego sposób radzenia sobie z problemami polega na czekaniu, aż same się rozwiążą. I któremu brutalne zderzenie z rzeczywistością uświadomi, że tym razem musi działać, bo dojdzie do katastrofy, której konsekwencje poniosą dwa smocze gatunki. Przyznam, że w przeciwieństwie do poprzednich tomów "Mroczny sekret" nie mówi nam, jaka przemiana zaszła w jego głównym bohaterze - końcowe wydarzenia powieści były dla Lotnika bardzo traumatyczne i pewnie dopiero w kolejnej części dowiemy się, jakie ostatecznie wywarły na nim piętno. Widać, że autorka powoli odchodzi od prostego schematu weryfikacji dziecięcych marzeń swoich bohaterów i zaczyna stawiać na ich dojrzewanie jako proces, nie akt (co było zasygnalizowane już w poprzedniej części).
Z pewnością jest to tom bardziej udany niż poprzedni: dzieje się więcej, a i ciężar wydarzeń zdaje się bardziej znaczący dla fabuły całości cyklu. Bardzo przyjemnie czyta mi się o młodych smokach. I chętnie będę czytać kolejne tomy.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.
Autor: Tui T. Sutherland
Tytuł oryginalny: Wings of Fire. Book Four: The Dark Secret
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Skrzydła Ognia
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 278
środa, 20 września 2017
[Rok z Nebulą] "Mały Brat" Cory Doctorow
Kiedy dobierałam sobie listę tytułów do nebulowego wyzwania, kierowałam się dość prostymi kryteriami. Miały być to książki, które mnie choć trochę interesowały. Dodatkowe punkty dostawały za fakt, że mam je w domu (okazało się, że mam w domu zaskakująco dużo powieści, które nominowano do Nebuli). „Małego Brata” akurat miałam. Pomyślałam, że to młodzieżówka, więc powinna się sprawnie czytać, czyli świetnie nadawała się do wyzwania. Cóż, w tej kwestii się nie pomyliłam.
Marcus jest bystrym i trochę buntowniczym siedemnastolatkiem z San Francisco niedalekiej przyszłości (tak niedalekiej, że mogłaby być właściwie nieco alternatywną teraźniejszością). Ma kolegów i normalne życie, a jego pasją jest elektronika, programowanie i gry. Czasem zdarza mu się zerwać się ze szkoły, żeby te pasje realizować. Podczas takich właśnie wagarów jego miasto pada ofiarą zamachu bombowego, sam Marcus zaś – ofiarą nadużyć władz. Przekonawszy się na własnej skórze, jak cenna jest prywatność i wolność osobista, wobec narastającej (w imię zapobiegania terroryzmowi) inwigilacji, chłopak postanawia pomóc znajomym chronić prywatność. A oni pomagają swoim znajomym i tak dalej… Kiedy Marcus zaczynał, nie miał pojęcia, gdzie jak daleko to może zajść.
Mam problem z tą książką. Bo widzicie, po przeczytaniu doskonale zdaję sobie sprawę z tego, dlaczego ona dostała nominację do Nebuli, ale… przez całą lekturę towarzyszyło mi przekonanie, że to za mało. Literacko „Mały Brat” kompletnie niczym się nie wyróżnia spośród szeregów sprawnie napisanych powieści młodzieżowych – ot, język tak zwany przejrzysty (co samo w sobie nie jest wadą, no ale mówimy przecież o książce, którą nominowano do jednej z najbardziej prestiżowych branżowych nagród), sposób przedstawienia tematyki bardzo aktualny, ale nie rewolucyjny. Cóż, po nominacji do Nebuli generalnie spodziewałabym się więcej, niż literacko-koncepcyjnej poprawności.
Za co więc ta nieszczęsna nominacja? Za tematykę. Doctorow bowiem stworzył powieść przerażająco aktualną, nawet teraz po prawie dziesięciu latach od premiery. Autorowi udało się bowiem wykreować niepokojąco realną wizję państwa, w którym niby żyje się normalnie, ale władze wykorzystują każdy pretekst do tego, żeby zagarniać kolejną działkę prywatności obywateli, przekonując ich jednocześnie, że to dla ich dobra i tak naprawdę nic się nie dzieje. A każdego, kto próbuje się przed tym bronić (i egzekwować zapisane w konstytucji, należne mu prawa), od razu traktuje jak przestępcę. Doctorow pokazuje nie tylko mechanizmy powstawania takiego opresyjnego systemu, ale też mechanizmy tworzenia się obywatelskiego oporu, który przeradza się w otwartą rewolucję.
Sam mechanizm powstawania opresyjnego państwa nie jest tak naprawdę niczym nowym. Bardziej interesujące jest to, w jaki sposób autor, przy pomocy bohaterów swojej opowieści, prezentuje różnorodność ludzkich postaw w obliczu problemu. Mamy więc Marcusa, buntownika mimo woli, przykład tego, jak system sam produkuje sobie wrogów. Marcus nie chciał doprowadzić do buntu – chciał tylko dać ludziom wybór. A i to by go nie interesowało (czy raczej nie odkryłby, że coś jest nie tak), gdyby na własnej skórze nie doznał niesprawiedliwości i okrucieństwa systemu. Jako czytelnicy widzimy, że jego przyjaciele (przynajmniej niektórzy z nich przeżyli to samo) reagują inaczej. Van, nastolatka, której rodzice pochodzą z Korei Północnej, od razu dystansuje się do sprawy i stara się zapomnieć, żyć normalnie. Jolu, typowy buntownik, na początku chętnie się angażuje w opór przeciwko władzy, ale później się wycofuje. Zdaje sobie sprawę z tego, że będąc Latynosem, ryzykuje dużo więcej, niż biały Marcus – wie, że drugiej szansy nie dostanie. Mamy też wiele dzieciaków, które traktują to jako fajny event, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji. Nie brakuje ludzi, którzy możliwość donoszenia na znajomych i szpiegowania ich trktują jak dar od losu i pozwalają się bez skrępowania rozwijać swojemu małemu, wewnętrznemu sadyście. Ciekawym przypadkiem jest ojciec Marcusa – człowiek, który wierzy, że wspierając opresyjne państwo naprawdę może uchronić swoich najbliższych przed zewnętrznym niebezpieczeństwem i który przez bardzo długi czas nie zdaje sobie sprawy, że ono nie czai się na zewnątrz a poczucie bezpieczeństwa jest złudne…
Podsumowując: na plus realistyczna wizja kraju, który powoli staje się opresyjny i mechanizmów rządzących tym procesem. Także szeroka gama sprawnie odmalowanych postaw w reakcji na powyższe oraz kreacja realistycznych postaci. Na minus – zbyt prosty język, narracja czasem zamieniająca się w wykład (zazwyczaj ciekawy, but still; nie pomagają też przypisy, często rozwijające skrótowce albo oczywiste dla każdego użytkownika Internetu, albo wyjaśnione kilka zdań później). Ogólnie nie żałuję czasu spędzonego nad tą książką. Ale na nominację do Nebuli to ona nie zasłużyła.
Autor: Cory Doctorow
Tytuł oryginalny: Little Brothre
Tłumacz: Barbara Komorowska
Wydawnictwo: Otwarte
Rok: 2011
Stron: 378
wtorek, 31 stycznia 2017
"Strażniczka książek" Mechthild Gläser
Lubię książki o książkach. I tu w zasadzie mam dwie możliwości. Mogę wybrać bardziej realistycznie – czyli felietony, eseje, wywiady z autorami. Albo mogę pójść w stronę fantastyki – poszukać autorów, którzy bardzo kreatywnie wykorzystują świat literatury do budowania własnych światów. W tym ostatnim osobliwie przodują Niemcy, zwłaszcza jeśli chodzi o literaturę dziecięca i młodzieżową. „Miasto Śniących Książek” jest niemieckie, „Atramentowe serce” też, wreszcie „Niekończąca się opowieść”. Dlatego nie dziwi mnie, że i kolejna niemiecka autorka sięgnęła po ten motyw. Mechthild Gläser miała teoretycznie całkiem niezły pomysł – chciała wpuścić bohaterów we wszystkie opowieści na raz i pozwolić im ich strzec. A jak wyszło?
W tym miejscu chciałabym ostrzec, że recenzja zawiera śladowe ilości spoilerów.
Ten rok szkolny nie był dobry ani dla Amy, ani dla jej mamy, Alexis. W przypływie frustracji i w myśl hasła „szybko, szybko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu” postanawiają spędzić wakacje na rodzinnej szkockiej wyspie Stormsday, z której Alexis uciekła, będąc jeszcze w ciąży z siedemnastoletnią obecnie Amy. Nastolatka nie wie, czemu jej matka opuściła dom rodzinny – właściwie zupełnie nie zna swojej rodziny. Nie ma też pojęcia, że wszyscy w jej rodzie dysponują darem: potrafią wnikać do książek. I dlatego podjęli się ochrony ich delikatnego świata.
To jest jedna z tych książek, w których na pierwszy rzut kaprawego oka wszystko gra, ale na kolejny wyłażą problemy. Zresztą, nawet ten pierwszy już niektóre ujawnia, jeśli oko kaprawe nie jest. Większość z nich, mam wrażenie, w prostej linii wynika z tego, że autorka od początku do końca nie za bardzo wiedziała, jaką książkę chce napisać. Na pewno młodzieżową, bo mamy nastoletnią bohaterkę. Mamy też element „magicznej” szkoły, przygotowującej do „magicznych” zawodów. Oczywiście znamy to wszyscy od kiedy wyszła pierwsza powieść Rowling (nie, żeby wcześniej taki motyw się nie pojawiał, ale rozumiecie, wcześniej nie znali go absolutnie wszyscy). Tyle że o ile w Harry Potter czy Percy Jackson ucząc się rzeczywiście poznawali razem z czytelnikiem świat własnej opowieści oraz prawidła nim rządzące, o tyle szkolenie Amy nie daje czytelnikowi nic. O samym zawodzie strażnika książek dowiadujemy się tylko tyle, że pełni się go do 25 roku życia czynnie, potem biernie, bo już do opowieści wnikać nie można (na czym wobec tego polega wtedy zawód strażnika, nie wiadomo). I że trzeba zapobiegać kryzysom. Jakim kryzysom i jak zapobiegać już nikt nie wyjaśnia – nowicjuszka Amy nie dostaje żadnej instrukcji, żadnej listy zakazów i nakazów i żadnych ostrzeżeń (choć wiadomo, że jeśli coś jej się stanie w książce, to stanie się to naprawdę, a nie tylko w opowieści). Czytelnik razem z bohaterka porusza się w świecie, którego zasad nikt mu nie przedstawia. Przez co ten świat zdaje się mieć zasady wymyślane na bieżąco, tak, jak autorkę chwila poniosła.
Pozwólcie, że poznęcam się jeszcze nad szumnie zwaną szkołą strażników i zawodem samym w sobie, bo to jest ten element opowieści, który sprawia, że mi kołek od zawieszania niewiary niebezpiecznie trzeszczy. Bo widzicie – w takiej formie, w jakiej przedstawiła je autorka, to szkolenie i całe stróżowanie nie ma sensu. Nowicjuszce nie wyjaśnia się ograniczeń i możliwości, to raz. Pal sześć, że przez to czytelnik ich nie zna, ale bez tego nie da się wydajnie (i z zachowaniem zasad BHP) wykonywać swoich zadań. Właściwie wygląda na to, że cały motyw szkoły został dodany tylko po to, żeby przedstawić jedno, (kluczowe co prawda dla fabuły, ale możliwe do przedstawienia i bez wątku ciągnącego się przez całą książkę jak smród za pospolitym ruszeniem) wydarzenie z przeszłości, a autorka nie wzięła pod uwagę, że w międzyczasie też dobrze byłoby go wypełnić jakąś treścią. Strażniczenie w książkach też wygląda na mocno nieprzemyślane. Niby ma polegać na zapobieganiu kryzysom, ale okazuje się od razu, że każdy strażnik piastuje tylko jedną opowieść. Zważywszy, że jest ich całych trzech, średnio to wydajne. Zwłaszcza, że w zasadzie jedyną bronią strażnika w walce z kryzysem są… negocjacje. Co może i przydaje się, kiedy trzeba przekonać obrażoną księżniczkę, żeby się jednak przespała na ziarnku grochu, ale w obliczu bardziej krwawego zagrożenia już nie za bardzo.
Wewnętrzny świat literatury też szczególnie spójny nie jest – brak mu zasad łączących go w logiczną całość. Z jednej strony widzimy, że postacie w fabułach swoich opowieści występują jak aktorzy na scenie – najważniejsze to żeby się nie spóźnić i bezbłędnie wypowiedzieć swoją kwestię. Między wystąpieniami można wpaść do miasteczka na ziemi niczyjej na zakupy i drinka, a Amy włóczy się w towarzystwie Wertera i Sheer Khana – bohaterów, którzy nie dożywają końca swoich historii – i jakoś nikt się szczególnie ich losem nie przejmuje. Z drugiej autorka wychodzi ze skóry, żebyśmy strasznie się przejęli faktem, że bohater innej opowieści na jaj końcu ginie. Z jednej strony za żadne skarby nie można zmieniać opowieści, z drugiej chyba nikt tych zmian nie pilnuje, bo liczne spowodowane przez Amy przechodzą bez echa… I tak dalej. Przy czym trochę mnie uwiera też to, że Amy porusza się i fascynuje wyłącznie światami z klasycznej literatury. Rozumiem, że to wszystko przez prawa autorskie do nowszych i popularniejszych światów, ale szczerze mówiąc, będąc współczesną nastolatką ze zdolnością do wnikania w książki pobiegłabym raczej szukać Hogwartu albo Katniss Everdeen niż eksplorować prozę Dickensa. Czyli: rozumiem, ale uwiera.
Przejdźmy może do relacji między bohaterami. I tu też wtopa, bo jedna w pełni zarysowana i ciekawa jest ta pomiędzy Amy a Willem, innym młodym strażnikiem. Wszystko to urocze i interesujące, ale tak bardzo pasuje do kliszy nastoletniej pierwszej miłości, że nie zaskakuje niczym. Aby dodać nieco charakteru Willowi, autorka kreuje go na niezrozumianego wrażliwca o buntowniczych zapędach, ale to też wypada bardzo sztampowo. Druga jest pomiędzy Amy a jej matką i przyznam, że jest to ciepła, zdrowa i podnosząca na duchu relacja matki z córką, całkiem dobrze opisana. Poza tym mamy jeszcze relację Alexis z jej matką a babką Amy – która jest konfliktowa (nastoletnie matki nie uciekają z domu na końcu świata dla kaprysu) i miałaby ciekawy potencjał, ale autorka postanowiła poprzestać na kilku nierozwiązujących niczego pyskówkach i porzuciła temat. W ogóle niewnoszące niczego pyskówki zdają się być główną formą komunikacji dorosłych na Stormsday. No i jest jeszcze Betty. Z którą ma problem najbardziej.
Betty bowiem jest uosobieniem kliszy pustej, zarozumiałej blondi, zainteresowanej przede wszystkim ciuchami i kosmetykami (a chłopakami nie chyba tylko dlatego, że jedyny dostępny na Stormsday jest jej bliskim kuzynem). Mało co mnie tak irytuje, jak wykorzystanie tej kliszy. Autorka co prawda starała się dodać Betty nieco głębi – dziewczyna naprawdę sumiennie wykonuje obowiązki strażniczki i przejmuje się rzeczami, które Amy nawet nie przyszłyby do głowy, ale cóż, widać jak na dłoni, że służy tylko zbudowaniu opozycji między „jedyną taką” Amy, która nie lubi kosmetyków a kiecki nosi wyłącznie, kiedy musi i podobną do tych niewdzięcznych szkolnych koleżaneczek Betty, co to jej głównie własny wygląd w głowie. A była scena, która mogłaby to naprawić, która mogłaby pokazać, że nie szata zdobi człowieka a inni miewają motywacje równie ważne, jak nasze, tylko inaczej je realizują… Kiedy można było pokazać, że subiektywne spojrzenie Amy (bo narratorką jest właśnie ona, przez większość czasu) nie jest jedynie słusznym i że człowiek czasem pewnych rzeczy nie dostrzega… Jednak autorka temat zbyła i zostaliśmy z uroczą kujonką i pustą blondi.
„Strażniczka książek” miała potencjał – ten pomysł mógł wyewoluować w coś interesującego. Jednak autorka nie potrafiła go wykorzystać. Właściwie jedyna interesującą rzeczą w powieści jest zakończenie, w którym wyjątkowo pani Gläsernie poszła po linii najmniejszego oporu. Ale nie wiem, czy warto się dla niego przebijać przez całą powieść.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i s-ka
Tytuł: Strażniczka książek
Autor: Mechthild Gläser
Tytuł oryginalny: Die Buchspringer
Tłumacz: Mirosława Sobolewska
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2016
Stron: 392
niedziela, 18 grudnia 2016
"Gwiezdny pył" Neil Gaiman
![]() |
| Na żywo jest znacznie ładniejszy.:) |
Nigdy nie ukrywałam, że młodzieżowo-dziecięcy Gaiman znacznie bardziej mi się podoba niż ten „dorosły” (doprawdy, powszechne zachwyty nad „Amerykańskimi bogami” chyba na wieki pozostaną dla mnie niezrozumiałe). Przyczyną może być fakt, że tworząc prozę dla młodszego czytelnika autor winien się nieco ograniczyć. Galeria postaci raczej nie powinna iść w dziesiątki, wątki należy ograniczyć i skupić się raczej na głównym przekazie. Przy czym Gaiman lubi swoje powieści dziecięce opierać na dziełach klasycznych. „Księga cmentarna” jest wariacją na temat „Księgi dżungli”, „Koralinę” obstawiam jako nawiązanie do horrorów (acz nie wnikałam, mogę się mylić). „Gwiezdny pył” jest za to baśnią, klasyczną, XIX-wieczną, angielską baśnią.
Tristan Thorn był młodym chłopakiem, który zakochał się w dziewczynie. Niestety, dziewczyna zażądała na potwierdzenie uczuć gwiazdki z nieba, takiej konkretnej, co właśnie spadła. Zwykły chłopak pojąłby aluzję i dał sobie spokój. Ale Tristan nie był zwykły – postanowił więc ruszyć na drugą stronę muru do krainy czarów (a raczej Krainy Czarów), gdzie tę konkretną gwiazdę spodziewał się znaleźć. Bo mieszkał w pobliżu właśnie takiego muru granicznego. Ale to wcale nie początek tej historii, bo zaczęła się osiemnaście lat wcześniej. A może sześćdziesiąt?...
„Gwiezdny pył” zawiera wszystkie elementy charakterystyczne dla baśni. Mamy prawdziwą miłość, mamy złe (albo tylko wredne) czarownice, mamy walkę o władzę (w jakże klasycznym wydaniu „odnajdźcie zagubiony – lub specjalnie ukryty – klejnot koronny”). Mamy też wyprawę za przysłowiową siódmą górę i siódmą rzekę (i z pewnością byłaby dosłownie taka, gdyby Anglicy właśnie takim idiomem się posługiwali. Ale posługują się innym, więc i dystans inaczej opisano), w której roztropny bohater o dobrym sercu, dzięki dobrym uczynkom i życzliwemu wsparciu otaczającego świata (wiadomo przecież, że kiedy jesteś dobry i miły, to cały wszechświat stara się spełniać twoje pragnienia) ma szanse osiągnąć sukces. Zaprawę, brakuje tylko księżniczki do ocalenia.
Może poprzedni akapit wydaje się nieco złośliwy, ale tak naprawdę bardzo podobała mi się akurat taka konwencja powieści. Dobrze opowiedziana baśń w końcu pozostaje ponadczasowa i nie ma się co obruszać na klasyczne rekwizytorium. A ta z pewnością jest dobrze napisana. Autor trzyma się mocno głównego wątku i mimo że wprowadza wiele zagadnień, które możnaby rozwinąć, rezygnuje z tego (ale zrezygnowanie ze wspominania o tych sprawach znacząco spłaszczyłoby opowieść główną). Bo to nie byłaby już opowieść o gwieździe i chłopcu, który obiecał ją przynieść ukochanej. Współczesny czytelnik jest raczej przyzwyczajone, że każdy wątek musi być rozwinięty, jeśli nie w tym opasłym tomie, to w kolejnym z kilkunastu tomów cyklu i może go irytować takie ograniczenie. Dla mnie było fajną odskocznią – wiecie, nie mam nic przeciwko kilkunastu opasłym tomom, ale czasem bardzo przyjemnie czyta się historie wyraźnie obliczone na samotne dwieście stron.
Gaimana oczywiście polecam (prawie zawsze polecam), zwłaszcza miłośnikom baśni. Od czasów „Ostatniego jednorożca” (który aż takiego wrażenie na mnie nie wywarł przecież) nie czytałam lepszej, współczesnej baśni.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.
Tytuł: Gwiezdny pył
Autor: Neil Gaiman
Tytuł oryginalny: Stardust
Tłumacz: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 496
piątek, 29 lipca 2016
"Skrzydła Ognia: Ukryte królestwo" Tui S. Sutherland
Jestem po lekturze trzeciego tomu „Skrzydeł Ognia”. Dla tych, którzy nie wiedzą, o co chodzi, wyjaśniam – jest to cykl o przygodach piątki młodocianych wybrańców (przeznaczony dla młodszych miłośników fantastyki), mających według przepowiedni zakończyć trwającą od wielu lat wojnę. Zasadniczo od wielu innych cykli tego typu różni się tym, że wybrańcy są smokami. Akurat trzeciego tomu byłam ciekawa, bo opowiadać ma o nieco wyalienowanej, izolującej się od grupy członkini zespołu, której właściwie nie powinno w nim być. Brzmi ciekawie, prawda? Cóż, przyznam, że nieco się rozczarowałam.
Po ucieczce z pałacu w Królestwie Morza, nasze dzielne smoczęta udały się do Królestwa Lasu Deszczowego w nadziei, że uzyskają pomoc dla rannego towarzysza. Gloria jest bardziej podekscytowana od reszty, ponieważ nareszcie będzie mogła zobaczyć dom swojego plemienia i spotkać towarzystwo własnego rodzaju. Deszczoskrzydłe mają na całym świecie opinię leniwych, bezużytecznych pacyfistów, ale młoda smoczyca liczy na to, że opinie są mocno przesadzone. Czy pobratymcy ją rozczarują?
Ja wiem, że to powieść dla dzieci, ale miałam pewne oczekiwania. Widzicie, Gloria jest w specyficznej sytuacji – przepowiednia o niej nie mówi. Owszem, wykluła się odpowiedniego dnia, ale o jej gatunku nikt nie wspominał. Dlatego przez dwa poprzednie tomy była kreowana na postać nieco izolującą się od grupy, nie dlatego, że grupa ją odrzuca, ale dlatego, że smoczyca czuła, że do niej nie należy (pomimo szczerych zapewnień przyjaciół). Liczyłam, że w tomie poświęconym Glorii (bo to z jej perspektywy prowadzona jest narracja w „Ukrytym królestwie”) będzie o tym wyalienowaniu i próbach szukania miejsca w grupie trochę więcej. Tymczasem autorka wolała się raczej skupić na plemieniu Glorii, niż na niej samej.
Same Deszczoskrzydłe jawią mi się jako grupa łuskowatych hippisów. To brzydzący się przemocą pacyfiści, wychowujący dzieci wspólnotowo i nie zakładają rodzin (nawet używki mają – słońce działa na nie mniej więcej tak, jak na ludzi trawka). Autorka na ich przykładzie próbowała chyba pokazać, że egzystowanie tak pokojowo nastawionej społeczności, mającej na dodatek w głębokim poważaniu to, co się dzieje poza ich lasem, jest głęboko niewłaściwe i do niczego dobrego nie prowadzi, podobnie jak głęboka niefrasobliwość. Owszem, mają swoje zalety (Deszczoskrzydłe wszystkie konflikty rozwiązują pokojowo i bez ofiar oraz opiekują się tymi członkami społeczności, którzy takiej opieki wymagają – czego nie można powiedzieć o wszystkich smoczych nacjach), ale głęboki pacyfizm i odcięcie od świata sprawia, że leśne smoki są nie tylko bezbronne wobec niebezpieczeństwa, ale także zupełnie go nieświadome. Cóż, jak dla mnie ten motyw znacznie lepiej rozegrała Dorota Terakowska w „Córce czarownic”.
„Ukryte królestwo” to właściwie jedyny jak dotąd tom w cyklu, który nie oferuje zamkniętego zakończenia. Poprzednio, mimo iż istnienie ciągu dalszego powieści było oczywiste, mieliśmy do czynienia z zamkniętymi rozdziałami. Teraz przerwano nam lekturę w połowie opowieści. Cóż, mimo drobnego rozczarowania, kolejna część zapowiada się o wiele ciekawiej i może nieco rozjaśni nam tę część intrygi, która znacząco wykracza poza jednotomowe rozdziały (a i ona nabiera rumieńców). Czekam.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.
Tytuł: Skrzyła Ognia: Ukryte królestwo
Autor: Tui T. Sutherland
Tytuł oryginalny: Wings of Fire. Book Three: The Hidden Kingom
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Skrzydła Ognia
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 284
Autor: Tui T. Sutherland
Tytuł oryginalny: Wings of Fire. Book Three: The Hidden Kingom
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Skrzydła Ognia
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 284
wtorek, 31 maja 2016
"Pasterska korona" Terry Pratchett
To nie jest dla mnie ostatnia książka Terry’ego Pratchetta. Zostało mi jeszcze do przeczytania sporo Świata Dysku, cztery tomu „Długiej Ziemi” no i koniecznie „Nacja” (nie mam parcia, żeby czytać absolutnie wszystko, co napisał. Choć może i tak wypaść). Jak więc widzicie, dla mnie to nie koniec. Niestety, koniec dla sir Terry’ego. I trochę to w „Pasterskiej koronie” widać. Nie poprzez spadek kondycji pisarskiej, bynajmniej.
Coś się zmienia. Bariery pomiędzy Dyskiem a Światem Baśni stają się coraz cieńsze, a elfy to wyczuwają i chcą wykorzystać. Tymczasem młoda Tiffany Obolała musi zmagać się z zupełnie nowymi obowiązkami i odpowiedzialnością. Czy będzie dość mądra, żeby sobie poradzić? No i co z młodym człowiekiem, który chce zostać czarownicem? Oraz jego kozłem, jeśli o tym mowa.
Przyznam, że z cyklu o Tiffany Obolałej jak dotąd znałam tylko pierwszą część (dlatego zabieranie się od razu o ostatniej może nie było najrozsądniejsze z mojej strony. Ale przecież nie samym rozsądkiem człowiek żyje) i to w starszym tłumaczeniu Doroty Malinowskiej, więc przesiadka była trochę trudna. Niemniej, co Cholewa, to Cholewa. Fik Mik Figli trochę szkoda, ale przynajmniej mówią gwarą, jak powinni. Trochę kluczowych punktów rozwoju głównej bohaterki też mnie ominęło. Okazało się, że cykl o Tiffany jest tym, który stosunkowo kiepsko znosi czytanie na wyrywki (chyba najgorzej z dotąd mi znanych podcykli dyskowych), ale z drugiej strony nie aż tak, żeby czytelnik nie był w stanie czerpać radości z lektury.
Najmocniejszą stroną jest oczywiście sama Tiffany. Będąc już młodą dziewczyną (a nie dzieckiem, jak wtedy, gdy ją poznaliśmy) musi podjąć zupełnie nowe obowiązki i przyjąć na siebie zupełnie nową odpowiedzialność. Próbuje szukać własnej drogi w tym wszystkim (przecież jest czarownicą, nie może podążyć szlakiem wytyczonym przez kogoś innego, musi przecierać własny) Tiff przeżywa wszystkie wątpliwości młodego człowieka – choć nigdy by się do tego nie przyznała, boi się, że może zawieść pokładane w niej nadzieje, że może wykonywać rzeczy niewłaściwie. Że wybierając swoje miejsce, dokona błędnego wyboru, którego pożałuje nie tylko ona, ale też wszyscy, którym pomaga i chroni. Niemniej, w końcu musi podjąć wszystkie decyzje. Na tym polega dojrzewanie.
Poza Tiffany, ważną postacią jest Geoffrey, wspomniany wyżej chłopak, który chce zostać czarownicem. Jakaż to jest piękna klamra całej opowieści! W „Równoumagicznieniu” mieliśmy dziewczynę, która pragnęła zostać magiem i była jedyną na Dysku właściwą kobietą do tego zadania. Z Geoffreyem jest podobnie. Mam wrażenie, że ten chłopak jest nie tylko przeciwwagą dla kobiety-maga (pamiętamy, że u Pratchetta kobieta-mag to nie to samo, co czarownica). Jest też zwiastunem tego, że świat się zmienia. A stare niekoniecznie musi być zastępowane nowym. Może być przez nowe wzbogacane, aby ostatecznie stać się lepszym. Tak jak ogólna społeczność czarownic Lancre stanie się lepsza, jeśli wzbogaci się o młodego chłopaka (i jego kozła).
Z drugiej strony, dla niektórych starych rzeczy zmiana, dostosowanie i pozwolenie na wzbogacenie nowymi ideami to jedyna szansa na przetrwanie. Tego nie rozumieją elfy. Dysk stał się światem żelaza i stali, w którym na elfie rajdy nie ma już miejsca. Ale chwała dawno minionych dni jest tak nęcąca, że rozsądne argumenty nie docierają do elfów. A kiedy ktoś wyciąga do nich rękę, proponując nowe możliwości (ale zupełnie inne niż stare przyzwyczajenia. Elfy u Pratchetta to jedne z tych, na których oferta, na przykład, nowych możliwości zadawania bólu z pewnością zrobiłaby ogromne wrażenie), odcinają ją. Autor dobitnie pokazuje, że, przynajmniej dla nich, to najgorsze z możliwych rozwiązań.
W posłowiu stoi, że co prawda sir Terry książkę napisać zdążył, ale z ostateczną redakcją już nie. Szkoda, bo niektóre drobne wątki rzeczywiście wydają się niedokończone. Niemniej, „Pasterska korona” to godne zamknięcie bram. Ale w każdej bramie jest furtka, więc każdy, kto chciałby wybrać się na wycieczkę po Świecie Dysku, zawsze będzie miał taką możliwość. Korzystajcie.
Książkę otrzymałam o wydawnictwa Prószyński i s-ka.
Tytuł: Pasterska korona
Autor: Terry Pratchett
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny: The Shepherd's Crown
Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2016
Stron: 240
wtorek, 19 kwietnia 2016
"Skrzydła Ognia: Zaginiona sukcesorka" Tui S. Sutherland
Za mną drugi tom „Skrzydeł Ognia” (o pierwszym pisałam tutaj). Tym razem wydarzenia poznajemy z perspektywy Tsunami, co wymusza drobne zmiany. W przeciwieństwie do Łupka, który był prostolinijnym, niewinnym przytulakiem Tsunami bardziej przypomina zadziorną nastolatkę z pierwszymi objawami buntu dorastania. Ale jej historia pozostaje zajmująca. Ach, recenzja zawiera drobne spoilery względem tomu pierwszego.
Po wydarzeniach ze „Smoczego proroctwa” grupa przyjaciół postanawia, skoro już znaleźli się blisko brzegu, odnaleźć rodzinę Tsunami, morskiej smoczycy. Wiedzą już, że pochodzi ona z królewskiego rodu, liczą więc, że w pałacu znajdą schronienie, a sama Tsunami bardzo pragnie poznać matkę i konstruuje sobie w myślach jej idealny obraz. Czy marzenia wygrają konfrontację z rzeczywistością?
Drugi
tom cyklu, jak zwykle w tego typu seriach bywa, ma spory walor
krajoznawczy – poznajemy w nim Królestwo Morza. Dowiadujemy się sporo o
zwyczajach Morskoskrzydłych, o smoczej rodzinie królewskiej i
organizacji państwa. Dowiadujemy się też, ze Smoczętom Przeznaczenia
towarzyszy intryg, której nie są świadome co dodatkowo dodaje cyklowi
głębi.
Tsunami jest bardzo ciekawą narratorką – gdyby była człowiekiem, byłaby nastoletnią chłopczycą, dobrą, ale krnąbrną i narwaną (wygląda też na to, że jest bardziej rozwinięta od swoich przyjaciół, bo podczas gdy Łupka czy Słoneczko możnaby porównać do dzieciaków dziesięcioletnich, Tsunami zdaje się mieć jakieś czternaście lat). Uważa się za wojowniczkę i często najpierw działa, a potem myśli, co niekoniecznie zyskuje jej przychylność przyjaciół. Ona sama w głębi duszy wie, że nie zawsze ma rację (a w trakcie wydarzeń przedstawionych w książce dojrzewa na tyle, by zdobyć się na przyznanie tego przed samą sobą), ale postępować inaczej dopiero będzie musiała się nauczyć.
Dla mnie najciekawszą częścią fabuły były interakcje Tsunami i jej matki (pozostałe smoczęta przeznaczenia zostały mocno zmarginalizowane w „Zaginionej sukcesorce” i właściwie nie spełniają znaczącej roli fabularnej). Młoda smoczyca musi skonfrontować swoje idealne wyobrażenie z rzeczywistością. Autorka przedstawiła tutaj w skondensowanej formie ten aspekt dojrzewania, kiedy dzieci zaczynają zauważać, że ich rodzice nie są idealni (i ja się może na dzieciach nie znam ale wydaje mi się, że dla docelowych odbiorców „Skrzydeł Ognia” na poruszenie tego aspektu jest jeszcze trochę za wcześnie. Ale mogę się mylić). Tsunami dostrzega (a może to jednak czytelnik? Bo zarzuty nie są wypunktowane wprost, Sutherland sporo zostawia w gestii czytelnika), że jej matka mimo że z pewnością jest dobra, nie jest takim ideałem, jakim maluje się w swoich książkach. Poza tym bywa zaborcza i nadopiekuńcza co niesfornej smoczych niezbyt odpowiada. Niemniej, Tsunami bardzo dojrzale (mogłabym powiedzieć, że nieadekwatnie dojrzale, jeśli wziąć pod uwagę dotychczas budowany charakter postaci) przyjmuje wszystkie wydarzenia, jakie na nią spadają.
Tak na marginesie, właśnie zauważyłam, że Sutherrland sporo miejsca poświęca na relacje matek z córkami – w poprzednim tomie też znalazł się taki motyw, choć nie dotyczył żadnej z głównych postaci. To interesujące, bo rzadko spotykane w, było nie było, przygodowych powieściach dla dzieci i młodzieży. Są to często relacje problematyczne, choć spłycone na potrzeby młodszych czytelników czy też tylko sygnalizowane, niemniej zawsze nakreślone trafnie i dość realistycznie.
Ciągle uważam, że w kategorii fantastyki dla młodszego czytelnika „Skrzydła Ognia” winny zając wysoką pozycję. Fajnie się to czyta, nawet rodzice czytający dzieciom nie powinni się nudzić.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag
Tytuł: Skrzyła Ognia: Zaginiona sukcesorka
Autor: Tui T. Sutherland
Tytuł oryginalny: Wings of Fire. Book Two: The Lost Heir
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Skrzydła Ognia
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 266
piątek, 26 lutego 2016
"Skrzydła Ognia: Smocze proroctwo" Tui T. Sutherland
Od czasu do czasu zdarza się, że Mag wydaje książki dla dzieci (lub też młodszej młodzieży. W każdym razie, chodzi o odbiorców nieco młodszych niż ci, do których kieruje się książki young adult). Kiedy w zapowiedziach pojawił się pierwszy tom „Skrzydeł ognia”, sama momentalnie poczułam się dzieckiem. Bo cóż może być bardziej fascynującego dla niżej podpisanej niż książka, której głównymi bohaterami są smoki?
Fabularnie mamy tu typowe fantasy. Oto piątka wybrańców z przepowiedni, wychowanych w odosobnieniu i obarczonych misją uratowania świata (w tym przypadku konkretnie mają zakończyć wieloletnią wojnę. Swoją szosą, dwudziestoletnia smocza wojna przy naszej wojnie stuletniej czy Dwóch Róż nie wygląda jakoś szczególnie imponująco. W każdym razie nie aż tak, żeby wymagała przepowiedni). Wybrańcy jednak, jak to młodzież, postanawiają się nieco przedwcześnie wyrwać spod skrzydeł opiekunów. I tu zaczynają się problemy.
Diabeł (tutaj raczej diabełek) tkwi jednak w szczegółach. Pomijając fakt, że wybrańcami (jak i pozostałymi bohaterami powieści) są smoki, od samego początku nie wszystko idzie zgodnie z planem. Jaja Nieboskrzydłych (jednego z siedmiu smoczych plemion) nie udało się dostarczyć zgodnie z proroctwem, więc piąty smoczek jest raczej z łapanki niż z przepowiedni. Poza tym młodzież rosnąca od wyklucia w izolacji nie jest zbyt dobrze przygotowana do konfrontacji ze światem zewnętrznym – nie za bardzo wiedzą, jak zachowywać się wśród innych smoków i czego można się po nich spodziewać (a nadmienić należy, że nie wszyscy zainteresowani są rychłym końcem wojny. Zwłaszcza, że przepowiednia mówi o śmierci niektórych królowych). Ale najgorsze jest to, że nigdzie nie wspomniano, jak właściwie banda dzieciaków ma zakończyć wojnę.
„Smocze proroctwo” jest wyjątkowe o tyle, że zamiast trójki bohaterów (jak to przeważnie w młodzieżówkach) mamy ich pięcioro. Pozwala nam to obserwować przeróżne relacje w grupie. Głównym bohaterem tego tomy jest Łupek (na okładce; jak sądzę, ilustracja będzie przedstawiać główne postacie także w kolejnych tomach) – samiec z plemienia Błotoskrzydłych. Jak przystało na przedstawicieli jego rasy, jest największy i najsilniejszy w grupie. Ale wojownik z niego kiepski, bo serce ma złote a zapędy raczej opiekuńcze niż bojowe. Z czego wynikają jego rozterki, bo bardzo chciałby chronić przyjaciół, ale nie potrafi. Łupek wyrasta na nieformalnego lidera grupy, który przedkłada dobro przyjaciół ponad własne. I choć jest pełny wątpliwości co do swoich kompetencji i zdolności, reszta dość naturalnie i bez zbędnych deklaracji oddaje się pod jego opiekę.
| A na początku ksiązki jest tak oto ilustrowana rozpiska smoczych ras.:) |
„Reszta” też jest dość barwną grupą (i nie tylko o kolory łusek tu chodzi). Po Łupku, najbardziej znaczącą postacią wśród smoczą przeznaczenia jest Tsunami z Morskoskrzydłych. To urodzona wojowniczka, ale przy tym niepozbawiona rozsądku. Nocny Lotnik z Nocoskrzydłych pełni rolę „tego mądrego” – taka męska Hermiona, tylko bez jaj (tych metaforycznych), bo Lotnik na chwilę obecną kompletnie nie ma charyzmy i stanowi raczej tło. Podobnie ze Słoneczkiem z Piaskoskrzydłych, której przypadła rola radosnego promyczka. Jest o tyle ciekawsza od Nocnego Lotnika, że wykluła się wybrakowana. Powinna stanowić znaczną siłę bojową w ekipie, tymczasem jest niewyrośnięta i niejadowita, w przeciwieństwie do innych przedstawicieli swojej rasy. Ostatnia z piątki jest Gloria, smoczek nie ujęty w przepowiedni, a dosztukowany naprędce, żeby stan ilościowy się zgadzał. Gloria jest ciekawą postacią, dość przebiegłą, ale żyjącą dotąd w przeświadczeniu, że nie spełnia pokładanych w niej oczekiwań i jest piątym kołem u wozu. Z tego powodu dystansuje się do reszty smocząt, choć one traktują ją jak członka grupy.
Autorka potrafi przedstawiać rożne charaktery. Co prawda jej bohaterowie z konieczności są nieco uproszczeni, ale spektrum ich motywacji i uczuć pozostaje zaskakująco bogate jak na powieść dla dzieci. Przy czym smoki są jednak dość brutalne – wielu bohaterów dalszoplanowych czy epizodycznych ginie (w końcu sporo miejsca w fabule poświęcono walkom na arenie). Dzięki temu widać ich odrębność gatunkową (smoków, w sensie). Są znacznie bardziej egoistyczne niż uchodzi to w ludzkim społeczeństwie, wiele konfliktów rozwiązuje się poprzez walkę (a sceny walk są opisywane bardzo sugestywnie, więc nie wiem, czy książka nadaje się dla młodszych czy wrażliwych dzieciaków). Nie należy się jednak obawiać, że młody czytelnik wyniesie z lektury jakieś złe wzorce.
![]() |
| Okładka niemiecka. Chyba moja ulubiona. |
Podoba mi się też świat wykreowany na potrzeby powieści. Jak wspominałam, mamy tam siedem ras smoków, tworzących społeczności o matriarchalnej strukturze, na czele których stoją królowe. Autorka każdej rasie przyporządkowała odrębne cechy, umiejętności i biologię, co bardzo się chwali. Taka dbałość o szczegóły niestety nie jest w powieściach dla dzieci oczywista, a Pyrria nie odstaje pod względem złożoności od przeciętnej Krainy fantasy. Przy czym rasy te prowadzą między sobą polityczne gierki, toczą wojny i borykają się z problemami tylko sobie właściwymi. Mogłabym się przyczepić, że podział jest zbyt oczywisty, że rodem z najbardziej oklepanych systemów RPG, ale się nie przyczepię. Bo to działa, zwłaszcza w połączeniu z pełnowymiarowymi (choć przykrojonymi do możliwości młodszego czytelnika) bohaterami.
Poza tym, to jest naprawdę świetnie wydana książka. Twarda oprawa, szyte kartki, wstążka-zakładka. Ilustracja na okładce w stylu disnejowskim może lekko kiczowata, ale przynajmniej od razu widać, dla kogo książka jest. Tłumaczenie też przyzwoite, choć tłumaczka musiała się nieco nagimnastykować, bo imiona postaci są znaczące i trzeba je było przełożyć, uwzględniając płeć bohaterów (i tak samiec Clay został Łupkiem, choć powinien był Gliną).
Podsumujmy może, bo nie wiem, czy wyraziłam się dosyć jasno. „Smocze proroctwo” to niewątpliwie książka dla dzieci (i młodszej młodzieży), ale czyta się to fenomenalnie. Ma świetnie skonstruowanych bohaterów o indywidualnych cechach i problemach, ma bardzo wartką akcję, która nie pozwoli się nudzić nawet najbardziej niecierpliwemu czytelnikowi i ma świetne smoki. Krótko mówiąc ma wszystko, co najlepsze. Nawet biorąc pod uwagę, że na target jestem o ładnych parę lat za stara, chcę więcej. Dużo więcej. Teraz.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.
Tytuł: Skrzyła Ognia: Smocze proroctwo
Autor: Tui T. Sutherland
Tytuł oryginalny: Wings of Fire. Book One: The Dragonet Prophecy
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Skrzydła Ognia
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 284
wtorek, 23 lutego 2016
"Armada" Ernest Cline
„Player one” Ernesta Cline nie zdobył u nas szczególnej popularności, mimo że za granicą swego czasu był bestsellerem. Mnie jednak bardzo się spodobał. I dlatego jak tylko dowiedziałam się, że autor napisał kolejną powieść i właśnie wydano ją w Polsce, musiałam się zapoznać. Recenzje kolegów blogerów i koleżanek blogerek co prawda znacznie ostudziły mój entuzjazm i stanęło na tym, że otwierając książkę, spodziewałam się najgorszego. Na szczęście okazało się, że nie jest tak źle.
Zack Lightman jest przeciętnym, trochę nerdowatym nastolatkiem. W szkole idzie mu przyzwoicie (pomijając pewien incydent sprzed kilku lat) znajomi są spoko, mama super (ojca Zack nie ma, bo zginął, kiedy chłopak był niemowlakiem), a dorywcza praca najlepsza na świecie. Dlatego, że Zack pracuje w sklepie z grami komputerowymi a szef pozwala mu grać w pracy w ulubioną grę sieciową – „Armadę”. W tym Zack jest naprawdę dobry, szóste miejsce w klasyfikacji światowej mówi samo za siebie. Tym większa jest jego konsternacja, kiedy jeden ze statków gierczanych obcych (bo w „Armadzie” chodzi o to, żeby strzelać do statków obcych) pojawia się pewnego dnia za szkolnym oknem. Czy to początek nowej przygody, czy po prostu czas odstawić grę?
Największym grzechem „Armady” jest dość przewidywalna fabuła. „Player one” był ostatecznie opowieścią o chłopaku, których chciał wygrać w grę i to było odświeżające (plus autor zmontował bardzo ciekawą zagadkę i w pełni wykorzystał możliwości oferowane przez wirtualny świat, w którym rozgrywa się większość wydarzeń z powieści). W „Armadzie” mamy ratowanie świata. Znowu, jak w coś koło dziewięćdziesięciu procentach fantastyki młodzieżowej. Samo wybranie takiej fabuły tworzy ogromne ryzyko, że powieść będzie wtórna, a niestety tym razem wirtualny świat nie dostarczył nam możliwości zaskoczenia czytelnika. Szczerze mówiąc, nie mam nic przeciwko pewnej dozie wtórności, ale jestem w stanie zrozumieć rozczarowanie fanów liczących na zaskoczenia takie jak w poprzedniej powieści autora.
Cóż, ponieważ tym razem autor na miejsce akcji wybrał nasz zwyczajny świat, miał nieco mniej możliwości. Zrezygnował też z zagadki, co trochę kiepsko wpłynęło na ekspozycję różnych popkulturowych nawiązań. Widzicie, w „Player one” większość z nich byłą celowa – prowadziły do rozwiązania zagadki. W „Armadzie” po prostu były. Z jednej strony to fajnie, bo lubię nawiązania (a tym razem były w większości z okresu, który pozwalał mi je znać, a nie z lat osiemdziesiątych) ale z drugiej znacznie ciekawiej jest, kiedy przyświeca im jakiś wyższy cel fabularny.
Bohaterowie są całkiem przyjemni, ale niestety mało wyraziści. Oczywiście głównym jest Zack, zasadniczo odpowiadający stereotypowi grającego w gry nastolatka. I… to w zasadzie tyle. O innych graczach, pojawiających się na kartach powieści można w zasadzie powiedzieć to samo (wyjąwszy może fakt, że nie wszyscy są nastolatkami). Hm, jak teraz na to patrzę, to bohaterowie są dość jednorodni. Nawet wszyscy pochodzą z mniej lub bardziej niepełnych rodzin, co w pewnym momencie robi się trochę dziwne (patrz scenka, gdzie najlepsi gracze lecą sobie razem promem i to jeden, to drugi przebąkuje, któż mu tam z najbliższej rodziny obumarł, bo każdemu ktoś). Ech, tęsknię za bohaterem, który wychował się w normalnej rodzinie…
No i tak, z jednej strony „Armadę” czyta się bardzo przyjemnie, zwłaszcza jeśli nie znało się wcześniej „Player one”. Z drugiej, jeśli jednak się „Player one” czytało, to pozostaje pewien niedosyt. Cóż, przynajmniej wydawca dołożył wszelkich starań, żebyśmy dostali książkę ładną, jeśli już nie może zadowolić wszystkich czytelników. Bo co by o „Armadzie” nie mówić, wygląda wystrzałowo.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Feeria.
Tytuł: Armada
Autor: Ernest Cline
Tytuł oryginalny: Armada
Tłumacz: Jarosław Irzykowski
Wydawnictwo: Feeria
Rok: 2016
Stron: 444
Subskrybuj:
Posty (Atom)






























