Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akurat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akurat. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 czerwca 2021

"Projekt Hail Mary" Andy Weir


Kolejnym powieściom lubianych autorów zawsze towarzyszy dreszczyk emocji. Z jednej strony szykujesz się na miło spędzony czas i duża dawkę tego, co u autora lubisz, a z drugiej zawsze jest ta doza niepewności, czy tym razem podoła oczekiwaniom. Andy Weir zachwycił mnie „Marsjaninem”, ale potem rozczarował „Artemis”, dlatego do jego najnowszego dzieła podchodziłam z cała paletą emocji. Ale oczywiście musiałam przeczytać jak najszybciej, więc gdy tylko nadarzyła się okazja, zamówiłam „Projekt Hail Mary” z księgarni TaniaKsiazka.pl. Aha, recenzja zawiera sekcję spoilerową, bo są pewne aspekty, które chcę omówić, ale które mogłyby niektórym trochę zepsuć niespodziankę. Ale będzie oznaczona.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

"Artemis" Andy Weir

„Marsjanin” Andy'ego Weira był bardzo przyjemną lekturą, mimo kiepskiego tłumaczenia. Dlatego też kiedy tylko usłyszałam o nowej powieści autora, chciałam się z nią zapoznać. Jednak szybko pojawiające się w sieci nieprzychylne opinie nieco ostudziły mój zapał i koniec końców podeszłam do lektury z pewną taką nieufnością.

Artemis to miasteczko na Księżycu. Niewielkie, ale jedyne. I lubiane przez bogatych turystów oraz jeszcze bogatszych biznesmenów. I dlatego też osoba o dość elastycznym podejściu do litery prawa ma wzięcie – przecież dziani panowie nie zrezygnują ze swoich drobnych nałogów tylko dlatego, że przenieśli się na Księżyc i niektóre z nich stały się nielegalne, a ktoś musi im te zakazane luksusy sprowadzać. Tym kimś jest Jazz, oficjalnie doręczycielka paczek, a nieoficjalnie przemytniczka. Jazz potrzebuje pieniędzy, ma bowiem plan. A jeden ze stałych klientów ma dla niej propozycję, która pozwoli jej zarobić mnóstwo pieniędzy, jednak zadanie okazuje się dużo bardziej skomplikowane niż to, czym do tej pory się zajmowała. Ale Jazz to dziewczyna pracująca, żadnej pracy się nie boi. W końcu co może pójść nie tak?

Weir w „Artemis” wykorzystał pomysły, które już sprawdziły się w „Marsjaninie” - niedaleka przyszłość, kosmos, zagrożenia i komplikacje jakie czyhają na obrotnego człowieka poza Ziemią i dużo opisowej zabawy z technologiami. Tym razem jednak postanowił napisać thriller i niestety, niektóre rzeczy, które działały w opowieści o nowym Robinsonie Crusoe, przestała działać. Weźmy rozbudowane opisy techniczne. W „Marsjaninie” stanowiły ważną część fabuły i całkiem zgrabnie ją uzupełniały. W „Artemis” tylko powodowały dłużyzny. To znaczy jasne, jesteśmy na Księżycu, więc pewne technikalia istotne dla fabuły trzeba wyjaśnić, żeby intryga miała sens dla czytelnika. Ale Weir z lubością opisuje KAŻDE spawanie bohaterki, technikę opuszczenia miasta, kilkukrotnie powtarza, jak dana rzecz działa... To niepotrzebnie zwalnia akcję (której dobre tempo jest jednak w thrillerze istotne, w przeciwieństwie do opowieści o kosmicznym Robinsonie) i nudzi czytelnika. Ale nie jest największym problemem powieści.

Największym problemem powieści jest bowiem główna bohaterka. Wiecie, jeśli autor chce zagrać kartą niegrzecznej dziewczynki (albo niegrzecznego chłopca, bez różnicy) jako protagonistki, winien przede wszystkim zadbać, aby poza wątpliwą moralnie postawą taką postać charakteryzował jakiś wdzięk. Żeby budziła pozytywne emocje w czytelniku, które pozwolą wybaczyć skazy na charakterze (i praworządności). Jazz brak tego wdzięku. Dostajemy dorosłą kobietę, która zachowuje się jak wulgarna, rozwydrzona, zbuntowana nastolatka. Która jest och jakże uzdolniona, ale obnosi się z tym, że zmarnowała swój potencjał (o czym przypomina jej co druga postać, niemalże roniąc łzy nad tym marnotrawstwem), bo tak to by musiała jakiś wysiłek w pracę wkładać, a jej zależy na takiej, co by zarobić, a się nie narobić. Która dodatkowo jest och jakże seksowna (co na szczęście otwartym tekstem nie leci, ale autor co rusz puszcza nam oczko, że wiecie *wink, wink* o co chodzi). W dodatku pała jakimś absurdalnym poczuciem wyższości wobec całego świata, a tenże świat wciąż oferuje jej okazje i pomoc chyba tylko po to, aby mogła je z tą wyższością odrzucać. Nie ma w niej absolutnie żadnej cechy, która mogłaby sprawić, że jako czytelniczka, polubię bohaterkę. Należy jej się order rasowej Mary Sue.

Taka postawa głównej bohaterki sprawiła, że właściwie z automatu polubiłam każdego, kto jej bruździł, a miał choć odrobinę charakteru. Na przykład Rudy'ego, lokalnego policjanta o niezłomnym charakterze. Taki archetyp szeryfa na rubieżach, który sam jest prawem, ale że ma niezłomny kręgosłup moralny, nie daje się zdeprawować. Albo Dale'a, byłego przyjaciela bohaterki, który co prawda zrobił jej kiedyś straszne świństwo, ale i tak bardziej mi żal jego, niż Jazz. Albo jej ojca, od którego uciekła w akcie nastoletniego buntu a potem głupia buta nie pozwoliła jej już wrócić do rodzinnego gniazda. W zasadzie historia każdej z tych postaci byłaby chyba ciekawsza niż Jazz.

Mocną stroną powieści jest za to miejsce akcji. Opisy tego, jak działa Artemis – nie tylko w kwestiach technicznych, ale przede wszystkim społecznych – bywają ciekawsze niż główny wątek fabularny. (Dodatkowo książka zawiera też schematy i plan miasta, co ułatwia nam orientację w terenie.) Miasto jawi się nam jako swego rodzaju pułapka z kijem i marchewką. Z jednej strony napływ turystów daje możliwości zarobienia sporej gotówki, ale z drugiej sprawia, że (jak to w miejscowościach turystycznych) koszty życia są bardzo duże. A jeśli ci się nie uda, to opuszczenie miasta w poszukiwaniu zieleńszych pastwisk też nie jest ani proste, ani tanie, ani przyjemne.

Cóż, autor musi jeszcze trochę popracować nad warsztatem. Ciągle dobrze rokuje, ale dopóki nie zrozumie, że wszystkich gatunków nie da się dobrze napisać za pomocą tego samego zestawu chwytów fabularnych, będzie produkował buble. Dobrze by było też, żeby przestał zakochiwać się w swoich bohaterach, bo w przeciwnym razie będzie pisał różne niestrawne warianty Mary Sue. W każdym razie, jeśli napisze kolejną powieść, to dam mu szansę. Ciągle mam nadzieję. 

Tytuł: Artemis
Autor: Andy Weir
Tytuł oryginalny: Artemis
Tłumacz: Radosław Matejski
Wydawnictwo: Akurat
Rok: 2017
Stron: 418

środa, 19 lipca 2017

[Rok z Nebulą] "Wśród obcych" Jo Walton

Minął pierwszy miesiąc mojego Roku z Nebulą, czas więc napisać o pierwszej lekturze (z drobnym opóźnieniem co prawda, ale udawajmy, że tego nie widzimy). Na początek wybrałam „Wśród obcych” Jo Walton, powieść nie tylko obsypaną branżowymi nagrodami, ale też bardzo ciepło przyjętą przez blogosferę. Cztery lata temu mówili o niej dosłownie wszyscy, co po części przyczyniło się do mojego oporu przed czytaniem. Niemniej, teraz nadeszła odpowiednia chwila.

„Wśród obcych” to dziennik piętnastolatki, trochę ponad pół roku z życia Mori. To nie było dobre pół roku – niedawno straciła w wypadku siostrę bliźniaczkę oraz ruchomość stawu biodrowego. Ponadto musiała uciekać od swojej nie do końca normalnej matki i szukać wsparcia u ojca, którego nawet nie pamięta. Ten ostatecznie wysyła ją do szkoły z internatem, która dla dziewczyny jest zupełnie innym światem, pełnym dziewcząt o tak odmiennym światopoglądzie, że mogłyby pochodzić z obcej planety. Przy zdrowych zmysłach trzymają Mori tylko ukochane powieści SF. No i jest jeszcze magia.

Przyznam, że jak na powieść wręcz zarzuconą gatunkowymi nagrodami, „Wśród obcych” zawiera bardzo mało fantastyki. Z trudem przechodzi test brzytwą Lema, a wystarczyłoby kilka kosmetycznych modyfikacji, żeby go nie przeszła. Chodzi o przedstawienie magii. Mori widzi wróżki (faerie chyba byłoby bardziej adekwatnym słowem. Albo jestem nieodwracalnie zepsuta Dresdenem) i potrafi z nimi rozmawiać, ale magia w tym świecie działa albo nie, a nawet jeśli działa, równie łatwo można ją uznać za zbieg okoliczności. Fakt, że poznajemy wszystkie wydarzenia (oraz prawidła rządzące magią) z perspektywy i ust Mori sprawia, że właściwie nie mamy pewności, czy to wszystko dzieje się naprawdę. To że w magię wierzy piętnastoletnia narratorka nie znaczy, że ona działa obiektywnie. Równie dobrze może to być odpowiedź na bezsilność w obliczu despotycznej matki i śmierci siostry, prosta racjonalizacja i próba uzyskania kontroli nad czymś, nad czym kontroli się de facto nie ma. Ale wiecie co? Kiedy autor pozostawia mi wybór, zawsze wybieram tę ciekawszą opcję. W tym wypadku z magią i wróżkami.

Ale i w chwilach, kiedy magia spychana jest na dalszy plan, powieść też jest bardzo interesująca. W chwilach, kiedy wróżki się nie pojawiają, zostaje samotna, inteligentna nastolatka, która próbuje sobie radzić z dorastaniem w zupełnie nieznanej sytuacji. „Wśród obcych” to właściwie historia dojrzewania nerda płci żeńskiej u schyłku lat siedemdziesiątych. Dla mnie o tyle udana, że widzę wiele punktów stycznych z moim dorastaniem. Mamy tu wszystkie główne punkty z powieści dla nastolatek rodem: problem ze szkolnymi koleżankami, wątki patologii (matka, śmierć siostry, nieobecny ojciec), zagubienie w nowej szkole i powolne odbudowywanie swojego miejsca w społeczności, pierwszą miłość. Aż dziwne, że jeszcze nikt nie zaliczył jej do YA. Może to dlatego, że jest wyjątkowo dobrze napisana.

„Wśród obcych” jest też jednym z nielicznych hołdów dla czytelnictwa, jakie przeciekają na nasz rynek – co tłumaczy jej popularność w blogosferze. Większość bowiem informacji, jakie Mori zamieszcza w swoim dzienniku dotyczy tego, co czytała. A że czyta bardzo dużo, to i rozważania o literaturze się mnożą. Dostajemy więc balsam na serduszko czytelnika, ze szczególnym uwzględnieniem fandomu. A mnie osobiście pewnym optymizmem napawa fakt, że sporo książek, o których w powieści mowa, a których w chwili wydania nie było na naszym rynku, teraz już jest.

Tak już trochę na zakończenie pochylmy się może nad tą magią, co to niby jest, a jakby jej nie było. Mori widzi wróżki – niesamowite, magiczne duszki o rozpiętości kształtów od tolkienowskiego wysokiego elfa po pospolitego gnoma. One mówią jej, co ma robić, aby wpływać na rzeczywistość, ale jest to wpływ bardzo subtelny – nigdy nie wiadomo, czy magia rzeczywiście zadziałała, a jeśli tak, to w jakim stopniu. Dlatego też Mori korzysta z niej rzadko i za każdym razem towarzyszą tego rozważania nad etycznym aspektem sprawy. No bo przecież jeśli poprosi się o przyjaciół i się jakichś w końcu spotka, to człowiek nigdy nie będzie pewny, czy polubili go, bo jest fajny, czy też wyłącznie dlatego, że rzucił urok… To rzadko spotykane przedstawienie magii, a opisane tak sugestywnie, że sama zaczęłam zastanawiać się, czy aby któraś z moich rzeczy nie ma czasem magicznego ładunku. Magia nadaje też metaforycznego aspektu konfliktowi z matką – Mori opisuje ją jako czarownicę, niepoczytalną i niebezpieczną, skłonną manipulować własnymi dziećmi (żywymi czy martwymi) aby osiągnąć swoje cele. Z kart pamiętnika spogląda na nas archetypiczna zła wiedźma – w pewnej scenie widzimy ją wręcz rozczochraną, dziwacznie ubraną i ze znamieniem na policzku. Doprawdy, brakuje tylko haczykowatego nosa. Od początku oczywistym jest, że relacja dziewczyny z matką dąży do spektakularnego rozwiązania w finale powieści. Na poziomie narracji jest to pojedynek magiczny. Ale czytelnik nigdy się nie dowie, czy przypadkiem cały konflikt nie był bardziej przyziemny. Bo równie dobrze możemy tu mieć do czynienia z niepoczytalną kobietą od lat znęcającą się psychicznie nad swoimi córkami (w tych rzadkich chwilach, kiedy w ogóle się nimi zajmowała).

Cóż, wiele miejsca w tym tekście poświęciłam na próbę napisania, że trudno powiedzieć nawet, czy „Wśród obcych” to fantastyka, czy też nie. Rozważania nad tym zagadnieniem są fascynujące, ale niezależnie od ich wyników, powieść jest świetna. Nie wiem, jak wypadła na tle innych nominacji do nagród, które otrzymała. Może faktycznie były tam tytuły lepsze. Ale „Wśród obcych” z pewnością jest dość dobra, żebym za jakiś czas zechciała do niej wrócić.

Tytuł: Wśród obcych
Autor: Jo Walton
Tytuł oryginalny: Among Others
Tłumacz: Izabela Miksza, Marek S. Nowowiejski
Wydawnictwo: Akurat
Rok: 2013
Stron: 366


środa, 28 czerwca 2017

"Poison City" Paul Crilley

Mam pewną słabość do urban fantasy. Może nie jest to mój ulubiony gatunek, z którego muszę czytać absolutnie wszystko (co, biorąc pod uwagę fakt, jak niewiele u nas wychodzi, nie byłoby jakimś szczególnym wyzwaniem), ale lubię sobie sięgnąć. Do niedawna nie zastanawiałam się, co właściwie sprawia, że niektóre powieści mi się podobają, a inne nie. „Poison City” (nie bardzo rozumiem decyzję wydawcy o pozostawieniu oryginalnego tytułu, serio) sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać.

Gideon Tau jest policjantem w Durbanie – ale nie zwyczajnym krawężnikiem. Pracuje dla wydziału specjalnego, zajmującego się problemami natury nadprzyrodzonej. W chwilach wolnych od pracy zajmuje się prywatnym śledztwem w sprawie porwania własnej córki, którą uprowadzono trzy lata temu. Jest przekonany, że mała nie żyje i teraz zależy mu już tylko na zemście. Tymczasem w mieście zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Policja odnajduje zwłoki ludzi (i nie tylko) zamordowanych najwyraźniej w jakiś rytualny sposób a orisza (bo tak się w Durbanie i okolicy nazywa wszelkie byty nadprzyrodzone) są niespokojne. Coś wisi w powietrzu.

Czytając „Poison City” miałam wrażenie, że autor postanowił wyciągnąć kilka motywów z co bardziej popularnych serii urban fantasy i skompilował je w jednej, na zasadzie „to nie tak powinno być, zrobię to jak należy”. Niestety, to „jak należy” jest bardzo subiektywnym zdaniem autora i jako czytelniczka niekoniecznie je podzielam. Ogólnie mam wrażenie, że autor starał się napisać coś na kształt „Akt Dresdena”, tylko żeby było mroczniej (bo mrok jest bardziej tru) i bardziej realistycznie (z tym specyficznym realizmem rozumianym jako „więcej smrodu, brudu i ubóstwa oraz powtarzania, że ludzie to podłe gnidy”). Bo co my tu mamy? Wydział delficki policji do spraw nadprzyrodzonych różni się od chicagowskiego Wydziału Śledczego do Spraw Specjalnych tylko tym, że ten pierwszy walczy oficjalnie magią i z magią, a ten drugi musi wydatki na nietypowe uzbrojenie i wsparcie ukrywać. Główny bohater ma za towarzysza magicznego psa, ale to wredny, parszywy kundel z problemem alkoholowym, gdzie mu tam do dresdenowskiego Myszka… i tak dalej w tym guście. Oczywiście ta zbieżność motywów może wynikać po prostu z faktu, że gatunek operuje pewnym ograniczonym rekwizytorium. Niemniej, jak dotąd czytani przeze mnie autorzy potrafili tym fabularnym rekwizytom nadać jakiś niewymuszony, indywidualny rys. Crilleyowi się to nie udało.

Świat przedstawiony jest… niespójny. Przy czym jest to rodzaj niespójności tworzony raczej przez nieumiejętność dobierania informacji przez autora, a nie nieprzemyślaną kreację. Ot, taki choćby Traktat, który ludzkość zawarła z oriszami, mający chronić jednych przed agresją drugich (i na odwrót). No i wszystko proste fajne, ale na początku dowiadujemy się, że Tau musi jednego orisza zdjąć po cichu i nieoficjalnie, bo inaczej pogwałciłby Traktat. A musi go zdjąć, bo tenże orisza… porywa dzieci, które później kończą martwe. Czyli wychodzi, że Traktat chroni tylko stronę magiczną… jednak jakieś sto stron dalej mamy scenę, w której bohatera zaatakowały wampiry, a on jest zdziwiony, bo wampiry w ten sposób złamały Traktat. Więc czyżby Traktat nie obejmował dzieci? Dlaczego i w jakich konkretnie okolicznościach? Tego autor nie wyjaśnia.

Takich niedomówień, niedopatrzeń i wynikających z nich kiksów jest sporo (na przykład podobno każdy policjant po zakończeniu magicznego szkolenia w wydziale delfickim dostaje duchowego przewodnika – czyli istotę magiczną, mającą udzielać szeroko pojętego wsparcia. Ale w powieści, mimo występowania kilku delfickich policjantów w scenach, w których bardzo przydałoby im się jakiekolwiek wsparcie, widzimy tylko jednego duchowego przewodnika, psa należącego do Tau). Dość znacząco psują one przyjemność z lektury, a autor zdaje się ich kompletnie nieświadomy – beztrosko wprowadza kolejne elementy świata przedstawionego, nie przejmując się dziurami. Oczywiście można w ten sposób prowadzić narrację – Butcherowi na przykład całkiem zgrabnie się udaje, ale on przynajmniej dba o to, żeby bezsensowny na początku element bardzo szybko stał się sensowny. Crilley o tym drugim etapie zapomina. Oczywiście jest szansa, że coś się zepsuło w przekładzie i polskiej redakcji, ale szczerze mówiąc, wątpię.

Postacie wypadają znacznie lepiej niż scena, na której przyszło im grać. Co prawda sam Gideon Tau nie należy do mojego ulubionego typu bohaterów (widzicie, wole dobrych chłopaków/dziewczyny, którzy czasem muszą zastosować nieczyste metody niż twardych gliniarzy z traumą i brakiem wiary w ludzkość, a Tau bliżej do tego drugiego), ale jest napisany spójnie. W tym bardzo ładnie wypada motyw jego obsesji na punkcie córki i ogólne pokazanie, jak bardzo dezorganizuje mu życie (ach te uroki nieprzepracowanych traum). Znacznie ciekawszą postacią (choć, mimo że autor poświęcił jej sporo czasu antenowego, boleśnie słabo wyeksponowaną) jest Armitage – przełożona i w pewnym sensie przyjaciółka głównego bohatera. Niestety, poza tym, że to baba ze stalowymi jajami, niewiele o niej wiemy. Być może autor miałby większe pole manewru, gdyby to nie Gideon był narratorem. Ale jest, a on o Armitage wie wszystko i nie czuje potrzeby powtarzania tego czytelnikowi. Pozostałe postaci to bardziej rekwizyty fabularne – nie potrafiły zaciekawić, a ich role (poza może dwoma, trzema wyjątkami) były bardzo trzecioplanowe.

Doszliśmy do miejsca, w którym powtórzę swój leitmotiv: narracja w czasie teraźniejszym nie jest fajna. Albo nie działa wcale (bo mózg czytelnika automatycznie zmienia czas narracji na wygodniejszy, czyli przeszły), albo odnosi skutek odwrotny do zamierzonego. Nie idźcie tą drogą w klasycznych fabułach. Criley niestety poszedł.

Niewątpliwym plusem „Poison City” jest egzotyczność dekoracji. Rzecz dzieje się przecież RPA i autor postanowił oczarować czytelnika afrykańską menażerią stworzeń nadnaturalnych. To pewna nowość na rynku zalanym kulturą anglosaską (i, rzadziej, słowiańską).

No i z jednej strony nie jest to książka tragiczna – ot, przeciętny przedstawiciel tej grupy utworów, w których prowadzący śledztwo bohater głownie zbiera oklep ogólny. Gdybyśmy mieli do czynienia z debiutem, stwierdziłabym, że autor mimo potknięć, dobrze rokuje. Niestety, nie mamy (i tu być może leży problem – autor pisywał głównie rzeczy osadzone w znanych światach, powieści i scenariusze z różnych franszyz. Tam ekspozycja świata nie jest tak ważna jak ekspozycja fabuły. W utworach własnych niestety ważne są obie te rzeczy). Nie czuję, żeby zmarnowała sobie kawałek życia, czytając ją. Ale jeśli nie wyjdzie u nas kolejny tom (już się pisze), to nie będę płakać. Choć jeśli wyjdzie, to pewnie przy okazji przeczytam.

Tytuł: Poison City
Autor: Paul Crilley
Tytuł oryginalny: Poison City
Tłumacz: Jerzy Malinowski
Cykl: Wydział Delficki
Wydawnictwo: Akurat
Rok: 2016
Stron: 432

piątek, 23 października 2015

"Marsjanin" Andy Weir

Jak być może się domyślacie, czytając tytuł tej notki i patrząc na ilustrujący ja obrazek, przeczytałam „Marsjanina” (przeczytałam go w celu obejrzenia filmu na podstawie książki, który niedawno miał premierę, ale niestety, w moim mieście go nie grają. Ten fakt nie ma związku ni wpływu na treść recenzji, ale musiałam się wyżalić). Wszyscy go polecali, wszyscy się zachwycali, swego czasu (a w okolicach premiery filmu mieliśmy powtórkę z rozrywki) był dosłownie wszędzie i opisywany w samych superlatywach. I chyba to jest kolejny przykład książki, której intensywna promocja jednak nieco zaszkodziła, przynajmniej w moim przypadku. Ale może po kolei.

Tak się złożyło niefortunnie, że Mark Watney został na Marsie, podczas gdy jego rakieta wraz z resztą dzielnych astronautów odleciała. Nie należy ich winić, w końcu jak się widzi członka drużyny zmiecionego fragmentem anteny i brak odczytów jego funkcji życiowych, to łatwo uznać to za śmiertelny wypadek. Mark jednak nie umarł i teraz ma problem – jest jedynym człowiekiem na Marsie. Co gorsza, nikt nie wie, że on tam jest. Ale poddanie się nie byłoby w stylu Marka. To bardzo pomysłowy facet i taka błahostka jak perspektywa spędzenia nieokreślonego czasu na planecie pozbawionej powietrza z pewnością go nie powstrzyma.

Pierwsza refleksja, jaka do mnie przyszła po lekturze była taka, że ludzie jednak strasznie tęsknią za Robinsonem Crusoe. A tak konkretnie to za motywem walki samotnego rozbitka o przeżycie. I to niekoniecznie w wydaniu krwawego, desperackiego starcia z przeciwnościami, gdzie pot, łzy i inne płyny ustrojowe leją się gęsto, a bohater odchodzi od zmysłów. Publika pragnie kogoś, kto nie traci fasonu nawet w obliczu katastrofy i jest na tyle sprytny, żeby każdą katastrofę przeżyć przy pomocy zaskakującego pomysłu. I za to kochamy Marka Watneya.

Mark jest nie tylko głównym bohaterem, ale też narratorem większej części utwory (większość jest spisana w formie pamiętnika, przeplatanego relacjami z tego, co też słychać na Ziemi czy u innych członków załogi). Jak już pisałam, to facet niezwykle zaradny i czytelnik ma kupę radochy, kibicując mu w rozwiązywaniu skomplikowanych problemów marsjańskiego dnia codziennego. Przy tym Mark ma ogromny dystans do siebie i poczucie humoru co sprawia, że jego relacje czyta się gładko i przyjemnie, często z uśmiechem na ustach. Zdecydowanie lepiej pasuje do dzisiejszych czasów niż stary, dobry Robinson.

Do dzisiejszych czasów nie pasuje też bezludna wyspa, bo nawet jeśli takie jeszcze są (i maja rozmiar większy niż przeciętny koc), to doskonale wiemy, gdzie się znajdują. Poza tym to strasznie oklepana lokacja od czasów wszelkich survivalowych reality show. Co innego Mars – fascynująca, nieznana paleta, tak bliska, a jednocześnie tak daleka. Autor co prawda przekonuje nas, że na Marsie nie ma zbyt wiele do oglądania, a największym wrogiem jest brak rzeczy i warunków, które na Ziemi są oczywistością. Ale nawet opisywanie braków może być fascynujące, kiedy ma się lekkie pióro, a Weir ma.

Na zakończenie powiem wam, że ostatecznie „Marsjanin” nieco mnie zmęczył. Nie jest to wina samej powieści, bo tę się wręcz pożera i przy tak wdzięcznej lekturze raczej nie można się nudzić, ale szumu wokół niej. Tyle się o tym pisało, tyle dyskutowało, z każdego kąta wyłaziło, że dochodząc do ostatnich stron cieszyłam się, że to już koniec mojej przygody na Marsie. Mimo że to była bardzo udana przygoda.

Tytuł: Marsjanin
Autor: Andy Weir
Tytuł oryginalny: The Martian
Tłumacz: Marcin Ring
Wydawnictwo: Akurat
Rok: 2014
Stron: 380


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...